|
|
Wachlarz mądrości
2012-05-02
|
Zgodnie z teoria wachlarza, nie ważne czym zajmujemy się w życiu: robieniem pieniędzy, pracą naukową, pomaganiem ludziom, leczeniem czy nauczaniem. Ważne jest jedynie, żebyśmy tą wybraną przez nas sferę aktywności robili naprawdę dobrze i konsekwentnie. Do samego końca. Wspomniana praca naukowa czy leczenie to są oddzielne pióra tego samego wachlarza życia, które spotykają się w końcu w tym samym miejscu. Tak samo my wszyscy, podróżując przez życie i zajmując się określoną dziedziną, dojdziemy w końcu do tego samego punktu mądrości., w którym stykają się wszystkie pióra wachlarza, czyli pióra aktywności ludzkiej.
Janek już po skończeniu przedszkola miał zgryz: „ co dalej? jaką drogę wybrać”
To samo pytanie pojawiało się nieodłącznie po skończeniu podstawówki, gimnazjum i liceum. Studiów i rozpoczęciu pracy. Po pierwszej randce, komunii i na drugi raz po imprezie, gdzie bywało „grubo”, „muza rozqrwiała sufity” a o swoich wyczynach dowiadywał się głównie z fotek na „pejsbuku”, ponieważ aż tak „grubo” bywało.
Juz po pierwszych trzydziestu czy pięćdziesięciu latach życia wiedział, że nie zostanie znanym prawnikiem i wziętym lekarzem. Ani dyplomatą, policjantem w KGP czy generałem: bo do tego potrzebny był wypis z rejestru sądowego i „nieposzlakowany charakter”. Natomiast Janek miał sam charakter – taki czysty i zwyczajny - co wykluczało takie stopniowanie charakteru, by osiągnąć poziom „nieposzlakowany”. No i za uczciwy był, żeby zostać znanym prawnikiem, lekarzem czy policjantem.
I może fakt nieosiągnięcia eksponowanego społecznie statusu byłby przyczyną rozterek Janka i źródłem jego złego samopoczucia, gdyby nie to, ze Janek był buddystą i był wyrozumiały dla życia i jego przeciwności. Znał też dobrze teorię wachlarza. Wiedział zatem Janek, ze nie to jest ważne, co robi ktoś w życiu, ale to- jak to robi. Czy konsekwentnie, systematycznie, z sercem, aż do kresu możliwości i poznania.A Janek tak właśnie prowadzi życie: szczerze i z zaangażowaniem w to, co robi. Miał utarty schemat dnia, który wcielał w życie z żelazną konsekwencją: wódka, dziwki i na piwo. Przy czym robił to z takim sercem, że, na przekór spotom o wychowaniu i życiu w trzeźwości, alkoholizm nie był jego problemem. Co najwyżej takim problemem bywał brak pieniędzy na alkohol żeby normalnie funkcjonować.
I tylko wieczorem, oglądając telewizję i podziwiając utytułowanych kolegów z przedszkola lub z gimnazjum, Janek zwykł chichotać się złośliwie:
- „ I tak tam wszyscy spotkamy się”
Myśląc zapewne o teorii wachlarza.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Kompozytor
2012-04-23
|
Uwielbiał komponować, Od dziecka. Ułożył kilka fajnych piosenek i kilka miłych kawałków instrumentalnych.
Puszczali je nawet w „trójce” i w „zetce”. A clipy w tefałenie. Wszystkim podobały się.
To dlatego Piotr komponował i komponował: po prostu czuł się potrzebny.
No i publika dbała o to, żeby tak czuł się
”Panie Piotrze, Pan to potrafi zrobić dobrze” – przypominały mu codziennie rzesze fanek. A czasem nawet i fanów, jak wieczór był szczególnie udany.
Niestety!
Stacje radiowe, ani nawet telewizyjne, nie wsłuchiwały się w głos społeczeństwa i coraz rzadziej puszczały kawałki Piotra. No i coraz to w późniejszych godzinach. Zatem pozostawali słuchacze tylko szczególnie wyrafinowani.
Piotr jednak nie zrażał się, bo wiedział, że żeby trafić do gorących serc trzeba po prostu ciężko pracować. Skupić się na pracy i nie widzieć nic poza nią. Nie słyszeć złych szeptów, niepochlebnych komentarzy, kiepskich ocen. Po prostu trzeba robić swoje bez względu na wszystko.
No to Piotr robił swoje, bo poczuł powołanie i natchnienie. A i projekt dzieła był szczególny, bo multimedialny. Ważny był i układ elementów magiczne zestawionych ze sobą i tworzących harmonijną całość i spajające je dźwięki i dynamiczny podział ruchów.
Piotr z jednej strony umiejętnie dobierał kształty. proporcje, faktury i położenia elementów - czasem na drodze porządkowania podobnych do siebie składników, a kiedy indziej poprzez zestawianie ich na zasadzie kontrastu. Wykorzystywał konstrukcje geometryczne jak symetria czy złoty podział. Dbał o to, by odbiorca mógł uzyskać zarówno odczucie statyczności, porządku, równowagi, harmonii, jak i dynamiki, chaosu czy nierównowagi.
Piotr tak zapamiętał się w tworzeniu, że od dawna już nikt mu nie płacił za jego dzieła. A on sam był zbyt zajęty, żeby wyegzekwować tantiemy.
Komenderował tylko, z czasem już tylko do siebie:
„tak, teraz dobrze”, „teraz fisting, a potem golden rain”, „murzynka na dwa baty, a alonsio niech potrząśnie batem, bo ona się go nie boi”
Kto wie, może całkiem by zaprzestał twórczości, gdyby nie grono wiernych zwolenników w gimnazjach.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Brudny Harry
2012-04-03
|
„Kto pamiętałby o Jezusie, gdyby nikt nie napisał ewangelii”
Właściwie to Henio bardzo brudny nie był: mówiono tak o nim ze względu na charakter jego. Albowiem honorny był, prawy i nieustępliwy w swej prawości. No wiedział, że ktoś musi wykonać brudną robotę w imieniu wykluczonej części społeczeństwa.
Brudny Heniek nikogo nie faworyzował: nienawidził wszystkich, którzy weszli mu w drogę. Tak jak właściciela restauracji, który chciał go „sczardżować” za skorzystanie z toalety. Na dziesięć złotych.
Właściciel nawet nie wiedział, że kiedy Heniek pytał o drogę do toalety w lokalu, to był właściwie objaw dobrego humoru Heńka: Henio zwykle załatwiał swoje potrzeby na miejscu, odkąd nocował na Centralnym. To jest od dziesięciu, może dwudziestu lat. A ubrania nie zmieniał, bo nie musiał. Zaadaptował się do tego ubrania już dawno.
Heniek wychodził bowiem z założenia, że sikanie, nawet w ubraniu, to nic złego – pod warunkiem, że obsikuje się złych ludzi. A któż jest bez skazy? Jest też w końcu tyle zła i nieprawości dookoła, że i odrobina moczu nie splugawi bardziej świata niż na pewno ten świat zasługuje na to.
Heńka nawet zastanowiło, czemu ten właściciel taki nieżyczliwy jest. I czego w ogóle od niego chce.
„Może widział, jak zeszłej nocy, nago, goniłem kobietę z nożem i nieodłączna od lat erekcją i mylnie założył, że nie zbieram datków na czerwony krzyż?”- zaczął na serio zastanawiać się nad ułomnością właściciela. Zwłaszcza, że naprawdę mu się chciało do kibla, a tych marnych żądanych dziesięciu złotych po prostu nie posiadał już od dawna. Bo nie był materialistą.
Heniek sam wybrał swój los już jakiś czas temu i zrzucił pęta niewolącej go cywilizacji uznając, że dopiero gdy straci wszystko, stanie się zdolny do wszystkiego. Z tego powodu nawet i ta nowa na pozór sytuacja nie wprawiła Henia w zakłopotanie.
Po prostu stał i trwał, wpatrując się w restauratora. A aura, która Henia otaczała, była tak intensywna, że i tak wiedział, ze dostanie to, co chce.
W myślach powtarzał sobie jak mantrę słowa, usiłując jednocześnie je przesłać wszystkim wokół: „Musisz zaakceptować ewentualność, że Bóg nie lubi cię, nigdy cię nie chciał i prawdopodobnie cię nienawidzi.”
I czekał na reakcję. Nie żeby restaurator go wpuścił do toalety, nie.
Czekał aż restaurator do niego przyjdzie, choćby tam na Centralny.
Wszyscy końcu przychodzą do Henia, bo wszystko, co kochali – lub co ich kochało – w końcu albo ich odrzuci, albo umrze.
Henio zostanie zawsze.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Płeć piękna
2012-03-28
|
Piękno otacza nas cały czas. Niektórzy twierdzą, że wokół nas nie ma nic pięknego. Co najwyżej ”piękne mogą być tylko chwile”, które zresztą same wybierają, kiedy do nas mogą przyjść: czasem w najmniej spodziewanych momentach.
Wszyscy raczej rozumiemy piękno jako coś więcej niż pojęcie odnoszące się wyłącznie do fizjonomii czy do umysłu. I wszyscy dążymy o osiągnięcia piękna w najróżniejszych sferach.
Najbardziej do tego dąży płeć piękna, bo dążenie o piękna zostało jej przydane niejako z definicji. Bo przynależność do płci pięknej to nie tylko zaszczyt. To także obowiązek, szereg wyrzeczeń i codzienna walka o piękno: duchowe i fizyczne. Dlatego tak wiele dziewczyn podejmuje wyzwanie i każdego star się wykorzystać szansę stania się najpiękniejszą w całym swoim życiu, przynajmniej w oczach innych.
Płeć piękna musi podejmować decyzję jaka dziś depilacja: hollywood, francuska czy brazylijska. Bo każda z nich jest na różne okazje. A może tylko depilacja kremem. Lub – nie daj boże – ordynarne golenie „tenpom żyletkom”, laserem, który może poparzyć albo okrutnym i nieczułym plastrem depilacyjnym?
To ważne zagadnienie, bo fora internetowe pełne są zrozpaczonych istot, które twierdzą, iż:
„(…) w tym miejscu mam wydepilowane prawie do końca.
Poznałam ostatnio chłopaka, któremu to się nie podoba, bo jak to powiedział "lubi włochate broszki". Czy jest jakiś sposób, żeby odwrócić skutki depilacji?
Pytałem koleżanek, ale one są zupełnie niedorosłe i robią sobie jaka, żeby sobie kupić perukę.”
A skutki depilacji mogą być niekiedy nieodwracalne…
Podobnie z podpaskami i zachowaniem częstotliwości ich wymiany tak, by pozostać w oczach otoczenia, piękną. Bywa bowiem tak, że zakup podpasek w sklepie, choć czynność powtarzalna, urasta do rangi traumy. Tymczasem zbyt długo niezmieniana podpaska z rozkładającą się krwią może wydzielać specyficzny, nieprzyjemny zapach i warunkować postrzeganie danej osoby przez otoczenie. Czynności wymiany w krytycznym momencie nie ułatwia wybór podpasek na rynku i dociekliwość sprzedawcy: czy należy zastosować z siateczką jak always („strasznie duże, niewygodne, sztywne, podrażniające i krew wypływa bokiem”); bawełniane cienkie - wszystko jedno jakiej firmy, czy może ordynarny „straszny” tampon?
Płeć piękna, aby pozostać „piękną” powinna opanować sztukę (tak, właśnie sztukę) eleganckiego pierdzenia. Nie rozwikłując tu zadziwiającego faktu podróżowania bąków w dół ku odbytowi, (gazy mają mniejszą gęstość od cieczy i ciał stałych, więc powinny przemieszczać się ku górze) należy wzmiankować, że najbardziej prawdopodobne jest puszczenie bąka rano, podczas toalety. Dlatego toaleta powinna być przez płeć piękną dokonywana w samotności, zwłaszcza, że poranny bąk może przybrać formę "porannego grzmotu" i w sprzyjających okolicznościach wzbudzić wątpliwości co do słuszności kwalifikacji danej jednostki do „płci pięknej”. Zatem damy nie pierdzą - i to pomimo tego, ze już Cezar Klaudiusz wprowadził prawo legalizujące puszczanie bąków na przyjęciach w trosce o zdrowie obywateli.
Podsumowując, lepiej zastosować wariant niekoleżeńskiego pierdzenia (przepraszasz, wychodzisz i pierdzisz w samotności) lub sprytny (pierdzisz i kaszlesz w tym samym czasie) niż wariant zaczepny (pierdzisz głośniej niż inni) lub przyjacielski (wąchasz czyjeś pierdnięcia i mówisz im, co zjedli).
Odnosząc powyższe uwagi do techniki beknięć nie należy dać się zwieść różnicom rodzajowym pomiędzy pierdzeniem i beknięciem – zwłaszcza temu, że beknięcie pochodzi z żołądka i posiada inny skład chemiczny niż bąk (bąk składa się z większej ilości gazów bakteryjnych niż atmosferycznych w porównaniu z beknięciem).Płeć piękna powinna bekać w samotności.
Co jeszcze robi niekiedy płeć piękna, by pozostać piękna?
Zna się na przygotowaniu potraw i w związku z tym degustuje. Poprawia zarazem w ten sposób swoje samopoczucie. Kontroluje wagę w każdy możliwy sposób (głodzenie, wymioty, środki przeczyszczające). Dba o modny (piękny) ubiór i dokonuje uzasadnionych zakupów maksymalizując możliwości urody wrodzonej.
Płeć piękna dba tez o wewnętrzny rozwój duchowy. Na przykład chodzi do kina.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
2012-03-12
|
Wydajność
Postanowiono zwiększyć opłacalność w firmie. Zabawić się parametrami ekonomicznymi w celu poprawy rentowności. Zwiększyć produkcję, sprzedaż i wydajność oraz zmniejszyć zatrudnienie. A wszystko to, żeby poprawić wyniki a w konsekwencji zwiększyć zyski, podnieść pensje pracownikom i polepszyć pakiet socjalny. Odbiór społeczny firmy oraz skonsolidować zespół i stworzyć korporacyjny model pracy, który tak dobrze sprawdza się w gospodarce rynkowej.
Wszyscy pracowali. Ciężej i ciężej. Więcej i więcej.
Ograniczyli przerwy obiadowe. Ograniczyli dopuszczalność spóźnień. Zrealizowali zalecenia Inspektora BHP i założyli zabezpieczenia chroniące przed przycinaniem kity drzwiami wyjściowymi punkt szesnasta ,potem siedemnasta. A następnie – osiemnasta, dziewiętnasta, dwudziesta … Do upadłego.
I choć niektórzy wyłamywali się już o dwudziestej drugiej, tłumacząc to koniecznością odebrania dzieci ze żłobków, przedszkoli, szkół, pogotowia opiekuńczego – tudzież koniecznością zmiany pampersa ojcu po udarze, większość jednak dzielnie trwała na posterunku, działając ku chwale firmy, zadowoleniu szefostwa i podniesieniu – na razie skromnemu – zarobków. W końcu ktoś po coś wynalazł pampersy o zwiększonej chłonności, „dwudziestoczterogodzinne” przedszkola i całodobowe zakłady poprawcze.
Praca stała się prawdziwym domem, tak dużo czasu pracownicy tu spędzali: wspólna praca, wspólne posiłki, wspólne traktowanie, wspólne wyjazdy integracyjne, szkolenia, konferencje, wzorce zachowań w firmie, zunifikowane europejskie standardy pracy, wynagradzania, wspólny dział hr, wspólna odpowiedzialność za wynik audytu, wspólne – zunifikowane marka samochody służbowe, mieszkania służbowe. No wszystko wspólne. Szefowie stali się rodzicami, którzy płacili nawet za taksówki pracowników, jeśli rachunki były „wzięte” na firmę. Natomiast wszyscy pracownicy byli dla siebie, już po niedługim czasie, braćmi, siostrami lub małżonkami – jeśli akurat kogoś naszła „na to” ochota. No po co miał szukać na zewnątrz, poza rodziną. Jeszcze by syfa do „domu” przywlekł… To zresztą naturalne, skoro spędzali ze sobą tyle czasu.
I rzeczywiście!
Po jakimś czasie wyniki firmy poprawiły się znacząco, co obrazował erekcyjny wykres
Wszyscy dostali podwyżki. I wczasy za darmo. I zapanowało szczęśice i miłlość między wszystkimi. I szefostwo było zadowolne i załoga. I nawet listonosz przychodził uśmiechnięty.
Można było wychodzić już nieco wcześniej. Albo nawet całkiem wcześnie.
Ale nikt już nie chciał. Po pierwsze, bo niewielu jeszcze miało gdzie.
Po drugie….
Każdy zazdrościł Jankowi, który w pracy potrafił siedzieć, na red bullu, nawet przez trzy dni. Cały czas będąc skupionym na wykonywanym zadaniu. Najlepiej jak potrafił.
Tak jak teraz, kiedy już od tygodnia tkwił pochylony nad monitorem z wyrazem bolesnego skupienia na twarzy. Wszyscy chodzili na palcach, żeby nierozważnym szmerem nie popsuć Jankowi kilkudniowego wysiłku koncentracji.
Az do poniedziałku rano, kiedy ekipa ratownicza wyniosła Jarka – już nie do ambulansu, lecz do karawanu – wciąż tkwiącego w pośmiertnym skurczu z tym bolesnym wyrazem skupienia na twarzy.
Jak się bowiem okazało, wykres pracy jego serca był już od kilku dni krańcowo odmienny nie tylko od tego oczekiwanego przez Szefostwo, ale też od wskaźnika dochodowości samej firmy.
O ironio! Janek wybrał się jednak na obiecane przez Szefostwo wspaniałe wakacje, najdłuższą podróż w jedna stronę, co tylko zwiększyło gorliwość pozostałych pracowników do osiągnięcia zaplanowanych celów.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Regulamin pracy
2012-03-08
|
W mojej pracy wprowadzili nowy regulamin pracy. Teraz regulamin określa wszystkie prawa i obowiązki pracownika oraz pracodawcy. I wszystko jest jasne.
Został wprowadzony zakaz wyjść w czasie pracy. Znaczy teoretycznie można, ale załatwianie formalności związanych z wpisem w Księdze Wyjść zwykle przekracza planowany czas pozostawania poza stanowiskiem pracy. Zresztą nie wszystko można wpisać w księdze. Bo jak wyglądałby wpis w rubryce „powód opuszczenia stanowiska pracy”, w którym ktoś zadeklarowałby, np. „zakup podpasek”. Albo „bzyk z kolegą w toalecie”. No niepoważnie.
To teraz każdy albo wpisuje się do księgi tak długo aż nie może potem wyjść, albo nie wpisuje się i wychodzi.
A pozostali polują na tych co wyszli i nie wpisali się.
Bo można łatwo zasłużyć się władzy – i poinformować o niesolidności kolegów.
Każdy na każdego spogląda podejrzliwie i nieufnie, bo nikt nie może być pewien bezpiecznej przyszłości.
A szef dopytuje się:
- Dlaczego nie ma cię przy biurku?
-W toalecie byłem.
-Tak?
- Mam pokazać?
Albo
- Mam zagwarantowaną w kodeksie pracy przerwę na obiad!
-Ale piętnaście minut, a nie, jak w twoim wypadku – siedemnaście i pół minuty!
Czasem po prostu – i zwyczajnie – chce się wyjść na parę minut. Żeby oderwać się od monitora. Kiedyś można było pójść na papierosa, ale teraz zlikwidowali palarnię. Przecież nie można powiedzieć, ani tym bardziej napisać w Księdze Wyjść, ze wychodzę, w czasie pracy, na spacer.
To mówię, że idę do Kancelarii Bardzo Ważnego Urzędu, tuż obok.
Wtedy wychodzę, robię parę okrążeń dookoła „Kancelarii Bardzo Ważnego Urzędu, tuż obok” a napotkanym współpracownikom i szefostwu, w zależności od tego od kierunku ruchu, w którym mnie spotykają, wyjaśniam z radością w oczach, ze idę „do” lub wracam „z”.
Jest nadzieja, ze już niedługo nie tylko będę cieszyć się ze spotkań ze zwierzchnikami, ale tez osiądę stan, w którym takie siku na trawniku będę robił bez skrępowania i z naturalnym a niewymuszonym wdziękiem.
Do tej pory bowiem kryłem się pilnie z wykonywaniem tej czynności na trawnikach i osiągałem wzgledna swawolność późnymi piątkowymi popołudniami.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Matka Boska z Sosnowca
2012-03-01
|
„Bo dzieło zniszczenia w dobrej sprawie jest święte jak dzieło tworzenia"
Śmierć każdego człowieka, a osoby najbliższej w szczególności, jest tragedią. Czym zaś jest utrata dziecka wie tylko matka dziecka. Prawdziwy stres i głęboki smutek mogą wywołać w człowieku zachowania, których normalnie nie przejawia. Opłakiwać stratę można na wiele sposobów, nie tylko wylewając łzy w samotności.
Można dzielić się przeżyciami z tragedii z innymi, włączać ich w korowód cierpienia- tym bardziej, jeżeli otoczenie jest chętne do współodczuwania i pełne empatii i życzliwości.
Matka opłakująca śmierć dziecka jest motywem popkultury, pojawia się zresztą w literaturze wielu epok. Motyw ten pojawił się w ewangelii św. Jana., w pieśni pt.: „Stabat Mater Dolorosa”.„Lamencie świętokrzyskim”, „Elegii o chłopcu polskim” . Archetypy te Matka z Sosnowca musiała poznać w Szkołach i Kościołach, podobnie, jak Popkultura nauczyła ja, jak przeżywać Tragedię: by było to najbardziej prawdziwe. Może stąd wybór sposobu postępowania? A może Szkoła przygotowała ją do życia, które nie istnieje?
Pamiętajmy o tym, że podczas Drogi Krzyżowej, Jezus przed śmiercią spotyka płaczące niewiasty. Symbolizują one, matki które cierpią z powodu śmierci syna. Jezus pociesza je tak, jak my teraz powinniśmy pocieszać Matkę z Sosnowca: „Nie płaczcie nade mną jerozolimskie niewiasty, lecz nad swoimi dziećmi”. Choć, czy Jezus brał pod uwagę to, że może po prostu są kobiety, które nie lubią zadawać cierpień dziecku przez długi czas i wolą ograniczyć ten spektakl?
W „Lamencie Świętokrzyskim” z kolei Matkę ogarnia wielka wściekłość wobec torturujących Chrystusa żydów ( „Ciężka moja chwila, krwawa godzina, Widzieć niewiernego Żydowina, Iż on bije męczy mego miłego Syna”). Tak i teraz niezrozumienie społeczne i zwykła, prymitywna złość otoczenia utrudnia rozwiązanie sprawy.
W „Elegii o chłopcu polskim” Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, matka zabitego, podczas, mówi: „Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą”. W „Elegii…”, podobnie jak w przypadku Magdy, beztroskie dzieciństwo w ogóle nie wchodziło w grę, gdyż chłopiec został wplatany w sytuację, z której nie mógł sam znaleźć ucieczki.. Kolejne wersy utworu, tj. „haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą "krwią”, bądź „wyszywali wisielcami drzew płynące morze.” świadczą o brutalności i przerażeniu jakie poznawało w tak młodym wieku dziecko, które „przemierzyło po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg”. I do końca nie wiadomo, podobnie jak w przypadku Magdy, „Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?”.
Zarzucamy Matce z Sosnowca, że nie kochała. Lub kochała inaczej.
Ale już nikt z krytyków Matki z Sosnowca, obnażając swoje egoistyczne podejście do swiata, nie zauważa tego, że nie być kochanym to tylko pewnego rodzaju przykrość. Prawdziwym nieszczęściem jest - nie kochać. Jeśli tak było w przypadku Matki z Sosnowca, to jej należy współczuć i z nią konsolidować się. Zwłaszcza, jeśli obalając normy społeczne, zdecydowała się wybrać przyszłość dl a córki zupełnie inna niż ta, której doświadczała w mieszkaniu z „wielkiej płyty”. I uznała, jak swojego czasu Edward Stachura, że „z nim będziesz szczęśliwsza, Dużo szczęśliwsza będziesz z nim (…) Ze mną można tylko W dali znikać cicho”.
Śmierć dziecka jest wielką tragedią dla każdej matki. I nie jest ważne zangażowanie emocjonalne matki, czy przyczyną śmierci jest okrucieństwo konfliktów społecznych, czy wybuch wojny, czy nieuleczalna choroba albo nieszczęśliwy zbieg okoliczności lub zbrodnia.
Dla matki, a dla wzoru matki przyjętego w naszej kulturze w szczególności, ważne jest jedynie szczęście dziecka. Wojownicy modlą się bowiem do Boga – „Daj mi śmierć prawdziwą i bohaterską, żeby i życie było prawdziwe”. Matki natomiast proszą o szczęście dziecka – z tego samego powodu. I akceptując te poglądy należy uznać, że Matka z Sosnowca, organizując spektakl, którego społeczeństwo oczekiwało, wykazała wysoki stopień socjalizacji i spełnia się w roli nowoczesnego „wzorca kulturowego”.
Dlatego postarajmy się zrozumieć Matkę z Sosnowca, tym bardziej, że tak nakazują Prawdy Wiary większej części społeczeństwa w Polsce.
Cierpienie człowieka osiągnęło kres w męce Jezusa Chrystusa – wg apostołów wiary. I właśnie przez tą mękę zostało związane z miłością, która tworzy dobro. To dobro może powstawać tez ze zła, a zostać wyprowadzone przez cierpienie tak, jak najwyższe dobro, tj. Odkupienie świata zostało wyprowadzone z Krzyża Jezusa Chrystusa i stale z niego bierze swój początek. Poprzez te prawdy, które deklarujemy się wyznawać, każdy z nas ma udział w Odkupieniu, oraz jest wezwany do uczestnictwa w owym cierpieniu. Nie należy przy tym ganić grzechu (czy raczej „zbiegu okoliczności”, jak w tej sparwie), ponieważ nawet grzech może pokazać nam drogę do Dobra. I pokazać, które cząstki w n nas są złe.
Trudno oczekiwać od Matki z Sosnowca, żeby była – w Sosnowcu, w wielkiej płycie –przewodnikiem duchowym, „dalaj lamą” awiedzi. W zupełności wystarczyło, że okazała się, choć przez krótki moment, człowiekiem: to i tak więcej, niż zwykle spotykane zachwanie. Nie zawsze jest taka godzina, w której człowiek jest bohaterem, jak też nie zawsze jest taka godzina, kiedy jest tchórzem. Absurd tej medialnej sytuacji wziął się z konfrontacji jakiejś, ludzkiej potrzeby i bezsensownego milczenia świata – w chwili, kiedy świat powinien mówić i pomóc. A czy była to chwila wypadku, narodzin Magdy, kłótni Matki z Sosnowca – to już zupełnie inna sprawa.
Po prostu, oceniając, zapomnijmy na chwile o sobie - dla kogoś innego, ponieważ od dawna wiadomo, że najlepsi też odchodzą, w jakimś momencie. Takie jest życie.
Tak jak Jezus, Kolbe, kilkaset tysięcy ofiar w Kambodży – po kórych płakała, w taki czy w inny sposób, z takiego lub innego powodu, jakaś matka.
Teraz płacze Matka z Sosnowca.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Etapy Życia
2012-02-21
|
Na nowym etapie życia zaczęło się niewinnie. Wpierw myślałem, że jestem na coś uczulony. Może na pracę? Jak tylko stawiałem się na godzinę ósmą w miejscu, gdzie mnie zatrudniono zaczynałem chrząkać, kaszleć. Ciągle przekładałem kartki papieru, sprawdzałem toner w drukarce, naśladowałem dźwięki, głos szefa. No i kompulsywnie chodziłem do toalety: niby bez potrzeby, lecz jednak coś zawsze mnie tam gnało.
Alergia?
Testy alergiczne nie wykazały jednak żadnej alergii.
Lekarz zakładowy zaproponował konsultacje w poradni zdrowia psychicznego. Tam inny lekarz stwierdził tzw. tiki złożone. I zaproponował leczenie, na które z radością przystałem: Haloperidol, poprzez Xanax, Thioridazin, Relanium, Promazin, Hydroxyzynę, Ignatię, Anafranil.
Na jakiś czas pomogło, potem jednak, aby zintensyfikować działanie preparatów, musiałem wspomagać się alkoholem.
W końcu, kiedy nie pomagało, z podejrzeniem choroby Toueretta dostałem skierowanie do specjalisty, który potwierdził istnienie schorzenia.
Na lekarzu zrobiło wrażenie to samo, co działało na moich współpracowników i szefa.
Oparł się wprawdzie mruganiu, zezowaniu, wysuwaniu języka – ale już przy spluwaniu, pomrukiwaniu i geście przypominającym pozdrowienie nazistów – zmiękł znacznie.
Kiedy zacząłem kompulsywnie przeklinać i wykonywać obsceniczne gesty, gdy na niego patrzyłem, byłem już pewien, co do diagnozy, którą postawi.
Muszę powiedzieć, że czułem się trochę niekomfortowo nie tylko przy publicznym nasilaniu objawów, ale także podczas procesu diagnozowania.
Choroba?
Ale jak ty byś się czuł, gdyby twoja głowa lub ręka zaczęły wykonywać ruchy, których wcale nie chciałeś zrobić? Gdybyś podczas rozmowy nagle wydał z siebie dźwięk podobny do szczekania albo używał, tak od niechcenia, „kurwa” i „chuj” na zmianę? Albo, wbrew woli, zaczął pluć, przeklinać, robić dziwne miny?
Problemem nawet nie stało się to, że wszyscy zaczęli cię wytykać palcami bo do tego już przywykłem, jako osoba zatrudniona, spośród wielu chętnych, w drodze normalnego konkursu – zamiast w drodze „miejsce na mnie czekało” albo „mam nadzwyczajne, tajemnicze kwalifikacje”.
Chodziło raczej o to, że psułem sobie zwyczajne, codzienne relacje. Takie przy piciu kawy czy zastępowaniu kogoś podczas urlopu.
Nawet nie dziwie się im bardzo. No bo jak się dziwić?
Zanosiłem mu jakiś czas terminową robotę. Szef zapytał mnie, czemu tak trzęsę się? Chciałem mu wyjaśnić, że mam taką rzadką chorobę, zespół….A na to szef przerwał mi i stwierdził, że mam, co najwyżej, zespół "badmintona". I że to dobrze, bo będę reprezentować zakład pracy, jak zorganizują zawody.
Kiedy widzę teraz szefa, to staram się nie trząść za mocno, tylko szepczę do siebie „ch*j”, „co za k*rwa”, „palant”, „judasz” – bo coś muszę zrobić. Udaje się wprawdzie cicho szeptać, ale on ma rysi słuch: to, wg złośliwych, jedna z przyczyn jego powodzenia życiowego.
Umówiłem się z koleżanką z pracy. Na kawę, w przerwie obiadowej. Wyszliśmy razem na ulicę, żeby dość do kawiarni. Wziąłem ją za rękę i zacząłem ….przeklinać. Do tego chrząkałem, gwizdałem, opluwałem przechodniów. Od tamtej pory dziewczyna stroniła ode mnie. Przy czym najbardziej ja ubodło ją nie moje zachowanie, ale to, że ludzie kiwali głowami na znak zgorszenia, że nie reaguje. I że niby taka kulturalna, a chłopaka sobie „nie potrafiła wychować”. Nie spotkaliśmy się więcej. Nawet na kawę zaczęła wychodzić o innej godzinie i z kim innym.
Sposób życia?
Objawy nasilają się u mnie, kiedy jestem zdenerwowany. Nieszczęście polega na tym, ze w pracy wszystko mnie drażni. O ile kiedyś irytowały mnie konkretne osoby, to teraz uczucia te wzbudza każdy ze współpracowników. No za wyjątkiem sprzątaczki, która przychodzi, jak już nikogo nie ma w pracy.
Przy czym jestem doskonale świadomy, co robię i kiedy robię. A i tak robię. I to jest nawet gorsze niż ta nieświadomość, która czasem zdarza się przecież. Dlatego myślę czasem, żeby sobie pomóc i zamknąć się w szpitalu psychiatrycznym. Problem tylko w tym, żeby znaleźć placówke, w której do Xanau, Thioridazinu i Relanium ktoś zechciał dorzucić z ćwiartkę na wzmocnienie kuracji.
Jedyna chwila prawdziwego wytchnienia dla mnie to ta po pracy. Kiedy mogę pograć z kolegami na perkusji, a moja ręką szarpie nerwowy impuls. I pałeczka uderza w talerz z nieoczekiwaną siłą, tworząc dziką, natchnioną Tourette’m kompozycję. Podobnie ping-pong.. Partnerzy ze stołu długo po zakończeniu gry pamiętają moje „nagłe, nerwowe, frywolne strzały”. Natomiast pracy popularność odzyskuję jedynie na krótkotrwałych wyjazdach integracyjnych, gdzie nikt o niczym nie pamięta, a moje obleśne i niekontrolowane ruchy wydają się znaleźć naturalne zastosowanie.
I to jest bardzo meczące, bo sam czułem, ze każdemu, nawet przypadkowej osobie należy się wytłumaczenie.
I właśnie to chciałem zrobić – wytłumaczyć – na najbliższym wyjeździe integracyjnym.
Bo wszyscy będą w jednym miejscu, bo będą wyluzowani, bo zaakceptują wyjaśnienie:
Zacząłem wierszem:
„Na górze róże …”
Wtedy zamilkłem, bo poczułem na sobie wzrok szefa. Wpatrywał się we mnie – niczym w Hawkinga - z niemym pytaniem, czemu nie gram w badmintona, zamiast występować na scenie i psuc innym wrazenia estetyczne. Dodałem szybko, specjalnie dla niego:
„Na dole gnój”
I rozpaczliwie jeszcze, żeby zrealizować zamiar, z którym tu przyjechałem:
„Nie chcę mieć Touretta!”
„Pi*da, k*rwa, Ch*j!!!!” – było dla całej reszty.
Dlatego występuje z tym przesłaniem do wszystkich Czytelników; Nie bójcie się!
Nie bójcie się wyjawić prawdy bliskim i współpracownikom. Oni was zrozumieją i pomogą rozpocząć drugi etap w życiu. Etap prawdy.
Tak jak mnie. Dziś rozpocząłem etap drugi – poszukiwania pracy.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Piotruś Pan
2012-02-14
|
Dziś był bardzo nieszczęśliwy. Od samego początku dnia. I do tego dręczył go ten nieokreślony niepokój. Po prostu wstał nie tak. Popatrzył się – też nie tak. I wszystko stało się jasne, kiedy omal nie złamał sobie nogi potykając się o porzucony bambosz. To nie był jego szczęśliwy dzień. Szczęśliwie w ostatniej chwili podskoczył, ale … wdepnął w coś, w co zdecydowanie nie powinien wdepnąć. Przynajmniej nie od razu po przebudzeniu. To było prawie jak katastrofa tunguska. Okrutne i niesprawiedliwe.
- Taak, jasne – mruknął do siebie nieprzekonany do społecznej wagi zjawiska, które go spotkało. Rzeczywiście, przypominał sobie, że pies jakby upominał się wczoraj wieczorem o zaległy od dwóch dni spacer. No ale potem przestał, to nie przywiązywał do tego „psiego” incydentu wagi. Zupełnie jakby pies potrafił wyjść dzisiaj, a wrócić wczoraj.
Może to dlatego ten niepokój go dręczył od rana?
W kuchni było jak zawsze: to znaczy nic nie było oprócz kawy. Ale dziś, nie wiadomo dlaczego, bardzo go to bolało. I bolało go, że nie zdążył na autobus, chociaż starał się do niego dobiec: a on uciekł. I to, że pani w kiosku nie uśmiechnęła się do niego – zupełnie, jakby czerpała zadowolenie z pracy, którą wykonuje a nie z jego obecności. Już wiedział – i to też go bardzo bolało – że pokłóci się z kolegą w pracy, popchnie staruszkę na przejściu dla pieszych (za wolno przechodziła), uda, ze nie widzi żebraka, nadepnie na nóżkę temu przedszkolakowi, co do niego się uśmiecha codziennie. Źle mu było z tym wszystkim- czuł się zaniepokojony.
A potem, na domiar złego, spóźnił się do pracy. I to też go bardzo zabolało, bo młoda para, której miał udzielać ślubu czekała na ten dzień, zapewne, od dawna.
Nie chcąc niepotrzebnie przedłużać już spóźnionej ceremonii, zaczął prawie do wejścia:
- Proszę powtarzać, powiedział do pana młodego:
„Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuje w związek małżeński z Jolanta i przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe”
Pan młody, okazał się świadomy powagi sytuacji, zresztą podobnie jak później świadoma i chcąca była panna młoda, i kornie powtórzył.
„Wobec zgodnego oświadczenia obu stron, złożonego w obecności świadków, oświadczam, że Związek Małżeński Pani Jolanty i Pana Alfonsa został zawarty zgodnie z przepisami. Jako symbol łączącego Państwa związku wymieńcie proszę obrączki. Dokumentem, który stwierdza fakt zawarcia Związku Małżeńskiego jest Akt Małżeństwa sporządzony w Księdze Małżeństw pod nr 997/112/12. Proszę Państwa o podpisanie tego aktu”.
Niepokój jednak wciąż go nie opuszczał. Stawał się nawet jakby dokuczliwszy. Coś było nie tak, nie tak jak zawsze.
I nie chodziło wcale o to, ze panu młodemu udzielał ślubu trzeci raz w tym miesiącu, a za każdym razem przedstawiał dowód osobisty, na którym widniało inne nazwisko.
I nagle go olśniło, skąd ten niepokój. Nic bowiem nie dzieje się bez przyczyny. Skoro, jest tak twardy, tak konsekwentnie realizuje swoje życiowe cele i obowiązki, nie poznał znaczenia słowa „niepowodzenie”, to czemu ktoś wciąż wysyła mu e-mailem oferty pomniejszenia penisa? Albo proponuje mu viagrę?
Nic bowiem nie dzieje się bez przyczyny.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Wiara w miłość
2012-02-08
|
Wiara w miłość jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Choćby dlatego, że niezbadane są koleje uczuć, a miłość jest ślepa jak kret z poważną wadą wzroku. Żeby kochać jednak, to trzeba umieć przezwyciężać przeszkody i swoje słabości. Czasem kocha nie ten, co mówi „kocham”, krzyczy i kopuluje – lecz ten, co milczy. I dlatego milczy. Bo „kocham” to łatwo powiedzieć, a znacznie trudniej myśleć przez cały czas, tak… miłośnie i z oddaniem. A jeszcze trudniej – nic nie mówić i myśleć. Albo po prostu myśleć.
„Napisałaś do mnie dwa lata temu prawie. I co? I nic, Jedyna. Bo nie chciałem odpowiadać od razu, że niby taki raptus jestem i niecierpliwy. Ja chciałem inaczej: najpierw udowodnić swoje uczucie.” – tak myślał sobie często Sławek, kreśląc w wyobraźni czułe słowa listu do jednej z jego przyjaciółek. Choć, oczywiście, jak to Sławek, nic nie mówił, lecz wyrażał siebie poprzez działanie.
Bo miłość nie jedno ma imię Sławek wiedział to dobrze. Tym lepiej to wiedział, im więcej imion i sposobów - miłości znał.
Jedno imię miłości – Marysia – nosiła jego dziewczyna, ta sama od wielu lat. Zawsze był jej wierny i kiedy był przy niej, nie myślał o żadnej innej kobiecie. Z tego prostego powodu, że był jej oddany całym sobą. No i z nią często mieszkał, bo najbliżej miał od niej do pracy. Marysia była cool, robiła świetne parówki na gorąco. Ile go to kosztowało, to uczucie…. Bo trochę mu przeszkadzało to związanie uczuciami. No i to zniewolenie: jakby nie było tkwi w sidłach uczucia.
Ale wtedy mówił sobie, ze to nie dla niego. To dla drugiej osoby. Sławek bowiem kochał ludzi, kochał robić im przyjemność i chciał, żeby czuli się szczęśliwi.
Co innego Joasia z pracy – z nią nie mieszkał. Joasia mile wypełniała jego wolny czas między ósma a siedemnastą. A czasem nawet po pracy, kiedy brał nadgodziny, które musiał odrobić u niej w domu. Dużo wysiłku i umiejętności kosztowało go udane połączenie życia prywatnego i zawodowego, zwłaszcza przy tej ilości pracy, której wykonania podejmował się. Bez względu na okoliczności. Trzeba przyznać, ze wspomniana Marysia nie zawsze wykazywała zrozumienie dla ogromu jego obowiązków, bo często, telefonując do niego, zmuszała go do prowadzenia rozmowy w niesprzyjających dla niego warunkach. Mieli z Marysia wiele wspólnego: kochali kręcić lody w pracy. To wprawdzie Sławka trochę stresowało i stawiało w niekomfortowej sytuacji, ale wtedy mówił sobie, ze Zycie nie jest usane samymi różami.
Sławek żywił tez sentyment dla sympatii z uprzednich okresów jego życia. Tych z lat szkolnych, studiów, harcerstwa, oazy i kółka różańcowego oraz – po prostu – z osiedla. Bliski kontakt utrzymywał cały czas, nawet kiedy kosztowało go to wiele bólu. Każda z jego partnerek z tej kategorii, tj. Ola, Basia, Zosia, Agnieszka i inne, była już w związku z innym partnerem. Sławek musiał zatem zmierzyć się z tym piętnem „kainowskim”, które jego przyjaciółki nosiły: z bierzmem niewierności i brakiem całkowitego oddania Sławkowi. Bo mąż, bo dzieci, bo szkoła…. Ile Sławek wycierpiał się spotykając się z nimi, to tylko on sam może wiedzieć! Ale nikomu nic mówił tylko męczył się wypełniając obowiązek społeczny, który sam na siebie narzucił.
Osobnym rodzajem uczucia darzył Sławek szefową: ona zajmowała szczególne miejsce w hierarchii, która on wyznawał. Szefowa dbała o niego, więc on dbał o Szefową. Tam gdzie chciała i kiedy chciała: w samochodzie, na przerwie obiadowej, po pracy, po służbowej kolacji. W zamian za to jego kariera rozwijała się dynamicznie, a on poznawała świat. Szefowa była starsza, ale przez to wiele mógł od niej nauczyć się. Trochę czasem było mu ciężko, bo szefowa była starsza. Ale wtedy przypominał sobie konferencję na Kanarach, Majorce, Ibizie i mówił sobie, że …
„Nic to, nic to Sławek. To tylko zapach wina. Starego wina i dojrzałego sera. A Ty, Sławek, jesteś Koneserem”.
No i żona. Zona była najważniejsza. To ona stworzyła mu dom i to Sławek tez dla niej stworzył dom. Kiedy był przy niej zapominał o całym świecie, tak potrafiła komponować melodię miłości. Z żoną jeździł na wakacje, do teściów, na ryby i do lasu na grzyby. Spędzał z nią cały swój wolny czas i był bezgranicznie oddany. Zona patrzyła na niego z czułością i wyrozumieniem i mówiła – bo tak czuła – że wreszcie dała mu miłość, której tak potrzebował.
Sławek tez na nią patrzył i patrzył. I jednego był pewien, ze jeśli nawet nie dała mu miłości „wreszcie”, to na pewno dała mu ja raz jeszcze. I kochał ja jeszcze bardziej za to poświecenie.
Córkę tez Sławek kochał: taka projekcja uczuć z zony na córkę. Ale, na razie, z przyczyn obiektywnych, w sposób niepełny. Czekał, aż podrośnie. Teraz nie chciał, bo bardzo kochał i żonę i córkę. Był wprawdzie pewien uczuć obu, ale nie chciał im robić przykrości i psuć relacji między nimi. Tak jak to parę razy już zdarzyło się, co wyczytał w mediach
Kiedy tak Sławek siadywał wieczorami na fotelu, czasem nawet samotnie, to myślał sobie, ze człowiek bez uczuć, to jak bydlę jest. I że bez uczucia, a miłości w szczególności, nie można istnieć społecznie. Wtedy docierało do Sławka czemu on – w przeciwieństwie do innych – ma tyle szczęścia w miłości.
Ano dlatego, że wszystko, co robi – także kocha – robi całym sobą, bez ograniczeń. Z wiarą. Poświęca się dla kogoś i oddaje wszystko, co ma.
I to samo otrzymuje z powrotem.
Jak u Sławka.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Opętanie
2012-01-30
|
Katecheta zaczął spokojnie:
-Dziś dzieci chciałbym wam opowiedzieć o piekle.
Dzieci, jak to dzieci. Kiedy usłyszały o piekle zaczęły wiercić się z zaniepokojeniem. Niepoznawalne je ekscytowało i wzbudzało emocje zgoła niedziecięce.
Katecheta popatrzył na stadko dzieci z zadowoleniem – bo wzbudził reakcję, jakiej spodziewał się - i kontynuował głosem wieszcza niosącego prawdę objawioną:
- Papież przypomniał nam niedawno, że "nie przyznając się do popełniania
grzechów i nie obiecując poprawy, skazuje się na wieczne potępienie".
- Ty Jasiu, ty Zosiu i ty też Weroniko - wskazywał palcem na konkretne osoby -
macie wolną wolę, by samym wybrać, czy chcecie być zbawieni.
Powinniście jednak wiedzieć, że wszyscy nieposłuszni woli Bożej usłyszą: "Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości" (Mt 7, 23*).
Katecheta popatrzył się na młodych. Zdał sobie zarazem sprawę, że temat zajęć jego też kręci.
Mówił dalej:
- Matka Boża, objawiając się w Fatimie, przypomniała, że największą tragedią i nieszczęściem człowieka jest grzech i trwanie w grzechu, które może doprowadzić do całkowitego odrzucenia Boga, czyli do piekła. “Dlatego powinno się każdego dnia rozmawiać z Bogiem: *1. w codziennej modlitwie
różańcowej i medytacji tekstów Pisma św., a także w praktyce postu; 2. poprzez odwrócenie się od grzechu i życie zgodnym z przykazaniami i nauką Kościoła
Katolickiego; 3.co miesiąc spowiadać się, aby zawsze być w
stanie łaski uświęcającej i jak najczęściej przyjmować Jezusa w Eucharystii.
Dzieci przestały się wiercić, nachyliły główki ku sobie, jakby coś
konsultowały.
I rzeczywiście!
- A ja nie wierzę w piekło po życiu - wyrwała się Weronika. Bo, według mnie, każdy ma już na ziemi takie niebo, czyściec i piekło, na jakie zasługuje.
- Tak uważasz, kruszyno?- zainteresował się nieufnie katecheta odnosząc wypowiedź dziewczynki do dręczącego go w jej towarzystwie piekła nienasycenia - Powinnaś doszukiwać się Boga w każdym przejawie istnienia. W genie i memie. Powtarzalności. Powinniście, dzieci, wszyscy razem i zespołowo – tu rozszerzył zakres adresatów - szukać Boga.
- Taaa, pewnie – replika była błyskawiczna - Kocham puste słowa panie wielebny: zwłaszcza w nich widzę Boga. A Piekło to przywilej specjalny, zastrzeżony wyłącznie dla tych, którzy go bardzo żądali. I mieli, choć nie wyrażali tego bezpośrednio, nadzieje na jego nadejście: żarliwie go oczekiwali.
Weronika zamyśliła się na chwilę, po czym kontynuowała:
- Tak. Zresztą najgorsze w piekle to nie palący ogień, wieczność męczarni, utrata łaski bożej czy poddanie szatańskim torturom. Najgorsze w piekle jest to, że nie wiesz, czy już się w nim nie znajdujesz. Tak całkiem przypadkiem.
Katecheta ze wstydem schował nogi pod blat nauczycielskiego stolika.
- A oprócz tego - dodał Jaś - Jak ktoś jest w piekle i Bóg od niego odwrócił się na zawsze, to taki ktoś nie jest całkowicie bezradny.
-Nie? - Katecheta nieco poweselał, bo wszystkie wypowiedzi dzieci odnosił do sienie a teraz odnalazł nadzieję. Także dla siebie.
- Nie. Potępiony ma szansę. Bo przecież diabeł może takiej osobie pomóc. Zresztą tylko diabeł, skoro Bóg
odwrócił się od takiej osoby.... To właśnie zło wcielone może być dobroczyńcą potępionego.
- Ale dzieci, posłuchajcie mnie: przecież do piekła trafia się za złe uczynki. Idzie tam ten,
kto tego chce i manifestuje poprzez zło, które sprawia- Katecheta nie poddawał się.
Jasiu był bezlitosny:
- Przecież nikt nie chce męczyć się, więc nikt nie trafiłby do piekła z własnej woli. Uważam, że miejsce zwane piekłem w czeluściach Tartaru nie istnieje. A nawet, gdyby istniało, to teraz stoi puste. Z tego powodu, że wszystkie diabły są tutaj. U nas, na Ziemi. Stalin, Hitler, Bush….
Katecheta pokręcił z dezaprobatą głową. "Natenczas" Zosia włączyła się do
dyskusji:
-Piekło i niebo są przecież identyczne. Nawet bramy do każdego z tych miejsc sąsiadują ze sobą: z tych samych miejsc raz wychodzi demon a raz anioł. Chociażby Hitler albo Hussain. I od wieków wiadomo, że próba zrealizowania nieba na Ziemi, kończy się zwykle piekłem. Popatrzmy na naszych rodziców i ich „rajskie” związki małżeńskie albo na historię kościoła katolickiego. I odwrotnie: próba stworzenia piekła może skończyć się stworzeniem nieba. A dla każdego piekło i niebo to odrębne pojęcia. Dla mnie piekłem jest… ….
- Mylicie się dzieci – Katecheta kompulsywnie próbował protestować przerywając wypowiedź Zosi. Piekło to dzieło szatana, a nie Boga. A Piekło i Niebo to dwa różne miejsca. I dla innych osób. Potępionych albo wywyższonych.
Teraz z kolei niewierny Jasiu pokręci, kompulsywnie a z dezaprobatą, głową:
- A czy mudżahedin trafi do Piekła czy Nieba? Bo skoro Niebo jest wspólne dla wszystkich i obowiązuje zasada ochrony praw nabytych, to chyba do Nieba i do Piekła jednocześnie. Bo dokonał czynów chwalebnych, lecz popełniał także ciężkie grzechy. Ma przebywać w tych miejscach - w piekle i w niebie - jednocześnie? Czy po 12 godzin na dobę w każdym i odbywać podróż do piekła z każdego miejsca, bez bariery czasowej? To zresztą wyjaśniałoby - Jasiu zakpił - czemu tak wielu księży katolickich, spędzających życie w miejscach świętych, ma tak wiele do powiedzenia o piekle. No i o aborcji, bez doświadczeń w dziedzinie prokreacji.
Katecheta posmutniał. Poczuł się taki niezrozumiany. Opuszczony. Samotny i pogrążony w beznadziejności.
Cóż, wprawdzie wiedział o tym od dawna, ze samotność jest cena wielkości a i, że od wielkości nie ma ucieczki.
-Zanim odejdę i zamknę drzwi od klasy z drugiej strony, jeszcze raz spojrzę na moich wychowanków – pomyslał z zadumą.
Podniósł głowę i bystro zerknął. I wtedy właśnie zauważył to, co było jasne przecież w kraju, w którym nie dopuszcza się do wyjaśnień spektakularnych wypadków komunikacyjnych:
1. Jasio wyglądał przecież jakoś tak niecodziennie i szczerze;
2. Zosia przyozdobiła się czarną, obfitą szczeciną;
3. A Weronika na jego widok zamachała przyjaźnie kosmatym ogonem
- To tylko żeby muchy odganiać - wyjaśniła Katechecie ziejąc z kształtnych ust wonią siarki, zepsutych zębów i przetrawionej smoły.
Jasiu nadto, poczuwszy luby zapach, przygładził z ukontentowaniem diabelskie włosie na głowie, z którego ułożyły się dwa, piękne a kształtne i jędrne obiecujące różki.
Stadko dzieci patrzyło zaś z wyczekiwaniem na milczącego Katechetę licząc na dalszy ciąg zajęć….
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Gra słów
2012-01-24
|
Tytuł artykułu to jest najmniejszy tekst prasowy: jest reklamą. Postrzega się go jako zewnętrzną fizjonomie tekstu, sposób na pozyskanie odbiorcy. Często przy tym tytuł prezentuje stanowisko autora względnie redakcji: jego nastawienie do tematu, to co uważa w temacie za najistotniejsze i … co kusi autora: stanowi projekcję jego pragnień na ogół.
To właśnie tytuł wpływa na świadomy wybór lektury przez Czytelnika w ogóle, a Internautę w szczególności. Jest jak przyprawa do posiłku. Wszyscy wiemy, że jeśli posiłek źle doprawiono, to nikt go nie ruszy… Tytuł nadają tekstowi smak i charakter.
Właśnie tytuł przekazuje Czytelnikowi obietnicę rozwiązania problemu, ale bez zdradzania sposobu, który to sposób powinien znajdować się w artykule. Zapowiada to coś nieoczekiwanego a pożądanego przez Czytelnika.
Istnieje kilka zasad, według których należy konstruować tytuł:
Tytuł powinien obiecywać korzyść, ma być formą obietnicy, która mówi internaucie jaką korzyść odniesie po przeczytaniu całego tekstu. Tytuł powinien obiecać Czytelnikowi sposób na pozbycie się problemu, osiągniecie celu. Tytuł powinien sprzedawać Czytelnikowi korzyść, czyli to, o czym marzy, nawet skrycie. Przy czym tytuł nie powinien być zbyt poetycki: powinien pokazywać raczej coś prosto i konkretnie, jak w niemieckich filmach. Przeciętny Internauta (Czytelnik) myśli wyłącznie schematami, wiec tytuł nie powinien wykraczać poza szablon ustalony przez wiele lat praktyki i usankcjonowanie społecznie podejście do tematu.
Po dzisiejszym przeglądzie prasy już wiem, co jest ważne dla Czytelnika, Autorów i Redakcji:
- Latami gwałcił nieletnie córki. "Bo żona była w ciąży";
- Dlaczego coraz trudniej zawlec faceta do sypialni? Co z tym libido?
- Wygrała milion funtów. W trzy lata została bezdomną. Bingo
-Zrobili to pierwszy raz – skończyło się amputacją
-Wybuch na Słońcu – materia trafi w Ziemię
-Spalili jego ciało na oczach tłumu – zdjęcia
- Mordercy nie oszczędzili nawet dzieci - zdjęcia
Już wiem, jak zrobić to, na co ukierunkowują mnie Autorzy publikacji. …
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Odchodzę, bo …..
2012-01-11
|
To był dobry czas dla nas.
Kiedy Cię poznałam było mi źle, w nic nie wierzyłam. W przyjaźń, bezinteresowność, zabawę, szczęście. Że kiedykolwiek będę szczęśliwa.
Dni mijały – jeden za drugim. Takie same i szare. Beznadziejne. Jakby cały czas panował półmrok na świecie i padał zimny deszcz.. Nie wychodziło słońce.
Było mi tak źle, że często wychodziłam z domu i szłam byle gdzie. Tylko żeby poczuć na skórze przenikliwe zimno wiatru i lodowate strugi deszczu na twarzy. Żeby już nie myśleć i żeby już nie bolało.
I wtedy pojawień się Ty, Mój Mężczyzna.
Znów zaświeciło słońce, a jazda windą na ósme piętro stała się przygodą: jeśli Ty byłeś w tej windzie.
Chciałam być dla Ciebie porannym zapachem kawy, promieniem słońca. Wybrać dla nas dom. I ogród. Z Tobą mogłam oglądać nawet brazylijskie seriale. Do wczoraj jeszcze, jak Ci mówiłam
Ale było tak przez sześć lat. Wystarczy.
Zrozumiałam, ze będąc z Tobą – krzywdzę Cię.
Swoja nieodpowiedzalnościa, impulsywnością, emocjami. Tym, że robie, co chcę. A czasem nawet to, czego nie chcę – byle postawić na swoim.
I nie jest to żart. Psikus, jaki czasem Ci robię. Głupio mi, ale zostając z Tobę, będę Cię tylko krzywdzić.
Po prostu jesteś dla mnie za dobry. I wiem to na pewno, że zasługujesz na kogoś lepszego. Zasługujesz ta takie wyjaśnienie, żeby bardziej nie bolało, żeby rozstać się cywilizowanie
Dlatego dowiesz się dziś o tym z facebooka pierwszy.
A do Twojej mamy wyślę smsa, żeby nie myślała, ze jestem zła.
Zasługujesz na przyszłość. Ja tez zasługuję na przyszłość jeszcze – inną niż w złotej klatce.
Jestem tego warta.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Efekt motyla
2011-12-21
|
Przyjęło się, że w Polsce księża święcą, co się rusza. I to wbrew temu, że czasem poświęcenie danego miejsca może mieć znikomy wpływ na sposób działania danego miejsca w przyszłości, jak tez znikomy na materię, którą w danym miejscu będzie się obrabiać.
Tak też było – zdaniem złośliwych – w Kobiórze, gdzie w uroczystym otwarciu oczyszczalni ścieków sam Ksiądz Proboszcz wraz ze swoim Kropidłem.
Interwencja boska była jednak niezbędna, gdyż, zdaniem niektórych, nowa oczyszczalnia jest naszpikowana automatyką i bardzo łatwo w niej o wypadek. Zwraca się zwłaszcza uwagę na przypadki śmiertelnego zatrucia gazami. No i na to, żeby opatrzność czuwała nad pracownikami.
Pytanie tylko, co stanie się, kiedy osobami korzystającymi z usług nowej oczyszczalni ścieków nie będą tylko „katolicy”? Czy oczyszczalnia ścieków, natchniona duchem świętym, odmówi posłuszeństwa i odchody Żyda czy Protestanta staną się nieczyszczone. Albo, co gorsze – niekoszerne?
Czy też może, co wg. niektórych rodaków-katolików jest gorsze, stanie się święte – w myśl zasady, że milsi nawróceni niż wierni grzesznicy.
A co powiedzą sami innowiercy, powołując się na konstytucyjną zasadę równości wyznań. W końcu, od 2 kwietnia 1997 r. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej wprowadziła nowy etap w rozwoju stosunków wyznaniowych w Polsce. Potwierdziła ona, już w preambule, nie wspominając o art. 25, równość w prawach i powinnościach wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, w tym także w zakresie wolności sumienia i religii.
I czy taki hinduista nie będzie się czuł urażone, że jego guano traktowane jest, w istocie rzeczy, wodą święconą.
W końcu przepisy Konstytucji należy stosować wprost.
Chocby nawet trzeba było skleić skrzydła motyla czystym, żywym gównem
|
|
Komentarzy:
0
|
|
W oczekiwaniu na kontakt
2011-12-14
|
Mamy kontakt ze zmarłymi. Z życiem pozagrobowym. To nic dziwnego choćby dlatego, ze istniejące światy muszą komunikować się ze sobą. A że inne światy, w tym metafizyczne, istnieją, trudno racjonalnemu człowiekowi zaprzeczać. Nawet jeśli przyjąć, ze życie na Ziemi ma swoje źródło tylko i wyłącznie w mutacji białka, nawet tego przetransportowanego z innych zakątków Kosmosu przez meteoryty, to jest to dodatkowy argument za istnieniem Boga. Albo, jak kto woli – innych wymiarów istnienia, w tym życia pozagrobowego.
Osobiście doświadczyłem łączności z innymi istnieniami, w innych wymiarach.
Należę, zresztą wbrew – póki co - budowie ciała, do smakoszy. Znaczy lubię jeść i … znam się na tym: co, kiedy i jak zjeść. I jak przyrządzić. Jestem rasowym konsumpcjonistą.
Miałem kiedyś na talerzu kawałek cielęciny. Z ziemniaczkami. Wyborne, kruche mięso, rozpływające się w ustach. Lekko korzenny smak, wzmocniony aromatem ziół. Doprawione, nieco wbrew Regułom, czerwonym winem. Ale to tylko potęgowało unikalność smaku potrawy.
Rozmarzyłem się i zamknąłem oczy.
I wtedy odniosłem wrażenie, że ktoś na mnie patrzy. Poczułem wyraźnie muskające mnie spojrzenie smutnych i spokojnych, wilgotnych oczu. Pełnych bólu i …. pytających: „czemu?, czemu ja?”
Oczu cielaczka, którego fragment ciała, niczym rasowy katolik, spożywałem.
Co dziwniejsze nie miałem wrażenia, ze cielaczek ganił mnie za ten fakt: on rozumiał, ze nie wiedziałem, co czynię.
Otworzyłem oczy i otrząsnąłem się z tego, odczuwanego po raz pierwszy, wrażenia.
Rosół na kurzych żołądkach był pyszny. Tłusty i złocisty. Z makaronem. Szybko zjadłem makaron i wypiłem płyn. Zostały kurze żołądki.
Tym razem nie zamykałem oczu, żeby uniknąć nieoczekiwanych spotkań.
Jak okazało się – nie musiałem. I tak poczułem kurzą radość z życia ptaka biegnącego na fermie hodowlanej do korytka z ziarnem. Satysfakcję z „dosiadania” jednej z kur, emocje związane z utarczką o miejsce na grzędzie. Trzepotanie skrzydłami, grzebanie w ubitym klepisku. No i tą euforię, gdy, wbrew prawdopodobieństwu, udawało się znaleźć w prawie betonowej podłodze, kawałek dżdżownicy – samobójcy, która zabłąkała się na Fermę pragnąc jedynie spulchniać glebę. A zamiast tego mogłaby, co najwyżej, spulchnić zupełnie co innego, gdyby los ptaka nie był już przesądzony. Zanim jednak ptak oddał życie i jego żołądek posłużył do przyprawienia zupy, zdążył on zasmakować robala w całym wachlarzu doznań. A przeżycie to udzieliło się teraz i mnie tak silnie, że poczułem niemal pod zębami zgrzytające ziarenka piasku oblepiającego dżdżownicę.
Byłem wciąż głodny, ale z odrazą popatrzyłem na „naturalną” kiełbasę, kaszankę, salceson i parówki. Napiłem się tylko wody, którą posłodziłem, działając z pewną obawą, dwoma łyżeczkami cukru: widok rozgniatanych na miazgę buraków by do zniesienia.
Od tego czasu nieco schudłem. Teraz trochę więcej piję, trochę więcej palę i trochę mniej śpię. Za to, jakby rekompensując ubytek czasu snu, więcej śnię i śpię bardziej nerwowo.
Teraz, kiedy nie śpię, to bardzo długo i starannie rozważam elementy składników żywieniowych wchodzące w skład moich posiłków.
Boje się popełnić jakiś błąd.
I czekam na kolejny kontakt – na moich warunkach.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
O naturze człowieka…
2011-12-05
|
To, że historia ma charakter regresywny wiemy już od dawna, bo co najmniej od starożytności. Jednym z najstarszych obiegowych sądów dotyczących młodzieży, jest ten głoszący, że każde następne pokolenie jest gorsze od poprzedniego.
Aby odpowiedzieć sobie na pytanie czy to prawda, nie mając zarazem możliwości bezpośredniego porównania zjawisk społecznych ze względu na długość naszego życia i nie chcąc zawierzać sądom starszych, którzy deprecjonują młode pokolenie, należy sięgnąć do zdobyczy świata nauki.
Analizując wskaźniki liczbowe wojen i niepokojów społecznych w XX wieku bez trudu dojdziemy do wniosku, że równie krwawego okresu w historii człowieka nie było uprzednio. Tylko tzw. II wojna światowa pochłonęła kilkadziesiąt milionów istnień, mając takich jednostkowych bohaterów jak ten żołnierz Wermachtu na wybrzeżu Atlantyku odbierający życie 2700 innym ludziom w ciągu 12 godzin (225/ha lub 3,75 na minutę)… Walki gladiatorów „starożytności” wydają się zabawą, jeśli chodzi o liczbę ofiar, w porównaniu z walką o chleb w obozach koncentracyjnych.
Niektórzy powiedzą: cóż korzyści skali, stąd przekłamania. Proporcje są dziś, jeśli chodzi o „szkodliwość czynów”, lepsze. Czyngis-chan zabiłby więcej gdyby miał karabin maszynowy.
Ja jednak, może to ze względu na wrodzoną wrażliwość i empatię, jak też wspomniane liczby, czuję się zaniepokojony o los moich wnuków: zarówno z prawego jak i nieprawego łoża (ponieważ jestem wyznawcą zasady demokratycznego państwa prawa i silnie popieram zasadę równości także w zrównywaniu szans potomków: niezależnie od tego czy żyją w Polsce, dalekiej Tajlandii, Uzbekistanie czy w Mont Saint Michele).
Moje pytania, które zadaję sobie codziennie na nowo– czemu Oświęcim, czemu Kosowo, Ostaszków, Starobielsk, Kołyma, Tutsi wraz z Hutu – pozostają bez odpowiedzi.
A rzucony kamyk „ludobójstwa” natychmiast pociąga za sobą wyjawienie lawiny całego zła i nieprawości społecznej, które to niesie postęp. Obnaża wspomniany regresywny charakter historii.
Narkotyki? Narkomania kiedyś?
Nie było takiego zjawiska, bo nie było zakazów.
Był co najwyżej grzech nieumiarkowania: wystarczyło wyspowiadać się i człowiek był wolny jak ptak. Od grzechu i od „nałogu”. To nie obecność narkotyków i wolny do nich dostęp był przyczyną drastycznego zwiększenia liczby jednostek uzależnionych.
Pedofilia?
No jakże oskarżać o pedofilię męża czternastoletniej kobiety. Mąż to mąż. Za takie słowa – „pedofil” – jeśli ktoś zrozumiał co one znaczą, można było, nawet, dostać w dziób. A dziś zapełnia się więzienia statecznymi ojcami i opokami rodzin, zaś nieletnie niewiasty pozbawia się jakże intratnego i przyjemnego źródła dodatkowych dochodów. Że nie wspomnę o pedagogicznej funkcji zjawiska polegającego na uświadomieniu dziatwie odwiecznej relacji praca – zysk. Nie bez znaczenia pozostaje także wypełnianie funkcji naprawczej kulejącego programu MEN dotyczącego przysposobienia do życia w rodzinie czy religii.
Aborcja?
Nikt nawet nie podejrzewał jej istnienia, co dopiero wspominać o karaniu za nią. Co najwyżej doceniano aktywność młodzieży, żon oczekujących na powrót męża z wojny czy sióstr zakonnych w celu odpokutowania za uniesienia parnych czerwcowych nocy.
Zabójstwo w afekcie?
Rzeczą honoru było onegdaj stawić się na pojedynek, jeśli kogoś niebacznym i umyślnym słowem lub czynem – obraziło się. Jak ktoś nie stawia się – z rozkoszą szukał możliwości popełnienia samobójstwa. Ze wstydu. Dziś sytuacja jest odwrotna: karze się najczęściej tego, kto przestrzega praw honoru i eliminuje jednostkę naruszającą prawa do dobrego imienia. I w sposób nieuzasadniony zapełnia się więzienia.
Jeszcze niespełna stop lat temu istniała znakomicie funkcjonująca „decentralizacja w sferze penalnej”. Zachowanie uczniaka czy żaka, który popełniał nieprawidłowości, najczęściej bez świadomości tego faktu, mogło zostać skorygowane poprzez działanie czujnych nauczycieli, którzy dysponowali szeregiem środków represyjnych. Odbywało się to – za obopólną zgodą – w sposób nieoficjalny i trzymane było w sekrecie. Dziś, każde frywolne zachowanie młodzieży karane jest w majestacie prawa, czego przykładem są procesy kibiców piłkarskich, lewaków lub członków Młodzieży Wszechpolskiej. Skutkiem jest zamknięcie drogi na przyszłość dla tych młodych ludzi – aż do momentu zatarcia skazania.
Prostytucja?
Nie była zjawiskiem nagannym. Wręcz była to sfera umożliwiająca zrobienie szybkiej kariery dla niezamożnej, lecz utalentowanej młodzieży, czego dowodem są biografie słynnych kurtyzan czy utrzymanków (artystów). Nie bez znaczenia dla oceny zjawiska są kwestie związane z ułatwieniem inicjacji seksualnej czy związane z zapobieganiem przestępstwom na tle seksualnym. Do utartych zwyczajów wieczorów kawalerskich była wizyta w renomowanym „buduarze” prowadzonym przez nimfy wiadomej profesji..
Takich przykładów możnaby znaleźć więcej, lecz nie to jest celem autora. Celem tym jest zwrócenie uwagi Czytelników na potrzebę szacunku – i wyrażania szacunku – dla dokonań przodków. Czyli szacunku do tradycji.
Poczucie wagi wpływu poprzednich pokoleń na rzeczywistość społeczną, wartości ich przekonań, prawdy zawartej w czynach – to pierwszy krok do uzdrowienia społeczeństwa i więzi międzyludzkich.
Wróćmy do korzeni!
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Podróż w nieznane
2011-12-01
|
Czy marzyliście kiedyś o podróży w nieznane? O takiej magicznej wyprawie tam, gdzie jeszcze nie byliście?
Na pewno tak, każdy o czymś takim marzy. Któż z nas nie wędrował w dzieciństwie palcem po mapie.? Zwiedzał, wraz z Arkady Fiedlerem dorzecze Amazonki, śpiewał – wraz z rybami – w Ukajali.
Zresztą i w telewizji publicznej, jak też w płytach DVD nie brak programów o najbardziej egzotycznych wyczynach globtroterów. Możemy podróżować wraz z Tony Halikiem np. do legendarnej stolicy Inków – Vilcabamby albo w poszukiwaniu ptaka dodo.
Możemy zwiedzać, wraz z Jacques-Yves Cousteau na statku „Calypso", Morze Czerwone i tworzyć pierwszy podwodny kolorowy film - zrealizowany na głębokości 45 m! To razem z Jacque spenetrowaliśmy starożytny wrak statku greckiego do przewozu wina, spoczywającego na głębokości 40 m niedaleko Marsylii.
Z Martyną Wojciechowską zwiedzimy Hongkong. Z Wojciechem Cejrowskim możemy poznać blisko sześćdziesiąt krajów na sześciu kontynentach. Pokonać bagnistą puszczę Darien, na granicy Kolumbii i Panamy, przejechać trasę Camel Trophy, w Gujanie i dotrzeć do - m.in. do odległych osad plemienia Wai Wai.
Ci spośród nas, o większych wymaganiach i aspiracjach, mogą wybrać się wraz z Juliuszem Verne w głąb ziemi albo w 20 tys mil podmorskiej żeglugi. Lub z Twórcami Awatara – na inna planetę, względnie z Leonardem Di Caprio w podróż do krainy snu (Incepcja).
Niektórzy z Was machną ręką i stwierdzą, ze to tylko film, fikcja. Że takie podróże to niemożliwe są do zrealizowania przez normalnego człowieka. Lub, co najwyżej, tylko osoba niezmiernie bogata może sobie na coś takiego pozwolić.
I tu Was mam! To nieprawda!
Każdy z Was może odnaleźć feniksa, zgwałcić jednorożca, odnaleźć dodo, polatać na gryfie, czy poprzeglądać się w lustrze z … bazyliszkiem
To ostatnie byłoby, z uwagi na codzienną obecność tego gada w naszym życiu, wskazane. Mało kto bowiem wie, ze bazyliszek - rodzący się z jaj, które składają siedmioletnie koguty, a następnie wysiadywany 9 lat przez ropuchy lub węże - może żyć i żyje wiele wieków. A we współczesnym ucywilizowanym życiu brak jest naturalnego czynnika, który może doprowadzić do śmierci bazyliszka- czyli piania koguta. Względnie łasicy, która mogła zabić go swoim zapachem.
Taka podróż jest dostępna dla każdego. Trzeba tylko przejść przez długi, biały tunel. Zarezerwować miejscówki i opłacić ubezpieczenie, by rodzina nie miała kłopotów.
Ucieknijmy od Cejrowskiego, Halika, Wojciechowskiej opisujący swoje ułomne próby odkrywania oczywistego – czyli życia. Odrzućmy ich i ich fałsz zmieszany z zakłamaniem, ponieważ jednym z ważniejszych motywów działania w świecie mediów jest nikczemny zysk – miast dążenia do zgubienia prawdy istnienia.
Zamiast nich wybierzmy innych przewodników, tych prawdziwych: Mictlantecuhtli, Izraela, Hadesa, Tanatosa, Ozyrysa, Anubisa. Oni zabiorą, każdego, które zechce, w prawdziwą „podróż życia”, do miejsc, których jeszcze nie znacie. O których nikt Wam nie opowiedział.
Bilety na podróż Waszego życia możecie zakupić w najbliższej aptece. Organizacją podróży może zająć się wybrany, także najbliższy, zakład pogrzebowy.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Świętokradztwo
2011-11-28
|
Aktualny stan zdrowia jednostki jest wypadkową czynników nań działających, zwykle, pomijając schorzenia wrodzone, reakcją organizmu na czynniki zewnętrzne. Dotyczy to zarówno stanu zdrowia fizycznego, jak psychicznego.
Jeśli żyjemy w zanieczyszczonym środowisku to pewnie będziemy mieć schorzenia układu oddechowego. Jeśli nie ubieramy się ciepło w zimę, przeziębimy się.
Podobnie jest z tzw. „chorobami psychicznymi”.
Do ich powstania – rzekomego - przyczynia się wiele czynników zewnętrznych i wewnętrznych, które wzajemnie na siebie wpływają. Mają znaczenie właściwości wrodzone i to, jak chory rozwijał się, jakie przeżył wstrząsy życiowe, jaki jest jego aktualny stan zdrowia i przemiana materii w organizmie, oraz środowisko społeczne, w którym żyje. Podkreśla się decydujący wpływ wczesnego dzieciństwa na tworzenie podstaw zdrowia psychicznego. Istotny jest wpływ rodziny, wzajemnych stosunków między rodzicami, stosunków rodziców do dziecka, systemu wychowania, w czasie którego dziecko przyswaja sobie zasadniczą postawę wobec rzeczywistości, wobec obowiązków i uczy się współżycia z ludźmi.
Choroba psychiczna jest zatem często reakcją organizmu na czynniki zewnętrzne, objawem dostosowania się jednostki. Niektórzy mówią nawet o wykorzystaniu zdolności samoregulacyjnych organizmu i wyrazie jego zdolności adaptacyjnych do społeczeństwa.
Zatem jeśli pewnego dnia poczujesz się Napoleonem albo Carycą Katarzyną, względnie Iwanem Groźnym, to może tego właśnie społeczeństwo oczekiwało od Ciebie. Oczekiwało Napoleona, Adolfa Hitlera, wizjonera niezrozumianego przez Otaczających. Może Twój organizm odpowiedział na sygnał wysłany przez Zbiorowość i dopasował się do Konwencji. A jeśli nawet nie zrobiłeś tego Ty, całym swoim sercem i całą duszą swoją, to uczyniła to jedna z Twoich osobowości, które w Tobie drzemały, czekając tylko na wspomniany sygnał.
To nieprawda, że ten sygnał płynie z Twojego serca: ten sygnał to odpowiedź na zew gotowy, zaproszenie do uczestnictwa w życiu społeczeństwa, na który w szczerości swego serca – odpowiedziałeś.
I po co Ci leczenie? Duszy człowieka wszak nie uleczysz, a narazisz ją – co najwyżej – na cierpienie.
Nie można zaprzeczać naturze i rzucać wyzwania nie tylko biologii, ale i Bogu. Człowiek wszak został stworzony na obraz jego i podobieństwo, we wszystkich detalach. A poprawianie natury boskiej należy oddać Bogu, a nie ludziom. W ten sposób oddamy co boskie bogu, a co cesarskie – cesarzowi
Za wegetatywnym podejściem do leczenia schorzeń psychicznych przemawiają też inne argumenty.
Służba zdrowia ma ograniczone środki finansowe. Jeśli Ciebie będą leczyć, boi zachciało Ci się rzucić wyzwanie Bogu, to zlekceważą kogoś innego, mniej dynamicznego. I jak będziesz czuł się, zdając sobie sprawę, że kuracja odbywa się kosztem innego człowieka? Czy nie zniszczy Cię poczucie winy? A jeśli nie zniszczy, to czy na pewno zdrowym jest taki brak poczucia odpowiedzialności za słabszą jednostkę?
Tym bardziej, że, pomijając proces leczenia, jak to w naturze boskiej: wiatru halnego i jego następstw nie unikniesz, choćbyś chciał. W końcu i tak trzeba będzie polecieć.
Czy pomyślałeś o tym, czy zdajesz sobie z tego sprawę, że depresja i zaburzenia psychiczne są domeną wielkich jednostek?
Może zamiast rozczulać się nad sobą, sam stwórz coś wielkiego. Popatrz na Michaela Josepha Jacksona, który, nawet po śmierci potrafi zarabiać nawet na swoim gównie wystawianym na sprzedaż na ebay-u. Albo na jego piosenkach wystawianych na you tube.
Pomyśl jakim wspaniałym ukoronowaniem Twojej kariery Twórcy, choćby nawet nie wiem jak krótkiej, byłoby samobójstwo, jakże skutecznie i oczywiście wieńczącej proces choroby psychicznej. Mógłbyś stać się Kurtem Cobainem pokolenia Emo czy Witkacym Interii – gdybyś tylko zechciał podciąć sobie tętnicę szyjną i zażyć weronal
Czy rozważałeś aspekty kreacyjne choroby psychicznej? Jak mocno możesz zwiększyć wartość społeczeństwa zwracając ludziom uwagę na to, czego normalnie nie dostrzegają. Oczywiście, wiem, nie będzie łatwo. Ale nic, co łatwo przychodzi nie jest warte nawet trudu, który w to włożyłeś. Bo w takim razie nie zwrócisz nawet uwagi na efekt, który osiągnąłeś. Smak zwycięstwa najlepiej czuć poprzez łzy odrzucenia i gorycz porażki: wtedy jest to prawdziwie zwycięstwo, bo wynikające z istoty Ciebie. Po śmierci zresztą i tak Ogół Cię doceni. Choćby jako niezłomnego bloggera, autora Interii.
Pomyśl o tym wszystkim, co Ci wyjaśniłem pokrótce.
A potem wybierz jak chcesz żyć.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Boża godzina
2011-11-25
|
Odwlekał powrót do domu jak długo to było możliwe. Zamówił jeszcze jedno piwo. Powrót do domu go przerażał. Ona znowu będzie dobierać się do niego. A pomyśleć, że miała zajmować się tylko sprzątaniem i gotowaniem. Tak mu obiecywała. Skończyło się, jak widać.
Teraz pewnie na niego czeka. Na pewno nie położyła się spać ani nie poszła do domu. Po prostu czeka. Na okazję. Ile to razy udało mu się wrócić do mieszkania, kiedy ona zasnęła? Dwa? Trzy? Nie więcej. Może cztery..
Kiedy w końcu poczuł się gotowy do powrotu, taki bardziej odważny, był już nieźle wstawiony. Zapłacił. Z przyjemnością zauważył, że ręce barmana były bardzo delikatne. Palce pieszczotliwie przebierały w banknotach. Te ręce były stworzone do wyższych celów. Godne miłości. Pieniędzy, to wiedział.
Już za drugim razem udało mu się trafić kluczem w otwór zamka, lecz już samo trafiane w dziurkę spowodowało histeryczny atak strachu i lęku. Nawet minimalny ubytek precyzji spowodował natychmiastową reakcję za drzwiami.
-Przygotowałam ci kolację. Jak zjesz to przyjdź do mnie.
Specjalnie opóźniał jedzenie, licząc, ze może jednak ona podda się. Jadł aż wytrzeźwiał. I Az zrobiło mu się zimno. Tak, że zabolało. Do łóżka poszedł jednak dopiero, kiedy ustały wszelkie odgłosy z sypialni. Był już ranek. Łudził się, ze może zapomniała, zasnęła, zabłądziła w drodze do łóżka. Albo po prostu szlag ją trafił.
Niepostrzeżenie wsunął się pod kołdrę. Myślał, że już udało się, kiedy poczuł jej palce na ciele. Na tych najwrażliwszych częściach. Uśmiechnął się zwycięsko. Bo wystarczyło, ze uświadomił sobie do kogo należą i jego ciało stało się doskonale nieczułe na dotyk. Potem mógł już w myślach podróżować po krainach, do których zawsze chciał pojechać: Haiti, Karaiby i zamieszkujący je Czukczowie. Rozwiązywać najtrudniejsze zadania matematyczne i rebusy. Jak ten: „Twój wuj to zbój. Albo – Lubię spać i pływać.
Niebacznie zdekoncentrował się. Przypomniały mu się te delikatnie cudowne dłonie barmana i jego uduchowiony dotyk. Nie wytrzymał i zdradził się, a ona błyskawicznie to zauważyła.
Zaczęło się. Marzył żeby ją zabić, nie mógł jednak sobie teraz na to pozwolić. Wszystko musiał załatwić poprzez ruchy, których od niego oczekiwała. Żeby tylko mógł sobie okleić tłuczonym szkłem, albo drutem kolczastym owinąć. Zrobić koronę cierniową i nawet zostać męczennikiem, jeśli to tylko by coś dało. Chciał ja zabić, choćby gwałtownością, przebić się do mózgu, lecz to budziło tylko większy jej entuzjazm. I okrzyki.
Ona zasnęła w końcu. On zaś – nie. Niesmak w ustach, który czuł po tym musiał spłukać dużą ilością alkoholu. A potem musiał przejść się. Uciec choćby na chwilę.
Tak jej nienawidził Tak ich nienawidził. Musiał uciec stąd i ruszyć w końcu przed siebie.
Wychodząc z klatki wpadł na chłopca. Wydał mu się znajomy. Taki podobny do tego barmana z ładnymi dłońmi. I miły. Taki jak barman.
- Dzień dobry.
-Cześć. Chcesz się napić wina. Mszalnego. Mam na górze. Chodź ze mną.
Był pijany ale stara się iść prosto. Wziął chłopca za rękę.
-To tu, niedaleko.
-Ale to suszarnia.
-Nic się nie martw. Przyniosę wino, ale teraz… musisz mi coś dać.
Przytrzymał chłopca jedną ręką, a drugą usiłował rozpiąć mu rozporek. Udało mu się.
-Co pan robi. Proszę mnie puścić
-To nic wielkiego, takie tam…. Jestem natchnięty Duchem Świętym.
Chłopiec wyrywając się zdwoił wysiłki. Zaczął, dodatkowo, krzyczeć. Był jeszcze ranek, wiec mieszkańcy nie dali na siebie czekać. Dopadli go. Odsunęli małego w bezpieczne miejsce. Uderzenia i kopniaki spadały na gwałciciela dziatek ze wszystkich stron. Zboczeniec, osłaniając zakrwawioną już twarz, upadł na kolana. Ostatkiem sił udało mu się wykrztusić parę słów:
-Zostawcie, jestem księdzem
Rozpiął górny guzik zakrwawionej bluzy i pokazał koloratkę pod szyją.
Zapadła cisza. Ktoś przyznał mu rację:
-Zostawciegoonjestksiędzem
Napadnięty pokrzepiony sukcesem dodał:
-Wypieprzać
Co członkowie zbiegowiska skrzętnie uczynili. Tym bardziej, ze nie stało się nic nadzwyczajnego. Alarm okazał się niepotrzebny
Albowiem sługa wiary chciał przekazać miłość bożą, którą jest wypełniony, innym ludziom. Natchnąć duchem świętym.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
On i ono: bohaterowie losu
2011-11-21
|
Udało mu się przespać część poranka. I to pomimo tego, ze ONA cały czas coś mówiła. Po prostu ryj jej nie zamykał się. Żeby coś zrobił, obudził się, nakarmił dziecko, wstał chociaż. Już nawet chciał przywalić jej w ten głupi psyk, ale pomyślał, że w ten sposób ta głupia suka osiągnie swój cel – bo zmusi go do poderwania się z łóżka. Więc tylko zacisnął pięści i spał dalej – czekając, że może podejdzie na odległość ręki i będzie mógł jej przywalić nie wstając.
Ta myśl, że – być może – dowali jej nie wstając z łóżka tak go nakręciła, że zamiast spać zacisnął mocniej pięści i przyczaił się. Zaczął polowanie, jak prawdziwy łowca, a dreszcz podniecenia i adrenalina mile połechtał mu lędźwie.
Ona tylko jednak powiedziała, żeby zrobił coś z dzieckiem, bo płacze. I wyszła po prostu. Jakby przeczuwała. Taaa: kobiety są gorące i maja intuicję.
Suka! Co za wredna larwa, ze złośliwą mordą i chudym tyłkiem. Od razu zaczął żałować, ze złamał się tydzień temu i ją przeleciał: pewnie miała, w przeciwieństwie do niego, z tego frajdę. Poczuł ogarniający go niesmak i narastający odruch wymiotny. Zapłaci za to, pomyślał. Stówkę co najmniej.
Gdyby się teraz poruszył na pewno by się zrzygał: był przecież tak wrażliwy. A jeszcze bardziej nieszczęśliwy, bo wykorzystany. I wiedział o tym, w przeciwieństwie do tej suki, która najpierw go obudziła, a potem po prostu wyszła do pracy.
Podniósł się ostrożnie, żeby nie narzygać na dywan. Ten mały pokurcz wciąż wydzierał się. Nawet mocniej wrzeszczał od kiedy wyszła.
Pewnie zesrał się. I go piecze – pomyślał z wyraźnym zadowoleniem.
Nieśpiesznym krokiem podszedł do łóżeczka. Zaniechał z bezpiecznej odległości, ale nic nie poczuł. Ośmielony podszedł bliżej, rozchylił pieluchę. Skondensowany smród odchodów prawie powalił go na podłogę. Rzeczywiście gówno – pomyślał.
Nie maił zamiaru śpieszyć się, bo coś od życia należało mu się. Dość narobił się już. A gówniarz, teraz już dosłownie, niech uczy się męskości. Bo jak nie to wepchnie go kiedyś, żeby zamknąć mu ryja, tam, skąd przyszedł. I tak bachor ma mniejszego penisa, pomyślał z zadowoleniem, wiec niech zna swoje miejsce.
Ta myśl bardzo poprawiła mu humor. A był najwyższy czas, bo od wczoraj już miał zły nastrój. Depresję, przypomniał sobie hasło w krzyżówce. Wczoraj znowu powiedziała, żeby zaczął chodzić szukać pracy. W ten ziąb jeszcze, wściekł się.
A co źle im tu? Ona pracuje przecież. On opiekuje się dzieckiem. Co chcieć więcej? Źle zajmuje się domem? Prawie jej przywalił. Dobrze im. Materialistyczna dziwka. Mamona ją kusi. Z kim oni związał się?! Gdzie miał oczy? Taki facet jak on, co dba, żeby wszystkim było dobrze.
Żeby tylko ten pokurcz zamknął w końcu ryja. Głodny pewnie. Rzucił mu skórkę od chleba. Bachor zamknął się na chwilę usiłując ściumkać nieznany przedmiot.
Wreszcie spokój.
Wstał. Co za burdel, pomyślał. Ta leniwa suka mogłaby w końcu też coś zrobić w domu.. I nic nie ma do jedzenia. No to sobie nagrabiła. Teraz już ją dorwie jak wróci.
Spojrzał na potomka. Odezwała się w nim solidarność męska i uczucia ojcowskie.
Zobacz synku, jaką masz sukę za matkę. Mały patrzył bezrozumnie, nie wypuszczając z rączki skórki od chleba.
Na, masz smyku. Jeszcze jedną skórkę. Ja idę do sklepu coś do jedzenia kupić, bo z głodu umrzemy.
Kiedy wracał, cztery wina grzechotały dźwięcznie w siatce. Może nie dużo, ale dość żeby wytrzymać, aż ta larwa wróci. I żeby nie być tak nawalonym, żeby jej nie przywalić. I maił świeżą kajzerkę dla ukochanego synka.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Moja walka
2011-11-14
|
Praca to nie wszystko. Podobnie jak pieniądze. Najważniejsza jest prawda. Niby wszyscy to wiedzą, jednak wciąż spotykamy się w życiu codziennym z postawami, które są żywym zaprzeczeniem tych przywołanych powyżej prawd.
Na przykład dziś, z podziwem i niekłamaną zazdrością przeglądam CV i listy motywacyjne kandydatów do pracy. Nie ode mnie zależy decyzja, kto zostanie przyjęty, lecz mnie polecono przeprowadzić selekcję kandydatów.
I jestem zdziwiony.
Bo kto może chcieć tu pracować? Stanowisko pracy niezbyt rozwijające, praca pod wpływem dużego stresu, schematyczna. Owoców pracy nigdy pracownik nie zobaczy, co najwyżej błędy: wcześniej czy później zrobi. Wystarczy poczekać. I nagana, upomnienie, relegacja - gotowa.
Za to, jakby rekompensując nieatrakcyjność stanowiska pracy, każdy z kandydatów skończył trzy kierunki studiów, biegle włada dwoma językami obcymi. Jest niekarany, ma nieposzlakowaną opinię, odznacza się solidnością i umiejętnością działania w zespole.
Każdy osiągał sukces, obniżał koszty, odznaczał się solidnością.
Ambitny, pełen zapału, szybko realizuje wyznaczone cele.
Zapał, entuzjazm, całkowite zaangażowanie w pracę….
Wybrałem, kierując się dobrem pracodawcy, trzy teczki ewentualnych przyszłych pracowników..
Jeden ukończył La Sorbonie, ma dziesięć lat stażu pracy na podobnym stanowisku, pochlebne opinie. Biegle zna nawet trzy języki obce. I polski. Bezgranicznie oddany pracy i tylko pracy. To dla niej poświęcił swoje dwa małżeństwa i prawo sprawowania opieki nad dziećmi. Tu, zadeklarował, nie będzie już dekoncentrował się sprawami spoza pracy.
Drugi kandydat ukończył uczelnie w kraju, ale za to dwie. To jego pierwsza praca, więc zrobi wszystko żeby ja utrzymać. Wcześniej pracował na bezpłatnym stażu. Poprzedniej pracy nie przerwała nawet przewlekła terminalna choroba rodziców. Podobnie pogrzeb. Tu będzie podobnie.
Trzeci, którego poleciłem szczególnie, obiecał dobrze bawić się podczas pracy. Zaliczać koleżanki z pracy, bo dobra atmosfera jest najważniejsza, a dziewczyny trzeba dowartościować. W czasie wolnym zadeklarował, że przeleci charytatywnie największego kaszalota w pracy, ewentualnie żonę szefa - chyba, że nie będzie dość pijany. Legalne zatrudnienie jest mu potrzebne z uwagi na możliwość nielimitowanego korzystania ze zwolnień lekarskich i możliwość wygrania zakładu z rodzicami. Ci rodzice nie wierzą, że ktoś go może zatrudnić. Na koniec stwierdził, ze nie wierzy, że ktoś czyta jego podanie. Ale jeżeli ktoś kto robi, to niech ma możliwość przeczytania słów prawdy.
Pozostałe podania aplikujących zwróciłem do kadr z adnotacją „nie spełnia warunków”:. Nie każdy ma szczęście, a lepiej nie obciążać firmy, w tej trudnej sytuacji rynkowej, bierzmem pecha innych osób.
Pozostaną trzej kandydaci w równej walce: niech prawda zwycięży. Niech zwycięży najlepszy.
Taki jak ja.:)
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Stwórz sobie własne piekło
2011-11-07
|
Człowiek jest skazany na potępienie i prawie pewne jest to, że każdy z nas nagrzeszy tyle w życiu, ze wszyscy spotkamy się w wiecznym Piekle. Jest jednak pewna iskierka nadziei, światełko w tunelu: to od Ciebie zależy, jak będzie wyglądać Twoje Piekło.
Życie doczesne jest tylko krótką chwilą. Człowiek jest istotą niedoskonałą, niezdolną do trwałego przestrzegania reguł, w tym reguł wyznawanych kościołów. Jak wskazują wyniki badań, jest tez niezdolny do trwałej, szczerej skruchy i poprawy postępowania. Sami wiemy ilu jest „praktykujących-niewierzących” albo i „niepraktykujących - wierzacych”, co jest – w wymiarze kary - równoznaczne.
Człowiek jest grzeszącym recydywistą, co, zgodnie z regułami sztuki prawniczej, tylko zaostrza jego odpowiedzialność za czyny.
Każdy nasz krok, każdy czyn będą podlegać ostatecznemu rozliczeniu. Dlatego tak ważne jest żebyśmy kierowali się w życiu tym, co uważamy za dobre i sprawiedliwe. Słuszne i zbawienne -dla siebie i innych.
Śmieszne i zupełnie niepotrzebne, jak też bezskuteczne moralnie byłoby, jeśli rozliczanoby nas wprawdzie za nasze własne uczynki, lecz za czyny - popełniane - nie wynikające z naszego własnego, wewnętrznego imperatywu działania. Za czyny, które popełniamy, bo tak kazano, tak jest przyjęte w społeczeństwie albo nie pomyśleliśmy, co robimy.
Żeby zapewnić efektywność oceny ludzkiego życia za każdą myśl, wypowiedź lub czyn moralnie naganny, należy się, bezapelacyjnie, kara. I nikt tego nie powinien kwestionować.
Co może być tą karą?
Na pewno nie śmierć, bo przecież święci, którzy nie zasługują na karę, też umierają. W ich wypadku śmierć to raczej nagroda, bo zaraz po niej idą do nieba.
Karą za grzechy jest Piekło (w różnych religiach Gehenna, Szeol, Naraka i in) .
Są różne grzechy, są zatem też różne Piekła – w zależności od skali przewinień.
Przyjęło się twierdzić, że Piekło jest miejscem wiecznej męki dla ludzi w grzechu ciężkim. To kara wieczna (Mat. 5, 22), miejsce, gdzie ,,robak nie umiera, a ogień nie gaśnie" (Mk 9, 43), otchłań, gdzie "będzie płacz i zgrzytanie zębów" (Mat. 8, 12).
Każdy grzech ciężki zasługuje na wieczną karę, bo to wynika z „bezwzględnej sprawiedliwości Stwórcy”.
Istnieje kanon zachowań i norm, których trzeba przestrzegać. Wynikają one bezpośrednio lub pośrednio z nakazów religijnych: dekalogu, prawd wiary, zbioru grzechów głównych.
Jak wynika z katolickich forów internetowych za grzech jest uznawane wychodzenie na papieroska w czasie mszy lub palenie przy grobie. Żucie gumy, skąpe stroje, rozmowy przez telefon, cudzołóstwo, onanizm, sodomia, aborcja, pedofilia, zabójstwo, kradzież, oszustwo, palenie marychy, picie piwa, drażnienie palcem odbytu podczas defekacji – to tylko najbardziej popularne grzechy wiernych.
W większości wypadków, już zaraz po tym, kiedy zgrzeszymy, wiemy, że zrobiliśmy źle. I przykro nam z tego powodu.
Piekło, czyli kara za grzechy, jest nieodłącznie powiązane z czynem grzesznym: tak, by potępiony wiedział za co cierpi.
Zostało przewidzianych w „doktrynie” - kilka rodzajów najcięższych kar, choć formy ukarania mogą różnić się w zależności od popełnionego grzechu. Bo rodzaj kary jest pokrewny popełnionego grzechu, by kara, nawet wieczna, mogła pełnić podstawowe swoje funkcje: prewencyjną, wychowawczą, odpłaty z nikczemne czyny i funkcję odstraszającą.
Zatem najcięższa i najokropniejsza kara za grzech polega na tym, że potępiony człowiek nigdy nie będzie mógł oglądać Boga. " (Mat. 25, 41). I to pomimo nieprzepartej tęsknoty za Najwyższym Dobrem, które utracił na wieki.
Nie sposób pominąć przy analizie form kary ognia piekielnego ani kary wyrzutów sumienia, które umiejętnie będą wzbudzane: potępiony męczy się, dręczy i rozpacza, bo wie, iż on sam jedynie i wyłącznie jest przyczyną swego odrzucenia.
Są też kary piekła lżejsze, odpowiadające wymogom i grzechom współczesnego świata: przecież nie każdy grzech obraża Boga do żywego. W karach tych stosuje się jednak wspomniany powyżej „dorobek”.
I tak, np., dokonujący aborcji - także lekarze - przy świadomości dezaprobaty kościołów, będą skazani na wieczne przebywanie w wśród owoców zabiegów łyżeczkowania. Smakując efekty grzechu będą mogli – patrząc na krwawe oczy nienarodzonych dzieci, bezgłośnie otwierające się usteczka i wyciągające się ku nim niewykształcone w pełni kończyny - rozważać słuszność drogi, którą obrali.
Onaniści – Ci ludzie marnujący potencjał Boży - będą zmuszeni, być może, do ciągłego pływania w oceanie zmarnowanych możliwości, wdychając ciągle nikczemny zapach oceanu. Rozgarniając płyn, usiłując się utrzymać na powierzchni, będą walczyć o życie z zalewającą im usta kleistą breją.
Politycy będą mamieni daremnymi obietnicami poprawy warunków bytowych w Piekle. Oczywiście, pod warunkiem, że „zacisną pasa” i „raz jeszcze dadzą kredyt zaufania”.
Lekarze poznają smak choroby i zapewnień „nic Panu nie jest”. Względnie postarają się znaleźć odpowiedź na pytanie zadawane przez nich tak często ich pacjentom: „A ile Pan By chciał żyć”?
Seksoholicy będą zmuszani do ciągłego, nieustannego seksu. Tak, by poznali zło „drugiej natury”. Podobnie zwolennicy zalegalizowania konopii poznają efekty ciągłego ich zażywania.
Grzech lenistwa będzie karany przymusem „nicnierobienia”
I tylko od Ciebie zależy, w jaki sposób będziesz cierpiał w przyszłości. Bo że będziesz – to pewne.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Otwórz się na innych
2011-11-02
|
Każdy z nas zadawał sobie nieraz pytania: Co się dzieje, gdy umieramy? Żyjemy nadal? Czy może nie? A jeśli żyjemy, to jak?
Większość z nas wierzy, że istnieje życie pozagrobowe, w którym spotykamy znajomych – bliższych i dalszych, przyjaciół, wrogów. I zawieramy nowe znajomości.
Co więcej, wśród nas jest wielu ludzi, którzy mówią, że umarli i wrócili do życia. Że już doświadczyli życia pozagrobowego, spotkali znajomych i rodzinę.
- O cześć stary! Kiedy umarłeś?
-A dwa dni temu …
- Dwa dni temu? To ile ty miałeś? Sześćdziesiąt siedem? To ty nawet emerytury nie zużyłeś swojej… A na co zszedłeś?
- A serce. Wiesz - papierosy, alkohol, podwójne życie. Wątroba mi siadła. No i pikawa, bo miałem kłopoty z erekcją i bardzo się tym przejmowałem.
-Papierosy, alkohol… No co ty? Poważnie? Paliłeś wiedząc, że 95 procent pacjentów w Centrum Onkologii to palacze? Zszedłeś na serce w dwudziestym pierwszym wieku? Skończywszy sześćdziesiąt siedem? Ty jakiś niepoważny jesteś: weź nie podchodź do mnie. Wstyd mi za ciebie.
- A ty Alu? Ty też tutaj? Przecież ty masz dwanaście lat.
- Pedofil mnie zgwałcił. Podszył się pod Janka co też ma dwanaście lat i zgwałcił czternaście razy.
-Bydle! Ale od tego się chyba nie umiera?
- No nie, sama się zabiłam. Ze wstydu.
- Hmmm... sama się zabiłaś? Ze wstydu, że zgwałcił? Wiesz.. . może to i dobrze zrobiłaś, że zabiłaś się? Zawsze to może przyśpieszy rozwój drabiny ewolucji.
- A powiedz mi jeszcze, czemu się z nim umówiłaś?
-Bo ma dwanaście lat i ładny charakter pisma na facebooku.
-Tak, to dobra decyzja. Ta, po tym gwałcie.
-O Ziutek! Ty tutaj?
- A tak.
-A czemu?
- A czemu nie?
-To smutne zostawiać rodzinę samą i odchodzić w tak młodym wieku..
-Nie, czemu? Wszyscy ucieszyli się.
-Ucieszyli się? Czemu?
-Bo tak od razu fajnie się zrobiło w rodzinie. Bez napięcia.
-A jeśli tak, to zmienia postać rzeczy.
Jak widać z powyższego można wieść wspaniałe życie nie tylko na ziemi: możliwe jest to także po śmierci. Po śmierci można nawet więcej, bo mamy większa ilość czasu żeby delektować się kontaktami towarzyskimi i rozwijać własną osobowość. No i możemy spotkać osoby przynajmniej tak interesujące, jak w życiu doczesnym.
Zatem, spróbować nie zaszkodzi.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Na fali emigracji
2011-10-05
|
Każde społeczeństwo, także polskie, ma zdolność do samoregulacji, czyli dostosowania swojej struktury do panujących warunków, względnie podjęcia działań w celu zmiany tych warunków.
Zdolności samoregulacyjne społeczeństwa umożliwiają wyodrębnienie zdrowej tkanki społecznej - często podstępnie niszczonej przez wrogów Ładu. Dla pilnych obserwatorów życia społecznego jasne jest, że istnieje naturalna dominacja silniejszych w stadzie, a elita ma większe prawa niż przeciętny człowiek.
Wyrazem przedstawionych prawidłowości jest panujący, prawie na całym świecie - od RPA, poprzez Gabon i Polskę, do Stanów Zjednoczonych - system demokracji liberalnych.
Jednym z przejawów wspomnianej zdolności do samoregulacji jest zjawisko emigracji, które zostało wykorzystane w Polsce w sposób prawie idealnie. Choć za główne przyczyny emigracji podawało się poprawę warunków ekonomicznych i bytowych, turystykę czy prześladowania polityczne, to w istocie mechanizm emigracji nie różni się od tego, który poznaliśmy analizując dzieje Czarnej Afryki, „spichlerza” z niewolnikami. Po prostu społeczeństwo pozbywało się, czasem w sposób wysublimowany, jednostek nieprzystosowanych społecznie, tj leniwych, tchórzliwych, niezdolnych do kooperacji w słusznym celu lub pracy w ogóle albo zagrażającym pokojowemu ładowi reszty społeczeństwa.
Skutki tej polityki możemy obserwować w USA, gdzie więcej Murzynów jest w więzieniach niż szkołach, podobnie jak Polacy górują w statystykach przestępstw w Wielkiej Brytanii, a zawód dilera marychy jest obiecującą perspektywą dla emigranta z Meksyku.
I chociaż zważywszy na podpisane przez rządzących w niektórych państwach Afryki kontrakty na dostawę do tych państw dużych ilości pługo-solarek do odgarniania śniegu, który nie występuje w tamtych warunkach klimatycznych nakazują wątpić w zbawienny wpływ emigracji dla tamtych obszarów, to w Polsce możemy za to obserwować zwiększoną produktywność przeciętnego zatrudnionego, wzrost przeciętnych wynagrodzeń, spadek bezrobocia, w wzrost gospodarczy kraju.
Innym przejawem procesów samoregulacji, majacych na celu zachowanie zdrowia społeczeństwa, jest dynamicznie rozwijająca się turystyka aborcyjna. Chyba nikt nie ma wątpliwości, ze niepożądane potomstow może doprowadzić do pauperyzacji życia wielu gimnazjalistów i licealistów.
Także polityka imigracyjna, umiejętnie prowadzona, może wychodzić na przeciw potrzebomn społecznym. Wiele zawodów jest, z różnych powodów - na przykład ze względu na warunki pracy i płacy - nieprzychylnie postrzeganych przez naszych rodaków, którzy niechetnie poddają sie procesom rekrutacyjnym. To jednak nie przeszkadza degustwoać wykintności potraw chińsko-koreańsko-wietnamskich, samkowac zioła wychodowanego przez Ormian, czy korzystać z uroków nastoletnich Rumunek lub Ukrainek.
Zdolności samoregulacji społeczeństw możemy obserwować także w polityce państw, też Polski, w stosunku do rencistów, emerytów i bezrobotnych.
W szczególności, objęcie ich opieką zdrowotną z jednej strony, reglamentowanie dostępu do skutecznych lekarstw i terapii oraz rozsądnie wydzielane im świadczeń pieniężnych z zaopatrzenia społecznego z drugiej strony, ma stymulować ich do poszukiwania bardziej wydajnych źródeł zaspokajania ich potrzeb względnie do ukierunkowania ich w osiągnięciu satysfakcji z zastanej długości życia i oszczędzenie im wysiłków – z góry, wobec formy terapii i zaopatrzenia społecznego - skazanych na niepowodzenie.
Temu celowi służy być może twórczość niektórych „dziennikarzy”:).
|
|
Komentarzy:
0
|
|
I Ty możesz to zobaczyć!
2011-09-22
|
Nie wahaj się! To może być jedyna taka okazja w Twoim życiu. Grzech z niej nie skorzystać, tym bardziej, ze opłata za wstęp jest symboliczna
Jeśli tylko zechcesz będziesz mógł podziwiać porozrywane płody, rozszarpane ciała nienarodzonych dzieci poukładane na monetach – tuż obok wizerunku Hitlera i człowieka wycieńczonego z głodu. Wszystko to, dla wszystkich chętnych - tuż obok szkoły, na terenie parafii na osiedlu N.M. w Białymstoku
Dziatki podobno chętnie i tłumnie odwiedzały wystawę, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom duszpasterzy: był to osiedlowy hit tygodnia. Nie każde jednak dziecko, kiedy z przejęciem studiowało obrazy, rejestrowało tytuł wystawy „Wybierz życie”.
Zorganizowana przez białostocki oddział Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży i Fundację Pro-Prawo do Życia wystawa cieszy się dużym wzięciem. Największe uznanie zdobyły plakaty dużego formatu z martwymi ludzkimi płodami. W tle mnóstwo krwi. Także oderwana głowa płodu zaciśniętą w kleszczach ma wielu zwolenników wśród trzynastolatków.
Wprawdzie proboszcz zdecydował się już podobno zdecydował się na jej usunięcie, ale wystawa cel wychowawczy spełniła: dzieciaki i osoby trzecie już wiedzą jak to się odbywa. To ważne, bo kilka tysięcy aborcji rocznie się wykonuje zgodnie z prawem, a znacznie więcej – niezgodnie. Świadomość okrucieństwa dokonywanych zabiegów pomoże też w zapobieżeniu popularnej wśród młodzieży akcji „wyskrob się sam”, jak też popularyzacji środków antykoncepcyjnych.
Smutno ciężko robi się na sercu jedynie z tego powodu, że likwidacja akcji uświadamiania obywateli zbiegła się z podaniem do publicznej wiadomości faktu, ze „ według sądu lekarze postąpili słusznie sterylizując kobietę bez jej zgody” tylko dlatego, że „nie zna się na antykoncepcji, była w ciąży już dziewięć razy i jest lekko upośledzona”. Czy naprawdę fakt, że niewiasta posiadała poziom sprawności intelektualnej na poziomie dolnej granicy upośledzenia umysłowego w stopniu lekkim naprawdę uzasadnia łamanie jej praw i podkreślanie jej nierówności w społeczeństwie? Skoro tak bardzo i tak bardzo po prostu, chciała mieć dzieci? W końcu Maryja też uwierzyła w niepokalane poczęcie, tak rzadkie w jej czasach, że uzasadniające stworzenie nowej religii.
A ja tam, ze swojej strony, palę faję za fają i zapraszam wszystkich na mój pokaz, który organizuje nad Stawami Szczęśliwickimi w Warszawie.
W każdy piątek września o 20 będę nadmuchiwał przez słomkę żabę. A potem dokonywa aborcji, bo żab i skrzeku w tym roku – dostatek.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Podziel się z innymi
2011-09-22
|
Szedłem do pracy. Na rogu stała babcia
- „Dajte Pane…. Na chleb”
Sięgnąłem do kieszeni po drobne i wrzuciłem jej garść monet i zwitek banknotów na wyeksponowaną tackę. Wszystkie drobne, które miałem.
W pracy byłem na czas. To dobrze, bo szef przywitał mnie słowami:
- Cześć! Słuchaj, położyłem Ci na biurku papiery. Wiem, to nie Twoja działka, ale… Ty jesteś tak szybki i dobry: dasz radę?
-Dam – odparłem pełen wiary we własne siły i w miłość braterską Przełożonego
Włączyłem komputer. Szybki przegląd informacji. To przykuło moją uwagę:
„Szukam kontaktu (jakiegokolwiek), który umozliwiłby mi znalezienie dawcy nerki dla dorosłej osoby.(…) jest dializowana od 8 lat. ma wysoki poziom przeciwciał i bardzo trudno jest znaleźć dawcę (grupa krwi BrH-). Tel….”
A zaraz potem
„Szukamy dawcy szpiku dla naszej koleżanki… . Tel…”
Nie lubię być bez czynny tak bardzo jak lubię pomagać. Wykonałem dwa telefony.
Czułem się taki odporny na zło tego świata, ze lałem na wszystko. Było mi łatwiej – bez jednej nerki i dawki szpiku.
Kiedy wychodziłem z toalety, z której skorzystałem w drodze wyjątku, zobaczyłem To zjawisko…. Jak ona poruszała się. Prawie jak w piosence:
„Czy pamiętasz jej szalejące dreadlocki
Czy pamiętasz buziaka figurę i kocie kroki
Czy pamiętasz jak wypuszczała w górę dymu chmurę
Czy chciałbyś być dla niej tej nocy ragga-kocurem
Mówię tobie man jej taniec to mega wypas. Każdy kto tu o nią pyta mówi że to rarytas”
Straciłem oczy i nic nie mogłem na to poradzić. Zresztą czułem się dobrze, tylko może nie wszystko widziałem.
Ale serca nie straciłem.
Bo serce oddałem żonie. I byłem martwy od tego czasu, choć o tym nie wiedziałem.
Jutro mam się wyprowadzić, bo już nie czuje do mnie tego co kiedyś.
A nie, zmieniła zdanie: znów mnie kocha. To dobrze, znaczy – nie wybrałem źle i mam to coś, ten zmysł wyboru. I dowiedziałem się od żony, że znów awansuję….
Został mi jeszcze mózg.
Wiem, co teraz powinienem zrobić
Dorzucę parę plastikowych nakrętek, bo ktoś zbiera na wózek inwalidzki.
Wtedy poczuję się naprawdę dobrze.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Podziel się z innymi
2011-09-22
|
Szedłem do pracy. Na rogu stała babcia
- „Dajte Pane…. Na chleb”
Sięgnąłem do kieszeni po drobne i wrzuciłem jej garść monet i zwitek banknotów na wyeksponowaną tackę. Wszystkie drobne, które miałem.
W pracy byłem na czas. To dobrze, bo szef przywitał mnie słowami:
- Cześć! Słuchaj, położyłem Ci na biurku papiery. Wiem, to nie Twoja działka, ale… Ty jesteś tak szybki i dobry: dasz radę?
-Dam – odparłem pełen wiary we własne siły i w miłość braterską Przełożonego
Włączyłem komputer. Szybki przegląd informacji. To przykuło moją uwagę:
„Szukam kontaktu (jakiegokolwiek), który umozliwiłby mi znalezienie dawcy nerki dla dorosłej osoby.(…) jest dializowana od 8 lat. ma wysoki poziom przeciwciał i bardzo trudno jest znaleźć dawcę (grupa krwi BrH-). Tel….”
A zaraz potem
„Szukamy dawcy szpiku dla naszej koleżanki… . Tel…”
Nie lubię być bez czynny tak bardzo jak lubię pomagać. Wykonałem dwa telefony.
Czułem się taki odporny na zło tego świata, ze lałem na wszystko. Było mi łatwiej – bez jednej nerki i dawki szpiku.
Kiedy wychodziłem z toalety, z której skorzystałem w drodze wyjątku, zobaczyłem To zjawisko…. Jak ona poruszała się. Prawie jak w piosence:
„Czy pamiętasz jej szalejące dreadlocki
Czy pamiętasz buziaka figurę i kocie kroki
Czy pamiętasz jak wypuszczała w górę dymu chmurę
Czy chciałbyś być dla niej tej nocy ragga-kocurem
Mówię tobie man jej taniec to mega wypas. Każdy kto tu o nią pyta mówi że to rarytas”
Straciłem oczy i nic nie mogłem na to poradzić. Zresztą czułem się dobrze, tylko może nie wszystko widziałem.
Ale serca nie straciłem.
Bo serce oddałem żonie. I byłem martwy od tego czasu, choć o tym nie wiedziałem.
Jutro mam się wyprowadzić, bo już nie czuje do mnie tego co kiedyś.
A nie, zmieniła zdanie: znów mnie kocha. To dobrze, znaczy – nie wybrałem źle i mam to coś, ten zmysł wyboru. I dowiedziałem się od żony, że znów awansuję….
Został mi jeszcze mózg.
Wiem, co teraz powinienem zrobić
Dorzucę parę plastikowych nakrętek, bo ktoś zbiera na wózek inwalidzki.
Wtedy poczuję się naprawdę dobrze.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Podziel się z innymi
2011-09-22
|
Szedłem do pracy. Na rogu stała babcia
- „Dajte Pane…. Na chleb”
Sięgnąłem do kieszeni po drobne i wrzuciłem jej garść monet i zwitek banknotów na wyeksponowaną tackę. Wszystkie drobne, które miałem.
W pracy byłem na czas. To dobrze, bo szef przywitał mnie słowami:
- Cześć! Słuchaj, położyłem Ci na biurku papiery. Wiem, to nie Twoja działka, ale… Ty jesteś tak szybki i dobry: dasz radę?
-Dam – odparłem pełen wiary we własne siły i w miłość braterską Przełożonego
Włączyłem komputer. Szybki przegląd informacji. To przykuło moją uwagę:
„Szukam kontaktu (jakiegokolwiek), który umozliwiłby mi znalezienie dawcy nerki dla dorosłej osoby.(…) jest dializowana od 8 lat. ma wysoki poziom przeciwciał i bardzo trudno jest znaleźć dawcę (grupa krwi BrH-). Tel….”
A zaraz potem
„Szukamy dawcy szpiku dla naszej koleżanki… . Tel…”
Nie lubię być bez czynny tak bardzo jak lubię pomagać. Wykonałem dwa telefony.
Czułem się taki odporny na zło tego świata, ze lałem na wszystko. Było mi łatwiej – bez jednej nerki i dawki szpiku.
Kiedy wychodziłem z toalety, z której skorzystałem w drodze wyjątku, zobaczyłem To zjawisko…. Jak ona poruszała się. Prawie jak w piosence:
„Czy pamiętasz jej szalejące dreadlocki
Czy pamiętasz buziaka figurę i kocie kroki
Czy pamiętasz jak wypuszczała w górę dymu chmurę
Czy chciałbyś być dla niej tej nocy ragga-kocurem
Mówię tobie man jej taniec to mega wypas. Każdy kto tu o nią pyta mówi że to rarytas”
Straciłem oczy i nic nie mogłem na to poradzić. Zresztą czułem się dobrze, tylko może nie wszystko widziałem.
Ale serca nie straciłem.
Bo serce oddałem żonie. I byłem martwy od tego czasu, choć o tym nie wiedziałem.
Jutro mam się wyprowadzić, bo już nie czuje do mnie tego co kiedyś.
A nie, zmieniła zdanie: znów mnie kocha. To dobrze, znaczy – nie wybrałem źle i mam to coś, ten zmysł wyboru. I dowiedziałem się od żony, że znów awansuję….
Został mi jeszcze mózg.
Wiem, co teraz powinienem zrobić
Dorzucę parę plastikowych nakrętek, bo ktoś zbiera na wózek inwalidzki.
Wtedy poczuję się naprawdę dobrze.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Ostatni lot
2011-09-09
|
Jak zawsze w poniedziałek rano życie wydawało się Aniołowi Miłości takie…. Takie bez sensu. Szare i nijakie. Wstrętne i obmierzłe. Po prostu kloaka, w której musiał pływać z zamkniętymi ustami. I nawet nie mógł nic powiedzieć, bo jak tylko odzywał się, to gówniana rzeczywistość wlewała mu się do buz, niczym górski potok, nieposkromionymi fekalicznym strumieniem. I wtedy, zamiast mówić po ludzku, po prostu pluł wkoło odchodami i nienawiścią. „K…a, Ch…j, idź się j….ć, p….y ch….ju” było na porządku dziennym. I tak toczyło się życie Anioła, z godziny na godzinę, od poniedziałku do poniedziałku. Nie ważne. jaka epoka, jaki wiek, jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień I jaka godzina kończy się, a jaka zaczyna. Nic Anioła nie ruszało w takich chwilach i nie zmieniało jego nastawienia do życia.
Tymczasem Anioł wiedział to na pewno, że został stworzony do wyższych celów. I rozpaczliwie szukał sposobu, by wieść takie życie na jakie zasługiwał: życie wzniosłe.
„Jak to zrobić, jak to zrobić, jak żyć wzniośle?” – zastanawiał się często męcząc się na kacu
„Czytanie. Tak, czytanie. Ale czytać za dobrze nie umiem” – kombinował sobie – „A jak nawet przeczytam, to nie bardzo rozumiem. No, chyba, ze komiks. Ten o Tytusie”- przyznał sam przed sobą.
„Kasy na alkohol wzniosły, ten z górnej półki, też nie mam”. I to właśnie przelało czarę goryczy i wszelkie hamulce powstrzymujące nagromadzone i złoża jadu i nienawiści, które pobrał Anioł z fekalicznego strumienia wlewającego mu się co poniedziałek do paszczy podczas kacowych męczarni Hamulce zawiodły niczym wieża kontrolna w Smoleńsku, pilot prezydenckiego Tupolewa., prałat Jankowski, Osama i Obama w jednym.
I pewnie skończyłoby się to wszystko zupełnie jak w każdy poniedziałek ogólnym sponiewieraniem i utratą świadomości po spożyciu szlachetnego wina owocowego marki Tur lub Żubr albo Adam i Bill z serii Bonanza, gdyby nie palec boży wskazujący zbłąkanej owieczce kierunek drogi: napis, który Anioł ujrzał na murze kościoła:
„Miłość uskrzydla, uczy latać za tobą pójdę Jezu w ogień lub na koniec świata”.
Anioł skrzywił się początkowo, bo przypomniał sobie napis na furtce u sąsiada: „Jezus Cię zawsze widzi”: było to imię wyjątkowo mało wyrozumiałego rotwaillera, który posiadał równie wyjątkowo kąśliwe poczucie humoru.
Ale potem od razu poprawił mu się nastrój, bo doczytał słowo „miłość”.
„Taaak” – mruknął do siebie.
Miłość, kochać się, fuck i reiten: to naprawdę lubił. I znał się na tym.
Nie zawsze miał partnerkę, bo Anioł to zwyczajny mężczyzna był. Ale radził sobie: w kieszeni na piersi nosił zawsze komplet zdjęć Brigitte Bardot, które wyciął przed laty z poczytnego magazynu dla panów, porzuconego na śmietniku po wieloletnim używaniu przez pierwszego właściciela. Bardzo ją kochał, więc starał się ją mieć zawsze przy sobie, podobnie jak chusteczki higieniczne.
Anioł, będąc na kacu, miewał czasem bardzo precyzyjny i przenikliwy umysł, stąd szybko potrafił wykorzystać wskazówki boże, jak osiągnąć harmonię i szczęście. Tak było i teraz bo plan działania pojawił się mu w głowie niemal od razu.
- Dwa bilety do Smoleńska proszę - zażądał Anioł w kasie biletowej na lotnisku
- Bagaże Pan ma?
- Nie, z narzeczoną tylko jadę pozwiedzać – wyjaśnił Anioł, wysuwając z górnej kieszeni koszuli kawałek poplamionego i posklejanego zdjęcia, z którego wyzierała jego dziewczyna: szeroko rozwarta.
Sprzedająca bilety spojrzała na niego dziwnie. Podniosła rękę chcąc nacisnąć czerwony przycisk widniejący przed nią na pulpicie, ale powstrzymała się w ostatniej chwili.
„A co mi tam”- mruknęła tylko do siebie pod nosem „Niech debeściaki też coś z życia mają”.
Anioł Milości od dziecka bardzo chciał latać. Pomimo wszelkich przeciwności, bo w realizacji pasji przeszkadzały mu tak braki sprzętowe, jak niedostatki gotówki, o lęku wysokości nie wspominając. Ten ostatni zresztą – lęk wysokości – udało się Aniołowi zwalczyć, bo jak zauważył, po odpowiedniej dawce (leczniczej) alkoholu lęk ten zmniejsza się w sposób widoczny. Na trzeźwo nie chciał się, po pierwszej udanej próbie ze spirytusem salicylowym, już uczyć trudnej sztuki pilotażu. Także braki sprzętowe i niedostatki gotówki udało się przezwyciężyć, ponieważ Anioł zastąpił fizyczne latanie maszynami cięższymi od powietrza – odlotem osiąganym w wyniku spożycia odpowiednio zmieszanych lekarstw zawierających pseudoefedrynę, dostępnych bez recepty. Rezultat w mniemaniu Anioa był porównywalny z lataniem „in natura”.
Teraz, po boardingu, jego marzenie o locie miało się spełnić. Lot zaczął od paru piwek.
„-Wznioślej w życiu już nie mogło być”- pomyślał Anioł – „Samolot, dobry alkohol, dziewczyna: wszystko ponad chmurami”.
Poprawił dwiema małymi wódkami, ochoczo doniesionymi przez stewardessę. Ochoczo, bo po 30 zł za setkę.
„Ja i ona w przestworzach” – szeptał tuląc jej zdjęcie do piersi – „To uskrzydli naszą miłość”.
Dwa koniaczki, którymi popił wódeczkę, jeszcze bardziej roztkliwiły Anioła:
„-Nie myśl ze nie kocham. Lub ze tylko trochę. Jak Cię kocham nie powiem, no bo nie wypowiem” – szeptał rozpinając rozporek
Stewardessa donosząca wódkę była już, pomimo ceny i marży, jakby mniej ochocza. Udała, że nie widzi obnażonego Anioła, czym tylko utwierdziła go w męskiej atrakcyjności
„-Podobam jej się”- pomyślał – „Tylko wstydzi się”
A na głos wyjawił, zasłaniając nieco przed nią przyrodzenie:.
„-Nic z tego… To nic osobistego, jesteś ładna i fajna , ale ja jestem zajęty. Mam dziewczynę”- Tu pokazał nawet rękę, na którym widniała srebrna obrączka założona kiedyś na znak wierności jego dziewczynie wyciętej z pisemka.
Stewardessa odsunęła się z wyraźnym obrzydzeniem, co Anioł zinterpretował jako „posiadania zasad”. Natomiast sam fakt pozostawienia go we względnej samotności– nie licząc sześćdziesięciu pasażerów na sąsiednich miejscach – ze względu na osiągnięty wystarczający poziom alkoholu we krwi, powitał jako sprzyjające dalszej grze miłosnej.
Był romantykiem, więc rozpoczął grę wstępną: bez tego nie prowadził sztuki miłosnej. Jawnie już wyciągnął fotkę: tą najbardziej posklejaną, od której zwykle zaczynał. Obnażył się jeszcze mocniej, choć ze względu na poziom gotowości i skudloną sierść, nie było tego prawie widać.
Zwykle sama wola gotowości wystarczała – jednak nie tym razem. Próbował na różne sposoby, wyobrażał sobie różne, perwersyjne dla niego, sytuacje: że jest w kościele, że daje datki na budowę obiektów sakralnych, ze pomaga młodej matce i nie oczekuje przysługi seksualnej, że daje jeść bezdomnemu psu albo po prostu – mówi życzliwie „dzień dobry”.
Wszystko na nic!
Nic! Nic nie działo się, nic nie wydarzyło się. Null. Zero.Nie był zdolny nieść miłości! Posunął się nawet do stymulacji oralnej, zawodząc po pijacku: „taś, taś ptaszyno”. Nawiązał do literatury pięknej nawołując do swego przyrodzenia:
„Panie pułkowniku, wstawaj! Nieprzyjaciel w granicach! A Ty się nie zrywasz do walki. Na koń nie siadasz? Cóż się z Tobą stało mój pułkowniku?”
Odpowiedziała mu jednak tylko cisza i szmer dezaprobaty pozostałych pasażerów..
Aniołowi Milości z piersi wyrwał się nieposkromiony szloch. Płakał tak do siebie, nie kryjąc już tego i nie dbając, ze inni to widzą. Na nic mołojecka sława naczelnego zakapiora szemranych zaułków.
Siedział bezradnie na fotelu z rozpiętym rozporkiem i oklapniętym swoim – jeszcze do wczoraj - szczęściem,… A w uszach dźwięczała mu muzyka Die toten hosen (http://www.google.com/url?q=http://www.youtube.com/watch%3Fv%3DNm3L6VSZkqM&sa=U&ei=wedpTpToN4zKsgbcoqXJBA&ved=0CCcQtwIwBQ&usg=AFQjCNFgQ270Q_38XHVaGflPHTGchdDQmw) i (http://www.google.com/url?q=http://www.youtube.com/watch%3Fv%3DLi2t_XbXaRY&sa=U&ei=wedpTpToN4zKsgbcoqXJBA&ved=0CB4QtwIwAg&usg=AFQjCNGbg507D2sWM-zLlcDqTICYZPCg0g)
I choć dla wszystkich pasażerów było jasne, co widzą, to on sam nie wiedział, czy to łzy były, czy – po prostu, choć okna samolotu pozostawały zamknięte - deszcz
Sfrustrował się nawet nie tym, że nie mógł przy zdjęciu – co w końcu zdarzało się nawet kotu Alikowi – ale tym, że niemoc pozostawała dla niego zagadką: nie wiedział czy to współpasażerowie go deprymowali, czy alkohol, czy może, po prostu już nie kochał miłości swojego życia.
A jak jej już nie kochał, to znaczy, że ….ona go też nie
Na samą myśl o tym zalał się znowu rzewnymi a szczerymi łzami. A jak tylko wyobrażał sobie, kompulsywnie i tak gorąco, że ona go nie kocha, to jeszcze mocniej płakał. Siedział tak z rozpiętym rozporkiem i zdjęciem ukochanej, świadomy własnej bezradności i szeptał do siebie- „Tyś moja przecież, tyś moja”
A czarna otchłań, w której znajdował się ich związek wydawała się być bardziej przepastna od największej czarnej dziury, o której słyszał, ze istnieje w kosmosie.
W końcu dotarło do niego, ze tym razem orzeł wylądował już na dobre. I nie wystartuje.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Wyścig
2011-09-05
|
Przygładził łapką szczecinę na głowie. Popatrzył się w lustro z zadowoleniem:
„Całkiem, całkiem” – mruknął do siebie
Poprawił jeszcze krótkie wąsiki i był już gotowy do działania. Do sukcesu. Zapowiadał się naprawdę udany dzień, bo miał już na ten dzień koncepcję.
Zaczął od zmodyfikowania składu kawy kolegi, za pomocą nowego składnika – ziemi. Cmentarnej, bo taka wydała mu się najbardziej pasująca. A właściwie od zastąpienia kawy nowym środkiem, ponieważ wiedział, że kolega częstuje kawą szefa, kiedy ten zaczyna rano obchód stanowisk. Kiedy pomyślał o reakcji przełożonego i aspirującego do jego pozycji kolegi od razu poczuł się lepiej. Znacznie.
Potem wystarczyło zasiąść przed komputerem i wyrobić te pięćset procent normy do południa. Przy okazji wysłał parę maili do szefa i poinformował go o poglądach pracowników na temat pobieranego przez nich wynagrodzenia, warunków pracy i kryteriów przyznawania awansów.
Dzięki tej usłużności zyskiwał od przełożonych pewną swobodę w doborze godzin świadczenia pracy, porach posiłków i otrzymywał wyższe wynagrodzenie. W końcu świadczył nietypową pracę delatora i ponosił związane z tym ryzyko, jak również narażał się na brak sympatii kolegów.
Lunch w towarzystwie młodszych kolegów wymagał szczególnej uwagi, by należycie monitorować ich zachowania, a informacje o tym przekazywać do przełożonych. Udało mu się zdobyć informacje, które deprecjonowały jego kolejnego rywala: dowiedział się, że nie tylko był anonimowym homoseksualistą, ale też źle wypowiadał się o stosunkach panujących w Firmie.
Wszystko znalazło wyraz w mailach i w jego zaciekłości, z którą przedzierał się przez kolejne sterty papieru. Musiał śpieszyć się, bo chciał dziś wyjść wcześniej – świętował dziesiątą rocznicę osiągnięcia sukcesu zawodowego i uzyskania bardzo satysfakcjonującego stanowiska.
Udało mu się: kiedy wklepywał ostatnie zdanie na komputerze w pracy zorientował się, że wybiła godzina dwudziesta druga.
Już o dwudziestej trzeciej otwierał drzwi swojego M-2 w podmiejskiej „sypialni”. A o dwudziestej trzeciej pięć stał nagi, gotowy do kąpieli, przed lustrem i ściskał w ręku butelkę wina. W końcu miał dziś święto! Miał nawet erekcję. Przygładził charakterystyczne wąsiki i wypił, jednym łykiem, pół butelki.
Był dziś szczególnie zadowolony z siebie, bo udało mu się nie pomyśleć, że nawet jeśli wygrał dzisiejsza konkurencję w wyścigu szczurów, to nie przestał być jednym z nich.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Głosy
2011-08-10
|
Obudził się. Zjadł śniadanie. To co zwykle miał na śniadanie: kawa i cukier. I coś na deser- zapalił. Odetchnął z ulgą. Męczące sny w nocy.
Coś zaszeptało. Nie usłyszał. Natężył słuch. Znowu szept.
To on. To on to zrobił. Tak mówiła jego nauczycielka. I wskazywała na niego palcem.
Przerażony otworzył oczy. Poduszka była mokra od potu. Zerwał się czym prędzej. Nie miał czasu normalne śniadanie, spieszył się. Tylko kawa. I cos słodkiego – papieros.
Ktoś zaszeptał. To on! To on sam to zrobił
Poznał głos, to mówi jego teść.
Aż poderwał się z łóżka, tak nie lubił gada. Pościel skotłowana, jakby z kimś walczył. Spojrzał na zegar. Nie ma czasu. Tylko deser: papieros.
Wybiegł do pracy. Cały dzień sterty papierów. Nie dziwne, ze z nikim nie rozmawia i nie ma znajomych. Znał tylko Times New Roman i ariel, tfu, Arial 12, odstęp 1,5.
Za plecami usłyszał szept
To on, to on, to on….Poznał gada, to był inny gad: szef. Też jadowity.
Nie dał sobie zepsuć snu, po raz kolejny. Uniknął tryskającego jadu i dalej śnił przy biurku.
Kolejny szept: Ale czemu to zrobił. Poznał swoją dziewczynę. Już dwanaście lat z nią był. Z przerwami na drugą i trzecią. Z przerwami na pracę. Na pracę i na sen. To dalej śnił.
Wrócił do domu późno. Zmęczony był. Zapalił na deser.
Położył się. Kiedy zasypiał śniło mu się, że wreszcie obudził się. Zaraz śniadanie. Z cukrem. I coś na deser: może papieros. Spojrzał na zegar ścienny. Taki stary, jeszcze od rodziców. Ma czas, nawet na deser. Zamiast wahadła na łańcuszku wisiała miniaturka człowieka. Twarz wydawała mu się znajoma. Przyjrzał się. Czy to on. Kołysał się tak spokojnie i tak miarowo. Hipnotycznie. Każdy by tak chciał pobujać się, pomyślał sobie we śnie.
Dobrze, że się obudzi?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Pięć prawd w działalności obywatelskiej
2011-08-08
|
Bycie dobrym obywatelem to nie tylko ciężka praca: to też powołanie. Kształtowanie obywatelskich postaw odbywa się poprzez różnego rodzaju zabiegi socjotechniczne. Przykładowo, propaguje się ideę dziennikarstwa obywatelskiego, budzi się w jednostkach poczucie współodpowiedzialności za losy kraju w wyniku uczestnictwa w wyborach, czy też poczucie siły sprawczej poprzez wybór właściwych kandydatów.
Ludzie często zresztą nawet nie czekają na stymulację ze strony Państwa i Jego służb. Sami starają się znaleźć sposób, żeby zostać dobrym obywatelem. I piszą:
"Uprzejmie informuję, że przedsiębiorca uszczupla Skarb Państwa przez fałszywą dokumentację. Mając na uwadze trudną sytuację finansową budżetu czuję się zobligowany jako praworządny obywatel płacący całe moje życie podatki, więc proszę o skontrolowanie tego podmiotu. Przepraszam, że nie podaję nazwiska, jako że jest to mój sąsiad i boję się odwetu".
albo
"Wiem, że jest zadłużony w urzędzie na dużą kwotę. Posiada w okolicach Gdańska dom i wynajmuje go odpłatnie. Nie odprowadza podatku, bo urząd go gania za długi. Ten człowiek mnie wrobił i dlatego siedzę w więzieniu. Skontrolujcie firmę jego żony. Z poważaniem".
Działalność ta jest, wbrew pierwszemu odczuciu, pożyteczna i szlachetna.
Po pierwsze dlatego, że prawo zostało ustanowione, w przepisanym do tego trybie po to, żeby go przestrzegać. Suweren, w postaci narodu, nikogo nie zwolnił z tego obowiązku. Dlatego każdy, kto znalazł choćby jeden przejaw jego naruszenia, powinien, dla dobra ogółu poinformować o tym odpowiednie służby; najlepiej ze wskazanie osoby, która reguły złamała.
Po drugie, trzeba definitywnie odrzucić odziedziczony po komunie i czasach zaborów paradygmat, ze władza publiczna to zło wcielone. Wręcz odwrotnie: władza to Twój przyjaciel, dobroczyńca i opiekun. Przecież po to władza publiczna powstała, a odmienne poglądy to nic innego jak nawoływanie do „bakuninowskiej” anarchii. Szwajcarzy to wiedzą, reguł przestrzegają i stąd zapewne tak wysoki kurs franka w ostatnich tygodniach..
Po trzecie, jeśli Twój sąsiad nie zapłaci należnego podatku – bo oszukiwał – to Ty poniesiesz koszt jego luksusu. Ciebie może na to stać, ale w sposób najbardziej dotkliwy, wbrew pozorom, są opodatkowane podatkiem dochodowym – dochody osób najuboższych. Ich na to nie stać: pomyśl o innych!
Po czwarte, jednorazowe złamanie prawa, za które dana jednostka nie zostanie pociągnięta do odpowiedzialności, spowoduje wzrost jej poczucia bezkarności. W Twoim interesie jest, by przerwać tą narastającą lawinę złą i nieprawości.
Po piąte, nic tak nie podbudowuje moralnie, jak wytknięta publicznie ułomność moralna drugiej jednostki. Już Nietsche bowiem twierdził, ze większość ludzi czuje się wielka nie ze względu na swoją wielkość, ale ze względu na ułomność innych. Natomiast prawomocny wyrok to namacalny dowód cudzej ułomności, którą prawy obywatel wykazał.
Przykłady donosów zaczerpnięte z artykułu: Porzucona narzeczona to skarb,. Dostępnego na gazeta.pl
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Człowiek kulturalny
2011-08-03
|
Zobaczyłem wczoraj żebrzące dziecko. Cygańskie chyba albo rumuńskie, bo ciemne jakieś takie było.
Popatrzyło na mnie tymi ogromnymi oczami. Właściwie wyglądało, jakby miało same oczy i nic poza tym. I…zdecydowałem.
Miałem pieniądze, przecież nie odczuję tego datku. I, to też wiedziałem, miałem poczucie odpowiedzialności za innych. Bardzo silne poczucie, a głód i nieszczęście odczuwałem nawet silniej niż te osoby, co głodowały.
Pozwoliłem sobie nawet na świadomą myśl: „Warto pomagać ludziom zarówno tym najbliższym jak i całkiem obcym ponieważ uszczęśliwiamy przez to inne osoby”.
Sięgnąłem do portfela…
Oczy tego chudego dziecka rozjarzyły się blaskiem wdzięczności i – prawie – miłości. Ja też poczułem się, od razu, lepiej, bo to uzasadniło moje lepsze mniemanie o sobie, które miałem już jakiś czas.
Przebierałem miedzy nominałami albowiem nie mogłem zdecydować się, co wybrać: 100,- zł, 200,- zł czy może dać 100 euro?
-„W kantorze powinni mu wymienić” – pomyślałem z empatią
Dziecko musiało liznąć podstaw matematyki, ponieważ, kiedy zobaczyło jakie nominały wybieram, zrobiło jeszcze większe oczy. Teraz wyglądałoby, gdyby nie zapadnięty brzuch, prawie jak Totoro w deszczu.
Przypominało też trochę te dzieci z głodujących krajów: Somalii, Erytrei, Nigerii, Sudanu. Przypomniały mi się te zdjęcia i publikacje z Polityki, Forum, Wprost, Przeglądu, Nie i innych, które, jako człowiek kulturalny, czytałem
To jeszcze bardziej wzbudziło moje poczucie odpowiedzialności za innych. Nie mogłem znieść myśli, że żyje sobie w dostatku, jeżdżę „piątką” BMW i na rowerze, rozważam seksturystykę w Tajlandii i zakupy w cofee shopach w Amsterdamie, a inni – w tym czasie - głodują.
Muszę coś z tym zrobić, to wiedziałem. I nawet wiedziałem jak, bo w porę przypomniałem sobie, co przeczytałem w gazetach.
Uśmiechnąłem się czule do chudego dziecka. Nie zauważyło mojego uśmiechu bo wciąż wpatrywało się w papierową obietnicę sytości, którą chowałem do portfela.
- Chcesz takie mieć? To musisz sobie zarobić – poradziłem łagodnym głosem tym wielkim, ciemnym oczyskom, które wciąż wpatrywały się we mnie.
Z aksamitnym trzaskiem zamknąłem drzwi.
Nie mogłem pozwolić na utrwalanie „żebractwa zawodowego jako specjalnego typu przedsiębiorczości”.
Zwłaszcza jako człowiek kulturalny.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Tynktura
2011-08-02
|
Dla niektórych mężczyzn obiekt dumy i źródło autorytetu, dla innych przedmiot frustracji i łez – zgodnie z powiedzeniem „mała rzecz a wstyd”.
A dla kobiet, w zależności od pokroju i konstrukcji psychicznej – przedmiot zazdrości i zawiści względnie znienawidzony symbol zniewolenia i zależności. Może to kwestia pamięci historycznej: u szympansów gwałt i stosunek seksualny to – w praktyce – jedno i to samo. A człowiek, jest najbliższym krewniakiem szympansa (bliższym niż jakakolwiek małpa)-dzieli z szympansem 99,6% aktywnych genów…
W języku potocznym istnieje około ponad sto nazw na określenie penisa (gwarowe, staropolskie, paramedyczne, slangowe). Podobnie, istnieje liczny panteon bóstw płodności i wiążących się z nimi fallicznych kultów – żeby wymienić tylko Dionizosa, skandynawskiego Fricco, egipskiego Ozyrysa, moabickiego Baal). Przyjęło się uważać, że im bardziej jakaś osoba czy kultura represjonuje seks, w tym większym stopniu ukrywa się on w symbolach. Trudno też ukryć, ze w sprawach otwartości seksualnej nie należymy do prowodyrów.
Czy dlatego tak często wysyłamy jednoznaczne komunikaty seksualne mówiąc „chuj ci w dupę”,”, „pierdol się”, „jebać Legię/policję/PZPN, „wyrucham Cię jebany chuju”, „HWDP” – mylnie tłumaczone jako „Chcemy wstąpić do Policji”itp.?
I wizualnie machamy „penisem”, pokazując środkowym palcem „fuck” czy grożąc wskazującym, ewentualnie podnosimy erekcyjnie kciuk w geście zwycięstwa
Zresztą nie tylko my…
Anglicy zwykli stosować zwrot „fuck you”, czyli „pierdolę cię”, by wzbudzić w kimś poczucie niższej wartości. Z drugiej strony Rosjanie zdają się dbać bardziej o swój komfort, zalecając inną formę uległej współpracy: „paszoł na chuj”, czyli „wskakuj na dzidę”.
Wpływ penisa na rzeczywistość społeczną jest zresztą znacznie większy, niż wynikający ze wskazanych symboli lingwistycznych.
Przykładowo, według Tatu Westling z Uniwersytetu w Helsinkach („Male Organ and Economic Growth: Does size matter?), przy średnim rozmiarze męskiego członka 13,5 cm, kraj osiągał wyższy wzrost PKB, jeśli zaś średni rozmiar penisa przekraczał 16 cm, wówczas oznaczało to dla państwa załamanie ekonomiczne”. Zbadana prawidłowość dotyczy sprawdzili korelacji pomiędzy wzrostem PKB w 121 krajach w latach 1960-1985.
Inna, powszechnie przyjęta społecznie prawidłowość to: duży penis = wysoka samoocena = wiara w siebie = dobra praca = wysokie zarobki.
Większość mężczyzn twierdzi też, że dla kobiet liczy się duży penis, kasa, wygląd... A charakter faceta – tego biednego i zagubionego - nie ma znaczenia.
Tym ważniejsze zatem wydaje się być wyniki analizy zagadnień związanych z korelacją wyglądu genitaliów a cech charakteru, czy nawet wysoce prawdopodobnych zdarzeń w przyszłości, zwłaszcza, że było to przedmiotem badań naukowych. Do orzeczenia we wskazanych sprawach niezbędne jest ustalenie danych dotyczących właściciela: czy posiada zwis lewy, prawy a może prosty; przy erekcji należy ustalić kierunek i kąt wahania i in. Na podstawie klasyfikacji autorzy wyodróżniają następujące rodzaje członków: Wcięty Wacek, Książęcy Pistolet, Różdżka, Muchomor, Kogut (dr Seymore Klitz & dr Ima Peeper, Wróżenie z genitaliów)
Na podstawie „Słownika Encyklopedycznego Miłość i Seks” Wydawnictwa Europa. Autor - Lew Starowicz. ISBN 83-87977-17-9. Rok wydania 1999.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Gra wstępna
2011-07-27
|
Jako chłopak nie mogłem kiedyś zrozumieć, czemu dziewczyny przywiązują tak duże znaczenie do zabiegów mężczyzny. To tego wszystkiego, co robi, zanim To stanie się. Czyli do gry wstępnej.
Prezydent Lech Wałęsa obiecał w czasie wyborów każdemu Polakowi 100 milionów. Jego następca – bezpłatną edukację i służbę zdrowia. Lecz Kaczyński obiecał prawo i sprawiedliwość, co wcielał w życie poprzez amnestie i ułaskawienia. Donald Tusk obiecywał wzrost zarobków, stopy życiowej i w ogóle.
Moi szefowie wspominali, że jeśli będę dawać z siebie wszystko dla Firmy, to awansuje, zarobię na mieszkanie samochód i – co najmniej – dwie laski na boku oprócz żony.
Zresztą już w szkole nauczyciele mówili, że ten co uczy się (i nauczy) będzie doceniany.
No to zagłosowałem na Wałęsę, Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego. W Firmie pracowałem tak, ze z kalendarza wykreśliłem sobotę i niedzielę, nie wspominając o Świętach Bożego Narodzenia. W szkole zakuwałem z sukcesem.
Wprawdzie pracuję, ale awansował mój kolega zza biurka na podstawie pracy, którą ja wykonałem. Zresztą nie byłby w stanie jej wykonać, bo nie miał wiedzy i kwalifikacji. 100 milionów nikt nie dostał, ale Prezydent chciał dać. Służba zdrowia i oświata są bezpłatne, ale nie sposób bezpłatnie z nich skorzystać. Mam jedną żonę, czasem chodzę na panienki: nieszczególne, bo do klubu, na który mnie stać nic szczególnego nie przychodzi.
Zrozumiałem jednak, czemu gra wstępna jest tak ważna dla kobiet.
Mają zdolność przewidywania.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Zagoń babę do garów!
2011-07-27
|
W naszym społeczeństwie przyjęło się – i słusznie - że jak facet zaliczy panienkę to gratuluje się mu. Kobieta natomiast, w takiej samej sytuacji, czyli po udanym spotkaniu prokreacyjnym, bywa określana w sposób dla niej nieprzyjemny.
Wskazane postawy są przejawem tego, że facetom bardzo spodobała się emancypacja, kobiet. Pod warunkiem, że emancypacja ta sprowadza się do tego, iż kobieta musi być dobrze wykształcona, świetnie zarabiać, płacić za siebie. Prawdziwi mężczyźni nie przyjmują do wiadomości tego, że ta sama kobieta może oczekiwać, np.., pomocy w domowych obowiązkach. No i tego, że ma prawo sama decydować o swoim życiu seksualnym. Poglądy polskich mężczyzn nie są zbieżne z trendami światowymi, ponieważ to właśnie emancypacja sprawia, że znikają zakazane sfery aktywności dla obu płci.
Pada też mit, zgodnie z którym prostytutkami zostają kobiety biedne i z najniższych warstw społecznych. Badania ekonomistów z University of Arkansas (http://truthdive.com/2011/05/15/Many-US-affluent-educated-women-entering-high-quality-illegal-sex-market.html) wykazały, że coraz więcej zamożnych i dobrze wykształconych Amerykanek wybiera wolny zawód w postaci świadczenia usług seksualnych, na różnych poziomach wtajemniczenia.
Na istniejący rynek tych usług wskazują dane o masowości korzystania z usług seksualnych przez mężczyzn. Przykładowo, aż 32 proc. Austriaków przyznało, że przynajmniej raz w życiu zapłaciło za seks prostytutce. Brak jest przy tym danych, ilu nie zapłaciło, co pozwoliłoby ocenić prawdziwy rozmiar rynku. Trudno też przypuszczać, ze polscy mężczyźni są mniej „kochliwi” od swoich germańskich europejskich sąsiadów. Dlatego te wskaźniki w Polsce mogłyby być wyższe, na co wskazuje rosnąca populacja ssaków leśnych napotykanych przy drogach.
Nie dziwne zatem, że rośnie liczba dziewczyn, które przedkładają korzyści z prostytucji nad karierą w wyuczonym zawodzie czy szczęśliwym życiem małżeńskim. Tym bardziej, jeśli praca w seksbiznesie jest połączona z poczuciem powołania: w takim wypadku można osiągnąć nie tylko stabilność zawodową, ale też poczucie spełnienia i niezależności.
Dlatego mężczyzno, jeśli przeszkadzają Ci następstwa emancypacji, nie pozwól dziewczynie pracować i zagoń ją do kuchni!
A Ty, Kobieto.. . Dla Dobra Rodziny daj zagonić się.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Trwaj chwilo
2011-07-27
|
!
Leżeli razem w łóżku. Wieczór i deszcz. A oni razem w ciepłym łóżku, choć to już ósmy rok małżeństwa. Było mu naprawdę dobrze. Teraz.
-Napij się – uśmiechnęła się do niego podając mu kubek z ciepłą herbatą
On też uśmiechnął się z czułością
-No to się napije – odpowiedział. I napił się. Herbata była wyborna. Pachniała migdałami.
-Wiesz, kocham Cię – dodał. I pomyślał: te nasze nieporozumienia to przeszłość. Ona nie mogła być zazdrosną o tą moją pracę, lepsze zarobki. No i o spadek po rodzicach. Któż mógłby zazdrościć śmierci najbliższych? Ważne, że teraz rozumieją się. Jaki on był głupi zmieniając testament! I bijąc ją za domniemane złośliwości. Jak mógł podejrzewaj, że zależy jej tylko na samcu z prezencją i pozycją. I na kasie! Dobrym samochodzie i mieszkaniu w apartamentowcu. Miał prawdziwy skarb przecież, a w ogóle tego nie doceniał. I do tego ja zdradził: z jej najlepszą przyjaciółką. Dobrze, że opamiętał się i nie odszedł od żony. Dobrze, ze żona nie dowiedziała się. Dobrze, ze nie dowiedziała się, co zjadł jej ukochany jamnik, ze tak drapał w konwulsjach parkiet w pokoju, zanim odszedł. I kto mu to dał.
Ona patrzyła na niego z czułością i rozrzewnieniem, kiedy przełykał herbatę.
- Ja Ciebie też kocham. Teraz – wyjawiła
-Żeby chwila mogła trwać wiecznie – zrewanżował się jej czułością
-Będzie: mam aparat. Polaroida - odpowiedziała
Zrobiło mu się trochę tak dziwnie. Poczuł przypływ czułości i oddania. Ciepło mu było i jakby unosił się w powietrzu. Jakby nie był sobą. Tak pragnął jej wszystko wyjawić
- Muszę Ci coś powiedzieć
- Tak, kochanie. Kocham Cię - odpowiedziała
- Muszę ci coś wyznać - nalegał.
- Nic mi nie mów. Kocham Cię
- Naprawdę, muszę Ci to powiedzieć. Spotykałem się z Baśką. Jeszcze niedawno.
- Nie musisz mówić: wszystko wiem. Gdybym nie wiedziała, to nie miałbyś herbaty o smaku migdałów. Bo nie doprawiłabym jej cyjankiem potasu
Chciał coś powiedzieć, ale poczuł, że całkiem odlatuje. Przypomniał sobie ukochanego jamnika żony, to jak zamiatał bezradnie łapkami podłogę i pomyślał: „To nie cyjanek. Po cyjanku jest inaczej”. Zdążył jeszcze usłyszeć, jak żona mówi:
- Bardzo Cię kocham, wiesz. Tak bardzo, że nie wyobrażam sobie, co by stało się ze mną, gdybyś odszedł na zawsze. A tak, widzisz, będziemy już na zawsze razem. Będę Cię nosić w torebce”.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Ciekawski
2011-07-25
|
Usłyszał – gdzieś tam, na ulicy - hasło, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Właściwie to usłyszał je dawno, lecz dopiero teraz zrozumiał wagę i przesłanie sloganu. Przeczytał też w gazecie, że społeczeństwo polskie składa się w 95 procentach z katolików. A problemem społeczeństwa polskiego jest bezrobocie i alkoholizm.
Od razu ucieszył się. Bowiem już od dawna rzeczywistość społeczna, w której egzystował, nie spełniała jego oczekiwań. Chciał sprzeciwić się rzeczywistości. Całej i w jak największym stopniu. A teraz wiedział jak to zrobić: powiększyć problemy społeczne, zatracić wartości.
Tak, między nami, nie musiał zbytnio wysilać się z tym, powiększaniem problemów: w szkole niewiele co robił, a i popić w wolnych chwilach – których miał wobec tego dużo – lubił wypić.
Teraz jednak miał odpowiednie narzędzie, by zgnębić swoje otoczenie. Bo zrozumiał, że ciekawość, która była jeszcze niedawno jego przekleństwem i której musiał się wstydzić niejednokrotnie, jest – dla jego celów - błogosławieństwem. Ciekawość mogła zaprowadzić go do piekła, miejsca tak nieakceptowanego przez większość członków społeczeństwa. Zrozumiał, że w ten sposób może powiększyć szeregi opozycji katolickiego systemu społecznego.
Przystąpił bez zwłoki od budowania bazy wiedzy.
I od razu zaciekawił się, a potem ustalił, gdzie młodsza siostra chowa słodycze. Co, w rzeczywistości, babcia trzyma w butelkach z napisem „lekarstwo” i ile potrzebuje dziennie wypić, żeby lepiej poczuć się. Gdzie mama chowa portmonetkę, ile ma pieniędzy i jak uczynić, żeby nie zorientowała się, że ma mniej. Z kim tata chodzi biegać, żeby schudnąć. I dlaczego nie chudnie, a sąsiadka, z którą biega też nie: wręcz przeciwnie. Na końcu zainteresował się i dociekał, czym różnią się czerwone majtki koleżanki od czerwonej róży. Oraz co, tak naprawdę, dziewczyny trzymają w majtkach.
Kiedy już pojął te tajemnice, myślał – przez chwilę - że poznał tajemnicę zła. I poczuł się taki szczęśliwy.
Przez chwile.
Bo potem zaciekawi się, co będzie, jak powie swojej dziewczynie, co o niej myśli.
Zupełnie niepotrzebnie.
A mogło być tak pięknie…
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Idź za głosem serca!
2011-07-14
|
Zewsząd słychać narzekania: „zmęczony jestem”, „za mało płacą”, „szef to kretyn”, „molestuje mnie kolega”, „nienawidzę tej roboty”, „mam hemoroidy i zanim nie pogrzebie sobie w tyłku nie mogę skupić się na słuchaniu rozmówcy”.
Prawda jest taka, że zdecydowana większość społeczeństwa to ludzie, którzy wykonują swoja pracę wyłącznie dla pieniędzy. Czasem niewielkich. I to jest źródłem ich frustracji i mało optymistycznego nastawienia do życia. Można ich określić mianem „minimalistów egzystencjalnych”.
Są jednak szczęśliwie profesje, w których dominują fascynacji wykonywanego zawodu. Można tu wspomnieć o nurkach (któż nie fascynował się losami głównego bohatera z „Wielkiego Błękitu”!), kasiarzach („Va bank”), oficerach straży pożarnej (Waldemar Pawlak), czy szpiegach (seria filmów z Bondem) albo poszukiwaczach skarbu Templariuszy („Pan Samochodzik” i ,” Raz w roku w Skiroławkach”).
Nie można zapomnieć oczywiście o przedstawicielach zawodów bardziej zwyczajnych, bliżej zwykłego obywatela, jak górnik, aptekarz, nekrofil czy pracownik ogrodu zoologicznego.
Kiedy już poszliśmy drogą rozwoju zawodowego, którą zwykle ktoś wybra za nas (bo z tym „wyborem” to jak z I komunią – nie mamy wyboru) i czujemy, ze czegoś nam jednak brak i nie jest to alkohol, to może warto…. być szczęśliwym. I powrócić do swoich marzeń z lat dziecięcy, zostać tym, kim od początku chcielibyśmy być. Może warto odrzucić presję otoczenia i rodziców (starych już więc słabszych) i podążyć za głosem serca? Pewnie nie odniesiemy już w życiu w tej nowej dziedzinie spektakularnego sukcesu, lecz przynajmniej będziemy robić to, co lubimy. I będziemy szczęśliwi.
Na przykład powszechnym marzeniem chłopców jest zawód ginekologa. Z sondaży opinii publicznych wynika, że profesja ta, wykonywana przez mężczyzn, ma rzesze zwolenniczek wśród pacjentów. Wprawdzie niektórym wydaje się, że większość mężczyzn w tym zawodzie to zboczeńcy: polowa już przyłapanych, a polowa jeszcze się cieszy dobra opinia do czasu: jest to jednak pogląd nietrafny, bo oparty na seksistowskich uprzedzeniach.
W opinii pacjentek jednak ginekolożki bywają mało delikatne. Niektóre twierdzą wprost, że „(…) jak mi baba paluchy tam ładuje to mam ochotę jej strzelić.”
Nadto pacjenci, wybierając się do ginekologa mężczyzny wiedzą, że mają większą szanse trafić na człowieka z pasją. Bowiem lekarz na studiach medycznych, wybierając specjalizację jest jeszcze „młodym szczylem i kieruje się powołaniem i zainteresowaniami – a nie innymi względami, np. materialnymi.
Nie ma dla takiego lekarza znaczenia – jeśli czuje do swojego zawodu powołanie, że przychodzą do niego kobiety z problemami, brzydkie, zarośnięte, bo… kieruje się powołaniem i pragnieniem pomocy, niezależnie od tego, czy ma żonę i dzieci.
A to poklepywanie po gołej pupie, kiedy pacjentka zsiada z fotela, dopytywaniu się o życie seksualne, czułe głaskanie po łechtaczce, czy wnikliwe komentarze to jedynie ubarwienie wykonywania zawodu.
Korzystanie z usług ginekologa-mężczyzny ma też taką zaletę, że rzadko będzie w stanie poznać swoją pacjentkę. I odpadną powitania w rodzaju:
- "O, pani jest moją pacjentką. Wiem na pewno, jestem ginekologiem”.
Oczywiście odpadną na ulicy.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Suka
2011-07-13
|
- Gdzie byłeś! Cały czas sama jestem!
- W pracy.
-Cały dzień i pół nocy? Gdzie łaziłeś! Śmierdzisz wódą!
-Miałem spotkanie służbowe.
-Nawet wejść cicho do domu nie potrafisz! Dzieci obudziłeś! Zachowuj się jak dorosły człowiek, a nie jak szczeniak.
- To ty krzyczysz.
-Tak?! Mamy zaległości w rachunkach za mieszkanie. Za sześć miesięcy. Masz pieniądze?
- Nie
-A na jedzenie? A na ubranie? Małemu buty trzeba kupić, małej zeszyty i ołówek. A dla Zosi katechizm, bo ksiądz kazał. Pampersów dla maleństwa nie musisz: wyprałam. Znowu!
- Nie. Nie mam pieniędzy.
-Znowu!
- Co z nimi zrobieś, łajzo!
-Wydałem
- Przychodzisz, budzisz mnie o drugiej w nocy i mówisz, że nie masz pieniędzy!?
-Lepiej tak, niż rano. Wtedy będę miał kaca.
- Co mam dzieciom dać do jedzenia? Karmę dla kotów? I do picia: wódkę? Niieee! Wódką to ty nie podzielisz się. Sam wychlejesz. Albo z kolegami!
Nie wytrzymał wtedy. Przywalił jej z kopa. I pięścią w twarz. A potem poprawił młotkiem. Czternaście razy! W ciszy, żeby dzieci nie niepokoić bardziej.
Kiedy zasypiał zmęczony pomyślał tylko: „co za suka”
I nie pomyli się.
W końcu urodziła mu czwórkę dzieci.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Zasady popierane w życiu społecznym przez ustawodawcę – przegląd opinii.
2011-07-06
|
Są pewne reguły postępowania, których uwzględnianie w swoich poczynaniach może przynieść korzyści także w sferach życiach niepopieranych przez ustawodawcę.
Te reguły (wartości uwzględniane w postępowaniu) to dbałość o zdrowie, o bliźniego, stosowanie zasad „achimsy”, czy zasadę solidaryzmu społecznego albo działania zgodne z prawem.
Zatem, kiedy policja złapie nas na jeździe po pijaku na rowerze, to co robiliśmy? Jechaliśmy po pomoc, bo koleżanka spadła z „drzewa”. I nie mieliśmy innego sposobu zawiadomienia służb, a istniała realne zagrożenie zdrowia/życia poszkodowanej. Można nawet użyć terminu „stan wyższej konieczności”, bo chociaż nie zawsze będzie pasował do sytuacji, to brzmienie terminu wzbudzi szacunek i uznanie dla „kónsztu” prawniczego kierowcy.
Jeśli zapomnimy o „stanie wyższej konieczności” można wspomnieć o:
1. konsumpcji dużej ilości owoców (lub soków) w okresie poprzedzającym złapanie (w przypadku niektórych, żeby osiągnąć wynik wskazany przez alkomat – nawet 70 kg jabłek);
2. schorzeniach tłumaczących woń (cukrzyca)
3. zapobieganie zawałowi serca poprzez spożycie alkoholu;
4. immunitet
5. wady alkomatu i postępowania przy badaniu trzeźwości (brak homologacji, niesprawność techniczna, dmuchał kolega/brat bliźniak – pijany, spożycie alkoholu nastąpiło po wypadku w celu uspokojenia nerwów)
6. świętowanie odejścia żony z policjantem. (nieszczęście potencjalnego rywala w walce o stołki zawsze cieszy)
Podobny spis reguł postępowania, których przestrzeganie może przynieść korzystne dla nas rezultaty, a które uwzględniają wskazane powyżej zasady, dotyczą także innych substancji psychoaktywnych: nawet tych popularnych, a zabronionych wyraźnie przez ustawodawcę.
Tak wiec, jeśli policja przyłapie nas na jaraniu medialnego ostatnio zioła, należy:
1. realizując zasadę legalizmu zweryfikować dane (nazwisko, stopień, etc) nieumundurowanych funkcjonariuszy, choćby za pośrednictwem telefonu 112. Brak weryfikacji danych i wątpliwości co do tożsamości funkcjonariuszy (wynikające chociażby z ich zachowania) uzasadnia samowolne oddalenie zatrzymanego.
2. zioło zawsze zażywamy w celach leczniczych – jaskra, środek antydepresyjny. Dbamy o zdrowie;
3. zioło dostaliśmy od nieznajomego w tramwaju (solidaryzm społeczny). Nie wiemy kto to jest, bo nie pamiętamy. Pamiętamy tylko, ze nie mówił po Polsku, a w jakimś obcym, niezrozumiałym języku. No i miał znak szczególny: wytatuowaną kotwice na prawym ramieniu.
4. palił (jeżeli ktoś ma mentalność Chrystusa) tylko ten, co dzierży fifkę w ręku podczas złapania (odpowiedzialność za własne czyny).
5. mamy prawo do nieudzielania odpowiedzi na pytania (zasada achimsy). Po co denerwować się bez przemyślenia sprawy?
6. dobrze jest spalić cały towar, zanim policja nas zatrzyma (trudno jest udowodnić, że spalona konopia zawierała niedozwolona ilość THC (suma zawartości delta-9-tetrahydrokannabinolu oraz kwasu tetrahydrokannabinolowego przekracza 0,20 % w przeliczeniu na suchą masę (zasada przestrzegania prawa)
7. maryche trzymamy nieporcjowaną. Chodzi o to, by przeznaczenie „niehandlowe” nie budziło wątpliwości;
Aha. Przed sądem warto podnieść kwestię znikomej społecznej szkodliwości czynu. Nie znam sędziego, który będzie wewnętrznie przekonany o zasadności karania za spożywanie konopii na podstawie idiotycznego przepisu, stąd i wyważenie społecznej szkodliwości czynu będzie odpowiednie.
Znawcy tematu i zwolennicy zasady praworządności, czyli zasady działania organów państwa wyłącznie na podstawie ustanowionego prawa, mogą analizować przepisy ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii i dociekać, skąd prokuratora wnosi, że części zioła (suszu), które zostały zabezpieczone, to dokładnie te części roślin (kwiatowe lub owocujące wierzchołki roślin) wskazane – nieudolnie przez ustawodawcę. Należałoby też badać, mając na względzie definicję z art. 4 pkt 5 i przepisów następnych ustawy o przeciwdziałaniu… czy nielegalna 'marycha' to wierzchołki po zawiązaniu wiechy, czy liście i łodygi przed tym faktem. Ziele konopi, którego uprawa i posiadanie jest penalizowane (podobnie, jak żywica), to kwiatowe lub owocujące wierzchołki konopi, z których nie usunięto żywicy, a w przypadku roślin w stadium przed zawiązaniem wiechy - liście i łodygi konopi. Natomiast sama roślina nie jest nielegalna…
Bada to ktoś podczas procesów sądowych? Bo jeśli nie, to jest to podstawa do wznowienia postępowania…
By zatriumfowała zasada praworządności.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Żołnierz, bohater, czasu kurz…
2011-06-15
|
Możnaby jeszcze dodać: Człowiek , Patriota, Altruista, Przyjaciel Zwierząt i Kobiet. Albo cokolwiek innego, ponieważ właściwie wszystko za co się brał, robił z przekonaniem a wrodzoną mu skromnością. Za ten sposób działania i postawę ludzie go doceniali albo nienawidzili.
Nie bardzo wiedzieli jednak, jak dać wyraz tym uczuciom, na pozór sprzecznym.
Próbowano docenić Go uderzeniem cegły w głowę.
Bezskutecznie. A na dodatek prosił o niewymierzalnie kary sprawcy.
Próbowano medalami.
Na przykład w 1999 r. odznaczono go medalem "Cztery Wieki Stołeczności Warszawy". Medal wręczył wiceprezydent miasta Jacek Zdrojewski.
Bezskutecznie.
Ponieważ jak tylko dowiedział się, że polityk dzierżący mandat zaufania wyborców, mieszkańców „stolicy” Paweł Piskorski, prezydent Warszawy, nie podtrzymałby tej decyzji, gdyby o niej wiedział, to … medal zwrócił.
Bo, jak wyjaśnił w liście:
„Z całą powagą przyjąłem też Pańskie stwierdzenie, iż Pan nie przyznałby mi tego medalu. Wyciągając z powyższego logiczny wniosek, zwracam go na Pańskie ręce. Będę starał się zadowolić medalem z 1945 roku Za Wyzwolenie Warszawy, a także orderem Virtuti Militari, dwoma Krzyżami Walecznych oraz trzema srebrnymi Medalami Zasłużonym na Polu Chwały, w których to odznaczeniach mieści się cząstka uznania również dla warszawskiego etapu mej żołnierskiej drogi.”
Na tym nie koniec: został odznaczony przez Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Zesłańców Sybiru. I nawet ucieszył się z tego medalu, jako nadanego „ponad historycznymi podziałami”
Przedwcześnie jednak, ponieważ dowiedział się, że „został odznaczony przez pomyłkę, gdyż Prezydent akceptował tylko postanowienia, nie zaś listy osób i nie zdawał sobie sprawy, że na liście występuje Wojciech Jaruzelski”.
No to znowu odesłał otrzymane odznaczenie prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu.
Teraz jego zwolennicy i przeciwnicy mają problem. Ponieważ jest on poddawany chemioterapii i nie mogą zdecydować się, mając na uwadze wpływ chemioterapii na stan zdrowia i samopoczucie, czy zachęcać go do leczenia, czy już może … odpuścić.
Paradoksalnie, podjęcie decyzji o tym nie należy już do znamienitych dwóch „polityków”, którzy oceniali zasadność przyznawania mu medali.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Tylko skrzydeł żal
2011-06-09
|
Uciekała skutecznie. Bardzo skutecznie. Przypominała mu, kiedy tak przemykała pomiędzy półkami, jego pierwszą dziewczynę: taka była zwinna i gibka. To samo spojrzenie, te same ruchy. A jemu przeszkadzał mundur. Ledwo ją złapał. Teraz zauważył, że i twarz była prawie taka sama, jak jego pierwszej dziewczyny: jak dwie krople wody. Tylko młodsza i ładniejsza.
Trzymał ja mocno.
- Dlaczego mi Pan to robi?
- To mój obowiązek służbowy.
- Nie może Pan niczego nie zauważyć? Przecież nic nie stało się…
- Nie stało się? Ukradłaś towar na trzy tysiące.
- Od razu ukradłam… Chciałam zapłacić. Tylko później.
- To jest ścigane z urzędu. Trzy tysiące
- Ale … Proszę. Mama będzie zła. Odwdzięczę się Panu.
- Jestem policjantem już czternaście lat. Z nienaganną opinią. Wzorową nawet. Za rok idę na emeryturę
- Emeryturę? Tak młodo Pan wygląda.
- Bo nie piję, nie palę i nie kradnę. A dowody wdzięczności postrzegam w kategoriach moralnych.
- A w tej kasie to było jeszcze tysiąc złotych. Tu są. Mogę Panu oddać.
Policjant szybko zastanowił się. Przed oczami zobaczył i pierwszą komunie jego córeczki, i przyjęcie dla rodziny, i wyjazd na wakacje całej rodziny. No i ten nieszczęsny kredyt wzięty na samochód we frakach szwajcarskich. Skalkulował i przeliczył. Dodał tysiąc złoty. Przypomniał sobie hasła sędziów walczących o wyższe zarobki: że wyższa płaca to gwarancja czystego sumienia, że niezawisłość tego wymaga, ze gwarancja należytego wykonywania zawodu.
I stwierdził, ze on też jest sędzią. Swojego sumienia.
- Dobra. Może być. Oddam w kościele na msze w Twojej intencji. Żebyś nie robiła więcej głupot
-Dziękuję Panu.
Kiedy policjant odszedł, ona wciąż patrzyła za nim. Było jej przykro. Nie tylko dlatego, że policjant był tak dobry i tak prawy, ze trudno jest spotkać takich ludzi w życiu. Nie tylko dlatego, ze ona była taka zła i – pewnie – nienależycie oceniała policjanta.
Było jej przykro też z tego powodu, ze dała – pierwszy raz w życiu łapówkę. I to takiemu dobremu człowiekowi.
A on tą łapówkę wziął.
Spłonęły aniele skrzydła.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Apokalipsa
2011-06-03
|
Zdaniem izraelskiego pisarza Boasa Evrona tzw. świadomość holokaustu jest niczym innym jak „oficjalną, propagandowa indoktrynacją oraz produkcją sloganów i fałszywego wizerunku świata” , a jej prawdziwym celem „wcale nie jest zrozumienie przeszłości, lecz manipulowanie teraźniejszością” .
W tym miejscu wszyscy bali się. Panicznie. W tym miejscu wszyscy kulili się, żeby zajmować jak najmniej miejsca. Żeby wzrok nadzorcy ich nie dosięgnął. Bo wtedy nie wiadomo, co mogłoby stać się. Albo może odwrotnie: każdy mógł przypuszczać, co go za to spotka. To, co innych w takiej sytuacji.
Tylko niektórzy wiedzieli, że pod prysznic prowadzili ludzi nie tylko po to, żeby ludzie ci mogli umyć się. Więc tylko niektórzy wyłapywali fałsz w słowach zachęty: „Schnella, schnella! Nie bać się! Idziemy się kąpać! Schnella!”. I dwuznaczne uśmiechy przy wydzielaniu mydła.
Dla nikogo jednak nie było już tajemnicą, że Hitler na każdym kroku twierdził, iż Słowianie to podludzie. Natomiast nigdy nie powiedział tak o Żydach. I każdy wiedział, że Słowianie nie byli objęci nawet planem eksterminacji tylko częściowej redukcji całej populacji. Natomiast dla Żydów była przewidziana całkowita zagłada.
Ale co z tego, że każdy to wiedział, skoro nikt nie miał odwagi powiedzieć tego wszystkiego Nadzorcy, prosto w twarz. Bo nikt nie wierzył, że to coś pomoże. Podobnie jak nikt nie wierzył, że ktoś jest w stanie opanować wszechogarniający lęk i stawić czoło Władzy.
Nadzorca i jego Poplecznicy mogli robić, co im się podoba. Dysponowali pełną wolnością. Pełnią imperatywy władzy.
I pomyśleć, że zanim nadzorca wybrał sobie osoby spośród zgromadzonej ciżby w tym dusznym i rozjaśnionym światłem jarzeniówek, wystarczyło zbuntować się. I głośno powiedzieć: „Nie! To nie tak było!”
Nikt tego nie zrobił, wiec wybrano z listy trzy nazwiska:
- Kowalski, Jabłoński, Gruszczyński! Do odpowiedzi - zagrzmiał Nadzorca
I poszły te trzy, niewinne osoby. Jeszcze raz powielając schemat znany od pokoleń, któremu jednak nie miały siły przeciwstawić się.
I znowu zwyciężyło judeochrześcijańskie piętno winy, które tak naznaczyło cierpieniem całe nasze społeczeństwo.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Perfekcjonista
2011-05-26
|
W 2010 r, w Polsce, odnotowano 192 napadów. To rekord. W 2009 r. było dwa razy mniej napadów, a w 2008 r. blisko pięć razy mniej. Bandyci najczęściej wybierali niewielkie miejskie placówki, które nie miały ochroniarzy.
Wpadło ok. 50 proc. z nich. Wykryto sprawców 65 przestępstw z 2009 r. i 78 z 2010 r
Napadają w różny sposób, nie przebierają w środkach. Mogą przemieszczać się rowerem albo tramwajem. Czasem po zuchwałym napadzie rozsypują pieniądze. A nieświadomi napadu przechodnie pomagają je pozbierać. Inny rabuś, który w grudniu 2010 r. napadł na bank w centrum Poznania, barwurowo uciekał ze skradzionymi pieniędzmi -taksówką.
On też potrzebował kasy, to jedno wiedział. Oprócz tego, oczywiście, że Ona go kocha.
Ale skąd ją brać, tą kasę?
Można by pójść do pracy, ale tam wiele nie zarobi się. I kilka godzin dziennie wycięte z życiorysu.
Szkoda czasu po prostu. Zwłaszcza, ze życie stygnie.
Żeby nie zostawiać śladów wziął tramwaj: samochód mógłby ktoś poznać. W końcu na ulicach rzadko można spotkać takiego „srebrnego szerszenia”, którym poruszał się.
Przeszedł od przystanku tramwajowego do banku. Tak niezbyt szybko, żeby nikt nie wyczuł w nim zamiaru napadu. Bez kominiarki na razie, z nonszalancko i zawadiacko przewieszonym przez ramię workiem, bo nie chciał zwracać uwagi. Kominiarkę założył tuż przed samym wejściem do banku: musiał, bo inaczej mógłby zostać rozpoznany.
- "To jest napad. Róbcie co wam każę, a nikomu nic się nie stanie” – oznajmił już od wejścia.
Na dowód, że nie żartuje przyłożył sobie pistolet do głowy. I spojrzał bezkompromisowo na obsługę.
Kasjerki, podobnie jak pracownik ochrony, zdębiały.
Pora na napad była niezwykła, ponieważ napad miał miejsce tuż po tym, jak przekazały środki finansowe dla konwojentów z Centrali. No i w kasie raczej było … niewiele.
Forma wymuszenia też była niecodzienna… Paradoksalnie to właśnie ona, forma wymuszenia, zadecydowała o sukcesie napastnika. Bo kasjerkom wydawało się, ze głos napastnika jest podobny do głosu syna jednej z ich emerytowanych koleżanek. Dodać należy, że znajdującej się w niekorzystnej sytuacji materialnej. Kasjerki nie mogły pozwolić na to, by koleżankę dotknęła nowa tragedia: tym razem – straty syna. Zadziała empatia.
- „ No juuu! Dawać pieniądze. Ale już!”- zaryczał samczo
- „Eeee. Nie ma” – odpowiedziała ta, której – ze względu na niewierność narzeczonego – na życiu najmniej zależało.
- Dawać, bo odstrzelę się! Tu i teraz!
-No nie ma. W kasie pusto. Zabrali.
-Qwa! Zaraz wam tu zrobię jesień średniowiecza! – przypomniał sobie fragment monologu, który często wygłaszał będąc w szkole
- A może być pistolet ?– włączył się nieśmiało w dyskusję ochroniarz, który był podatny na stres bardziej niż przeciętny ratlerek.
Napastnik zawahał się, co było widać po przerwie w dyskusji.
- A jaki? – napastnik wyraził zainteresowanie
-A gazowy.
-A dobry?
-A gazowy – potwierdził ochroniarz
-Dobra. Może
-To my też byśmy coś dorzuciły – włączyła się do akcji starsza kasjerka – Żeby głupio nie było, że napad jest i że nic nie zginęło.
Napastnik spojrzał się na nią z uznaniem i zadecydował, nie bez oporów:
- Dobra
- To ja dam dwie dychy – rzuciła starsza kasjerka
- I ja dam dwie – dorzuciła jej koleżanka
- A ja tyle nie mam – zasmuciła się referentka – Mam piętnaście tylko. Podpaski kupiłam, bo okres mi zbliża się.
- Ona nie kłamie – usprawiedliwiła koleżankę starsza kasjerka – Ma pms od początku tygodnia. Coś o tym wiemy- dodała znacząco
Napastnik, po chwili wahania, postanowił wybaczyć
-Dobra, niech będzie piętnaście złotych. I podpaski – postanowił być bezlitosny.
- A teraz – zakomenderował cały czas trzymając pistolet przy swojej głowie – morda w kubeł, siedzieć na tyłkach i nikomu nic nie stanie się.
Powoli zaczął przemieszczać się w kierunku wyjścia. Otworzył drzwi. Wychodząc zręcznie zdjął kominiarkę, żeby nie budzić podejrzeń na ulicy.
Udało się.
Prawie.
Dopiero kiedy odwiedzili go wieczorem policjanci, wyjaśnili mu, że nie uwzględnił w planowaniu napadu rozkładu kamer miejskiego monitoringu. Nie wspominając o kamerze przy wejściu do banku. No i cały proces przebierania w kominiarkę został uwieczniony.
Big Brother czuwa.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Gimnazjalisto uśmiechnij się!
2011-05-23
|
Odwzajemnij ten uśmiech losu. Przecież słoneczko też uśmiecha się do Ciebie.
Egzamin gimnazjalny może być postrzegany przez społeczeństwo jako selekcja ludzi na jednostki mniej i bardziej uzdolnione. Mniej i bardziej pracowite. Wielu uczniów spędziło godziny na nauce i przeżywało potworny stres. A wszystko to zdało się, w ostatecznym rozrachunku, na nic
Inni uczniowie – na odwrót: zero stresu, luzik … i te sprawy. Oczywiście kompletnie bez przygotowania podchodzą do egzaminu. Często z sukcesem. Jaimś
Bo wychodzą z egzaminu po niecałej godzinie.
… Dwadzieścia trzy punkty, it’ s good enough
I to też jest, w ostatecznym rozrachunku, bez znaczenia.
Spotykają się potem, te dwie grupy uczniów, w ławie szkolnej. Zasłużenie – czy nie – to bez znaczenia. Bo ława szkolna ich zrównuje. Jak to w demokratycznym państwie prawa, które wciela ideały równości i sprawiedliwości społecznej. Tak, jak zrównują ich wspólne gry i zabawy. Na przykład zabawa w słoneczko. Legenda głosi, ze wymyślił ją Joseph Vissarionovich Stalin. I dlatego nazwali go „Słoneczko”.
Zabawa polega na tym, że dziewczynki kładą się w kółku, głową do siebie, zakrywają oczy, a chłopcy po kolei z nimi kopulują. Wygrywa ten, który ostatni zakończy stosunek. Bywa nazywany potem „master – distaster”, bo wszystko idzie na jego rachunek.
I wszyscy są szczęśliwi.
Zwycięzca – bo wygrał. Dziewczyny – bo też wygrały. No i przegrywający też– bo mimo wszystko, chociaż przegrali, to jednak - wygrali. Perpetuum mobile, po prostu.
Szkoda tylko, ze kadra pedagogiczna wciąż pozostaje w tyle za gimnazjalistami i nie dostrzega preferowanych przez gimnazjalistów form aktywności. I wciąż proponuje im, zamiast satysfakcjonującego obie strony wspólnego spędzania czasu, lekturę tych samych – rodzajowo – książek. Jak, np: „Matematyczno-przyrodniczy czar par. Gry i zabawy konkursowe dla gimnazjalistów.” Za 22,80.
Może stąd wciąż na forach internetowych posty z prośbą o pomoc:
Witam! Już 3 lipca wyjeżdzam nad morze pracować jako wychowawca kolonijny. (…) mi w udziale przypadła młodzież gimnazjalna (14 - 16 lat) W związku z tym mam do Was wielką prośbę... Czy ktoś jest mi wstanie przesłać na maila, bądź napisać tu na forum zabawy oraz gry jakie mógłbym zorganizować tej młodzieży?
Bardzo proszę o pomoc!
Z góry ślicznie dziękuję!
My też dziękujemy. Z pewnością Czytelnicy pomogą, przesyłając propozycje zabaw dla gimnazjalistów na adres Autora.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Geniusz
2011-05-13
|
Dwa główne dzieła John Ronald Reuel Tolkien, Hobbit i Władca pierścieni mają swoje źródła w roli ojc, którą autor tych dzieł wypełniał wobec swoich dzieci wzorowo. Fantastyczny, przemyślany do nadrobniejszych szczegółów świat z powieści powstał wprawdzie w wyobraźni pisarza, ale barwna fabuła kryje głębszy sens i wiele analogii do współczesności: tak do rzeczywistości społeczno-politycznej, jak też do konkretnych osób.
Przykładem może być postać Gandalfa. W rzeczywistości, Gadnalf, a raczej Gandzialf – bo taki przydomek nosił pierwowzór postaci - mieszkał w Europie Środkowo-Wschodniej, w jednej z wiosek na terenie byłego Królestwa Polskiego. Był nieślubnym synem jednego z poetów Młodej Polski.
Niechciany przez własnego ojca, który to ojciec jednakowoż cieszył się dużą popularnością wśród niewiast w wiosce, był wychowywany, samotnie, przez matkę. Przez całe swoje życie zmagał się z przydanym mu przez społeczność lokalną bierzmem „bękarta”. To właśnie ostracyzm społeczny i niechęć otoczenia była powodem wykształtowania postaw Gandzialfa, które potem cały świat podziwiał i brał za wzór w powieściach Tolkiena.
Zatem Gandzialf był samotnikiem. Lecz nie z wyboru: by samotnikiem z przymusu społecznego. Każdą chwilę wykorzystywał na ucieczkę od niechęci i złych słów otoczenia: na ucieczkę z wioski. Włóczył się, bez celu, po polach i lasach. I z nudów podsłuchiwał zwierzęta. Na początku nic nie rozumiał, ale z biegiem czasu, jak się wsłuchał dobrze, to już wszystko rozumiał. No i oczywiście jak podjadł magicznych jagódek, co rosły na takim niedużym krzaczku, obok. Zresztą wtedy – jak podjadł tych jagódek - nie tylko rozmawiał ze zwierzętami, ale także widział magiczne stwory, jak na przykład smoki. Walczył z nimi i – zwykle - wygrywał.
Dlatego też, przez te rozjuszone i agresywne smoki, Gandzialf coraz częściej rezygnował z jagódek na rzecz aromatycznych – podczas palenia – ziół, z którymi dzielił imię. Zresztą teraz już nikt nie był w stanie powiedzieć, czy to przydomek Gandzialfa wziął się od gandzi, czy tez nazwa „gandzia” na zioło powstała dlatego, że palił ją Gandzialf. Jak by nie było, jak Gandzialf zjawiał się gdzieś publicznie, wbrew swoim utartym zwyczajom, to wiadomo było, że już palił i palić jeszcze będzie tego wieczora. Zapach ziół otaczał Gandzialfa niczym całun i… wszystko było od razu jasne: nastała pora zabawy, bo wreszcie było z kogo pośmiać się.
Obecność Gandzialfa odbierano jako śmieszniejsze nawet od psa goniącego swój ogon. Był, w opinii ludzi, jak niepełnosprawne dziecko goniące swoje marzenia, kiedy tak machał dookoła kijem i wołał: „giń bestio!”.
Aż do czasu, kiedy dano mu do ręki pióro.
Wtedy żarty skończyły się.
Powstała literatura piękna.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Człowiek sukcesu
2011-05-06
|
Nie doceniali go w życiu. Ani w szkole, ani po ukończeniu szkoły. A przynajmniej nie tak doceniali go, jak na to zasługiwał. A on wiedział przecież, że jego wygląd, czy zdolności intelektualne nie powinny być podstawą do dyskryminacji w świecie, w którym rządzą zasady demokracji.
Żeby to udowodnić – i sobie i innym – nosił kurtkę z wężowej skóry, która była symbolem, jak słyszał, wolności i niezależności jednostki. No i palił Marlboro: to samo, co paliła jego matka, zanim umarła.
A jednak dyskryminowali go i źle traktowali!
Bo odkąd sięgnął pamięcią to zawsze dostawał słabe oceny. A czasami nawet nie zdawał z klasy do klasy. Zdarzyło mu się nie dostać promocji nawet z religii.
Niby nigdy nie odrabiał lekcji i nie uczył się, ale…. Inni też nie uczyli się, a jakoś mieli lepsze oceny.
Z pracą było podobnie.
Nawet kiedyś jej szukał. Ale…albo nie chcieli go zatrudniać, albo kazali mu przychodzić o jakieś barbarzyńskiej porze. O dziewiątej rano! I codziennie. A płacić też by mogli więcej: w końcu człowiek rezygnuje z części swojego życia na ich rzecz. Jak już zdarzyło mu się pracować, to pracodawca nie dawał mu podwyżek. Chyba, że rosła płaca minimalna.
No to przeżywał chwile zwątpienia w życiu. Właściwie ciągle te chwile zwątpienia przeżywał. A może to zwątpienie było regułą, a przeżywał chwile radosne?
Modlił się do Boga, w tych chwilach zwątpienia, o szczęcie, dostatek, miłość.
Modlił, modlił i wymodlił!
Pomogła mu, za sprawą Boga, jak to często w życiu bywa, muzyka. Masowa.
I wszystko stało się jasne. W jednej chwili. Znalazł sposób na życie. Sposób, który już dawno znał, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Posiadł głębię samoświadomości. Już nikt nie śmiał się z niego na osiedlu ani na klatce. Bóg pomógł mu zorientować się, że popełnia błąd we wnioskowaniu. W rozumowaniu. Bowiem Bóg nie mógł nikomu niczego samodzielnie dać. On może wskazać drogę.
Wprawdzie pracy nie znalazł i nie poprawił ocen w szkole, nie wspominając o wspomnieniach z dzieciństwa, ale wreszcie był traktowany poważnie. I, co najważniejsze, wiedział, co robić.
- To na pewno Bóg. To Bóg wysłuchał modlitw w jakiś, tylko sobie znany boski sposób – mawiał sam do siebie.
A potem, wykonując swą powinność, nucił pod nosem: "Bij, ile sił, z tego nieźle można żyć". I że może, z czasem, będzie miał z tego nawet kobietę
****
Posłowie
Siedziała w kącie i pochlipywała
Za co?
Ty już wiesz za co – odpowiedział usiłując zebrać myśli
Wyglądała na jakoś tak nieszczególnie
On też
Może źle uderzał? – zastanowił się
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Mit urzędnika
2011-04-27
|
Urzędnik Syzyf toczył pod górę głaz, już od wielu lat. Głaz, jak tylko znalazł się na szczycie, to spadał siłą własnego ciężaru. Ten głaz to były obowiązki służbowe Syzyfa - nudne, jednostajne i jednorodzajowe a powtarzalne. Znaczy, jak tylko wykonał jedne zadania, to otrzymywał następne polecenia.
Szefowie, rozdzielając pracę, nie bez racji doszli do wniosku, że nie ma straszniejszej kary dla ambitnej jednostki niż praca bezużyteczna i bez nadziei.
Może dlatego, że Syzyf był najmądrzejszym z roku? Albo na stołówce pracowniczej. Może dlatego, że było odwrotnie – był wręcz głupi? Albo, że przystojny. A może to dlatego, że traktował szefów lekceważąco?
W każdym razie posadzili Syzyfa za stołem w urzędzie. Żeby tworzył okólniki, instrukcje, schematy postępowań. I upubliczniał je. No to tworzył i upubliczniał. Schematycznie i codziennie.
Syzyf siedział za tym stołem już wiele lat i raczej nie był, w opinii otoczenia, przykładem człowieka sukcesu. Ani nawet przykładem człowieka z pasją. Bo kto mógł traktować, jako pasję, tworzenie instrukcji i okólników?
Taki też był zamiar szefów, żeby nie postrzegano go ani jako człowieka sukcesu, ani człowieka zaangażowanego w swoją pracę.
A Syzyf, jak rzadko, poddawał się karnie tym intencjom.
Czasem tylko, kiedy był pewien, ze nikt go nie widzi, uśmiechał się chytrze do lustra naprzeciwko w jego urzędniczym pokoju.
Uśmiechał się z zadowoleniem.
Bo jednego nie mogli mu zabrać: czuł się potrzebnym urzędnikiem.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Hej ho! Hej ho - na kebab by się szło!
2011-04-18
|
W restauracji najważniejsze to mieć apetyt i dobry smak. Dotyczy to – przede wszystkim – klientów. Ale nie tylko: osoby zatrudniane przy wytwarzaniu posiłków powinny mieć dobry smak, węch, zręczne palce i ręce. Tak, by wiedzieć, co będzie smakować klientowi i jak dobrze przygotować każdą potrawę.
Powszechnie wiadomo, ze najlepsi kucharze to mężczyźni. A najlepsi kucharze potraw orientalnych, to mężczyźni wywodzący się z „Orientu”.
To dlatego w barach serwujących kebab w Polsce tak wielu pracuje Turków i Pakistańczyków. Bo oni wiedzą, jak najlepiej przyrządzić mięso, by smakowało głodnym.
Przyznam się, że podzielam tą opinię: Najlepszy kebab – tylko od Turka. Albo od innego ciemnego. I dlatego tak zacięcie wypowiadam się w ich obronie, jeżeli chodzi o dostęp do tego segmentu rynku pracy. Po prostu są bezkonkurencyjni w swoim fachu kucharza!
Podobnego zdania są zresztą także mieszkańcy innych krajów: sieć kebabowi dynamicznie rozwija się, np., na Wyspach Brytyjskich. Tworzone są nowe jadłodajnie, nowe receptury potraw. Jak też – nowe miejsca pracy.
W takim Blackpool, tylko w jednym punkcie, znalazło zatrudnienie, w różnym okresie czasu, około 60 dziewcząt w wieku szkolnym. Dziewczynki, najmłodsze z nich w wieku 11 lat, pracowały wśród innych pracowników, spośród których większość była azjatyckiego pochodzenia.
Od samego początku, właściwie „od dziecka” były wdrażane w tajniki dorosłego życia, w tym w tajniki życia pracownika baru szybkiej obsługi. Dzieciom proponowano nie tylko samo jedzenie, ale i inne rzeczy przydatne nastolatkom, jak alkohol i papierosy, w zamian za stosunki seksualne.
Dziewczyny podobno były zadowolone, bo pracownicy kebabowni obdarowywali je prezentami i oferowali opiekę. A dopiero później - wykorzystywali i czerpali korzyści z udostępniania ich wdzięków.
Z tego też powodu, ze względu na rozmiar prezentów, za pomocą których udawało się zaskarbić sympatię dziewczyn, postrzegane były, przez pracowników baru szybkiej obsługi, jako „łatwe mięso”,
Nawet policja stwierdziła w swoim raporcie - przypuszczam, ze z uznaniem - że bar przyciągał młode dziewczyny - skuteczniej niż inne instytucje kulturalne. Bo wałśnie w barze, a nie w instytucjach kulturalnych dziewczyny były ekwipowane w alkohol i kokainę. Ze względu na obawę przed oskarżeniami o rasizm policja wstrzymywała się jednak od podania skali zjawiska i narodowości osób zajmujących się procederem, do publicznej wiadomości.
Zresztą handel alkoholem i narkotykami, względnie ich udostępnianie, przez muzułmanów, to raczej objaw asymilacji kulturowej niż skłonności fundamentalistycznych. Być może, zdaniem policji, takie działania należało wspierać, by zapewnić większość spójność i zwartość społeczeństwa.
Jak okazało się policja postąpiła słusznie.
W jednym z procesów karnych, mimo nagrań policyjnych z których wynikało, że ciało dziewczynki zostało „przepuszczone przez maszynę do mielenia”, po czym trafiło do sprzedaży, jako nadzienie kebabów, uniewinniono oskarżonych.
Ze względu na uchybienia proceduralne podczas gromadzenia materiałów dowodowych. Każdy z oskarżonych uzyskał po 250 tys funtów odszkodowania.
Z tego powodu – z powodu uniewinnienia - słuszne było nakłanianie policjantów przez zwierzchników do wstrzymywania dochodzenia w sprawie napastowania i wykorzystywania przez imigrantów ok. sześćdziesięciu dziewcząt pracujących w sieci jedenastu kebabów.
Gwoli sprawiedliwości należy dodać, ze żaden z klientów nie skarżył się - ani wcześnie, ani później - na smak kebabów.
Niestety!
Dwulicowość działania instytucji demokratycznych uniemożliwiła - nawet pomimo zmiany nazwy sieci z Funny Boyz na Mr Bezan – dalsze działanie sieci, której właściciele byli beneficjentami angielskiej poprawności, czyli – uniewinnieni. A to ze względu na odmowę wydania licencji na sprzedaż posiłków podyktowane obawą o nieumiarkowaną seksualną aktywność związaną z miejscem pracy.
Zapewne na decyzje w tym względzie nie mają wpływu wyniki badań, ze niektórych rejonach Wielkiej Brytanii 90 procent przestępców seksualnych to muzułmanie pakistańskiego pochodzenia.
I dlatego udam się dziś do mojej kebabowi, gdzie potrawę będzie mi serwować zwykła, tradycyjna, polska dziewczyna.
W ciemnych okularach.
Bo ma męża Turka, właściciela baru, przyrządzającego wyśmienity kebab.
Może, jeśli sprzeda dziś wystarczająco dużo, jutro będzie pracować bez okularów.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
I Tobie można pomóc!
2011-04-14
|
To ważne, żeby obywatel czuł, że państwo troszczy się o niego. Państwo dba o samopoczucie obywatela na różne sposoby.
Może troszczyć się o niego poprzez ramię zbrojne, tj policję: może zapewniać bezpieczeństwo na stadionach sportowych i podczas innych imprez publicznych. Może budzić poczucie bezpieczeństwa obywateli poprzez przemowy polityków: „na żywo” i z archiwów telewizyjnych – jak w przypadku sprzedawanej ostatnio płyty z „Największymi przemówieniami Lecha Kaczyńskiego”.
Państwo może też stanowić sprawiedliwe prawo, jak też dbać o zachowanie standardów jego stanowienia.
I tak właśnie czyni Rzecznik Praw Obywatelskich.
Na tle spraw badanych przez niego, w szczególności po przeprowadzanych przez pracowników Biura RPO w izbach wytrzeźwień, ujawnił się problem konstytucyjności regulacji dotyczącej wysokości opłat pobieranych za pobyt w izbie wytrzeźwień (Wniosek RPO z 30 marca 2011 r. RPO/571581/07/II/705 RZ do Trybunału Konstytucyjnego)
Rzecznik, a jego doświadczeni pracownicy w szczególności, twierdzi, że art. 42 ust. 6 ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi nie zawiera wytycznych pozwalających na ustalenie, czym powinien kierować się organ upoważniony określając w rozporządzeniu maksymalną wysokość opłat związanych z pobytem w izbie wytrzeźwień. Jaki jest skutek niedbałości ustawodawcy? Otóż w rezultacie opłaty te mogą być ustalane, przez zarządzających przybytkami trzeźwości, w sposób całkowicie dowolny. Zakwestionowany przez Rzecznika § 29 rozporządzenia Ministra Zdrowia z dnia 4 lutego 2004 r. w sprawie trybu doprowadzania, przyjmowania i zwalniania osób w stanie nietrzeźwości oraz organizacji izb wytrzeźwień i placówek utworzonych lub wskazanych przez jednostkę samorządu terytorialnego może być niezgodny z art. 92 ust. 1 Konstytucji RP, ponieważ ustala bez dostatecznych wskazówek zawartych w ustawie maksymalną wysokość opłaty. To z kolei pozwala na zawyżanie należności z tytułu noclegu i zabiegów kosmetycznych w izbach.
A nie ma nic gorszego, kiedy po spędzonej w niezbyt komfortowych warunkach nocy, będąc obarczonym poczuciem winy za czyny z „dnia wczorajszego”, obywatel jest dodatkowo okradany przez izbę wytrzeźwień poprzez wystawienie zawyżonego rachunku za nocleg.
Wie zapewne o tym bardzo dobrze i Rzecznik Praw Obywatelskich i pracownicy Jego Biura, bo wczuwają się oni zawsze w ciężką sytuację obywatela.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Granice zniewolenia
2011-03-30
|
Państwo niweczy powszechną solidarność wszystkich ludzi i jednoczy ich część jedynie po to, by podbić, ujarzmić i zniszczyć wszystkich pozostałych. (Michał Bakunin)
Ramy ustrojów demokracji liberalnych gwarantują wolność i równość jednostek. Niestety formalna równość to za mało, żeby zagwarantować każdemu rzeczywisty udział w życiu społecznym: możliwości jednostki są uzależnione od pozycji społecznej rodziców i szerokiego kręgu „przyjaciół”, jak też zastanych przyzwyczajeń kulturowych.
Istnieją grupy społeczne, domagające się uznania ich praw, które są pomijane w równym rozdziale szans. Już Prezydent Lech Kaczyński zauważył, że „(…) należy zastanowić się, czy należy wprowadzić 50-procentową reprezentację kobiet na listach wyborczych, czy mniejszą”.
Oczywistym jest, ze społeczeństwo polskie, dźwigające bierzmo patriarchalizmu, w którym uwarunkowania kulturowe uniemożliwiają niektórym jednostkom „rozwinięcia skrzydeł”, wymaga interwencji Państwa w tej materii. Dość przypomnieć problemy i piętno nietolerancji, z którymi borykały się Nelly Rokita, Renata Beger, Beata Sawicka czy ostatnio – Marta Kaczyńska.
Parytety, wpierw na listach wyborczych, potem w organach ustawodawczych, a następnie w dostępie do zawodów zagwarantują zmianę mentalności politycznej narodu.
Konsekwencją będzie zrównanie szans społecznych innych członków społeczeństwa pomijanych dziś w życiu. O tym jakie będą to grupy zadecyduje dynamika rozwoju zdolności organizacji jednostek w odbiorze społecznym.
Dziś mamy w Polsce prężnie działające zrzeszenia mniejszości muzułmańskiej, ludzi pochodzących z kontynentu Afryka, kilka niezależnych grup homoseksualistów, byłych narkomanów i zwolenników konopii indyjskich. Błedem byłoby pominięcie w parytetach łysych, otyłych, kaprawych, leworęcznych, jak też pochodzących z nieprawego łoża.
Namiastką parytetów, do czasu skutecznego ich wprowadzenia, mogłoby być zrównanie szans wszystkich członków społeczeństwa poprzez przyznawanie stosownych punktów za pochodzenie i skłonności społeczne przy dostępie do wybranych dóbr społecznych, np. wykształcenia czy służby zdrowia.
I tak na uprzywilejowane traktowania, będące wyrazem sprawiedliwości społecznej w znaczeniu materialnym, mogłyby liczyć, np. osoby takie jak czarnoskóra samotna matka, z nabytym obywatelstwem polskim, prostytuująca się nosicielka wirusa HIV. Zgodne z podanymi wartościami mogłoby być także uprzywilejowanie naturalizowanych przedstawicieli Afryki, uprzednio karanych, ze skłonnościami do sado-maso.
Dlatego, wiedząc, ze pierwsze kroki w kierunku wskazanych zmian społecznych zostały uczynione, głęboko wierzę, ze machiny czasu nie da zatrzymać się i działania te nie zostaną zmarnowane. Bo, „społeczeństwo jest naturalnym sposobem istnienia zbiorowości ludzkiej. Społeczeństwem nigdy nie rządzą kanony prawne, lecz obyczaje i tradycja. Bodźcem rozwoju społeczeństwa nie jest myśl i wola prawodawcy, lecz inicjatywa poszczególnych jednostek.” (Michał Bakunin)
Dlatego dbajmy, piętnujmy i kultywujmy tą wole jednostek.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Rocznica
2011-03-25
|
Był podekscytowany. Śpieszył się. To już dziesięć lat: i dużo i mało; i straszno i śmieszno.
Sam nie wiedział, kiedy to wszystko minęło. Jak sen. Jakby ptaszek usiadł i … poleciał.
Dziesięć lat! Trzeba to uczcić!
Na chwilę przystanął. Zobaczył – w myślach – sceny, do których był przywiązany. Te wspólne sceny. Niezapomniane. Te, od których serce mocniej biło i, jednocześnie, o których nie opowiadało się nawet najbliższym.
Zobaczył dziewczynę. Uśmiechała się do niego z empatią. Była piękna: jasne włosy, idealna figura. Szczupła. I najważniejsze – naga
Pytała go o coś:
- Mogłabyś powtórzyć
- Czy nie będziesz mnie uważał za dziwkę, jeśli pierwszą randkę skończymy w łóżku?
- Nie… Może brat.. W końcu jesteś jego narzeczoną…
Aż zamknął z przejęcia oczy. Kiedy otworzył, znowu ją zobaczył. Była jeszcze piękniejsza.
I wyglądała tak dostojnie, kiedy go przekonywała:
- Naprawdę, twoim rodzicom będzie lepiej w domu opieki. Tam potrafią zająć się nimi. Dom i ziemię sprzedamy, a pieniądze zainwestujemy – to będziemy mogli im pomóc
Pamiętał też, ze przekonała go o tym, iż niedobrze jest im pomagać, czy odwiedzać w tym domu starości. Bo w ten sposób różnicuje ich sytuację w stosunku do pozostałych pensjonariuszy. I naraża na społeczny ostracyzm.
No i miała rację – jak okazało się – że jego dziecku, które wychowywał samotnie, będzie lepiej w rodzinnym domu dziecka. Bo on cały czas pracował, a tam jego syneczek miał towarzystwo…
Podobnie, jak jego ukochany pies – w schronisku dla zwierząt.
Miała też rację, kiedy mu mówiła, że jest jedyny. No i był jedyny, bo zawsze do niego wracała. Czasem po miesiącu, czasem po dwóch… Ale zawsze.
Dotarł do sklepu. Skinieniem głowy pozdrowi znajomego sprzedawcę. Ten odpowiedział mu:
- Co dla Szanownego?
- Eee…. Sam nie wiem. Rocznicę mam.
- Yyy?
- Ślubu. Dziesięć lat. Bardzo się cieszę… To taka okazja.
Sprzedawca popatrzył na niego w zadumie. Pomyślał. Wywiesił na drzwiach napis „przyjęcie towaru”
Sięgnął na półkę i postawił na ladzie litrową butelkę wódki.
- Żeby zapomnieć. No i żeby uczcić- szybko dodał.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Samozaparcie
2011-03-14
|
Gorące popołudnie. Był koniec lata. I właściwie końcówka wakacji już była. Nudziliśmy się z kolegami. Wszystko co nam wolno było zrobić, to już zrobiliśmy. Zrobiliśmy nawet trochę tego, co nam nie było wolno. Wydawało się, że do końca dnia będziemy popadać w leniwy marazm. Albo to siedząc na ławkach w parku, albo rzucając kamieniami w kaczki pływające na stawie, albo robiąc inne – naganne a bezproduktywne – rzeczy.
Jeden z kolegów chciał zabłysnąć w towarzystwie i ożywić nas. Zaproponował:
- Może pójdziemy powrzucać przekupkom szczury?
- Nie, po co – zgasił go inny.
Zabawa „w szczury” była przednia. Polegała na tym, ze przekupkom, obok Hali Banacha wrzucało się do beczki z ogórkami kiszonymi martwego gryzonia. I obserwowało się.
Wybrana handlara zachowywała się w różny sposób: czasem sprzedawała szczura z ogórkami, licząc sobie za jego wagę niczym za najdorodniejszy owoc, czasem nie. Nigdy jednak nie zrezygnowała ze sprzedaży reszty ogórków z beczki. Co najwyżej odkładała martwe zwierzę na bok. Zabawa przednia, tyle tylko, ze powtarzana za często przez nas.
Nie wiadomo, jak potoczyłyby się nasze losy tego popołudnia, gdyby nie dziewczyny. Zupełnie nie znane, ale w naszym wieku. Przyszły skądś do naszego parku
Szybko znalazłem sens życia. I nawet sens tego letniego wieczoru.
Jak by nie było wybrałem się na spacer po parku z jedną z poznanych dziewczyn. Było tak romantycznie.
Bo księżyc i woda, i szum wiatru. Romantyczne białe łabędzie na stawie. I kaczki. Gdzieś, schowany w drzewach, słowik – albo inna zięba - umilał nam czas swoim śpiewem.
Przytulaliśmy się, a ja myślałem sobie, jak to przypadki chodzą po ludziach. Jeszcze przed chwilą jedyną rozrywką była zabawa w szczury, a teraz znalazłem, być może, dziewczynę swojego życia. A na pewno wieczoru: bo udało mi się zrobić, pierwszy raz w życiu, palcówkę. Znaczy uprawiałem seks. Samodzielnie.
Byłem naprawdę dumny z siebie.
Nawet, kiedy starając się otworzyć cicho drzwi do domu, by nie zbudzić rodziny, wszedłem i zorientowałem się, ze ich nie zbudzę. Bo wszyscy na mnie czekali: ojciec, matka, siostra.
- Gdzie byłeś tyle czasu – rozpoczął ojciec
Nie miałem sobie nic do zarzucenia, więc powiedziałem, zgodnie z prawdą,:
- W parku
- Pewnie paliłeś, szczeniaku! Papierosy!
- Nie – nie wiedziałem, co powiedzieć więcej, tak absurdalne było to oskarżenie
- Nie? Akurat! – włączyła się mama – To daj powąchać palce!
- Nie…. To znaczy tak. Paliłem
-A nie mówiłam – triumfowała mama
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Przebudzenie
2011-03-14
|
Żeby to nie stało się! Żeby czas można było odwrócić. Ile ja bym dał za to!
To było zima. Miesiąc temu.
Ale ilekroć o tym pomyślę, przechodzi mnie dreszcz i wydaje mi się, że to było zaledwie przed chwilą. Najdalej wczoraj.
I nie zdarzyło się to naprawdę, lecz był to zły sen, imaginacja chorego umysłu. Koszmar był tak okropny, że nie mógł zdarzyć się naprawdę.
Bo przecież bezmiar nieszczęścia, które może dotknąć zwyczajnego, szarego człowieka ma swoje granice: chociażby wynikające z rachunku pawdopodobieństwa.
A jednak! Apokalipsa, wbrew tym kalkulacjom, ziściła się. A może Bóg nie znał elementarnych zasad rachunku?
Może to przez bezmiar nieszczęscia na świecie? Zła? Zepsucia?
A może zawinił alkohol?
Któż to może wiedzieć…
Nie przyczyna jest ważna. I nie powód, dla którego ręka – Boga chyba - zakreśliła spiralę losu: mojego i innych.
Ale od początku:
Do tego wypadku doszło po południu. Świadkowie może i widzieli jak zarwał się lód. Pod wędkarzem. Na pomoc ruszył mu – chyba - drugi wędkujący.
I wszystko na nic! Ten także wkrótce znalazł się w wodzie.
Przez chwilę utrzymywał się na powierzchni w przerębli, ale potem zsunął się pod wodę. Potem do wody wskoczył pies. Ratować pana swojego ukochanego. Bezradnie szamotał się w lodowej kaszy, odgarniając łapkami kawałki kry. I on jednak nic nie mógł zrobić, choć miał mężne, psie serce.
Wtedy na pomoc ruszyłem ja:
Przebiegłem 100 metrów po kruchym lodzie, rzuciłem torbę z zakupami obok przerębla i wskoczyłem do lodowatej wody. Ratować. Wiedziałem, w który przerębel wskoczyć, bo
na lodzie leżały dwa plecaki, dwa zestawy do wędkowania. I smycz.
Nurkowałem niczym wydra, by pomóc. Nic jednak nie widziałem i nie miałem nawet za co chwycić. Jak żałowałem, ze nie wziąłem z sobą do sklepu moich okularków do nurkowania. Może wtedy byłoby łatwiej.
Zanurkowałem jeszcze raz i jeszcze głębiej. Woda uspokoiła się i zrobiła się nawet cieplejsza. Tak: ciepła i przyjemna. Zobaczyłem światło w oddali.
Bez trudu tam podpłynąłem.
Zobaczyłem wielki, biały tron i tego, który na nim siedzi. Biło z niego światło. Zobaczyłem umarłych, wielkich i małych, stojących przed tronem. Stali w kolejce do tronu i Pana. Od razu uspokoiłem się.
- Umarłem – pomyślałem – Ale nie mam czego bać się. W końcu umarłem ratując życie innych ludzi. Czyniąc dobro.
-No i towarzystwo całkiem fajne – pomyślałem rozpoznając w kolejce Jana Pawła II.
Zrelaksowałem się całkowicie. Bo nie dość, że zginąłem chwalebnie, stoję w kolejce z wielkimi, znanymi mi Rodakami, to jeszcze przypomniały mi się słowa Alberta Camusa, że nie należy lękać się Sądu Ostatecznego, bardziej niż zwykłego dnia powszedniego. Bo ten Sąd odbywa się co dzień. Pogrążyłem się w rozkosznym odrętwieniu, czekając na swoją kolejkę. Po plecach przechodziły mnie dreszcze związane z radosnym oczekiwaniem na ta Jedyną Chwilę.
Do rzeczywistości wróciłem w sposób dość nieoczekiwany. Usłyszałem, jak Pan na Tronie, zwraca się do Mojego Wielkiego Rodaka:
- No cóż, synu…. Zdajesz sobie sprawę, ze mogłeś w życiu zrobić więcej…. Co tu z tobą zrobić?
I wtedy pomyślałem; „Żeby to nie stało się! Żeby czas można było odwrócić. Ile ja bym dał za to!”.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Próba dojrzałości
2011-03-04
|
- Ja ... Marcin biorę sobie Ciebie...Moniko za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.
Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.
- Ja ... Monika biorę sobie Ciebie...Marcinie za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.
Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.
Marcin nałożył Monice obrączkę.
I powiedział, tak od serca: przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności,
w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.
Kapłanowi, który w imieniu Boga, odbierał przysięgę, choć robił to już tyle razy w życiu – a tego dnia to już dwunasty raz – zalśniły się łzy w oczach.
Bardzo to przeżywał – ten kapłan - za każdym razem, sakrament małżeństwa.
W końcu towarzyszył Młodym niemal od dziecka.
Nikt tego wzruszenia wielebnego nie zauważył, bo wszyscy zaproszeni też płakali: rodzice, wujkowie, ciotki, kuzynki. Dziadkowie, sąsiadki i sąsiedzi. Byłe, obecne i przyszłe narzeczone. Koleżanki i koledzy.
Zwłaszcza koledzy.
Mało osób docenia tą unikalną więź, która łączy – zwykle - Pana Młodego z kolegami.
A to przecież z nimi bawił się w piaskownicy. Potem w chowanego i w wojnę. Następnie jeździ na rowerach, grał w piłkę. Chodził podrywać dziewczyny. Przeżywał rozstania i rozczarowania życiem. Pił wódkę i pali pierwsze, nieporadnie splecione – skręty. Kto znał Pana Młodego tak dobrze, jak starzy kumple.
Jeszcze wczoraj, zdawało się, raczkował na czworakach po podwórku,
taplał się w kałużach i gaworzył rozkosznie.
A dziś, niespełna dwadzieścia cztery godziny po wieczorze kawalerskim- ślub. Prawie na trzeźwo. Niewiele już z ulotnych chwil szczęścia zostało w żyłach.
W zupełnie innej atmosferze, w zupełnie innej roli.
Bo to, co wypada na wieczorze kawalerskim – nie zawsze wypada na ślubie.
Zatem odpadało gaworzenie, raczkowanie i taplanie sie w kałużach.
Tak, jak ucieczka.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Bojownik
2011-02-16
|
Był ostatni. Taki zwykły, ostatni bojownik, o jakich często w historii.
Siedział, wpatrując się w okno z zaciętą miną. Niby obojętnie, niby nic go nie obchodziło… ale był gotowy do akcji. Czekał na swój czas.
Nie ugnie się! Nie on! Tak być nie może. On to wie i nie godzi się na zastany stan rzeczy. No to nie ugnie się!
Hardo popatrzył na bezkształtny tłum: oni też byli przeciwko niemu. Bo byli bezwolni i pozwalali na manipulowanie sobą za pomocą utartych schematów. Szli na łatwiznę, zamiast walczyć o swoje.
Mocniej zacisnął pięści. Aż kostki zbielały. Zazgrzytał zębami w bezsilnej złości. Ale walczył dalej.
Pot skroplił mu czoło. A na czole odznaczyły się grube sploty żył. Nie tyle dlatego, że było gorąco, ile dlatego, że czuł presję bezwolnego tłumu. Nieakceptację i wyczekiwanie zmiany. Nacisk psychiczny i ingerencję w sferę woli i poczynań, do tej pory zastrzeżonych tylko dla niego. Terroryzm mentalny. Gwałt na wolności myśli i czynów jednostki.
Wokół rozlegały tłumione szepty i pomruki dezaprobaty. Coraz głośniejsze. Ktoś szturchnął go łokciem. Niby przypadkiem, a jednak! Potem nadepnął na nogę. Oparł się całym ciężarem ciała - też przypadkiem.
No i w końcu bezpośredni, brutalny, frontalny atak:
-Panie! Co pan robisz najlepszego?! W ch…. Pan sobie lecisz?….
Atakujący nie dokończył: musiał podtrzymać osuwającą się na podłogę autobusu staruszkę. O kulach.
Staruszka zajęczała tylko:
- Nie trzeba, nie trzeba.. Dam sobie radę. W powstaniu przeszłam kanałami z Ursynowa na Tarchomin. Potem byłam w Auszfic, Stuthofie, Katyniu i Smoleńsku. Brał udział w II Wojnie Światowej, Burskiej i Wojnie Trzydziestoletniej. Naprawdę, wytrzymam. Dam sobie radę i teraz. Nic to, ze byłam odznaczona Krzyżem Odrodzenia Polski, Odznaką Przodownika Pracy i Żelaznym Krzyżem. Jakby moje wnuczki, dla których jestem jedyną opoką i żywicielką, płakały, to proszę im powiedzieć.. Niech Pan im powie, patrząc te słoneczne buźki… „nic to”.. Niech Pan im powie „nic to”.
I w tym miejscu bojownik (ostatni) poległ.
Na miejscu.
Ugiął się i wstał.
- Może Pani usiądzie?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Przypadek, co chodzi...
2011-02-08
|
Wczoraj spotkałem w pubie uroczego człowieka.
Siedziałem sobie przy barze i nic nie zapowiadało tak udanego zakońcenia wieczoru.
Mimowolnie zarejestrowałem wzrolkiem przystojnego mężczyzne, który szukał - bezskutecznie - wolnego miejsca.
Bezradny podszedł do mnie i zapytał:
- Przepraszam, czy mogę dosiaść się? Wszystko zajęte
- Proszę. Rzeczywiście wszystko zajęte. Ale kołomnie akurat - wolne.
- Mogę panu postawić drinka? Taki Pan przystojny.
- Och, jak pan sympatyczny. Jest pan gejem?
- Nie, a pan?
- Też nie.
- Szkoda.
- No, szkoda.
Przypadki chodzą po ludziach |
|
Komentarzy:
0
|
|
Anielski numer
2011-01-28
|
Pani bardzo lubiła ład i harmonię. Porządek. W przedszkolu, w domu, w dzeciństwie i w życiu w ogółe. Jej też wpojono kiedyś znajomośc Zasad: jest czas nauki i zabawy. Czas wojny i pokoju. Miłosci i nienawiści. Dzieciństwa i Dorosłości. Pani była, szczęśliwie, już dorosła, więc znałą te wszystkie prawidła. I miała swoją samoświadomość.
- Dobrze dzieci. Teraz trochę odpoczniemy i porysujemy, a potem znowu bawimy się.
Dzieci posmutniały. Wszystkie: Jasiu, Zosia, Patryk, Ania, Alfons, Zuzia i Wacek. Odpoczywać? Rysować? W chwili, która powinna trwać tak, jak zaczęła się. To znaczy, w mniemaniu dzieci, powinni bawić się w berka cały czas.
Przedszkolanka jednak w porę zauważyła smutne miny podopiecznych i dodała:
- A będziemy bawić się w to, co sami wybierzecie.
- Naprawdę – Jasiu nie mógł uwierzyć – Sami?
- Sami – Przedszkolanka potwierdziła – To porysujcie teraz, a ja wypiję herbatę.
Dzieci popatrzyły na panią uważnie. A potem ich oczy zabłysnęły odblaskiem ufności, wierności i oddania. Piątka dzieci zaczęła wypełniać kolorami kolorowanki.
- Może przyniesiemy dla pani tą herbatę z kuchni – Jasiu z Alfonsem byli gotowi wypełnić najtrudniejsze nawet zadania, żeby zasłużyć na uśmiech przedszkolanki.
Przedszkolanka to wiedziała. I miała względem chłopców daleko idące plany. Droczyła się jednak z nimi:
- Nieee nie dacie rady. Herbata jest gorąca. Oparzycie się jeszcze – udawała zatroskaną
- Nie, nie oparzymy się. Na pewno, psze pani.
Chłopcy, niczym młode źrebaki, pobiegli do kuchni. Pani uśmiechnęła się: ze szczęku naczyń kuchennych wnioskowała, że przygotowania kuchenne idą w dobrym kierunku. I, co nie było bez znaczenia, bez niespodziewanych zdarzeń i wypadków.
Tymczasem w kuchni chłopcy mieli poważny problem. I dylemat.
- Ile jej tego dać, żeby nie odjechała na zawsze? - zainteresował sie Jasiu
-Rozpuść dwa kryształy
-Nie za mało będzie?
-To trzy - Alfons wzruszył ramionami
Dzieci nie musiały długo czekać na efekty tea-time. Pół godziny po tym, kiedy przedszkolanka wypiła herbatkę, rozglądała się już dookoła wzrokiem dzikiego zwierzęcia zapędzonego w róg klatki i oczekujacego na walkę na smierć i życie. Ledwie nad sobą panowała. Ostatkiem swiadomości tłumiła narastajacy jej w gardle krzyk rozpaczy. Ta groźba utraty autortetu w grupie przerażała ją. Przygniatała niczym brzemię odpowiedzialności: jak pierścien, który ciążył niziołkowi w filmie o chodzeniu. Nie chciała zwracać na siebie uwagi dzieci za wszelką cenę: starała się nawet nie oddychać, skutkiem czego znacząco poczerwieniała na twarzy i traciła momentami świadomość. Cały czas wodziła jednak za gromadką podopiecznych wzrokiem i starała się zrozumieć, o czym mówią. Oprócz tego, że przerażona, była też zafascynowała podopiecznymi i ich przemianą. Podobały się jej zwłaszcza nowe skrzydła Jasia wyrastające mu z ramion: były takie....opierzone. No i błyszczące, duże zęby Zosi. Może i straszne, ale bardzo, bardzo okazałe. I takie zdrowe.
A dzieci, jak to dzieci.... Po chwili zadowolenia z udanego psikusa i całkiem udanego brykania, zaczynały modyfikować plan rozrywki.
- Popatrzcie, jaka spokojna - zagaiła Zosia, poklepując opiekunkę po tyłku - żeby zawsze taka była potulna.
- Nie ma szans- precyzyjnie oceniła Zuzia - W koncu kwasowa faza zejdzie. I będzie normalnie. Znaczy nudno.
Tu zawiesiła glos i dopowiedziała:
- Chyba, żeby podkręcic ja na ostro i pohandlować jej dupcią. No wiecie, wśród uczestników tej konferencji episkopatu, co odbywa sie w tygodniu w naszym kościele.
-Taaak! To jest myśl-włączył się Jasiu - jakby tak marketingowo podejść. Mozna przeprowadzić wśród klechów ściepę po stówce. Potem by uskutecznili modlitwę w jej intencji i publiczne egzorcyzmy. Żeby wypędzic z niej szatana i żeby była milsza. A na końcu mogliby ją grupowo wydupczyć. Ulokowalibyśmy ją na noc w pakamerce ciecia - tak gdzie trzyma mopy. Nie przeszkadzałaby, bo w dzień by pracowała na konferencji. A na ścianach mozna pierdolnąć wizerunki świętych, żeby klienci czuli się swojsko. I zeby miała powołanie do pracy.
- Moglaby obskoczyć pięciu, sześciu na raz - liczył Alfons - Znaczy jakby ją utrzymać na kwasie przez dłuższy czas, możnaby z niej mieć po pięć stów za nockę
Przedszkolanka uśmiechnęła się. Podobało jej się. To było takie ekscytujące. Wyrastające, opierzone skrzydła Adolfka też jej podobały się. Tak, jak jego błyszczące zęby. Wprawdzie bała się sie cały czas, ale przecież kochała te swoje aniołki.
Dzieci zaczynały nudzić się już całkiem poważnie. Zabawa trwała wprawdzie zaledwie pół godziny, ale była zbyt statyczna. Sytuację uratował Jasiu
-Patrzcie, co ta larwa chowała przed nami – zawołał dzierżąc w dłoni butelkę rumu – Napijemy się?
- Mowa!- Zosia była zawsze chętna, także do picia
– Nie wal z gwinta – mitygował ją Wacek – Polej do plastików. Po równo lej, kurwo jebana!
Może to było przeznaczenie? A może kara boża za to, że zwrócił Zosi uwagę na maniery. W każdym razie Wacek złapał się nagle za otwór gębowy i pognał do łazienki.
Nie zdążył jednak dobiec, co wskazuje na karę bożą. Bo nieunikniona była
Cuchnąca struga wytrysnęła mu spomiędzy palców i wypełniła buty dzieci ustawione w szeregu pod ścianą. Przeraźliwy odór wypełnił pomieszczenie powodując przedwczesny uwiąd nie tylko paprotek, ale nawet dość odpornego – kaktusa. Wydawało się, że proces wypróżniania żołądka nie powinien trwać długo, bo Wacek nie był zbyt dużym chłopcem i nie miał zbyt dużego żołądka. Czy to jednak atmosfera w pomieszczeniu podziałała stymulująco, czy Wacek odkrył ukryty w sobie do tej pory talent, czy może – po prostu – nie weszło mu dobrze… Dość, ze rzygał i rzygał. I nie miał zamiaru przestać. Rzygał jak Etna- lawą, w najlepszych swoich czasach. To było niczym namaszczenie, błogosławieństwo ducha świętego, znak boży. Tak niespotykane. Wstrząsane spazmatycznymi torsjami plecy Wacka , zdawały się mówić: "obleję Pompeje, a magma niech tryśnie przez szczyt".
Kałuża rzygowin stawała coraz większa, ale Wacek zdawał się nic sobie z tego nie robić. Kontynuował dzieło, zapamiętany w swojej aktywności, jakby zafascynowany produktem swojego tworzenia. Zahipnotyzowany przez nieprzezwyciężona moc poczucia wewnetrznego obowiązku, któremu musiał sprostać.
Skąd to wzięło się w nim, ten wewnętrzny imperatyw?
Moze to była reminescencja procesu kształcenia, w którym uczestniczył ojciec Wacka, powtarzający mu zamiast bajki na dobranoć, że "dzieło zniszczenia w dobrej sprawie jest święte, jak dzieło tworzenia". A może był to objaw spontanicznej partycypacji Wacka w życiu przedszkolnym grupy? Albo alergia na dietyloamid kwasu D-lizergowego, który Wacek jeszcze niedqwno tak ochoczo rozpuszczał w szklance przedszkolanki.
Nie to było ważne. Ani nawet to, że rzygowin wciąż przybywało. I że stali już wszyscy po kosztki w wymiocinach.
Ważne było to, że wymiociny te zmieniały się.
Jakościowo. I Zaczynały żyć własnym życiem.
Tu tworzyły się jakieś strasznowiry, sięgające do podłogi.
W innym miejscu, pod powierzchnią rzygowin widać było coś jakby prądy morskie na kształt Prądu Zatokowego, Golfstromu, czy El Nino: prądy wstępujjące i zstępujące. Kłębiące się, ścierające, mieszające. Jakby dawały, zgodnie z regułami dialektyki marksowskiej - teza, antyteza, synteza - początek nowej jakości.
W jeszcze innym miejscu, na powierzchnię wymiocin, wydostawały się bąbelki, sygnalizując, ze pod powierzcnią dzieje się coś ważnego. Coś równie ważnego, jak w czasach powstawania ziemi: bo i objawy były przecież podobne.
Przedszkolanka uśmiechnęła się. Podobało jej się jeszcze bardziej niż na początku. To było takie ekscytujące. Cofnęła się tylko do stolika i usiadła na nim, bo nie chciała zamoczyć nóg.
Wyrastające, opierzone skrzydła Adolfka nie były już takie ważne. Bo nie tylko Adolfek był już aniołkiem. Wszystkim jej podopiecznym wyrosły skrzydełka. Nawet Wackowi - rzygusowi. W większości - na plecach. I koloru białego. Tylko Zuzi wyrosły z tyłka. Czarne.
Przedszkolankę to zastanowiło: czemu z tyłka i czemu czarne. Szybko jednak zarzuciła myslenie o tej kwestii: teraz, w tym natłoku najmniej oczekiwanych zdarzeń, i tak nie miało to znaczenia.
Przecież zawsze mogą wyrosnąc jeszcze raz i w innym miejscu - usprawiedliwiła się przedszkolanka w myślach
*****
Pani otworzyła oczy i przeciągnęła się. Miała wrażenie, jakby zasnęła na chwilę, jednak zaraz skarciła się za tą myśl:
-Nie, to niemożliwe. Przecież jestem w pracy. I nawet nie położyłam się.
Zauważyła jednak, że nikogo nie ma w sali. A powinny być jeszcze dzieci.
Nagle drzwi wejściowe otworzyły się.
- A dzień dobry. Nie miałyśmy okazji poznać się jeszcze. Ja jestem nową kucharką. Będę przygotowywać jedzenie dla dzieci. No i herbatę dla pań. – dodała ze znaczącym uśmiechem.
- Nie wie pani, gdzie dzieci?
- A tak. Rodzice odebrali już wszystkie. Pani zajęta była rysowaniem
Przedszkolanka uśmiechnęła się z ulgą. Przez chwilę czuła, coś na kształt niepokoju, ze dzieciom mogło stać się coś. Ale kucharka, do której od razu poczuła zaufanie, rozwiała jej wątpliwości. Zycie stało się jasne i klarowne. Ułożyło się w logiczną całość, a żaden z elementów całości nie psuł harmonii.
Przedszkolanka podeszła naśrodek sali i skrupulatnie zebrała kilka białych piór, które, nie wiedzieć skąd, znalazły się tam.
I dopchneła drzwi niedomykajacej się szafki, z której wystawało skrwaione, nierówno obcięte, czarne skrzydełko aniołka.
-Do dupy z czarnymi skrzydłami - pomyślała
Tak przecież lubiła harmonię i ład.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Samoocena
2011-01-19
|
Usiadł na sprawdzonym fotelu pilota przed niezawodnym i sprawdzonym komputerem.
O wszystko był spokojny. Jest najlepszy I będzie. Wie to na pewno. Bo jest wirtuozem w swoim fachu.
Inni, konkurenci, też to wiedzą. Tylko czasem udają, że nie wiedzą.
Ze strachu przed porażką. I wstydem. Poczuciem niższości. Beznadzieją. I ze strachu przed tym, że ich kobiety dokonają porównania. I nie będą chciały ich więcej znać.
To udają, że go nie pamiętają. Jakby nie wiedzieli, że od przeznaczenia nie można uciec.
Ojciec udaje, ze go nie zna. Matka udaje, ze go nie zna. Świnka morska tez udaje to samo.
No.. ..świnka uśmiecha się przynajmniej – i szczerzy znacząco zęby - podczas karmienia.
To dlatego życie staje się coraz piękniejsze. Z dnia na dzień. Po prostu i zwyczajnie. Spontanicznie. Tak niewiele potrzeba mu do szczęścia.
Do tego, by udać się w podróż do odległych krain. Afryki. Azji. Na Wyspy Towarzystwa.
- Taaaak – pomyślał – dzień był zdecydowanie udany. A będzie jeszcze lepszy.
Przygryzł zębami ustnik. Ścisnął mocniej wolant i ściągnął go do siebie.
Jeden mach
Poczuł, jak przyśpieszenie wciska go w fotel, a trzewia w rytm dance macabre zaczynają podrygiwać niczym galareta polana ruskim octem.
Wytrzymał!
Się wie… Kto by wytrzymał, jak nie on.
Nie lubił tracić czasu i ściągną akcelerator do siebie.
Dwa machy
No i zaczęła się jazda… Dwa machy, to nie byle co.
Świat wariował. Wszytko trzęsło się. Nawet komputer wpadał w wibracje. Kto wie, co by było, gdyby nie ustnik, który doprowadzał „pilotowi” niezbędnych substancji. Chyba by wypadł z fotela. I umarł nawet.
A tak to tylko zwiększył szybkość. O jednostkę.
Trzeci mach
zawsze wprawiał go w euforię. To wtedy poznawał krainy zamknięte uprzednio dla niego. Nieznane światy i wymiary. Gdzie królowały smoki i dziewice: te drugie – niedostępne. A tych pierwszych bał się. I nie podejmował ryzyka ani ze smokiem, ani z dziewicą.
Bo i po co - po trójmachówce?
Miał niską samoocenę przecież
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Błąd wliczony
2011-01-11
|
Parę lat po ślubie, ale wciąż tak wspaniale było miedzy nimi, jakby ślub był wczoraj.
Kochali się, bez wątpienia. Do tego wspólne pasje, zainteresowania. Nawet wspólna praca w Katolickiej Ludowej Archidiecezji Progresji Antyczasowej (DUPA). Dwie połówki jabłka. Albo nawet jajka: jak u Platona. Nieznaczna różnica w poziomie IQ nie miała znaczenia: to raczej dodawało pikanterii, wzbogacało ich związek o niespodzianki wynikające z nieporozumień i podsycało namiętność – niż różniło. Było bez znaczenia dla potęgi uczucia.
- Dzień Dobry, kochanie
-Dzień dobry. Aaach …
- Coś stało się?
- Nie…... Tylko….. Im więcej Ciebie, tym mniej
- Do późna wczoraj pracowałaś…
- Taaak. Bo im więcej Ciebie, tym mniej., Jedyny.
Wiedział, czemu siedziała do późna. Awans. A raczej jego pragnienie. Odkąd odłożyła macierzyństwo na czas późniejszy, awans stał się jej obsesją. Ale cóż mogła biedna zrobić? Rektor awansował tylko te dziewczyny, z którymi łączyły go zażyłe relacje. Z nią nie łączyły, bo była w związku małżeńskim. Szczęśliwa do granic wytrzymałości. Natomiast w związku małżeńskim, zatrudnionym w jednej instytucji, wiadomo było, kto może awansować – zgodnie z doktryna katolicką. Stąd, jej wyniki na teście IQ, organizowanym co pół roku przez pracodawcę, oscylowały między 80 a 90 punktów. Co uniemożliwiało jakikolwiek awans. W hierarchii.
- Co mam zrobić, by lepiej wypaść? – pytała wpierw co pół roku, a teraz już właściwie każdego wieczora.
- Starać się, starać i jeszcze raz starać. A potem znów starać. – odpowiadał z kochającym uśmiechem, pełen zrozumienia – Jutro może przygotowałabyś pieczone żeberka z jabłkami?
- Ale żeby ten test lepiej napisać
- Zrób te żeberka. I golonkie. I w ogóle gotuj dobrze, to zobaczymy – powiedział poklepując ją po tyłku.
Uwielbiał odgłos plaśnięcia otwartej dłoni o pośladek. Odgłos ten umacniał go w słusznym poczuciu samczej wyższości. No i był symbolem realizowania Woli Pana, nadrzędności rodzaju męskiego i wyrazem przyjęcia przez niego jedynych słusznych struktur społecznych, jak też symbolem niezależności, wiary w wolność jednostki i równości praw wyborczych.
Kiedy wsiadał do wehikułu czasu, pożegnała go uśmiechem pełnym oddania i miłości wstydliwie skrywanej przed technicznymi. Nie mogła inaczej: byli w końcu małżeństwem i w miejscu pracy nie należało afiszować się z uczuciami. Kochał ją. I wierzył, nie tylko w to, że kochał, ale także w słuszność tego, co robił w imię miłości.
Chociaż nieżyczliwi mu ludzie z Komisji Uzupełnień Rezerw Wariacji Antyczasowych (KURWA) powiedzieli potem, że łamał prawo w zamiarze bezpośrednim, dolus directus. I wnioskowali o sterylizację.
Wiedział też to, że po wylądowaniu w przeszłości, pod koniec jej czwartego roku studiów, w czasie alkoholowej sesji letniej, ma pięć minut. Zanim zakrzywienie czasoprzestrzeni przestanie działać i będzie musiał wrócić. Oczywiście, jeżeli chce wylądować u siebie, a nie w epoce dinozaurów.
W ciągu tych pięciu minut, podczas „przypadkowego” spotkania na korytarzu akademika podczas „przypadkowej” imprezy, udało mu się wetknąć w rękę żony – jej samej, tej sprzed piętnastu lat – scenariusz wydarzeń z przyszłości i gotowiec z prawidłowymi odpowiedziami na teście IQ. I „list otwarty” napisany przez nią w przyszłości - do niej z przeszłości. Zresztą, pełen zaufania do zony, przeczytał ten list i aż się zarumienił: nazywała go ambitnym „Mężczyzną”, który wie czego chce i nieposkromionym gorylem w łóżku. Udało mu się też….
- Przepraszam..
- Tak?
- Ja tylko…
- Puść mnie, zboku!
- Ja tylko…
- Bo zawołam kolegów! Przynieś winko i fajki, to pogadamy!
- Ale ja tylko….
- No za ładny uśmiech i parę kartek z wykładów jeszcze z nikim tego nie robiłam. Przynieś alpagi, to pogadamy – powtarzała z pijackim uporem, rozchylając nogi, żeby zobaczył, ze jest bez majtek.
No może nie udało mu się. Ale przynajmniej próbował. I dowiedział się, jaki skarb był z jego przyszłej żony: nie można było łatwo jej kupić. Nawet w czasach, kiedy była studentka i powinna przejawiać zainteresowanie dobrze sytuowanymi mężczyznami.
Zmaterializował się w przyszłości, z której wyruszył, prawie idealnie: dwa dni po skoku zaledwie. Zgodnie z założonym w wyliczeniach marginesem błędu. Był ciekaw zmian w rzeczywistości, które wprowadził. W to podwyższenie żonie IQ nie wierzył. Nie chodziło nawet o politykę w ramach programu Dyssynchronizacji Uprzedzeń Poprzez Akceptację (DUPA). Po prostu znał żonę i jej możliwości umysłowe: żeberka – tak; praca intelektualna i myślenie – nie.
Rozejrzał się wokół siebie.
- Raut albo prywatka – stwierdził z wrodzoną mu inteligencją
Wokół tłum ludzi. Niektórzy w wieczorowych strojach, a niektórzy w t-shirtach. Za to każdy trzymał albo kieliszek, albo szklankę z napojem. Ci bardziej zaangażowani w spotkanie popijali wprost z butelek. Niektórzy dzierżyli, oprócz drinków, jakieś teczki wypchane papierami. No i wszyscy pijani. Ci z butelkami w dłoniach - w trzy dupy.
- Jak to na imprezach korporacyjnych – pomyślał
Z daleka zobaczył żonę. Obejmował ją w talii ten świntuch rektor, a drugą rękę wkładał publicznie w majtki.
Śmiała się do niego i wyglądała na szczęśliwą. Zupełnie, jak z nim, ze swoim mężem!
Nie mógł zdzierżyć tego widoku: poczuł się pozbawiony własności. Bez zwłoki ruszył w kierunku małżonki. Przechodząc obok lustra sprawdził, odruchowo, czy dobrze wygląda. I aż zatrzymał się z wrażenia: był w koloratce, a wokół nóg plątała się szata duchowna.
- Nieeeee.. To musi być bal przebierańców
Dopadł żony z rektorem
- Dzień dobry panie rektorze
- Aaa to Ty bracie. Jak pokuta? Samoumartwianie? Kontakt z Bogiem?
-?
- To świetnie! Zatem powodzenia – zlał go dokumentnie
- Ale ja chciałem z .. tą panią.. porozmawiać.
Rektor zdawał się nie dosłyszeć, bo odwrócił się do niego plecami i już witał się z następnym gościem, który z wdzięcznością całował rektora w wilgotną jeszcze rękę.
Za to żona odwróciła się od rektora i uśmiechnęła się. Jak jeszcze niespełna tydzień temu, nie licząc następstw skoku w czasie.
Po czym podniosła prawą rękę i wysunęła powoli środkowy palec. Patrząc w oczy mężowi, wyszeptała: „nienawidzę włochatych goryli w łóżku”.
- Pani dyrektor, idziemy – zakomenderował rektor, znów obejmując ją w talii
Nie pamiętał kiedy wyszedł z imprezy i jak znalazł się w pokoju. Może to przez żonę, może przez wzruszenie… A może przez alkohol? Któż to wie…
Wiedział jedno: na bratnią pomoc można jednak liczyć. Bo koło niego był jakiś młody mężczyzna w komży. Prawie chłopiec. Ministrant? Sam już nie wiedział. I nie chciał wiedzieć. Był rozbity i było mu smutno. Czuł tylko jedną, wielką potrzebę.
- Pomodlimy się?
- Tak jak zawsze, ojcze?
-Tak, poproszę
Działał instynktownie. Sam dopiero odkrywał znaczenie ruchów, które już wykonał. Były dla niego zaskakujące. Ale zarazem tak przyjemne i uświęcone łaską boską.
- Aj, to boli! Mamo! Tato!
-Zamknij się! Bóg Cię kocha moim pachałem! Łaski pełnym! Święty wytrysk…. Uuaach! Ja pierdolę!
-Nie tak mocno…. Proszę..
- Nie przeszkadzaj. Jeszcze w ... Jedzcie i pijcie z niego wszyscy….
Kiedy odpoczywał po modlitwie, znowu poczuł, zupełnie, jak przy żonie, nadrzędność gatunku męskiego w każdym calu. Nadrzędność i poczucie jego wartości było nawet większe, niż dawniej. Bo zdał sobie sprawę z tego, że nie potrzebuje już kobiety. A gotować żeberka – nauczy się. Albo nauczy ministranta.
Zasypiając pomyślał znów o żonie:
- Jednak pomyślała – stwierdził ciepło. I odpłynął w swą samcza krainę snów, gdzie, jak zapowiedź losu, występowała i KURWA, i ministrant i sterylizacja.
No i żona z okrwawionymi nożyczkami.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
W otchłani beznadziejności
2011-01-06
|
Śmierć. Chyba codziennie z nią obcujemy w jakimś wymiarze. A to wspominając najbliższych, co odeszli. Albo konsumując przetwory z martwych roślin i zwierząt. Lub poruszając się pojazdami mechanicznymi, poruszanymi olejem skalnym – powstałym przecież ze szczątków martwych ciał.
Niektórzy myślą o śmierci z życzliwością i żarliwym oczekiwaniem, a inni - z niechęcią.
Niektórzy myślą o śmierci parę razy dziennie, inni - tylko codziennie, a jeszcze inni, choć przecież nasza cywilizacja opiera się na wykorzystaniu martwych organizmów – rzadziej.
Osoby w podeszłym wieku, emeryci oraz renciści, należą zwykle do tej pierwszej grupy. Dla nich rozważania o śmierci są najbliższe, bo wydolność biologiczna ich organizmów zmniejsza się i droga ich życia –statystycznie - zbliża się ku finałowi.
Podświadomie rejestrują to, że przeżyli swój czas w cywilizacji, która swój sukces opiera na wykorzystaniu śmierci jednostek.
Społeczeństwo daje im odczuć bliski koniec.
Niezależnie od wydajności ich pracy świadczenia zostają zmniejszone. Stanowiska kierownicze są rezerwowane dla młodych, bo …. po co to osobom dojrzałym. Taki stres związany z przywództwem. Emerytury, jeżeli rosną, to o współczynnik inflacji. Niepełny. ALE dlaczego niby maja rosnąć? Emerytury i renty są wypłacane obecnie – w większości – z budżetu państwa, natomiast jednostka pobierająca emeryturę jest przecież nieefektywna gospodarczo. I ta dziura budżetowa… Politycy nieustannie sygnalizują, jak łatwo pozbyć się „dziury”. I nieustannie przypominają, że najlepsze, co starzy ludzie mogliby zrobić dla swoich żyjących dzieci, to umrzeć. Nie byłoby wtedy dziury budżetowej, bo nie trzebaby było wypłacać tych przeklętych przez potomnych emerytur i rent.
Dzieci osób starszych także nie ułatwiają życia. Sami wiecie, jakie w Polsce sa warunki mieszkaniowe i jak trudno o mieszkanie. Czasem, w całej rodzinie, jedynie ta przysłowiowa „babcia” ma godne warunki mieszkania i życia. A sama przecież, ze względu na stan zdrowia, nie potrafi ich docenić. I wykorzystać…. Wniosek nasuwa się sam, jak „babcia” mogłaby, przy odrobinie dobrej woli, pomóc młodej rodzinie. Mogłaby zwolnić to duże mieszkanie: zamienić je na kwaterę w bardziej zadrzewionym zakątku.
I stąd u osób starszych troska o stan zdrowia. A z drugiej strony – obawa przed korzystaniem z pomocy medycznej. Bo osoby starsze, kiedy dzwonią po pogotowie, nigdy nie wiedzą kto przyjedzie: lekarz z powołania (dr. House), czy wyznawca misji uzdrowienia stanu finansów publicznych i uzdrowienia warunków mieszkaniowych rodziny.
Nie ulega wątpliwości, że w Polsce nie ma komu troszczyć się o osoby starsze. W polityce nie ma prawie, w porównaniu, na przykład, do wzorcowo Francji osób w podeszłym wieku” : tam średnia wieku polityka to 72 lata.
Co kilka lat zmieniają się preferencje emerytalne państwa w Polsce: wpierw były to osoby zasłużone w walce o Polskę, potem inne osoby zasłużone w walce o Polskę. Za kilka lat będą inne osoby zasłużone w walce o … . Przejawy nowych tendencji w polityce można obserwować na bieżąco, obserwując walkę o ograniczanie zbójeckich przywilejów OFE.
Wynika z tego, że i w przyszłości nie uda się wykształcić kadry polityków-gerentofili, którzy tak znakomicie dbają o interesy osób starszych, np. we Francji.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Żebro Adama
2010-12-27
|
Jak donosi PAP, archeolodzy, na stanowisku na terenie Etiopii znaleźli najstarszy kompletny szkielet – w ich mniemaniu pierwszego człowieka, biblijnego „Adama”. Nazwali go, roboczo, „Ardipithecus ramidus”. Szczątki są znakomicie zachowane, co umożliwi ustalenie nie tylko ostatnich chwil życia, ale także diety, zwyczajów, sposobu życia. A, być może nawet, przyczyn śmierci.
Bóg umieścił Adama w ogrodzie Eden. Bo w Jego mniemaniu rośliny, kwiaty i zioła były symbolem dostatku, pomyślności, szczęścia i dobroci. Bóg powołując człowieka do życia obdarował tym, co najlepsze. A zakazując spożywania z jednego, jedynego drzewa, zabezpieczył go w jego trwaniu, chronił go przed śmiercią.
Adam wyglądał z początku na zadowolonego. Ale szybko mu przeszło. Coraz częściej wybierał się na samotne wyprawy w głąb ogrodów, za towarzysza biorąc – co najwyżej –kozicę albo owcę. I zawsze smutną, jak on. I zawsze samą, tak jak on był sam.
Kiedy akurat był w pobliżu Domu Bożego, drażnił uszy Najwyższego, mamrocząc coś gniewnie pod nosem. Okazywał też swoje niezadowolenie defekując w ulubionych miejscach Stwórcy, jak też tworząc malowidła naskalne – nie dbając nawet o zachowanie anonimowości. Zresztą, Adam musiał to przyznać - nawet ta sfera aktywności, wypróżnianie, nie dawała mu już dawnej ekscytacji.
I właśnie wtedy, Bóg, który wie wszystko najlepiej, zainterweniował. Dopiero wtedy, bo chciał, jak to on – działać „w sama porę”. No i nie chciał popełniać błędu ahistoryzmu, bo jego wpadki z ocena następstw czasowych interwencji, np. podczas holokaustu, czy przy konflikcie Tutsi i Hutu – nie miały jeszcze miejsca. Przynajmniej wierni Bogu o nich nie wiedzieli.
- Co jest Adaś? Coś nie w porzo?
- Mhmam, mmmamma, hwag!
- Nie, no… daj spokój, nie prowokuj. Reagujesz zbyt impulsywnie.
- Gwah, jjuu j, huj! hui, huj, chuj!
- Sam rozumiesz. Kozy trochę inaczej żyją. One spędzają wolny czas na brykaniu. A to, co z nimi robisz nie podoba się ich mamom
- Hrry, ghrr, wrs, yeaaabunny who youuuu!
- Tak, masz rację.„Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam”. Słuchaj…. Jak powiem dziesięć – zaśniesz. A ja coś na to poradzę. Nieinwazyjnie – zażartował – No to dalej: adin, dwa, tri, czietyrie… . Twoje powieki staja się ciężkie … Jak z ołowiu.
Terapia
Wtedy to Pan sprawił, że Adam pogrążył się w głębokim śnie. Gdy Adam spał, wyjął jedno z jego żeber..., Zbudował z tego żebra niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, mężczyzna powiedział: «Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego dala! Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta». Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i mat¬kę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem" (Rdz 2,18-24). '
W ten sposób samotność Adama została zażegnana. I radość wielka zstąpiła na Adama, tak jak sztywność na jego członki.. Bo dzień zwyczajny stał się nieustającym świętem. Erupcją radości i beztroski.
Adam, niemal z dnia na dzień, zarzucił wycieczki w towarzystwie samotnych owieczek i kóz. Zaczął też dbać o higienę. No i wypróżniał się już tylko w miejscach do tego przeznaczonych, ku aprobacie Ewy. Jak też i innych mieszkańców ogrodów rajskich, którzy nie polubili smaku niepewności.
----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdaniem archeologów, człowiek pierwotny dużo biegał. Jadł, oprócz tego, co upolował, wyłącznie płody lasu, żył pośród leśnych zwierząt. Był zbieraczem i myśliwym prowadził bardzo aktywny tryb życia i aby zaspokoić swoje potrzeby energetyczne jadł relatywnie dużo, by zaspokoić zwiększone potrzeby energetyczne. W pierwszym okresie życia – zawsze do syta.
Nie ma jednak róży bez kolców, a niewiasty bez wad. Początkowy okres fascynacji nowym zwierzątkiem minął i Adam zaczął coraz bardziej dostrzegać zalety starych, dobrych owiec i kóz, jak też wszelkiego innego bożego dobytku.
Gdyż, zdaniem Adama, dziwne było to nowe stworzenie. Ewka - tak kazało do siebie wołać. Na początku chętne do pomocy i gorliwe…. Ale potem, jak tylko pozwolił Ewce zamieszkać w swojej jaskini – szkoda gadać. Niby z żebra Adama, a siły to nie miało wcale i do roboty nie nadawało się. Albo nie chciało nadawać się: na polowanko – nie; sprzątanko – nie.; rąbanko drzewa – nie; łowienie rybek – nie.
Tylko przytulanie, kilkukrotne w nocy. Do utraty sił. Kto by to wytrzymał?
Poza tym gadało bez przerwy: gadało tak, ze myśleć nieraz nie dało rady. I żeby każdej rzeczy jakieś nazwy przydawać?! Toż groziło takie działanie inflacją. A to stworzonko – chodziło i wymyślało: to będzie kamień, to drzewo, to ryba, to pierdoła, a to Miękusem robiony...
Nie to, żeby Adam ganił to stworzenie. Dobry z niego był chłop, to źle o drugiej istocie nie myślał. No i sam nabył ogłady i obycia poprzez obcowanie z nową istotą. Bóg komplementował Adama nawet: mówiąc, że zrobił się… „wyszczekany” i „hardy”.
No ale te żądania stworzonka… A to gruszek chce, a to śliwek, a to ananasa albo….loda. A ostatnio tylko kwaśne jabłka i ogórki.
Nowy świat
Spróbowałby tylko Adam odmówić! Jak ostatnio powiedział „nie”, to przez dwa miesiące skazany był na towarzystwo owiec. No i na własną kuchnię, która, choć pożywna, miała tą istotną wadę, że była… własna.
Ostatnio znowu Ewie zamarzyły się owoce. I to do tego, te kwaśne psiajuchy, z drzewa objętego ochroną przez samego Boga.
No przyniósł Adaś , przyniósł… Bo dziewczynom i owcom nie mówi się nie, taka miał zasadę. I to był ten ostatni raz, kiedy rozumieli się bez słów. Ona podawała mu jabłka – on dziękował zań uśmiechem. Ona rozchylała przed nim uda – on, patrząc w te cudne oczy, zagłębiał się w jej umysł.
- Złamałeś przyrzeczenie – powiedział Bóg – to i kara być musi. Poniesiesz konsekwencje
- A poniosę, poniosę. Co ma być poniosę - odpowiedział Adam z frasunkiem, bo wydawało mu się, że sytuacja tego frasunku wymaga – Byle tylko nie długo, żebym udźwignął – dodał z ostrożności
W myślach Adam nie martwił się jednak, bo i czym? Nosił i owcę i kozę. I Ewkę też nosił, jak nie chciała zamoczyć się, przechodząc przez rzekę.
- No ile może ważyć taka „konsekwencja” – zastanawiał się w myślach tylko – 50 kg, 100 kg?
- Czy długo, czy nie, to zależy od Ciebie Adaś. I od Twojego sposobu życia. Wiem, wiem… To nie Twoja wina, to ona kazała. A ja sam ją stworzyłem. Ale… sam rozumiesz, nie mogę sam siebie wygnać z raju. Jak by to wyglądało? Zaczęliby gadać, że stary to masochista, albo sfiksował. Albo, że baby się boi. Wiesz, jak jest, w relacjach służbowych: ja popełniłem błąd, ale Ty musisz odejść. Ale ….- tu Bóg zawahał się – dam Ci rekompensatę, za ten błąd. Tu, w tej butelce, masz prawdziwie wiernego przyjaciela. Alkohol. On Cie nigdy nie opuści. I nie będziesz sam. Jak źle poczujesz się – pobądź z nim przez chwilę.
Dozgonna więź
Adam nawet nie miał specjalnych pretensji do Boga, ze mu karze opuścić raj. Naruszył zasady, to było jasne, że nie ujdzie na sucho. Za to Ewka miała pretensje za tą – jak to nazywała – „eksmisję”.
Do Adama, bo był najbliżej. Pod ręką
Odstawiła go od jaskini (przytulanie - około 1 raz na księżyc), stała się w stosunku Adama chamska, opryskliwa, zaborcza. I twierdziła, że on ją nie obchodzi. I – na dodatek - nie chce jej pomagać. Utrzymywała, że jest jej dobrze jak Adam jest po kilka dni na polowaniu, a ona sama w jaskini.
To prawda ... Adam ciężko polował żeby było na wszystko czasami nawet po 16-18 godzin na dobę. Czasami dłużej. Co raz częściej zdarzały się w jaskini tak zwane ciche dni. A właściwie – tygodnie. Bo jak Ewie się coś nie spodoba to i 2 tyg potrafiła się nie odezwać słowem. Potem dłużej i dłużej. Ż doszła do jednego roku.
Adam był z dnia na dzień coraz bardziej rozgoryczony. Wstawał rano...szedł na polowanie albo na ryby, zapier...ał bez śniadania żeby szybko zdążyć wcześnie do jaskini… wracał do jaskini…. Miał jej za złe, że Ewa nawet nie zainteresuje się, że ktoś wszedł. Tylko kołowrotek i robienie na drutach: średnio godziny 21 z przerwami na karmienie szympansa... między karmieniami to Adam nosił szympansa non-stop na rękach bo tak był szympans przyzwyczajony. Oczywiście – przez Ewę. Jeśli był Adam zjadał obiad. Zwykle jednak nie zjadał. Bo albo obiadu nie było, albo…. Adam nie miał apetytu po widoku kwaśnej miny Ewki.
Adam nie mógł wyjść, ze zdumienia skąd w jednej osobie tyle zła i egoizmu. I siły. Wydawała się kraść każdą jego cząstkę energii, każdy przejaw wolnej woli i inicjatywy. Żyć jego kosztem. Uczuciami, marzeniami, dążeniami, emocjami. Nie wspominając o tak prozaicznych rzeczach, jak pokarm, który zdobył, czy skóry na ubrania.
I kiedy, któregoś dnia, wygnany – po raz kolejny - z jaskini, usiadł na kamieniu, chłodząc twarz na zimnym północnym wietrze, nie mógł znaleźć odpowiedzi na pytanie, skąd taka mordercza istota, jak Ewka, znalazła się na ziemi: przez przypadek to było, przez ślepy los, chorobę, czy przez zemstę Boga.
PAP donosi, że bezpośrednią przyczyną śmierci „Adama” było wycieńczenie i wychłodzenie organizmu. Z badan patomorfologicznych wynika jednak, że do stanu zdrowia „Adama” i stopnia jego odporności przyczyniła się zaawansowana choroba nowotworowa: „Adam” cierpiał na mięsaka kościopochodnego. Brak fragmentów kości skazuje, że nawet prymitywne ludy podejmowały próby usunięcia operacyjne zmienionej chorobowo kości lub jej fragmentu – w tym wypadku części żeber. Niestety, niedokładne wyczyszczenie miejsca chorobowego, nie umożliwia powrotu do zdrowia. Namiastki chemioterapii, które znały ludy pierwotne – stosując pochodne alkoholu etylowego – nieznacznie tylko przynosiły ulgę chorym.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Idą święta
2010-12-16
|
Zbliża się okres świąteczny. Okres Świąt Bożego Narodzenia to magiczny czas: wypełniony magią, czarami, radością i pięknem.
To także czas spełniania marzeń, czas okazywania troski i miłości najbliższym, najbardziej kochanym osobom.
W okresie Bożego Narodzenia, trzymając się za ręce, zapatrzeni w roziskrzoną choinkę i w uśmiechnięte twarze naszych bliskich – a czasem śpiewając razem kolędy - odkrywamy smak życia. I sens życia.
Bo to właśnie w te Święta, których obchodzenie ma znaczenia zwłaszcza dla nas, Polaków, jak żadne inne, skłaniają nas do refleksji nad życiem naszym: nad dniami, które minęły bezpowrotnie. Nad chwilą, która trwa – i żeby trwała wiecznie. No i nad zdarzeniami przyszłymi, a prawdopodobnymi.
Boże Narodzenie łączy w sobie ból rozłąki i radość zmartwychwstania, powołania do nowego życia. To dlatego właśnie Boże Narodzenie jest tak ważne dla nas.
Tym ważniejsze, im dłużej razem nie widzieliśmy się z najbliższymi z kręgu rodziny przy wspólnym, wigilijnym stole.
Dziękuję Ci Mamo!
Za to, że zawsze mnie strofowałaś. No i musiałam robić to co mi kazałaś. Za to, ze skupiłaś się na rodzinie: kosztem rozwoju własnej osobowości. Może przez to masz kiepski kontakt z ludźmi? I robisz sobie z nich wrogów. A może dlatego, że zamiast nie zwracać na coś uwagi – skupiasz się na jakimś szczególe i drążysz temat w taki sposób że doprowadza do stanu wrogości innych. Dzięki temu, że mieszałaś się w moje prywatne życie w sposób nieprzyzwoity, byłaś wręcz upierdliwa, nie zrobiłam wielu głupstw. Kilka tylko zrobiłam. To Ty wpoiłaś mi bezwarunkową miłość i posłuszeństwo względem autorytetów. Takich jak Bóg, Ojczyzną, Prezydent, Ojciec, Proboszcz.
Z Bogiem, nie powiem, trafiłaś: poznałam sympatycznych ludzi z Hare Kryszna, smak wina liturgicznego, spotkań w gronie Ruch OAZA Carlsberg. Prezydent załatwił ułaskawienie taty.
No i ten Ojciec i Proboszcz….
Właściwie ojcu należą się oddzielne podziękowania.
Dziękuję Ci, Tato!
Za to, że cały czas mówiłeś mi: „słuchaj się matki”, „chodź do kościoła”, „ucz się”, „uważaj na policjantów”. Dzięki rozmowom z Tobą poznałam, co to sprawiedliwość. Bo Ty byłeś samotny w swojej walce z całym światem: z władzą ludową i „poludową”, z nierównym rozdziałem dóbr pomiędzy członków społeczeństwa, z naruszaniem przyrodzonych obywatelowi praw do posiadania różnego rodzaju przedmiotów, na posiadanie których władza nie wyrażała zgody. Walczyłeś z ograniczeniami narzuconymi przez skorumpowane Państwo w sferze obrotu towarowego. O prawa do wyboru przez imigrantów miejsca życia, o prawa kobiet do wyboru partnerów seksualnych w sposób zapewniający im, w danej sytuacji na rynku, największą opłacalność. Pomagałeś nie tylko odkrywać seksualność nieletnim, ale także pomagałeś im czerpać z tego zyski.
Szkoda tylko, że te nasze rozmowy, często były bez słów. No i szkoda, ze odbywały się tak rzadko: tylko na widzeniach i w przerwach w odbywaniu kary.
Zanim przyjdzie Ksiądz
Chcę, żebyś wiedział Tato… I Ty mamo – że to dzięki Wam tak mocno zbliżyłam się do Kościoła. Czułam się nieco … zagubiona, jako dziecko.
No i Ksiądz Proboszcz wyczuł to. Taki miał węch!
I bardzo mi pomógł psychicznie. Rozmową.
Na początku czułam się nieco zmieszana, kiedy mówił.
Nawet raz chciałam uciekać. I wołałam: „Mamo! To boli”.
Ale potem, jego słowa: „Ty mała … . Nie płacz! Bóg Cię kocha! Poprzez moją osobę. Dostąpisz eucharystii. Dzięki mojemu paschałowi, łaski pełnemu. Jeszcze w odbyt… Będzie, jak wniebowstąpienie” – wywoływały we mnie pusty śmiech. No i poczucie zadowolenia. Z zemsty.
Pytacie się: Mogłam uciec? Na kim zemsty?
A dokąd miałam uciec?
Do neurotycznej matki, która swoje niepowodzenia w życiu rekompensowała sobie dziełem zniszczenia? Mojego życia. Taki masz mamo zmysł kreacji. Rodem z formułki: bo dzieło zniszczenia jest święte, jak dzieło tworzenia.
Do Ciebie Tato? Zastanawiałam się… Pytałam się nawet. Ale to było niemożliwe. Nieletnich nie przyjmowali do więzienia. Tak mi powiedział strażnik, kiedy Cię odwiedzałam.
Do księdza? On sam przychodzi, cały czas. I cały czas mówi, że to dla mojego dobra, udziela mi komunii. Bo chyba nie chcę, żeby dowiedzieli się wszyscy o naszych eucharystiach.
No to Wam powiedziałam rodzice, żebyście pierwsi wiedzieli. Przed sąsiadami.
A zemsty już nie ma: nauczyłam się wybaczać, jak każe Biblia.
No to jeszcze raz chciałam Wam podziękować: to za Waszą przyczyną stałam się dobrym człowiekiem. Potrzebnym w społeczeństwu.
Po opłatku?
Zanim przyjdzie Ksiądz Proboszcz...
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Prawo czy miłość
2010-12-13
|
Odwiecznym dylematem osób sprawujących władzę, podobnie, jak osób tworzących prawo są granice władzy i granice tworzenia prawa.
Niejednokrotnie osoby te są wewnętrznie rozdarte: przeżywają wewnętrzny konflikt tragiczny, który polega na zderzeniu dwóch racji, które zawsze są równorzędne. I musi skończyć się ten konflikt obustronna porażką.
Zapewne by temu zaradzić, jakiś czas temu, na forum Rady Europy głosowano nad rezolucją wzywającą państwa członkowskie do uznania prawa do klauzuli sumienia.
I słusznie, bo każdego z nas obowiązują przepisy prawa: stanowionego lub moralnego albo prawa miłości! Czasem te normy prawa - stanowionego i wewnętrznego - mogą tworzyć prawdziwa klatkę.
A ludzi wierzących, członków społeczeństwa kwalifikowanych moralnie, obowiązują nakazy i zakazy wynikające z wiary, z czego bywają publicznie rozliczani. Wiara bowiem nakłada na wyznawcę dodatkowe ograniczenia - które wcale nie muszą być skodyfikowane – podobnie, jak silne przekonanie, czy miłość także warunkuje zachowania nieuniknione czasami.
Przykładem normy prawnej, która może powodować – u niektórych członków społeczeństwa – konflikty moralne, godne co najmniej Antygony, jest art. 8 ustawy z 6 czerwca 1997 r.. Przepisy wprowadzające kodeks karny (Dz.U. Nr 8, poz 554 ze zm). Zgodnie z tym przepisem, kto powoduje oddanie osoby w stan niewolnictwa lub utrzymuje ją w tym stanie albo uprawia handel niewolnikami, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.
Tymczasem, nie tylko w zaciszu domowym polskich „Fritzli”, ale także w sferze publicznej, można dostrzec przejawy zaczątków wspomnianych konfliktów moralnych. Przy czym nie są to przejawy nieśmiałe: bo tłumione przez społeczeństwo popędy, ujawniają się w pełnej krasie.
I tak, na pierwszym z brzegu portalu społecznościowym, takim jak facebook, czy nasza klasa, możemy znaleźć wpisy, takie jak:
„Uwielbiam napier…lanie w goły tyłek aż do krwi (…) Jestem wierna, posłuszna, zrobie dla ciebie wszystko. Im bardziej będziesz brutalny, tym lepiej dla mnie.”
Albo
„Sześćdziesięciolatek wolny, szukam niewolnicy (…). Zwiążę Cię, skatuje Cię na różne sposoby. Będziesz żałować, ze urodziłaś się. Będziesz prosić o łaskę”.
Lub
„Jestem brutalnym i męskim homoseksualistą, który pozna wymoczkowatego pedała, aby zrobić z niego faceta z prężną pupą. Przy mnie poczujesz, kim może być prawdziwy homoseksualista”.
Smutny i rozpaczliwy jest to znak naszych czasów, kiedy wrodzone skłonności – bez ich wartościowania – miast znaleźć ujście w domowych pieleszach, wychodzą na światło dzienne, prowokując do działania tak organy ścigania prokuratury, jak przedstawicieli kościołów.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Recepta na sukces
2010-11-29
|
To bardzo ważne w życiu żeby czuć się potrzebnym. I pożądanym. Bez tego wewnętrznego przekonania trudno żyć. Człowiek popada w rutynę. Eeee… nic go nie cieszy. Traci umiejętność nawiązywania kontaktu z „bliźnimi”. Staje się chory na otaczający go świat. Rozumiecie panowie?
Zatem to wewnętrzne poczucie bycia potrzebnym to lekarstwo dla mojej duszy: muszę zażywać je regularnie.
Kim jestem z zawodu? No wiecie panowie kim jestem, bo inaczej nie przyszlibyście do mnie. Jestem lekarzem pogotowia. I jeżdżę pomagać ludziom. W pogotowiu.
Wydawałoby się, cóż łatwiejszego w zawodzie lekarza, niż czuć się potrzebnym…. Otóż nie: ludzie, którzy dzwonią po karetkę, wcale nie potrzebują tylko lekarza od ciała. Oni potrzebują czegoś więcej: potrzebują lekarza od duszy. Znaczy też chcą czuć się potrzebni. Taaaak…. Na czym to ja skończyłem?
Że chcą czuć się potrzebni? Pozwolicie panowie, ze napiję się? Zawsze w tym momencie wzruszam się i zasycha mi w gardle. To był decydujący moment, kiedy to zrozumiałem, z tą potrzebą afiliacji. Wtedy podjąłem decyzję, co robić w życiu. A panowie spróbujecie.? Mam wyborna żytnią. Z colą? No dobrze, to chociaż po małym. Wiem, wiem…. Intoto orbe terrarum, non sunt alko ola perfecta.. Ale zawsze jakaś namiastka. Szczęścia.
Nie zapomnę oczu tej pierwszej staruszki, której zaordynowałem melisę na uspokojenie i paracetamol. Te oczy wściekłej kocicy, pełne oburzenia…. A następnego dnia wpłynęła na ręce dyrektora szpitala skarga, ze zlekceważyłem pacjenta. Że mógł umrzeć. A ja, że nie powinienem pomagać ludziom. Bo nie potrafię.
Dyrektor zagroził zwolnieniem, jak nie poprawię się. I nakazał traktować pacjentów, zgodnie z przysługującymi im prawami z Karty Pacjenta. No zabił mi ćwieka z tym traktowaniem „z przysługującymi im prawami”. Czyli z jakimi, powiedzcie panowie? Z żadnymi? Dobrze, ze miałem w ekipie pana Zenka, kierowco-pielęgniarza. Wirtuoza lewatywy, jak potem okazało się. On wziął, początkowo, staruszki na siebie. Dosłownie i w przenośni. Miał tam jakieś problemy rodzinne z żoną, to i powołanie do pomocy bliźnim posiadał. Cały czas mówił, że naprawdę szkoda że tak mało kobiet jest do analka przekonanych. Bo facetów to naprawdę rajcuje. A i z tymi resztkami kału to przesada, wystarczy że kobieta przed pójdzie na kibelek, potem dobrze się umyje i żadnych nieczystości nie będzie.
Żadna już skarga nie wpłynęła na mnie. To co? Po maluchu jeszcze? Doskonale, ja tez napiję się. Ale wyborowe, dla odmiany. Z Zenkiem był ten kłopot, ze nie chciał leczyć facetów. No mówił, że może i lubi anal, ale pedał nie jest. Dla facetów musiałem sam coś wymyślić. No trzy dni myślałem, ale wymyśliłem. Jak tylko przyjeżdżałem do mężczyzn, to od razu – siup! I zastrzyczek z fenatylu. Albo tiopentalu. Albo heksobarbitalu. Żebyście panowie widzieli wdzięczność w ich oczach, zanim zasnęli. Jak oni mnie kochali! Potem pavulon, wizytóweczka z adresem zakładu pogrzebowego dla rodziny, gdyby coś nie tak….. i pełen odjazd!
Coś nie tak powiedziałem? Panowie tak patrzycie po sobie… W porządku wszystko? Jeszcze po maluchu? Nie? No cóż i tak chyba wystarczy: he, he…
Od zakładów pogrzebowych nic nie brałem. Wystarczała mi ich wdzięczność. No i poczucie, ze jestem potrzebny. Dopiero potem, jak pan Zenek rozbestwił się z tą lewatywą i zaczął hurtowo doprowadzać samotne staruszki do orgazmu, zawarliśmy kontrakt z zakładami. Bo pan Zenek na orgazmie nie poprzestawał niestety: wstrzymywała go dopiero …. perforacja jelita grubego – bo tak to określałem w karcie zgonu. A z ciałami staruszek coś trzeba było robić, by jakiś debil nie dopatrzył się śladów Zenzowych fantazji. No.. oczywiście tak, żeby czuć się potrzebnym. No to mieliśmy po stówce od zwłok. A za trzy dni pracy, to i na Teneryfę można było czasem lecieć. Do pięciogwiazdkowego hotelu.
Co się panowie tak na mnie patrzycie? Myślicie, że zwariowałem opowiadając wam tą historię? No.. może trochę. Ale ja po prostu szczery jestem od urodzenia, do bólu. Nie potrafię ludzi okłamywać. Nawet trzech funkcjonariuszy CBŚ naraz. Zresztą do wycieczki na Tahiti brakuje mi czterystu złotych. Że was jest trzech, a nie czterech? Nie no, spokojnie! Jest jeszcze Zenek. Już gotowy. Przecież to świr kompletny. A ja, jako lekarz musze dbać o reputację… . Złożycie raport?
Nie sądzę: takiej mieszaniny benzodwuazepin, butyrofenonu i alkoholu nikt jeszcze nie przeżył.
Mam nadzieję, ze przyjemnie wam będzie z Zenkiem w jednym zakładzie.
Może to i świr, ale porządny facet….
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Sadyści
2010-11-23
|
Odkąd pamiętał otaczali go. Byli zawsze i wszędzie.
Do tej pory pamiętał, jak w przedszkolu, kiedy nie dał rady zjeść mielonego z ziemniakami, Pani powiedziała mu, ze nie wstanie od stołu, zanim nie skończy posiłku. Innym dzieciom pozwoliła za to bawić się. Kiedy dwie godziny później wciąż nie zjadł, Pani zarządziła zbiórkę całej grupy koło jego stolika: żeby grupa zobaczyła, jak nie należy jeść.
Potem było już tylko gorzej.
W szkole szybko Wychowawczyni wyznaczyła mu miejsce odpowiednie dla – jak to określiła – jego możliwości intelektualnych. Była to pierwsza ławka. Wychowawczyni była szlachetna: klasie powiedziała, żeby nie mylić pierwszej ławki ze znaną z książek historycznych „oślą ławką”, ponieważ – jak to ujęła – „nomenklatura się zmieniła”.
Wychowawczyni zresztą nie zmuszała go, za często, do siedzenia w tej pierwszej ławce: większość czasu i tak spędzał w kącie. Lub za drzwiami.
Czuł się przez to nieco pomijany.
Kto wie, do czego by doprowadziło to poczucie „społecznego osamotnienia”, gdyby nie zajęcia z Wychowania Fizycznego. Na nich Nauczyciel pozwalał mu pokazać klasę: pompki, na zmianę z przysiadami, robił – podczas, kiedy inni grali w kręgla albo w warcaby - przez całe lekcje: dwa razy w tygodniu.
No i starzy, Ciągle czegoś od niego chcieli, nękali go. Wpierw całymi dniami, potem miesiącami i latami: osobiście i telefonicznie.
„odrób lekcje”, „przygotowałeś się do klasówki?”, „idź do kościoła”, „ubierz się czysto”, „używaj prezerwatyw”, „zacznij zarabiać na swoje utrzymanie”, „może byś kupił coś innego oprócz gołdy i marychy!”, „napisz doktorat, jak ojciec Ci wszystko załatwił u Profesora H.! Obronisz na pewno, on jest teraz Prezesem NSA, a ze zdaniem czołowego przedstawiciela Polskiej Akademii Nauk i Kierownika Zakładu Prawa Europy – Prezes Najwyższego Sądu Administracji musi się liczyć!”
Trwało to aż do jego czterdziestych urodzin, pamięta to dokładnie. To wtedy dowiedział się, jak nazywa się to, co robili jego starzy: mobbing i stalking. No i dowiedział się o Prawach Dziecka i aktach prawnych, gwarantujących te prawa: Konstytucji RP, ustawy o rzeczniku praw dziecka oraz Konwencji Praw Dziecka.
Wreszcie mógł, po raz pierwszy w życiu, postawić na swoim. I wytknąć starym, że ma prawo do kultury, wypoczynku i rozrywki, wszechstronnego rozwoju osobowości,
dostępu do informacji, ochrony przed wyzyskiem i poniżającym traktowaniem, prywatności.
Jak też prawo do zabezpieczenia socjalnego, czego nie omieszkał się wytknąć rodzicom przy wieczornej kolacji, przygotowanej przez mamusię: szybko kończyła się nędzna pensja i kieszonkowe wydzielane przez starych.
„- Kultury?!!! Zabezpieczenia socjalnego?! – zaryczał stary, niczym ranny łoś – Jakiej kultury imbecylu! Obetnij włosy najpierw!”
„-Nawet brak kultury jest kulturą – zgasił starego sloganem zasłyszanym na studiach- Zresztą Sąd orzeknie, kto ma rację”
Trzasnął drzwiami i wyszedł.
Nie czekając na przeprosiny starych wysłał mejla do kumpla:
„ Wchodzę. Wytaczamy powództwo cywilne o zadośćuczynienie za szkody niematerialne spowodowane przez naruszenie dóbr osobistych takich jak zdrowie psychiczne , wolność, cześć, swoboda sumienia. Dodamy żądanie odszkodowania spowodowane pogryzieniem przez chomika ojca, co zostało spowodowane brakiem właściwego nadzoru nad bestią.”
W końcu odegrał się, na wszystkich sadystach, którzy go otaczali< Za wszystkie krzywdy!
|
|
Komentarzy:
0
|
|
One shot, one love
2010-11-18
|
Lekarz wpatrywał się w niego bez słowa. Niczym bazyliszek.
W końcu zapytał:
-Obcisłe rzeczy Pan nosi? Spodnie, majtki, skarpetki?
-Noszę, bo trzeba mieć styl.
-Pije Pan? Dużo?
- Piję. Ale nic nie pomaga
- Taaaa… - Lekarz zamruczał z niedowierzaniem - Narkotyki?
- Czasem trawka. Albo jak kolega poczęstuje czasem brodnikiem.
Lekarz popatrzył się z nieskrywaną już bazyliszkową zawiścią.
Nie wytrzyma! I dał wyraz zawiści:
- Drogi panie! Prawidłowy ejakulat ma objętość od 2 do 5 ml, na każdy ml przypada od 20 do 300milionów plemników. Co najmniej 30% ma prawidłową budowę, a przynajmniej 40% ma średnią prędkość wynosi nie mniej niż 25l'm/s.
Tu przerwał, ale tylko na chwilę:
- U pana, te wskaźniki należy podzielić na pół…. Znaczy jest pan w połowie mężczyzną. Często Pan spółkuje? –kończąc rozmowę zadał pytanie, ze słabo tajoną ciekawością
- Raz, dwa razy w miesiącu
-Za rzadko. Proszę sobie wyobrazić, że nie jest Pan w połowie mężczyzną. A prawdziwą, w pełni sprawną jednostką społeczną. No musi Pan potwierdzić jakoś swoją męskość! Mężczyzna bez jaj, to nie mężczyzna!
Pacjent zamknął starannie drzwi gabinetu. Przepuścił następną osobę w kolejce, które weszła do środka nie czekając na wezwanie lekarza. Zamyślony podszedł do recepcji zapłacić rachunek za wizytę. Zapłacił. Nagle, jakby ocknął się, raźnym krokiem ruszył w kierunku wyjścia. Wyglądało na to, że wie, co ma robić.
Nie minął miesiąc, a kobiety w mieście popadały w radosny stan ekscytacji: zaczęły dbać o siebie, staranniej się ubierać, wybierały najdogodniejszą - dla ich celów - drogę do pracy. Kilka z nich szczyciło się przeżyciami niedostępnymi dla innych i z duma o nich opowiadały. Inne starały się, w jakiś sposób dorównać koleżankom i wzbudzić zainteresowanie innych osób, otaczających je i …. też opowiadały.
Mężczyźni zaś organizowali obławy, plakatowali miasto, a pula nagród dla osoby bądź osób, które pomogą w złapaniu sprawcy lub sprawców „ataków”, wzrastała nieumiarkowanie. Powstawały najrozmaitsze portrety pamięciowe.
I tylko sprawca, opisany powyżej pacjent, który starał się wykonywać polecenia lekarza najlepiej, jak umiał – pozostawał niepocieszony.
Bo nie pomagało.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Specialite de la maison
2010-10-28
|
Ojciec przyrządził to królewskie danie zgodnie ze wskazaniami – jeszcze swojego ojca.
Młodemu bardzo smakowało. Zjadł dwie dokładki.
Potem dni stały się tak podobne do siebie. Coraz dłużej spał, coraz rzadziej wstawał i coraz rzadziej uśmiechał się. Zresztą za ciężko mu było nawet uśmiechać się. Cały wysiłek wkładał nabieranie powietrza i wydychanie go.
Do czasu, oczywiście. Do tego czasu, kiedy było mu już lżej. Bo oddychał za niego respirator.
Nastrój młodego w następnych tygodniach był wyznaczany przez malejący poziom wydolności funkcji wątroby. Az do całkowitego prawie ich zaniku.
- Tato, chcę być z Tobą
- Jesteś
- Ciężko mi oddychać. Boję się. Tak bardzo boli.
- Nie bój się. Jestem z Tobą.
- Boli… Pomóż mi.
- Nie potrafię.
- Powiedziałeś, ze pomożesz, jak przyjdzie czas.
- Nie potrafię. Naprawdę nie potrafię trzymać martwego syna w ramionach. Powiedziałem, ze potrafię, ale to nieprawda. Przepraszam Cię, synku. Jesteś najlepszym dzieckiem pod słońcem. Zawsze byłeś i zawsze będziesz. Ale to nie wystarczy, żebym Cię zabił. Bo nie potrafię tego zrobić.
- Nie chce być sam. Kiedykolwiek.
-Nie jesteś. Jestem cały czas przy Tobie. I będę zawsze. Pomyślisz o mnie i …. Już jestem. Nie bój się! Wytrzymasz! Jeszcze trochę. I będziesz tam, gdzie zawsze świeci słońce. Po prostu weź mnie za rękę.
Schwycił mocno dłoń syna. Trzyma ją tak długo, aż młody zasnął. A potem on także zasnął.
Śniło mu się, że pływa w rzece,. Nurkowa po kamienie. Jednego nie mógł wyłowić, próbował kilka razy.
W końcu udało mu się.
Był lodowato zimny i śliski. Ściskał go w dłoni, jak najcenniejszy skarb. Aż obudził się, ściskając w dłoni ten lodowaty kamień.
To nie był kamień.
To była dłoń młodego: zimna i śliska.
Bardzo mu smakowały te smażone kanie. Młody zjadł dwie dokładki.
Tak żałował teraz, że młody nic dla niego nie zostawił.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Wieczór gimnazjalisty
2010-10-27
|
Hania miała problem ze swoim synkiem.
Poszła do Pani Psycholog.
Pani Psycholog wiedziała, jak trzeba postępować. I od razu poradziła synkowi:"..." jak czujesz, że coś Cię denerwuje, to nie tłamś emocji. Wyraź siebie po prostu. Wykrzycz to i wytup! Nie zło nie tkwi w Tobie. Niech inni ludzie dowiedzą się, ze cierpisz. I niech Ci pomogą. Musisz pamiętać: nie jesteś sam. Żyjesz w społeczeństwie. A inni ludzi powinni Ci pomóc. Bo od tego społeczeństwo jest, żeby pomagać.
Mama potakiwała: tak, tak synku. Nie duś w sobie nienawiści. Wykrzycz to. Wyrzuć z siebie. Będzie lepiej. A ja z ojcem... i tak będziemy Cię kochać. Byleś był szczęśliwy.
Chłopiec wyszedł z gabinetu Pani psycholog na korytarz lecznicy. Potem z lecznicy -- na ulicę. Odprężył się. Nic złego nie stało się. Było dobrze.
Był prawie szczęśliwy. Prawie, bo poczuł, że coś go ssie. W żołądku.
To przez te papierosy -- zakonotował. Miał tak - to ssanie - odkąd rzucił wczoraj palenie.
Chciał zapalić, w odruchu obronnym, ale jak sobie przypomniał, że rzucił palenie, to tylko mocniej podirytował się .
A jak podirytował się, ze nie może zapalić, to od razu zaczęło go suszyć.
Na nerwy niezawodnie pomagała mu witamina B zawarta w piwku. Jak na złość piwka nie miał: nie wziął do psychologa. To też go wkurwiło.
I do tego jakoś tak... zimno było. Nieprzytulnie. Piździło straszliwie. Mendownia, nie pogoda. Jak w psiarni.
Każdego by ta pogoda podirytowała.
Chłopiec, kiedy tylko pomyślał o tej o psiarni, to od razu przywołał w myślach twarze wszystkich pracowników Komendy Rejonowej Praga Północ.
Wiedział, że wszystkich, bo przeprowadził czynności sprawdzające fejsbuku: żeby nie pomylić się, kiedy uciekać.
Mamo, to ja pójdę się pouczyć do Kamila
Przecież dziś piątek
Ale czuję głod wiedzy.
Idź
Mama wsiadła do autobusu.
A chłopiec schował się do wiaty na przystanku.
Zobaczył jakieś próchno palące papierosa i rozmawiające z żoną.
Tu już miarka przebrała się: chłopiec bardzo zdenerwował się:
że próchno, że papieros, że rozmawiające, że z żoną.
No i - oczywiście - że pod wiatą.
Przypomniał sobie rozmowę z psychologiem. Jego nauki: "wyraź siebie, wyrzuć to, co Cię dręczy".
Chłopiec podszedł powolnym krokiem do próchna. Spojrzał na próchno wzrokiem, w którym skryte były chłopięce marzenia i rozterki. Po czym wyjebał próchnu z dyńki. Poprawił sierpem i dokończył nogą.
Żonę próchna potraktował cegłowską, która leżała koło próchna. Po sąsiedzku.
Teraz po sąsiedzku cegłowskiej leżała też żona próchna. Wyciekał z niej jakiś czerwony płyn.
Synek odetchnął z ulgą: był zadowolony. Miał z czego. Wyrzucił z siebie całą złość.
Poczęstował się papierosem z paczki próchna. Z czystym sumieniem, bo wiedział, że próchno nie potrzebuje już fajków.
Zaciągnął się z lubością.
Chłopiec powoli zaczął się uspokajać.
Ta psycholog wie, co mówi -- pomyślał z wdzięcznością i w uznaniu umiejętności profesjonalisty.
Wyciągnął komórkę. Swoją.
Wie mamusia co... Ma mamusia rację: dziś piątek. Nie ma co się uczyć.
Super synku.
To ja zaraz będę w domu.
Zrobię herbaty.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Błąd
2010-10-22
|
Krasnal Henio był smutny. Niby taki sam, jak inne krasnale – a jednak …. .
Tak, tak. Wiem. Pozory świadczyły o tym, że był, jak inne - niski, gruby, śmierdział czosnkiem. Miał skołtunioną brodę i nie mył się za często, więc z reguły był brudny. Jak zresztą miał myć się, skoro, jak każdy krasnal, chodził ubrany w kolczugę, a z toporkiem i mieczem nie rozstawał się nawet w latrynie.
Henio był niezbyt inteligentny. Właściwie to nawet całkiem tępy. Może stąd brały się jego problemy w terminowym skorzystaniu z toalety we wspomnianej konfiguracji: Henio w kolczudze, podtrzymujący wysiłek zwieraczy ostatkiem sił oraz toporek i miecz w każdej ręce.
Jak jest ryba – pila, to chyba może być też krasnal-młot? No to był Henio młot.
Do tego wszystkiego nie miał powodzenia u płci przeciwnej. To znaczy nie tylko u krasnalic, ale u jakiejkolwiek płci przeciwnej.
Henio bowiem nie gardził ani owieczką, ani jałówką, ani skorą do figli – kózką, o wilgotnej sierści. Co więcej, Henio, ku obrzydzeniu swoich kumpli krasnali, nie gardził nawet ludzkimi dziewicami.
Znaczy nie musiał, prawdę mówiąc, gardzić. Ludzkie dziewice same nie garnęły się do Henia: zapach czosnku pomieszany z zapachem popsutych zębów, sklejona zaschłą plwocina broda oraz wzrost, jakby przeciętnego czytelnika fantastyki, załatwiały sprawę.
Może z tych samych powodów nie darzyły go sympatia ani krasnolice, ani, kózki, ani nawet jałówki?
W każdym razie Henio musiał radzić sobie w tych sprawach, zupełnie jak każdy inny krasnal.
Bo, jak wspomniałem, inne krasnoludy, z racji podobnej do Heńka fizjonomii, nie cieszyły się również, z małymi wyjątkami, względami płci przeciwnej.
Te małe wyjątki natomiast dotyczyły tych krasnoludów, którzy wykorzystywali w konkurach umiejętność gwałcenia, albo byli skłonni wynagradzać sowicie usługi wybranek.
Inni musieli kombinować w sposób typowy dla krasnali, z zachowaniem standardów wiary typowych dla krasnoludów.
Krasnoludy bowiem, jak wiadomo, miały pewną przywarę: nikomu nie wierzyły. Nawet najbliższemu przyjacielowi.
Nie bez powodu, większość z krasnoludów odmawiało, co wieczór, modlitwę: „Panie Boże chroń mnie od przyjaciół, bo od wrogów obronię się sam”.
Przywara ta miał wpływ na sposób zaspokajania ich potrzeb. Po prostu krasnoludy, z powodu tej nieufności, radziły sobie same.
I Henio robił tak samo, od małego. Prawie codziennie.
A że talent miał tak wielki, jak popęd, uparty był jak stary cap, a przy tym zaliczał się do jednostek niezależnych a samodzielnych, to nie zrażał się porażkami i stał się sławnym, w całym krasnoludowie, wirtuozem masturbacji.
- Początki były trudne – mówił w prawie każdym wywiadzie – Ale praktyka czyni mistrza. Jak mi coś nie wychodziło, to próbowałem jeszcze raz. I jeszcze. Aż do skutku, aż do zupełnego wyczerpania. Tak, jak Kasparow jest królem szachownicy, ja stałem się królem napletka. Nie przeszkadzał mi mróz, nieopłacony czynsz, czy obecność rodziców. Po prostu robiłem swoje; to, w co wierzyłem, że dobre dla mnie. Masturbacja stała się moją drugą naturą. To był … zew Boga. Dotarła do mnie ta iluminacja, kiedy zdałem sobie sprawę, jak wielkie poczucie bezpieczeństwa daje mi powtarzalność ruchów i codzienny a całodzienny rytuał. I pewność rezultatu.
Henio, z czasem zaczął dzielić się doświadczeniami z innymi: otworzył szkółkę masturbacji dla krasnoludów.
Chodził między licznymi adeptami sztuki i ze znawstwem ordynował:
- Ty, parchaty, nie tak ręka! Kąt prosty ma być. I delikatnie zsuwasz… Nieeee, tak to możesz paliki sobie strugać dla krów.
- Delikatnie trzymaj, to nie łopata. Z uczuciem złap. Tak jakbyś najcenniejsze ostrze wykuwał, najdelikatniejszym młotem. Tak trzeba.
- Kaprawy! Miałeś dobry początek, ale potem osłabłeś. A finał to zupełnie do bani…. Nie machaj nim na końcu, jak batem. Bo to nie bat. To przyrodzenie, dar Boga. Boży miecz. To traktuj ten miecz w przypisany mu sposób. Kochaj. I czuj.
Dzień Henia był wypełniony najróżniejszymi obowiązkami związanymi ze szkołą.
Rano wykłady. Potem ćwiczenia. Następnie, zajęcia kondycyjne na Sali gimnastycznej. Na końcu pokaz techniki Henia dla najmłodszych, połączony z naukowym dyskursem i samokrytyką.
I właśnie podczas pokazu techniki połączonego z dyskursem, kiedy Henio stał na podium, padło to pytanie z sali:
- A dzieci z tego będą?
Henio zastygł bez ruchu dzierżąc w jednej ręce przyrodzenie, a drugą trzymając, w geście pozdrowienia „Ave Cesar”, nad głową. Chciał zrobić krok w stronę pytającego, ale nie dał rady.
Może to przez opuszczone spodnie, może przez przydeptana brodę, a może ze wzruszenia.
Nie wiedział, ale i tak dotarła do niego straszliwa prawda: dzieci z tego nie będzie.
To wszystko to był próżny, trud.
Niepotrzebny ani dla Henia, ani dla innych krasnoludów.
Po prostu błąd.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Fascynacja
2010-10-15
|
Krew mnie zawsze fascynowała. Już jako dziecko bawiłem się strzykawkami, wyobrażałem sobie pobieranie krwi, zabiegi. W ogóle nie myślałem, że mógłbym być w życiu kimś innym.
W szkole byłem szczęśliwy. Może dlatego, że byłem nieszczęśliwy w miłości?
Na lekcjach biologii oglądałem umieszczone w gablotach narządy wewnętrzne różnych zwierząt, tasiemce, pająki i motyle. W domu, w oczekiwaniu na zajęcia z biologii, sam przekłuwałem szpilką muchy i motyle. Robiłem sekcje żuków i ślimaków. Nadmuchiwałem żaby. Czasem trafił się jakiś inny, drobny zwierz, wdzięcznie rozchylający trzewia pod skalpelem.
Naprawdę, mówię Pani, początki nie były łatwe. W szkole pielęgniarskiej ciągle robiło mi się niedobrze od ssania. Kiedyś nawet zemdlałem przy badaniach. A koleżanki nikczemnie wykorzystywały, kiedy byłem pijany, moje skłonności. Fuj! Nauczyciel kazał – w trosce o mnie - nawet przemyśleć mój wybór.
No i te zęby. Niby nikt nie ma idealnych, ale…. Mam fatalny zgryz, o widzi pani? Zachodzą, jeden na drugiego. Jak krzyże przy drodze, albo pod Pałacem Namiestnikowskim.
Dlatego krew ciągle kapała mi po brodzie na pacjenta. Zanim doszedłem do laboratorium połowa była na ubraniu albo na podłodze. Much było pełno.
Koledzy się ze mnie wyśmiewali. Krzywousty, tak na mnie wołali. Jak zły byłem na nich, to nie ssałem. I z tej złości egzaminy na piątki pozdawałem, żeby nie było, ze tylko do ssania nadaję się.
Teoria – teorią. Ale z wykonywaniem wyuczonego zawodu w praktyce było gorzej. Bo nikt nie chciał mi praktyk zaliczyć: trzeba było pobierać po dwa razy! No i gryźć, co najmniej, dwa razy. Pacjenci unikali mnie, bo nie dość, ze bali się bólu kilkukrotnego gryzienia, to nie zdarzyło się, żeby pacjent wyszedł czysty. Ja zresztą musiałem też zacząć nosić czerwony kitel i czyścić zęby po każdym pacjencie. To zresztą też niewiele pomagało, bo zacieki na ubraniu zostawały. Krew się cholernie ciężko spiera. No i kły zaczynały odbarwiać się.
Zarzuciłem pilęgniarkę i poszedłem na studia. Na prawo, bo tam nie trzeba za dużo myśleć. Potem trochę pracowałem jako prawnik w zakładach mięsnych, gdzie robili kaszankę. Nie mogłem wyzwolić się z pragnień młodzieńczych i chciałem uzbierać na aparat. Wyprostować te nieszczęsne zęby. Wie Pani jaki aparat? Taki, jak teraz co drugi nosi.
Ale papierkowa robota to nie dla mnie. Nie mogłem wytrzymać za biurkiem, uciekłem po dwóch miesiącach: zapach kaszanki wciąż nęcił i nęcił, a dekoncentrował. No i zaczęli robić to głupie dochodzenie w sprawie nocnych pogryzień. A bo to ja je zapraszałem do mnie? Same pod kieł wchodziły, napalone.
Zgłosiłem się do pogotowia na sanitariusza. Pomyślałem sobie, że może u nich mi się uda. Wiadomo, praca ciężka, kiepskie zarobki, to mało chętnych. No i w czasie akcji może nie będą tak bardzo zwracać uwagi na tę higienę. No i okazuje się, że miałem rację. Daję radę. Chłopaki mnie lubią, bo chociaż zęby krzywe, to prosty ze mnie gość. A ludzie, co ich ratuję, to w ogóle nie zwracają uwagi na te plamy. Są szczęśliwi, że żyją. Co tam brudne ubranie, nieświeży oddech, czy brudny ząb! No bo, czy czystość jest w życiu najważniejsza? Nie! Najważniejsze to robić to, co się lubi. I nie zwracać uwagi na tych, którzy mówią, że się do tego nie nadajesz.
A teraz proszę usiąść wygodnie, rozpiąć górne guziki bluzki.
Proszę się nie wyrywać, sama Pani tu przylazła! Może dam Pani jakąś chusteczkę, nie martwi się pani, że się pobrudzi? A ty suko, gryziesz?! Poczekaj, ja Ci zaraz pokażę, jak się gryzie!
Myślisz, że jak mam krzywe, to nie potrafię? Nie taką jak Ty obsługiwałem i była zadowolona.
No naprawdę…. Proszę się przez chwilę nie wyrywać, będzie ukłucie.
A chyba oboje nie chcemy, żebym źle trafił?.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Cześć!vJestem Obcy.
2010-10-14
|
Każdy z nas, prawie co dzień, w niektórych sytuacjach odczuwa, że nie jest równy drugiemu. Nie ma w tym nic złego i nic nienormalnego, bo zawsze znajdzie się jakaś cecha, która sprawia, że jeden czuje się gorszy lub też lepszy od innych.
I tak, na przykład, żeby poczuć się mieszkańcem dużego miasta, rok nie wystarczy. Nie wystarczy też, żeby „rodowici” mieszkańcy traktowali przyjezdnego, jak swojego.
Stare warszawianki twierdzą wprost „Po wojnie nawet łobuz miał swój kodeks honorowy, ludzie byli milsi i lepsi, śpiewali warszawskie piosenki, mówili tutejszą gwarą. Dziś przyjeżdża tu każda swołocz.”
Przyjezdnych wini się za architekturę, nowoczesność, kolory, upadek obyczajów, złodziejstwo, brud i zalegające śmieci. Za wszystko.
Natomiast przyjezdni twierdzą – w odniesieniu do stolicy - że warszawiakiem jest ten, kto się uważa za warszawiaka! To, że ktoś się w Warszawie urodził, to żadna zasługa i o niczym tu nie musi świadczyć. I zwracają uwagę, ze to nie ich wina, że dobrych miejsc pracy jest za mało dla „rdzennych” i „przyjezdnych”. No to trzeba się pozbyć konkurencji, nie przebierając w środkach. Tako powiada prawo Darwina i prawo działań mafijnych.
Skrzętnie natomiast ukrywają – zamiast czerpać z tego dumę – że pochodzą z
malutkiej wsi. I tylko po pijaku wyjaśniają, że jest to zapadła dziura i że super
jest się stamtąd wyrwać. A mieszkać w dużym mieście to…. Nobilitacja. Prawie taka, jak habilitacja albo koegzystencja.
Do tego dochodzi swoiste rozdwojenie jaźni: na stałe mieszkają gdzieś
w Polsce. Natomiast „w mieście” wynajmują mieszkanko i nie meldują się. Będąc w mieście, krytykują to miasto i ich mieszkańców: to ich obrona przed
nieznanym. Jakże ciężko poruszać się po mieście, wśród samochodów z silnikiem spalinowym.
Dlatego wiele dużych miast utraciło swój klimat.
W takiej Warszawie, nawet Starówka jest taka jakaś … obca. W urzędach warszawskich, jak sama nazwa wskazuje, pracuje wiele osób z innych miast. Ci ludzie Warszawy nie znają i nie czuja. Jeden powołany na stołek, ciągnie za sobą
„przyjaciół”. Bo miło poczuć się w obcym mieście, jak u siebie w domu.
Dlatego rodowici stają obcy w miejscu urodzenia i opuszczają swoje domostwa.
No bo ile można przypominać, że jak się wejdzie do cudzego domu to wypada zachowywać się grzecznie i nie pyskować na gospodarzy. A szkalowanie miasta które karmi i ubiera top jakoś tak nie licuje z powagą. Nawet przyjezdnego. Ile można bronić domu przed
przed dzikimi hordami przyjezdnych tatarów
W konsekwencji, w takiej Warszawie, większość przyjezdnych nie poczuje już, jak smakuje - wódka na Ząbkowskiej, pyzy na Różycu, czy nocleg na Kolskiej.
Czas umierać.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Nagonka
2010-10-14
|
Z bólem przeczytałem wyciąg z badania CBOS, z którego wynika, że zmanipulowanych przez media 58 proc. Polaków jest przeciwnych powstaniu w Warszawie pomnika Lecha Kaczyńskiego.
Gorycz moją osłodził wprawdzie fakt, ze „za” opowiada się 34 proc. badanych.
Osłodził jednak na chwilę tylko.
Bo od razu zdałem sobie sprawę, że nikt nie liczy się z tym, co czuje te 34 procent obywateli. Po prostu ziściła się przepowiednia Tocquevilla: demokracja zamieniła się w tyranię motłochu, który tłamsi wartościowe jednostki społeczeństwa. Tłamsi wyznawców Prawowitego Prezydenta.
Ci z „większości” uważają, że Prezydenta wystarczająco uhonorowano pochówkiem na Wawelu. Ale czy można kogoś uhonorować… pochówkiem? To wytwór chyba niezrównoważonych i niedojrzałych umysłów.
W nurt kampanii przeciw Prezydentowi wpisują się mieszkańcy Jego domu w Sopocie., którzy skarżą się na bałagan.
Co to jest ten bałagan?
Jako bałagan określa się ludzi, którzy po tragicznej śmierci Lecha i Marii Kaczyńskich, pół roku temu , wciąż pamiętają o prezydenckiej parze. I składają pod ich domem, w zorganizowanych wycieczkach, znicze, kwiaty. Modlą się i śpiewają, całą dobę, siedem dni w tygodniu – tak pieśni religijne, jak patriotyczne. Czasem uczczą pamięć Prezydenta symbolicznym toastem, żeby się rozgrzać.
Ja dziś już nie wstydzę się. Dorosłem bardzo szybko i dojrzałem. Nie wstydzę się, że należałem do tych, którzy mieli łzy w oczach i uśmiech na ustach, kiedy Lech Kaczyński meldował bratu wykonanie zadania.
Wiedziałem, jak bardzo politycznie nieopłacalny był to gest. Bo zbyt przejrzysty, łatwy do ośmieszenia. Bo dawał spontaniczny obraz polityka. A prawdziwy polityk strzeże swojej intymności i moralności, jeśli – w ogóle – ją posiada. Od tamtej chwili wiem, że jest coś ważniejszego niż marketing, wizerunek, czy PR.
Ten mój uśmiech, o którym wspominałem, trwa w niezmienialnym grymasie – do tej pory.
Przetrwał spory kompetencyjne z Tuskiem, Czerwoną Małpę, brawurowe podejście do lądowania w Gruzji i jeszcze bardziej brawurowe w Smoleńsku, Wawel, Zimnego Lecha. Uśmiech ten – i łzy – dzielnie podtrzymuje, od czasu kampanii reelekcyjnej na Urząd, Jarek, brat Prezydenta.
I jestem teraz przekonany, tak silnie, jak nigdy przedtem, że Pomnik powinien stanąć na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.
Dla obu.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Misja
2010-10-07
|
Miał już dwadzieścia pięć lat. To dużo w małym miasteczku. Jego koledzy mieli już poukładane życie: rodziny, stałe zatrudnienie, psy, samochody i kochanki.
On nie.
Nie żeby nie chciał. Chciał. Ale nie to było dla niego najważniejsze. No bo cóż warte są dobra materialne, jak dom, samochód, pies, czy stała praca – jeśli nie zostanie zrealizowany cel życia człowieka. Jego cel.
Uważał, ze życie jest za krótkie, by skupiać się na rzeczach przyziemnych. Bo byłoby to marnotrawstwo Daru Bożego.
Chciał być jak Matka Teresa z Kalkuty: dziecko boże, które swoją altruistyczna postawą stała się uosobieniem szlachetności, filantropii i bezinteresowności.
I on tez chciał stać się takim dzieckiem bożym. Właśnie poprzez dbanie o swój rozwój duchowy, realizację misji i zaspokajanie potrzeb wyższego rzędu.
Wiedział, bo wpojono mu to w szkole i w domu – że pieniądze szczęścia nie dają. Może ułatwiają życie i je umilają, lecz nie mogą dać tego, co najważniejsze: pamięci i sławy wśród współczesnych. No i u potomnych – co zwłaszcza w jego misji nie było bez znaczenia.
Do czego dążył?
Jego cele były tak proste, jak prosta była jego wiara.
On chciał być, po prostu……ojcem.
Nie raz i nie dwa.
Wiele razy.
I nie z jedną kobieta. Z wieloma.
Bo chciał rozpowszechniać dzieło Boga, jego Obraz i jego Podobieństwo – na całym świecie. Być wysłannikiem stwórcy. I jego członkiem tworzącym.
Nie było mu łatwo.
W konflikcie „być albo mieć” większość kobiet w jego wieku, wybrało „mieć”. Nie dawały mu szansy. Przeszkodą były te przyziemne sprawy: brak stałej pracy, domu, psa.
Może to i dobrze, ponieważ materiał genetyczny dziewczyny po dwudziestym pierwszym roku życia nie gwarantuje już zdrowego potomstwa.
Materiał genetyczny młodszych natomiast – wręcz odwrotnie. A i owszem, z przyjemnością.
Młodsze mówiły – „tak”. One, nieskażone jeszcze piętnem wyrachowania i cywilizacji, pragnęły dzieci. Zgodnie z naturalnym instynktem.
Zwłaszcza z takim mężczyzną, jak On: prawie dziesięć lat starszym, doświadczonym życiowo, przystojnym. Nietuzinkowym. Outsiderem.
Trochę niby bały się reakcji znajomych, rodziny. No i reakcji w szkole. Wiedziały, ze są jeszcze młode i mają na to czas, ale…. chciały.
No to miały. Co parę miesięcy – nowa. Nowego dzidziusia. Pełne podziwu dla jego mocy twórczych.
A on chodził, po ulicach miasteczka, jak…. Sułtan
Mógł być dumny: może nie miał domu i samochodu, ani nawet psa – jak jego koledzy.
Ale za to tylu dzieci nie miał żaden z nich.
Stał się legendą
I nakręcili o nim film.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Przyjaciel
2010-10-01
|
Przyjaciel to człowiek, który jest na dobre i złe. Jest się szczerym wobec niego i dzieli się z nim wszystkim co się przeżywa.
Ania zwykła mawiać: "Kto przestaje być przyjacielem, nigdy nim nie był." Bo prawdziwy przyjaciel jest niezawodny i jest zawsze przyjacielem. Ania wie, że jeżeli przyjaciel zepsuje się, to trzeba szukać nowego przyjaciela. Nikt nie jest niezastąpiony.
Ania jest osobą otwartą. Stwierdzenie, że pomiędzy mężczyzną i kobietą nie ma miejsca na prawdziwą przyjaźń uważa za wytwór chorych umysłów seksistów. Przyjaźń przecież nie zależy od płci, ale od „pokrewieństwa dusz”. Może być przecież tak, ze dwoje ludzi doskonale się rozumie. Wtedy płeć nie ma znaczenia.
Ania jest bezlitosna i sprawiedliwa. Swoich wrogów niszczy bez skrupułów. Świat i otaczających ją ludzi postrzega w kategoriach wróg albo przyjaciel. Zwykle wróg.
Zresztą Ani modli się często, by Bóg chroni ją przed przyjaciółmi. Bo: „od wrogów obronię się sama”. Bo o kim można powiedzieć przyjaciel?
To przecież jasne, w ocenie Ani: tylko o kimś, kto nas całkowicie rozumie i akceptuje można mówić, że przyjaciel.
Dlatego Ania często poddaje otaczających ją ludzi próbom. Żeby mieć pewność, ze nie myli się.
Kiedy wraca do domu rozpoczyna „próbowanie” obecnego przyjaciela z uśmiechem:
„Dlaczego tu tak bródno? Znowu dziś nic nie zrobiłeś? Czy myślisz, ze tyle ile zarabiasz wystarczy na utrzymanie domu? Popatrz na siebie, jak Ty wyglądasz! Jesoo! Wstyd mi za Ciebie. Brzydzę się Tobą. Mogę uprawiać z Tobą seks tylko wtedy, kiedy jestem pijana. Nie mogę znieść myśli, ze mogłabym być z Tobą w ciąży. I że dziecko mogłoby być podobne do Ciebie. Czy Ty jesteś chory? Dlaczego tak drżą Ci ręce, kiedy mówię do Ciebie? Myślisz, że wszystko Ci wolno w tym domu? Wiesz, myliłam się: nie odejdę od Ciebie. To byłoby niehumanitarne. Będą z Tobą z litości. Nie wiem, czy Ci mówiłam kochanie, ale jesteś najlepszym kochankiem, jakiego miałam. No, może za wyjątkiem Twojego najlepszego przyjaciela i Twojego ojca. Ty wiesz z kim się przyjaźnić… No i niedaleko pada jabłko od jabłoni”
Zdesperowana wraca zwykle do swojego starego przyjaciela.
Wyniku jej ciągłych poszukiwań i prób. Dzięki temu spotkała kogoś, z kim jest szczęśliwa i który ją rozumie. I akceptuje.
Bo nigdy jej nie opuścił w potrzebie
Może - zawsze - powierzyć mu wszystkie moje smutki. Podpowiada jej rozwiązania. Poprawia humor. Po prostu pomaga.
Przysięgła mu, ze pozostanie mu – za to wszystko, co dla niej robi - wierna już do śmierci.
Alkohol to jej jedyny .
Ten najwierniejszy przyjaciel......
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Żółta febra
2010-09-23
|
Takashi Miike czuł się znowu dziś rano fatalnie. Na dodatek moskitiera w oknach nie chroniła: pod sufitem kłębiło się i bzyczało stado, „trzysztukowe”, wygłodniałych komarów. Zdawały się czyhać tylko na chwilę nieuwagi Takashiego.
Czuł się tak podle, że rzygał jak kot po tuńczyku nie zakupionym w markowej sieci delikatesów.
Takashi cierpiał także z powodu obezwładniającego bólu głowy i bólu pleców.
Tak było już od trzech dni, odkąd zapoznał się z tym chirurgiem z trzeciego piętra i z jego kumplem epidemiologiem
Poczuł ucisk w dole brzucha, więc pobiegł do kibla. Byle zdążyć.
To, co z niego wyszło, paszczą i druga paszczą, było ciemne i śmierdzące.
Ale poczuł się trochę lepiej.
Na tyle lepiej, że wziął w rękę lusterko i spojrzał w nie. Miał czerwoną twarz, a lusterko w ręce niepokojąco drżało.
Rozpoznał kolejny objaw: zwiotczenie mięśni. Serce też zaczęło wpadać w arytmię.
Takashi bardzo zaniepokoił się. Nie było już sensu łudzić się dłużej, więc teraz już nawet zdenerwował się bardziej niż zwykle w takich sytuacjach.
Popatrzył na swoją skórę i pomyślał: „cos w tym może być”
Zdenerwował się jeszcze bardziej, kiedy przypomniał sobie, ze ma w teczce wyniki badań sprzed dwóch lat, co je odebrał wczoraj z lecznicy.
Ręka Takashiego z kartka papieru, kiedy zapozna się z drukiem, zaczęła drżeć jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy dzierżył w niej lusterko. Na kartce było napisane:
„Tłuszczowe zwyrodnienie wątroby, nerek oraz serca. Podejrzenie postępującej marskości wątroby.”
Miał dowód, teraz już na nic nie musiał czekać. Nawet nie mógł.
Podniósł słuchawkę od telefonu i wykręcił numer.
„-Halo? Tak, to ja, Panie Dyrektorze. Nie będę dziś w biurze. I jutro też nie. Czemu? To poważna sprawa… Bardzo poważna. Jestem ciężko chory. Lekarze mają uzasadnione podejrzenia. Badania. Zespół badań koniecznych. Na co? Żółta febra. Niestety. Tak, rozumiem. Dam znać. Będę uważał na siebie. Naprawdę. Dziękuję”.
Trzymał słuchawkę w dłoni jeszcze przez czas jakiś po skończonej rozmowie. Do odczuć związanych z cierpieniem fizycznym dołączyło się cierpienie psychiczne.
„- Zadziwiające – myślał Takashi – jak szybko stawiają na człowieku krzyżyk”
Bolała go ta nieczułość ludzka i lekceważenie społeczeństwa.
„-Nic to – pomyślał – Będę twardy. Nie poddam się łatwo”.
Drżącymi rękoma zaczął wybierać z barku butelki na wieczorne spotkanie z chirurgiem i epidemiologiem.
Tego wieczora on będzie stawiać.
W końcu jutro nie musi iść do pracy.
Bo ma żółtą febrę.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Wyrzeczenia
2010-09-21
|
Wiesiek- Wędkarz, rencista, był zadowolony z osób rządzących jego Ojczyzną. Widział, że bardzo im zależy na dobrobycie Obywateli. Z trudem skrywaną dumą przysłuchiwał się publicznym debatom polityków i ich deklaracjom – zawsze realizowanym.
Mr Prezydent ogłosił:
„- Przeżywamy ciężki okres. Ożywienie gospodarcze słabnie. Notujemy spadek dochodów”
Mr. Doradca i Rzecznik Prasowy w jednym, który w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej świadczył dla Mr Prezydenta usługi z zakresu PR, dodali:
„- Jest to spowodowane załamaniem koniunktury na rynkach światowych. Spadkiem popytu. Załamaniem branży strategicznych i zmniejszeniem skali importu. Dlatego odnotowujemy spadek wpływów do budżetu i osłabienie wzrostu PKB. Przekłada się to na zdolność Państwa do finansowania ochrony zdrowia, szkolnictwa – podstawowego i wyższego, wydatków związanych z rehabilitacją osób niepełnosprawnych, pomocy społecznej, bezpieczeństwa i porządku, refundacji leków, rent i emerytur. Konieczna jest daleko posunięta oszczędność w planowaniu wydatków. I cięcia oraz ograniczenia w już zaplanowanych”
Mr. President zadeklarował:
„ - Ja, ze swojej strony, rezygnuję z 20 % wynagrodzenia. To jest wysokość, którą przeznaczam na wydatki związane z codziennym utrzymaniem. Nadto, rezygnuję z wakacji. Nie będę też używał prywatnego samochodu, ponieważ wiążą się z tym dodatkowe wydatki. Ani z prywatnego fryzjera i kosmetyczki. Nie będę też chodził – prywatnie – do fitness. Deklaruję też, w imieniu mojego Doradcy i Rzecznika w jednym, że on uczyni to samo”.
Mr. Doradca i Rzecznik Prasowy powiedział:
„-Potwierdzam. Bo nie wartości materialne są ważne. Tylko poczucie zadowolenia z życia we współnym Panstwie”
I tak, w ramach oszczędności, koszty wakacji pokryła Kancelaria Prezydenta. Podobnie jak koszty wyżywienia, zakwaterowania, fryzjera i fitness, jako związane były z działalnością Prezydenta.
Także Doradca Prezydenta i Rzecznik Prasowy w jednym zrezygnował z prywatnych wydatków: wszystkie zaliczył do kosztów uzyskania przychodów związanych z prowadzoną przez niego jednoosobową działalnością gospodarczą.
Natomiast Agencja xPAPx natomiast doniosła: „Wskutek daleko posuniętych oszczędności w wydatkach związanych z funkcjonowaniem Państwa, przemyślanych reform gospodarczych oraz zadeklarowanych przez Mr Prezydenta cięć w wydatkach, w szczególności wskutek osobistych wyrzeczeń Mr Prezydenta, osiągnęliśmy lepszy – niż planowany – wynik budżetowy”.
Wiesiek- Wędkarz, rencista, był zadowolony z osób rządzących jego Ojczyzną. Widział, że bardzo im zależy na dobrobycie Obywateli.
Niestety! Nie przysłuchiwał się z trudem skrywaną dumą publicznym debatom polityków i ich deklaracjom – zawsze realizowanym. Bo wyczerpały mu się baterie w aparacie słuchowym. I po prostu nic nie słyszał.
To nie miało znaczenia, ponieważ przedtem – dwa tygodnie – skończyła mu się insulina i niewiele do niego już docierało.
Wiesiek-rencista nie winił jednak za ten stan rzeczy polityków. Jak tu ich winić, że nie ma insuliny, skoro i tak nie maiłby kto mu zrobić zastrzyku: nie zapłacił rachunku za świadczone usługi medyczne. A do skorzystania z opieki społecznej nie kwalifikował się, gdyż pobierał stałe miesięczne świadczenie w wysokości 650,- zł.
Zresztą, gdyby nawet ktoś mu ten zastrzyk w końcu zrobił, ktoś wymienił baterie w aparacie słuchowym, to i tak Wiesiek nic by nie usłyszał. Odcięli mu bowiem prąd już miesiąc wcześniej.
Bo nie płacił wszystkich rachunków: musiał wybierać, które zapłacić.
Ale Wiesiek-Wędkarz, choć był moment, że troszkę się irytował, teraz był już zadowolony. Znalazł spokój.
Wieczny. Z braku insuliny.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Franciszek Kolekcjoner
2010-09-13
|
Cześć, jestem Franciszek. Franciszek Kolekcjoner. Pracuję w szpitalu. Jako chirurg. I wykonuję operacje. Chirurgiczne. Spotykam się z różnymi przypadkami: poważnymi, bardzo poważnymi, zagrażającymi życiu i zagrażającymi społeczeństwu.
Czym te wypadki są spowodowane? Najczęściej winę ponosi Pan Przypadek.
Intuicja i mentalność dziecka
Dziś, pojęcie intuicji, spontaniczności i asertywności stało się modne. Nowoczesny człowiek wie, jak ważna jest spontaniczność i jak tragiczne skutki pociąga za sobą tłumienie uczuć. Bez spontaniczności, bez "mentalności dziecka" niemożliwe jest poznanie. Nauka. Kształcenie. Doskonalenie się. Podwyższanie kwalifikacji zawodowych. Zdawanie egzaminów korporacyjnych. Bo niemożliwe jest doświadczenie. Ani logika, ani kontemplacja, inne metody zgłębiania rzeczywistości, nie zastąpią poznania poprzez doświadczenie, czego nawet politycy zdają się nie dostrzegać.
Jednak tak, jak spontaniczne dziecko może stać się utrapieniem dla rodziców, “spontaniczny” członek społeczeństwa może wywoływać coraz większą konsternację u współobywateli.
Zwłaszcza, gdy codziennie człowiek, także spontaniczny, musi się zmagać ze złośliwością rzeczy martwych. Złośliwość rzeczy martwych to rzecz powszechnie znana ludziom, a pomijana w towarzyskich rozmowach: przy kawie, herbacie, czy na wieczorkach poetyckich. Tymczasem, gdyby znajomość tematu rozpowszechnić w społeczeństwie - społeczeństwo mogłoby bronić się przed tymi smutnymi a krępującymi wypadkami.
Należy tu jednak zaakcentować, że wypadkom wskazanego rodzaju ulegają zarówno dzieci, jak i dorośli. Bo i dorośli przez lata, po osiągnięciu dojrzałości zachowują ciekawość dziecka. Tą ciekawość, która umożliwia im otwieranie drzwi zamkniętych dla innych.
I tak, dzieci są uwalniane od karalucha siedzącego w uchu, od spinek do włosów z przełyku, gwoździa w nosie, łyżki z żołądka, złotego zegarka, ołowianego żołnierzyka, termometrów i figurek kalibru świętego Antoniego. Spotykam się w swojej praktyce Franciszka Kolekcjonera z przypadkami wkładania przez dzieci do uszu bazi. Zdarza się też, że dostają się tam owady. Oj! Owad w uchu jest bardzo dokuczliwy, bo dotyka do błony bębenkowej, na której, uwięziony w woskowinie, przebiera nogami niczym po błonie perkusji. Aby pozbyć się intruza trzeba go utopić poprzez płukanie ucha.
Dzieci zresztą przodują we wpychaniu sobie – przed wszystkim - w nos czy uszy najróżniejszych przedmiotów.
Niebezpieczne są przypadki, gdy coś utkwi dziecku w krtani i oskrzelach. W oskrzelach, po sekcji, można znaleźć części zabawek, guziki, pinezki, a nawet... nasadki od mazaków. Szczęśliwie z wiekiem, upodobania dzieci do wpychania przedmiotów w otwory ciała, zmieniają się. Na inne…
Pamiętam, opowiadana w kuluarach szpitalnych, historię Patryka, któremu siostra wbiła w czoło nożyczki krawieckie. Ostrze utkwiło w kości czaszkowe. Siostra jednak nie miała na tyle siły, by przebić się do jamy czaszki czołowej i uszkodzić mózg.
Pamiętam historię, kiedy podobnie, jak Patryk z nożycami, z nożem w głowie trafił na ostry dyżur inny młody człowiek. Operacja wprawdzie uratowała mu życie, ale konsekwencją była utrata możliwości widzenia. Rutynowe są przypadki pacjentów z widłami w czole, czy z gwoździem w sercu.
W szpitalu w Wejherowie, dobrze znany jest Jaś. Jaś Od Sprężyn alias Sprężynowy Jasiu. Z Jasiem są problemy klasyfikacyjne: czy dorosły, czy dziecko. W każdym razie Jaś konsumuje sprężyny od łóżek. Do tej pory zjadł on 33 sprężyny, co skończyło się zapaleniem otrzewnej. Jaś skarżył się, że dręczy go ból istnienia. Na ból istnienia, jaskółczy niepokój, sprężyna – zdaniem Jasia - ponoć niezawodna.
Druga strona medalu
Po drugiej stronie medalu są dorośli. Z mentalnością dziecka często. „A nawet zawsze.” Co robią dorośli? Dorośli robią wszystko to, co dzieci. I ciut więcej. Bo sąd dorośli i im wolno.
Zadziwiające przedmioty odkrywałem osobiście w pęcherzu moczowym lub odbytnicy. Czy zdajecie sobie sprawę, Szanowni Czytelnicy, że wkład od długopisu wkładany do cewki moczowej może wpaść do pęcherza? Niewiarygodne!
Z odbytnicy usuwałem termometry pęknięte w wyniku nieudanych pomiarów temperatury. W praktyce poznałem też chłopca, który w niewiadomym celu, włożył sobie w odbyt patyk. Rozgałęziony, niestety, co implikowało, być może, jego późniejsze problemy z rozdwojeniem jaźni: z jednej strony chciał pomocy lekarza, z drugiej – nie chciał.
Patrząc na zagadnienie patyka, nawet rozwidlonego, patyk nie wydaje się tak groźny, jak inne przedmioty znajdowane „po tej stronie medalu”.
Niedawno dokonałem swoistej „ekstrakcji”: wydobyłem, nie bez trudu, pewnemu panu – słoik po ketchupie. Z odbytu, który wydawał się naturalnym schronieniem dla tegoż pojemnika. Niestety słoik był pusty! Dlatego Pan był w dużym niebezpieczeństwie, ponieważ słoik pusty może łatwo stłuc się.
Inny Pan - w tym samym miejscu – pieczołowicie „zachomikował” butelkę z szamponem. Do włosów.
Niedawno, jednemu z moich ulubionych pacjentów, a prywatnie, przyjacielowi, jakiś niegodziwiec pozostawił, podczas praktyk homoseksualnych… nóż rzeźnicki. Skutkiem było kałowe zapalenia otrzewnej. Nóż odzyskałem, tnie, jak dawniej.
Pamiętam też pana, który pojawiał się u nas trzykrotnie z choinką w odbycie. Dodam, że nie zawsze w okresie świątecznym. Pierwszy raz tłumaczył, że przypadkowo usiadł na pień. Pozostałych wypadków nie tłumaczył. Tylko choinek trochę żal…
Nie tylko panowie są, szczęśliwie, moimi pacjentami.
Niedawno zgłosiła się na ostry dyżur pewna urocza dziewoja. Z szyszką w pochwie. Ta operacja był szczególnie operacja, ponieważ szyszka pod wpływem wilgoci spęczniała. Nie udało nam się uzyskać wytłumaczenia dla sposobu dostania się tego ciała obcego w to miejsce. Często wydobywam nadgnite parówki, czy resztki bananów – zagubione w trakcie praktyk masturbacyjnych. Zgromadziłem też pokaźna kolekcje markowych pisaków i skuwek. .Mam pióro „Mont Blanc”: nie pamiętam tylko, czy wydobyłem, czy dostałem, jako wyraz wdzięczności.
Operowałem także pewną panią, której mąż, wzmocnił sobie penisa kredką. Kredka była świecowa i połamała się w trakcie stosunku. Po zabiegu udało się zaspokoić ciekawość zespołu: kredka była niebieska.
I inni
Zawsze są jacyś „inni”. Ci „inni”, o których nie mówi się. Pomija. „Inni” – specjaliści od innych sytuacji. Ale oni też mają wkład w budowanie historii. Także historii przypadków medycznych. I dlatego nie wolno ich pomijać.
„Inni” mężczyźni nakładają sobie na członka różnego rodzaju przedmioty. Po co? Wszystko dla kobiet. Bo polski mężczyzna potrafi kochać. I poprawia sobie męskość. Niekiedy znacząco: jeden z nich nałożył sobie na członka łożysko. Kulkowe. Doszło do obrzęku. Trafił na salę operacyjną. Jednak naprawdę mógł pomóc dopiero fachowiec z Fabryki Urządzeń i Uchwytów. Wszystko na nic, trzeba było ciąć. Łożyska kulkowego nie udało się uratować!
W białostockich szpitalach lekarze miewali też pacjentów, którzy trudnili się przemytem precjozów ze Wschodu. Złote pierścionki czy obrączki ukrywano w odbytach i pochwach, a także połykano. Do legendy celników przeszła dziewoja, wielokrotna turystka, której „kupa była na wagę złota”. Gdy jednak po bezpiecznym przekroczeniu granicy biżuterii nie udawało się odzyskać, przemytnicy trafiali – skruszeni - na stół operacyjny. Czasem jednak nie mogli doliczyć się po zabiegu prezozjów…
Co jeszcze zmieści się do odbytu? To: - 2 szklanki; - butelka z przymocowaną do niej linką; - banan z nałożoną prezerwatywą; - żarówka; - widelec; - dezodorant ''Impulse Body Spray'' ; - pasternak; - 2 jabłka; - rączka od bata; - tępy nóż; - osełka do noży; - kufel piwa; - latarka; - numer pisma ''The Church Times''; - drut sprężynowy; - puszka pudru dla dzieci; - petarda (przypadek z 1955 roku - mężczyzna, któremu wybuch zrobił dziurę w ściance odbytu tłumaczył się potem, że umieścił w tyłku petardę ponieważ czuł się przygnębiony); - róg bydlęcy - ktoś pozazdrościł matadorom; - zamrożony ogon świni; - telefon komórkowy ( dostał się w wyniku poślizgu posiadacza na śliskiej nawierzchni, podobno telefon trzy razy dzwonił w trakcie gdy lekarze próbowali go usunąć); - cementowa bryła (dostał się on do odbytu podczas aktu miłosnego. Igraszki polegały na wlaniu cementu do tyłka przez lejek).
Dlaczego Franciszek Kolekcjoner? Franciszek, bo tak mam na imię. Kolekcjoner, bo chcę być młody. A osoba młoda to ta, co czuje głód doświadczeń. Potrzebę eksperymentowania. No to eksperymentuję i powtarzam. Nic, co podejrzałem, nie poszło na marne. Mam w domu piłkę do cięcia twardych przedmiotów. I spiralę drucianą. Kolekcję butelek.
I wazelinę.
Dzięki temu szybko awansuję w hierarchii społecznej.
Z uwzględnieniem informacji z:''Ciała obce w odbycie: Relacje z przypadków i przegląd literatury światowej” written by David Busch i James Starling
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Aluzja
2010-09-13
|
"Daj mi proszę siłę, by pomagać innym. Siłę, by ratować ludzkie życie. By pomagać innym" - powtarzał te słowa co wieczór przed zaśnięciem. Trząsł się przy tym: czy to z zimna, z bojaźni bożej. Sam nie wiedział.
Powtarzał, co wieczór, odkąd On mu odpowiedział. Wyraźnie:
"-Dostaniesz siłę. Nadejdzie czas próby. Kiedy oddzieli się ziarno od plew, a owce od tryków"
No to czekał. I powtarzał modlitwę co wieczór.
Oprócz tego skończył uczelnię medyczną w Moskwie. Zdobył drugi stopień specjalizacji u cyrulika koszarowego. Czynnie pracował w lazarecie wojskowym.
A w 1888 r. pojechał do Gori, pomagać - bezinteresownie - biedocie. Ratowac ludzkie istnienia tam, gdzie najwięcej ich mógł uratować. Bo najwiecej umierało: z głodu, brudu, niewiedzy. Wystarczyło rzucić z dwa bochenki chleba, by uratowac rodzinę.
W Gori znowu poczuł na sobie Jego spojrzenie: czas próby nadszedł!
Spojrzenie było piekące, karzące takie jakieś. Jakby piętno Kaina, czy alergia po spozyciu jabłka, na którą niekiedy zapadał.
I poczuł w sobie taką Siuę. I moc. W uszach usłyszał nieznajoma mu melodię: "Teraz! Teraz! Teraz!".
I zobaczył chłopca. Chłopiec szedł brzegiem gliniastej drogi. Potem wyszedł na środek drogi: omijał kałużę, żeby nie pobrudzić butów.
Wyszedł jednak prosto pod koła rozpędzonego powozu. Bez szans na zahamowanie. Bez szans na zatrzymanie koni, wstrzymanie rozpędzonego kombajnu do miażdzenia kości.
O codziennie odmawianej modlitwie pamiętał także w tym momencie. Jak pamiętał o słowach Boga, którymi przemówił do niego. I o niedawnym Znaku.
Wyciągnał zatem rękę schwycił chłopca za kark i przyciągnał do siebie, sapiąc z ogromnego - dla siebie - wysiłku. Rozpędzony powóz, kierowany przez szalonego chyba czarnego woźnicę, a ciagniony przez zrodzone z diabelskiego nasienia konie, minął ich zaledwie o włos.
Cyrulik, płacząc ze wzruszenia klęknął na drodze i powiedział: "To dla Ciebie, Panie"
A może nie klęknął, tylko napięcie nerwowe ustapiło i nie mógł ustać na rozdygotanych nogach?
Potem zapytał się chłopca, modelując głos, łagodnym tonem arcybiskupa Paetza:
"-Czemu synu nie uważaleś? Mogłeś zginąć!". I pogładził chłopca czule po włosach, jakby chciał zdjąć z niego bierzmoi strachu.
"- Kałużę chciałem przeskoczyć. Butów nie mogłem mieć brudnych: do szkół idę"
"- Jak się nazywasz?"
"-Syn szewca jestem. Ioseb. Ioseb Besarionis Dze Dżugaszwili"
Kiedy cyrulik wrócił do domu, wieczorem, chciał pomodlić się, porozmawiać z Bogiem. Jak codzień. Udało mu się nawiazać kontakt: kiedy wygłosił swoją wieczorną mantrę:
" - Daj mi proszę siłę, by jeszcze pomagać innym. Siłę, by ratować ludzkie życie. By bardziej pomagać innym"
Bóg mu odpowiedział:
"Spieprzyłeś sprawę. Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tylu istnień jednej tylko osobie. Utraty istnień. Naprawde spieprzyłeś."
I zapiekł się w urazie boskiej na resztę życia cyrulika. I nidy więcej już nic do cyrulika nie powiedział.
Cyrulik natomiast poczuł, jeszcze tego samego wieczora, że plecy zaczyna mu porastac dobrej jakości wełna.
"-Szetland" - mruknął z ukontentowaniem....
Już nigdy nie trząsł się przy wieczornej modlitwie.
Byo mu tak dobrze, jak nigdy przedtem
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Leser
2010-09-03
|
Wczoraj wieczorem wyszedłem na spacer. Z kolegą.
Kolega mieszka koło komisariatu, więc zaraz po wyjściu natknęliśmy się na policjantów.
Czterech stojący w grupie. Piąty był odwrócony do nich plecami a twarzą do drzewa i trzymał coś ciężkiego w ręce.
- Co panowie robią? - zagadnął kolega
- Leję - odparł ten stojący przodem do drzewa.
- A my sobie pijemy winko – uprzejmie odparł jeden ze stojących w grupie
Jakiś czas obserwowaliśmy lejącego policjanta, by zidentyfikować, co takiego ciężkiego trzyma w dłoni.
- Niezła metoda - zagaiłem – Dzięki temu możecie panowie lepiej wczuć się w roli popełniających przestępstwa I lepiej przeciwdziałać.
Lejący przełożył mokre narzędzie do suchego rozporka i zabezpieczył suwakiem. Wytarł higienicznie ręce o spodnie i wyciągnął rękę w kierunku butelki.
- Wreszcie mieszkańcy przestaną narzekać, ze niebezpiecznie- rzekł – Tam, gdzie policja nie pojawi się żaden nieproszony menel
- Możliwe - powiedział kolega. - Chociaż niektórzy utrzymują, że na bandytę najlepsza pała, gaz i krata
Policjant prawie zakrztusi się winem. Zakaszlał ze zgorszeniem i przestał pić. Spojrzał spode łba macając przy pasku.
- Nie podoba się? – zapytał rzeczowo
Zaprzeczyliśmy i cofnęliśmy się dla bezpieczeństwa parę kroków. Ale funkcjonariusz już nie dawał wiary zapewnieniom werbalnym i mowie ciała..
- Wiecznie coś się nie podoba - ciągnął. - Jak pałowaliśmy, było źle, bo bolało. Jak gazem, też źle, bo gaz kosztuje. Teraz pijemy z miejscowymi – albo na miejscu miejscowych – i też źle! No ludziom to, qwa, nie można dogodzić – dokończył z charyzmą
Wyraziliśmy mu współczucie, pełne poparcie i gotowość partycypowania w kosztach następnej butelki.
- Ludziom ciężko dogodzić - dodał kumpel – Kobietom i po pijaku zwłaszcza
- Tym razem dogodzimy wszystkim - oświadczył policjant, odwrócił się do nas plecami i cisnął butelka w najbliższe okno. Kolega natychmiast podał mu druga – pełną. I wyjaśnił:
- Obrobiliśmy dziś monopol, a jako, że wysłali nas na zabezpieczanie śladów, to zabezpieczyliśmy linie papilarne miejscowych kibiców – uśmiechnął się z satysfakcją
Policjanci mieli rację.
Pierwszemu dogodzili mieszkańcowi pierwszego piętra, któremu wybili szyby,. Potem – posiadaczowi srebrnego Audi, na którego samochodzie zrobili ognisko i śpiewali piosenki. Pod koniec patrolu dogodzili sami sobie: bo pobili się o ostatnią butelkę.
Mieszkańcy osiedla przestali narzekać. Oprócz komendanta komisariatu, któremu ktoś spalił nowiutkie Audi. Nie ubezpieczone jeszcze..
Komendant chodził po osiedlu i mówił, ze zaj….. s….synów.
Razem z kolegą nie rozumiemy go.. W końcu sam powinien pilnować lepiej porządku. Mógł wczuwać się w role bandytów z podwładnymi. A nie zwalać na innych.
Policjanci natomiast udali się na chorobowe. Bo podczas pełnienia obowiązków służbowych ktoś ich zaatakował.
Jak zgodnie zeznawali: wysoki, chudy blondyn o krępej budowie ciała i ciemnych włosach, w marynarce i z wytatuowaną kotwicą na ramieniu.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Szczęście
2010-08-30
|
Szczęście to pewien stan. Ducha zwykle. Wprawdzie istnieją ludzie, dla których szczęście to stan ciała, ale zwykle nie mogą się oni podzielić z innymi doświadczeniami: tak ze względu na aktywość mózgu, jak pracę respiratora.
Według znawców tematu, szczęście to: „ta chwila co trwa... . Szczęście to piórko na dłoni, Co zjawia się, gdy samo chce I gdy się za nim nie goni”.
Niektórzy twierdzą, że wszystkie działania człowieka są podejmowane w celu osiągnięcia szczęścia. Na przykład, do elementów niezbędnych do zapewnienia szczęścia, zalicza się zapewnienie ładu społecznego i spokoju. W tym celu stosowało się nawet najwyższe stopnie represji, także tortury.
Torturowanie zresztą to cały ceremoniał, na fundamencie którego opiera się nowoczesny świat. To swoista spuścizna przodków. Kiedyś tortury rozpoczynane były przez „grę wstępną”: obligatoryjnie działania poprzedzające właściwe tortury: zamknięcie w celi, unieruchomienie w nienaturalnej pozycji, zimno, brak snu, ostre światło, obecność insektów czy szczurów w celi. Często ofiarę głodzono lub pozbawiano wody do picia. Przewidywano niekiedy „taryfę tortur" (określona przez arcybp Kolonii; za R. A. H a s s l e r, Zabójcy Boga, Katowice 2002, s. 192.), tj. 49 rodzajów kar i odpowiednie za nie opłaty, które rodziny ofiar miały ponosić na rzecz kata i Kościoła. W cenie było, przykładowo, obcięcie języka i wlewanie płynnego żelaza do ust.. Kiedy ofiara została skazywana na śmierć — rodzina musiała wydać obfitą ucztę dla katów w „podzięce za dobrą robotę".
Przekazywane są informacje z zamierzchłej historii o: próbach wody, żelaza, trzewika, ognia, łoża sprawiedliwości, „hiszpańskie buty", „żelazna dziewica", przyrząd do miażdżenia kciuka. Cenione było wahadło Judasza, zgniatacz czaszki, widełki heretyków, szczypce do szarpania części ciała, takich jak nosy, palce rąk i nóg; gruszka (przyrząd do lewatywy, zaopatrzony w specjalną śrubę, która powodowała zwiększenie jego rozmiarów, i kolce. Do stosowania doustnego dopochwowego i – wedle życzeń - doodbytniczo); ruszt (do przypiekania ogniem na ażurowym, żelaznym łożu).
Z zestawienia informacji o torturach w czasach dawniejszych i tych bardziej współczesnych, wynika, ze nastąpił rozwój społeczny i zwiększenie świadomości obywatelskich wśród mieszkańców. Nie tylko zwiększeniu uległ asortyment świadczonych usług, ale też – większość z nich, wprawdzie w wersji niekiedy uproszczonej– świadczona była nieodpłatnie, nie wspominając o spontanicznym nieraz charakterze poczynań w tej materii. A wszystko dlatego, ze nieoceniona kultura masowa uczy nas nie tylko, jak zabijać. Ona uczy nas, jak zadawać ból w niezapomniany sposób.
Choć, prawdę mówiąc, już nasi ojcowie – nawet bez zdobyczy techniki – dawali sobie znakomicie radę, jeżeli chodzi o partycypację w życiu publicznym we wstydliwej – na pozór – sferze aktywności człowieka.
Jeżeli chodzi o tortury, to zwłaszcza w latach 1944 -47, na kresach wschodnich znane były:
1. Wbijanie dużego i grubego gwoździa do czaszki głowy; 2. Zdzieranie z głowy włosów ze skórą (skalpowanie); 3. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czaszkę głowy; 4. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czoło; 5. Wyrzynanie na czole „orła"; 6. Wbijanie bagnetu w skroń głowy; 7. Wyłupywanie jednego oka; 8. Wybieranie dwoje oczu; 9. Obcinanie nosa; 10. Obcinanie jednego ucha.; 12.Obrzynanie obydwu uszu; 13. Przebijanie zaostrzonym grubym drutem ucha na wylot drugiego ucha; 14. Obrzynanie warg; 15. Obcinanie języka; 16. Podrzynanie gardła; 17. Podrzynanie gardła i wyciąganie przez otwór języka na zewnątrz; 18. Podrzynanie gardła i wkładanie do otworu szmaty; 19. Wybijanie zębów; 20. Łamanie szczęki; 21. Rozrywanie ust od ucha do ucha; 22. Kneblowanie ust pakułami przy transporcie jeszcze żywych ofiar; 23. Podcinanie szyi nożem lub sierpem; 24. Zadawanie ciosu siekierą w szyję; 25. Pionowe rozrąbywanie siekierą głowy; 26. Skręcanie głowy do tyłu; 27. Robienie miazgi z głowy przez wkładanie głowy w ściski zaciskane śrubą; 28. Obcinanie głowy sierpem; 29. Obcinanie głowy kosą; 30. Odrąbywanie głowy siekierą; 31. Zadawanie ciosu siekierą w szyję; 32. Zadawanie ran kłutych w głowie.; 33. Cięcie i ściąganie wąskich pasów skóry z pleców; 34. -37. Zadawanie ciosu nożem lub bagnetem w serce lub okolice serca; 38. Zadawanie ran kłutych nożem lub bagnetem w pierś; 39. Obcinanie kobietom piersi sierpem; 40. Obcinanie kobietom piersi i posypywanie ran solą; 41. Obrzynanie sierpem genitalii ofiarom płci męskiej; 42. Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską; 43. Zadawanie ran kłutych brzucha nożem lub bagnetem; 44. Przebijanie brzucha ciężarnej kobiecie bagnetem; 45. Rozcinanie brzucha i wyciąganie jelit na zewnątrz u dorosłych; 46. Rozcinanie brzucha kobiecie w zaawansowanej ciąży i w miejsce wyjętego płodu, wkładanie np. żywego kota i zaszywanie brzucha; 47. Rozcinanie brzucha i wlewanie do wnętrza wrząteku-kipiącej wody; 48. Rozcinanie brzucha i wkładanie do jego wnętrza kamieni oraz wrzucanie do rzeki; 49. Rozcinanie kobietom ciężarnym brzucha i wrzucanie do wnętrza potłuczonego szkła; 50. Wyrywanie żył od pachwy, aż do stóp; 51. Wkładanie do pochwy - vagina rozżarzonego żelaza; 52. Wkładanie do vaginy szyszek sosny od strony wierzchołka; 53. Wkładanie do vaginy zaostrzonego kołka i przepychanie aż do gardła, na wylot; 54. Rozcinanie kobietom przodu tułowia ogrodniczym scyzorykiem, od vaginy, aż po szyję i pozostawienie wnętrzności na zewnątrz; 55. Wieszanie ofiar za wnętrzności; 56. Wkładanie do vaginy szklanej butelki i jej rozbicie; 57. Wkładanie do analu szklanej butelki i jej stłuczenie; 58. Rozcinanie brzucha i wsypywanie do wnętrza karmy dla zgłodniałych świń tzw. osypki, który to pokarm wyrywały razem z jelitami i innymi wnętrznościami; 59. Odrąbywanie siekierą jednej ręki; 60. Odrąbywanie siekierą obydwóch rąk; 61. Przebijanie dłoni nożem; 62. Obcinanie palców u ręki nożem; 63. Obcinanie dłoni; 64. Przypalanie wewnętrznej strony dłoni na gorącym blacie kuchni węglowej; 65. Odrąbywanie pięty; 66. Odrąbywanie stopy powyżej kości piętowej; 67. Łamanie kości rąk w kilku miejscach tępym narzędziem; 68. Łamanie kości nóg w kilku miejscach tępym narzędziem; 69. Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską, obłożonego z dwóch stron deskami; 70. Przecinanie tułowia na wpół specjalną piłą drewnianą; 71. Obcinanie piłą obie nogi; 72. Posypywanie związanych nóg rozżarzonym węglem; 73. Przybijanie gwoździami rąk do stołu, a stóp do podłogi; 74. Przybijanie w kościele na krzyżu rąk i nóg gwoździami; 75. Zadawanie ciosów siekierą w tył głowy, ofiarom ułożonym uprzednio głową do podłogi; 76. Zadawanie ciosów siekierą na całym tułowiu; 77. Rąbanie siekierą całego tułowia na części; 78. Łamanie na żywo kości nóg i rąk w tzw. kieracie; 79. Przybijanie nożem do stołu języczka małego dziecka, które później wisiało na nim; 80. Krajanie dziecka nożem na kawałki i rozrzucanie ich wokół; 81. Rozpruwanie brzuszka dzieciom; 82. Przybijanie bagnetem małego dziecka do stołu; 83. Wieszanie dziecka płci męskiej za genitalia na klamce drzwi; 84. Łamanie stawów nóg dziecka; 85. Łamanie stawów rąk dziecka; 86. Zaduszenie dziecka przez narzucenie na niego różnych szmat; 87. Wrzucanie do głębinowych studni małych dzieci żywcem; 88. Wrzucanie dziecka w płomienie ognia palącego się budynku; 89. Rozbijanie główki niemowlęcia przez wzięcie go za nóżki i uderzenie o ścianę lub piec; 90. Powieszenie za nogi zakonnika pod amboną w kościele; 91. Wbijanie dziecka na pal; 92. Powieszenie na drzewie kobiety do góry nogami i znęcanie się nad nią przez odcięcie piersi i języka, rozcięcie brzucha i wybranie oczu oraz odcinanie nożami kawałków ciała; 93. Przybijanie gwoździami małego dziecka do drzwi; 94. Wieszanie na drzewie głową do góry; 95. Wieszanie na drzewie nogami do góry; 96. Wieszanie na drzewie nogami do góry i osmalanie głowy od dołu ogniem zapalonego pod głową ogniska; 97. Zrzucanie w dół ze skały; 98. Topienie w rzece; 99. Topienie przez wrzucenie do głębinowej studni; 100. Topienie w studni i narzucanie na ofiarę kamieni; 101. Zadźganie widłami, a potem pieczenie kawałków ciała na ognisku; 102. Wrzucenie dorosłego w płomienie ogniska na polanie leśnej, wokół którego ukraińskie dziewczęta śpiewały i tańczyły przy dźwiękach harmonii; 103. Wbijanie koła do brzucha na wylot i utwierdzanie go w ziemi; 104. Przywiązanie do drzewa człowieka i strzelanie do niego jak do tarczy strzelniczej; 105. Prowadzenie nago lub w bieliźnie na mrozie; 106. Duszenie przez skręcanie namydlonym sznurem zawieszonym na szyi, zwanym arkanem; 107. Wleczenie po ulicy tułowia przy pomocy sznura zaciśniętego na szyi; 108. Przywiązanie nóg kobiety do dwóch drzew oraz rąk ponad głową i rozcinanie brzucha od krocza do piersi; 109. Rozrywanie tułowia przy pomocy łańcuchów; 110. Wleczenie po ziemi przywiązanego do pojazdu konnego; 111. Wleczenie po ulicy matki z trojgiem dzieci, przywiązanych do wozu o zaprzęgu konnym w ten sposób, że jedną nogę matki przywiązano łańcuchem do wozu, a do drugiej nogi matki jedną nogę najstarszego dziecka, a do drugiej nogi najstarszego dziecka przywiązano nogę młodszego dziecka, a do drugiej nogi młodszego dziecka, przywiązano nogę dziecka najmłodszego; 112. Przebicie tułowia na wylot lufą karabinu; 113. Ściskanie ofiary drutem kolczastym; 114. Ściskanie razem dwie ofiary drutem kolczastym; 115. Ściskanie więcej ofiar razem drutem kolczastym; 116. Periodyczne zaciskanie tułowia drutem kolczastym i co kilka godzin polewanie ofiary zimną wodą w celu odzyskania przytomności i odczuwania bólu i cierpienia; 117. Zakopywanie ofiary do ziemi na stojąco po szyję i w takim stanie jej pozostawienie; 118. Zakopywanie żywcem do ziemi po szyję i ścinanie później głowy kosą; 119. Rozrywanie tułowia na wpół przez konie; 120. Rozrywanie tułowia na wpół przez przywiązanie ofiary do dwóch przygiętych drzew i następnie ich uwolnienie; 121. Wrzucanie dorosłych w płomienie ognia palącego się budynku; 122. Podpalanie ofiary oblanej uprzednio naftą; 123. Okładanie ofiary dookoła słomą-snopem i jej podpalenie, czyniąc w ten sposób pochodnię Nerona; 124. Wbijanie noża w plecy i pozostawienie go w ciele ofiary; 125. Wbijanie niemowlęcia na widły i wrzucanie go w płomienie ognia; 126. Wyrzynanie żyletkami skóry z twarzy; 127. Wbijanie dębowych kołków pomiędzy żebra; 128. Wieszanie na kolczastym drucie; 129. Zdzieranie z ciała skóry i zalewanie rany atramentem oraz oblewanie jej wrzącą wodą; 130. Przymocowanie tułowia do oparcia i rzucanie w me nożami; 131. Wiązanie - skuwanie rąk drutem kolczastym; 132. Zadawanie śmiertelnych uderzeń łopatą; 133. Przybijanie rąk do progu mieszkania; 134. Przebijanie kołami dzieci na wylot; 135. Wleczenie ciała po ziemi, za nogi związane sznurem; 136. Przybijanie małych dzieci dookoła grubego rosnącego drzewa przydrożnego, tworząc w ten sposób tzw. „wianuszki".
(Ze strony: http://www.kki.pl/piojar/polemiki/rubiez/wirtuoz/wirtuoz.html, art.: Aleksander Korman w swoim referacie "Ukraińska Powstańcza Armia na terenach II Rzeczypospolitej Polskiej i jej stosunek do ludności polskiej" , opublikowanym w czasopiśmie "Na Rubieży" Nr 35/1999”)
Problematyczna jest sytuacja, kiedy ktoś, w dążeniu do szczęścia, zatraca się. I nie odróżnia celu od środków. Jeszcze bardziej niezręczna sytuacja następuje wtedy, kiedy, w świadomości społecznej następuje redefinicja celów szczęścia. Tak, po prostu: imię „sąsiedzkiego współdziałania”.
Bo wtedy nie wiemy, czy do szczęścia w dalszym ciągu dążymy, czy – może – już je osiągnęliśmy.
Czy taką szanse da nam kultura masowa?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Odruch warunkowy
2010-08-27
|
Miał dość. Policjant. Dwadzieścia lat służby czynnej robiło swoje. Ciągły stres. Niechęć społeczeństwa – bo, przecież, siłą rzeczy nie obracał się wśród tej części społeczeństwa, która nie lubiła policjantów. I dawała mu to poznać. Nieudane małżeństwo. Bo – jak mówiła żona, była – ciągle był albo w pracy, albo praca była w nim.
Miała trochę racji… Ale co miał robić, kiedy widział małolatów kradnących wódkę. Albo samochód. Albo bandytów okradających starszego człowieka: „daj trochę dla potrzebujących. Na wódkę”, „Na zioło”, „Na dziwki”. Znał to na pamięć. I reagował: tak jak go nauczono: pałą, kopem, gazem i „gunem.”
Po prostu musiał interweniować. Bo był prawym człowiekiem i nie mógł pozwolić, żeby ktoś czerpał korzyść z przestępstwa. Wiedział tez, ze tak dużo zła dookoła. Że nigdy nie wiadomo, czy uda się bezpiecznie dojść do domu. Jak Iwonie W.
Bolało go jednak, ze nikt nie ceni jego dokonań. Że jest sam. Że nie ma żony. Dzieci i psa. Do kogo pyska otworzyć. Czuł się taki rozbity. Taki bezradny, taki samotny.
„-Do kogo by się zwrócić? Z kim mógłbym porozmawiać? Kto mógłby mi pomóc w życiu?” – zastanawiał się
Sam nie wiedział kiedy znalazł się w kościele.
Eucharystia rozpoczęła się
I nagle to odczuł. Bóg przestał być dla niego Bogiem osobowym i zaczął jawić się jako jakaś kosmiczna energia: wszystko we wszystkim, przenikająca i serca i ściany.
To było takie niesamowite, ze został na następnej mszy świętej. A potem na jeszcze jednej.
Na początku trzeciej mszy podszedł do niego kapłan, który spowiadał do tej pory w konfesjonale obok, i zapytał:
„-Jak się czujesz?”
Policjant odpowiedział, że chce mu się z tego wszystkiego śmiać. I faktycznie zaczął się śmiać: taka miłość boska go ogarnęła.
Na to ksiądz powiedział tylko:
"-Dobra jest! Modlimy się dalej! Jedziemy w stronę Boga! Bez trzymanki.".
W połowie trzeciej mszy, ogarnął go taki zapał modlitewny, że zaczął szczerzyć zęby jak pies i warczeć. Nie mógł nad tym zapanować. Dotarło do niego, że to opuszczają go demony pracy. I że będzie wolnym człowiekiem.
Coś pchnęło go z tak ogromną siłą, że padł na kolana. I poczuł – jeszcze mocniej – opiekę istoty, która go kocha. Miłością czystą i prawdziwą. Bezwarunkowa, nie tak, jak żona. Wtedy na dobre już wyrzekł się sił demonicznych i spojrzał na siebie i swoje życiowe dokonania z innej perspektywy. Bożej perspektywy. Zrozumiał i pojednał się z Bogiem i przeznaczeniem. Zamknął oczy i znowu się modlił.
Poprzez modlitewne uniesienie poczuł, ze ktoś go szturcha w ramie. Nie reagował, bo przecież rozmawiał z Bogiem, a takich rozmów nie wolno przerywać. Szturchanie stało się bardziej natarczywe. Doszedł go też głos:
„-Zbieramy na biednych. Datek trzeba dać. I na samochód dla księdza proboszcza, bo starym wstyd posługę kapłańską sprawować.”
Trzeciego szturchnięcia, dzięki unikowi wyćwiczonemu w Szkole Policyjnej w Szczytnie, nie doświadczył. Odruchowo wyszarpnął z kabury pistolet i z zamkniętymi oczami oddał trzy strzały tam, gdzie powinien znajdować się napastnik.
Usłyszał tylko odgłos osuwającego się ciała i charkotliwy szept: „Jezus Maria”.
Okrzyków wiernych – „księdza zastrzelili”- nie usłyszał już.
Bo Policjanta znowu ogarnęło go uniesienie modlitewne.
Było prawie, jak na służbie.
W latach osiemdziesiątych.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Kryteria wyboru
2010-08-27
|
- Wiem, że się kochacie, ale…. – matka była niezdecydowana – Małżeństwo to poważna sprawa.
- Tak, wiemy – powiedział On
- Nie ciebie pytam synu – matka zgasiła jedynaka. I zwróciła się do dziewczyny: – Studia skończyłaś, to wiem. A pracowałaś?
-Pracuję – odparła Ona
- Taak? A jak długo?- matka była ciekawska
- Rok już
- Praca to jedno. Jest jeszcze gotowanie, sprzątanie … Umiesz to robić? – matka zapytała podstępnie
- Nie narzekam – Ona też odpowiedziała podstępnie
- A mieszkanie własne, czy wynajmujesz? – mama przeszła do konkretów
-Wynajmuję – Ona odparła pewnie. Cóż w tym złego, ze wynajmuje - pomyslała
- A bo syn ma własne. Kupiłam mu. Ale nie chciałabym, żeby ktoś syna wykorzystał. Majątkowo – wyjaśniła wątpliwości – Znaczy wynajmujesz, ale na kupno swojego mieszkania masz te sześćset – siedemset tysięcy?- mama wymieniła sumę od niechcenia. Sugerując, że każdy rozpoczynający aktywność zawodową otrzymuje wynagrodzenie o zbliżonej wartości
- Nie mam – Ona odpowiedziała bezradnie
Jego matka spojrzała na nią w oskarżycielski sposób. Potem zwróciła się do syna: - Mówiłam?
On nic nie powiedział. Patrzył to raz na matkę, to na swoją dziewczynę. To mu pomagało podjąć zwykle decyzję. Teraz jednak dalej nie wiedział, co zrobić. Spojrzał zatem jeszcze raz – na matkę. Matka wytrzymała spojrzenie jedynaka, pewna swoich racji i słuszności podejrzeń.
Potem spojrzał na swoją dziewczynę. Ona z kolei, zaczerwieniła się – była taka wrażliwa. Opuściła wzrok i znacząco przełknęła głośno ślinę.
Jedynak, na ten dźwięk, jakby sobie coś przypomniał i powiedział:
- Nie, mamo. To nie ma znaczenia. Ona, to biały kruk wśród wszystkich moich koleżanek.
I uśmiechnął się oralnie do swoich wspomnień.
Mama też uśmiechnęła się do swoich myśli: „dobrze wychowałam syna. Nie jest materialistą”
Ona natomiast wzdrygnęła się na wspomnienie tego odgłosu. Równie wielką odraze budziło w niej wspomnienie smaku. I pomyślała: „mam nadzieję, ze po ślubie więcej nie będę musiała tego robić”
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Rutyna
2010-08-23
|
Są takie chwile w życiu, że masz ochotę coś zrobić. Coś innego niż zwykle. Doniosłego. Pragnienie jest tak silne. Czy to zrobisz? I jak? Co będziesz czuł? Smak krwi z przegryzionych warg? Zimny pot strachu? Ból w podbrzuszu?
Co będziesz czuł, kiedy przyjdzie czas żeby Ją zabić?
Stoisz na peronie. Czekasz na pociąg. Zbliża się, widzisz światła. Jest coraz bliżej i bliżej. Słychać stukot kół, czujesz podmuch powietrza pchanego przez lokomotywę. Powtarzasz sobie: „teraz, teraz, teraz”. Ale nie myślisz o wskoczeniu do pociągu. Ty chcesz wskoczyć przed pociąg, na tory. Ostatni raz.
Potem pociąg jest tuż przy Tobie. I wiesz, że można jeszcze ześlizgnąć pod koła. Po krawędzi peronu. Wiesz, ze jeszcze masz szansę. W końcu pociąg zatrzymuje się. A Ty wskakujesz Do pociągu. Drzwiami. I nigdy nie wiesz, czy to pierwszy raz, czy ostatni….
Przygotowujesz kotlety na obiad. Mielone. Jeszcze parę kawałków mięsa musisz rozdrobnić. Maszynką elektryczną. Niecierpliwie napychasz do dozownika kolejne kawałki wołowiny. Maszyna pracuje. Słychać chrzęst miażdżonych ścięgien i kości. Napychasz i sięgasz coraz głębiej i głębiej. I myślisz sobie: „to już teraz, czy jeszcze nie”?
Nurkujesz. Bez butli. Na powierzchni oddychasz intensywnie i zakładasz pas. Potem z całych sił – w dół. Machasz rozpaczliwie płetwami, żeby zejść jak najgłębiej. Ciśnienie rozsadza Ci bębenki w uszach, brakuje powietrza - a Ty płyniesz w głąb. Siłą woli jedynie, bo ciało buntuje się. W końcu nie wytrzymujesz! Sam nie wiesz kiedy pozbywasz się ołowianego pasa. Ciśnienie z prędkością ekspresu Inter city wyrzuca Cię na powierzchnię. Oddychasz. I tylko czujesz, z każdym haustem powietrza, ze jest coraz gorzej.
Wiesz dlaczego udaje Ci się? Raz jeszcze wypłynąć, raz jeszcze wsiąść do pociągu drzwiami? Zjeść kotleta mielonego tylko z wołowiny? Bo masz nabytą wprawę w życiu. I kontrolę nad nim, choćbyś czasem chciał inaczej. Jesteś bohaterem społecznym, bo powielasz te same, przewidywalne zachowania. Chociaż masz czasem nadzieję na inne rezultaty. Tak jest wygodnie dla wszystkiuch, bo wszystko pozostanie takie samo.
Kiedy wracasz z pracy, to ktoś Ci przygotuje obiad. Zrobi herbatę. Umówi z kolegami. Załatwi bilet na najnowszy film z Leonardo Di Caprio, w sposób, który tylko Ty stosujesz.
Kiedy pływasz w jeziorze, to skądś wiesz, jak trzeba składać ręce. Jak oddychać. Jak nurkować i wynurzać się. Nie myślisz o tym.
Kiedy wsiadasz do pociągu, to wiesz, kiedy powinieneś zrobić pierwszy krok. I w jakim kierunku. Kiedy otworzyć drzwi. Nawet, jakbyś z całych sił chciał inaczej, to Ona Tobą pokieruje, w najlepszy dla Ciebie sposób.
To Twoja najlepsza przyjaciółka, która jest z Tobą przez cały czas. Jak nikt inny. Zna Cię od dziecka. I tylko ona rozumie Twoje wybory. Kocha Cię i Ty ją kochasz. Dlatego może warto żebyś się czasem napił ze swoją przyjaciółką Rutyną. Tak bardzo niedocenianą…
A potem wskocz do pociągu nieco wcześniej niż zwykle i ją zabij.
Zanim Ona zabije Ciebie.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Ciężko być smakoszem
2010-08-17
|
Także zaledwie "dobrzy kucharze", o których istnieniu wzmiankowałem w „Sercu kucharza”, mają z czym się zmagać na rodzimym gruncie, w Polsce. Fakt, że polska, czy nawet europejska kuchnia opiera się głównie na smaku – nie zapachu, czy dźwięku - nie zmienia jednak faktu, że europejski konsument posiada większą wiedzę nt. przygotowania potraw i stopnia odczuwania zwierząt. Posiada empatię. Dysponując zarówno nośnikami masowej informacji, jak empatią, współczesny, "europejski", myślący konsument jest trudniejszym wyzwaniem dla kucharza, niż ten prosty "zjadacz trzech pisków" z Azji. Kucharz, przygotowując potrawę, musi dbać nie tylko o kubki smakowe konsumenta: on zmaga się także ze skojarzeniami, które konsument zapewne posiada, starając się przełknąć kolejne kęsy „pieczystego”.
Europejski konsument wie - bo zna materiały publikowane w sieci - że horror w rzeźni to norma, nie wyjątek. Bardzo silnie może czuć to, że hodowla i zabijanie zwierząt na mięso to ohydny, pełen przemocy biznes. A napis na opakowaniu "z chowu ekologicznego" tylko wzmaga pewność: bo jak może wyglądać ubój „ekologiczny”? Niespełniony warunek instalacji kamer we wszystkich rzeźniach i stały nadzór to minimalne kryterium realizacji postulatu humanitarnego uboju. I w konsekwencji - bezstresowej konsumpcji przez smakosza, jak również bezstresowej pracy kelnera i kucharza.
Niekiedy, współczesne rzeźnie porównuje się do prosektoriów, z tym rozróżnieniem, że w prosektorium odczuwa się niewielki tylko dyskomfort estetyczny, będący konsekwencją spełnienia nieuniknionego - kresu życia. Natomiast rzeźnia, wedle co wrażliwszych konsumentów, to miejsce masowych mordów. Niektórzy twierdzą nawet, że nie ma specjalnej różnicy między ludzkim mięsem a zwierzęcym.
Dlatego, jeżeli odrazę może budzić praca człowieka w prosektorium, to jakie uczucia może przydawać „smakosz” pracownikowi ubojni, czy – czekając na posiłek w restauracji – kucharzowi? Preparatora zwłok?
Jak wynika z relacji zainteresowanych tym problemem, w polskich rzeźniach można zobaczyć, jak nienarodzone młode kopią w łonach właśnie zabijanych matek. Kopią, bo duszą się. Gdy po rozcięciu brzucha mimo wszystko jeszcze żyją, dobija się je: często zamiast prądem robią - zwykłym uderzeniem w głowę. Bo taniej. To nie zawsze kończy cierpienia młodych zwierząt, często jeszcze żywe trafiają do kontenera lub na taśmociąg.
Znane są przypadki uboju owiec, które są ogłuszane gdy w tym samym czasie karmią swoje młode. Czasem pozbawiane głowy „na żywca”.
Zdarzają się "wypadki przy pracy", jak przypadek świń żywcem wrzuconych do oparzalnika z wrzącą wodą. Nieszczęsne zwierzę kopie i kwiczy żałośnie: próbuje za wszelką cenę wydostać się, jakby nie chciało przebywać w miejscu mu przeznaczonym...
Zdaniem znawców, takie wydarzenia to sporadyczne następstwa nieprawidłowego ogłuszenia i wykrwawienia.
Nowoczesny konsument przetworów mięsnych powinien też mieć wiedzę o innego rodzaju wypadkach. Jak, np. tym, kiedy 58-letniemu mężczyźnie, obsługującemu maszynę do odwirowywania wody z piór, mechanizm urwał część lewej ręki. Mężczyznę odratowano, resztek ręki jednak nie odzyskano. Co się z nimi stało - nie wiadomo…. Pytania smakoszy pozostały bez odpowiedzi.
Tak, tak…. Powiedzą niektórzy: śmierć każdego zwierzaka jest straszna. Ale….. powiedzmy to wprost: oczekiwanie na śmierć bywa jeszcze straszniejsze.
Taka krowa – nazwijmy ją krówka, bo niewiele jej czasu zostało - zanim zostanie zabita, stoi, w żarliwym oczekiwaniu, czasem kilka dni. Bo linia produkcyjna musi ruszyć. Biedne zwierze muczy żałośnie żegnając swoje koleżanki, które udają się pierwsze "stąd do wieczności" Niekiedy delektuje się - bo przecież pozwolono jej obserwować kaźń nie po to, by cierpiała - jak zabija się wspomniane koleżanki.
Podczas uboju zwierze bywa głodne: nie przysługuje mu prawo do ostatniego posiłku i ostatniego życzenia. Bo zanim się je zabije powinno się wypróżnić należycie i mieć pusty przewód pokarmowy.
Mieszkańcy okolic rzeźni utrzymują, że słychać jak zwierzęta wyją z głodu.
Jak wspomniałem, przed śmiercią ogłusza się zwierze. Prądem. Raz lepiej, raz gorzej. Wiesza za nogi. Przecina tętnice. Życie wycieka z nich, niczym życie z „medialnych” delfinów (http://www.smog.pl/wideo/22051/mordercy_delfinow_drastyczne/ )
Z drobiem jest jednak inaczej!
Drób przygotowuje się do pełnienia roli "dania głównego" z większym pietyzmem. Kurczaki wiesza się za nogi na taśmie "na żywca". Głowy powinny wisieć w dół. Dzięki temu, przejeżdżając – w stronę swiatła zapewne - przez taki "tunelik" , „żółte dzióbeczki” powinny zostać porażone prądem i ogłuszone. Następnie, po tej wyrafinowanej pieszczocie powinny wjechać – prawie jak na bungie - do miejsca, gdzie się je oparza. Oparzanie polega na poddaniu zabiegom kosmetycznym - polewaniu wrzątkiem. Wszystko po to, by pióra lepiej odłaziły.
Niestety!
Problem w tym, że niektóre kurczaki nie rozumieją idei humanitarnego uboju i zdarza się, ze zadzierają zawadiacko główkę już na początkowym etapie. Dlatego, przez tą buńczuczną niesubordynację, nie zostają porażona prądem. Następstwem jest współodczuwanie w procesie polewania wrzątkiem i skubania. No któż by lubił być skubanym „na żywca”?! Gwoli ścisłości należy dodać, że i porażenie prądem nie wywołuje czasem śmierci, lecz - jedynie - niezdolność ruchową. Stąd wrażenia niemal, jak po „pigułce gwałtu”.
Świadomy konsument, klient kucharza, wie, że rocznie zabijanych jest ponad 100 miliardów zwierząt, a proces przerobienia żywej krowy w kawałek mięsa może trwać tylko 25 minut.... Że jeszcze żywym, świadomym, wykrwawiającym się zwierzętom obcina się żywcem nogi, wrzuca do wrzątku, rozcina żywcem brzuchy itp,. Świadomy konsument wie o tym, że jedzenie mięsa powoduje zawały, wylewy, nadciśnienie, cukrzyce, raka...; Świadomy konsument wie także o tym, ze oczekujące na śmierć zwierzęta widzą śmierć poprzedników, czują zapach krwi, chcą uciekać, bronią się, są więc bite (łamie się im np. nogi) i siłą zaganianie do ogłuszania (http://www.zieloni.osiedle.net.pl/rzeznia.htm).
Dlatego właśnie świadomy konsument oczekuje od kucharzy specjalnego kunsztu: oczekuje tego, ze smak serwowanej mu potrawy umożliwi mu zapomnienie o powyżej wskazanych faktach. Oczekuje tego, że ów kunszt "profesjonalnych kucharzy" wyrwie go ze szpon fast foodów.: jedynych- 360, 560, 610, 1220, 1160 kcal za kanapkę.
Dlatego właśnie praca zwyczajnego kucharza – niedocenianego i wzgardzonego – jest taka ciężka. I dlatego tak niewielu mamy w kraju smakoszy.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Serce kucharza – cz. I
2010-08-16
|
Gotowanie. Trochę pasji, zaangażowania i sprawia prawdziwą frajdę. Gotowanie to dzieło godne Boga, to tworzenie, to dogadzanie innym i sobie. To tylko pozornie błaha czynność. Bo w odpowiednim wykonaniu czynność ta potrafi zdziałać cuda.
Trudno, bo w sercu kucharza mieszają się, niczym w tyglu, odpowiednie składniki, proporcje, przepisy. Kucharz jest takim twórcą, który powinien wiedzieć, jak z surowców - tj. mięsa, warzyw i owoców - stworzyć nowy byt. Byt kulinarny. Tak, by konsumujący, zapomniał, że mięso poruszało się samodzielnie - jeszcze niedawno, buraki - rosły w ziemi, a sok - był ukryty w miąszu owoców.
Skromnemu kucharzowi trudno mówić samemu o sobie, że to, co robi, jest sztuką. Co najwyżej mówi o wielkiej pasji.
Niesłusznie!
Ten, kto potrafi zmusić kawałek wołowiny, czy marchewki do swoistego katharsis, wymazania pamięci smakowej poprzedniego bytu, nie powinien być taki skromny. W procesie przyrządzania posiłku surowce tracą tak swoja "genetyczną" postać, jak też tą, o którą zostały wzbogacone podczas dostarczania do kuchni. Ulegają przetworzeniu w nowy byt - przez mistrza w swoim fachu. Ten mistrz, to zapomniany, niedoceniany, wzgardzony kucharz. Kucharz, który z krwistego kawałka karkówki wymaże przeszłość i stworzy - kotlet. Albo zrazy w sosie grzybowym lub wonną i smakowitą pieczeń. Owoce morza i jaja na twardo na wielkanocnym stole.
Zaś Kuchnia to miejsce, stworzenia. Gdzie zapomina się o uczuciach naturalnych, jak obrzydzenie, wstręt, odraza. Tych mechanizmach obronnych wbudowanych w konsumentów i kucharza - by nie ponieśli uszczerbku na ciele.
Bo z jednej strony obrzydzenie i wstręt pozwalają - w naturze - przeżyć, z drugiej strony, w życiu w cywilizacji - uniemożliwiają nie dość, ze przyjemną konsumpcję, to jeszcze kreatywne przyrządzanie posiłków.
Kucharz w Kuchni, Mistrz na Salonach, zamienia to potencjalne uczucie obrzydzenia - w uczucie pożądania i łaknienia. Tak silne, że często, nawet pierwotny popęd do prokreacji zostaje przezeń stłumiony.
Idealny kucharz powinien umieć znaleźć się w każdej, potencjalnej sytuacji kulinarnej: powinien zinternalizować metody przyrządzania posiłków na całym świecie. I nic nie powinno go zdziwić, ani zniesmaczyć: wszystko winien obrócić na korzyść smakosza.
Prawdziwy kucharz-mistrz potrafi wykorzystać nawet uczucie wstrętu ku podniesieniu doznań smakowych tych, których karmi.
Bo to, co wstrętne jest pokrewne perwersji, do której ma skłonność - choć temu zaprzeczają - większość ludzi. Perwersja to rewolucja inaczej: odwraca reguły i zakazy tylko po to, by lepiej je zanegować. Zepsucie uosabia to, co wstrętne. A przepisy z ksiązki kucharskiej mają bronić ustalonych autorytetów i ich dochodów. Dlatego Kuchnia, która konfrontuje się ze wstrętem, przechodzi w kategorie tego, co Czyste i Nieczyste, Grzechu i Zbawienia, Wyuzdania i Niewinności. Wstręt staje się sferą sacrum i zostaje pozbawiony swojej największej broni: obrzydliwości. To właśnie Kuchnia Mistrza. Kucharza.
Niestety! Idealnych kucharzy jest niewielu, więcej jest kucharzy zaledwie dobrych. Wprawdzie nawet i tylko dobry kucharz powinien sobie znakomicie radzić - przynajmniej w kraju pochodzenia, o czym dalej, to fakt, iż pozostajemy - w większości - pod wpływem kucharzy zaledwie dobrych, uniemożliwia nam poznanie spektrum smaków świata, nie wspominając o rozwoju uniwersalistycznego podejścia do życia, w każdej z jego sfer.
Podobno idealny kucharz to taki, który najpierw prosi konsumenta o wskazanie najbardziej obrzydliwej i nieprawdopodobnej rzeczy. Natomiast potem, jeśli ta rzecz nie jest trująca, przyrządza z tego surowca potrawę, która ten zjada ze smakiem.
Wytrawny kucharz wie, że odczucia zmysłowe towarzyszące smakowaniu potraw są tylko w 10% wywołane rzeczywiście przez ich smak, w 90% zaś — przez zapach. Oznacza to, ze w degustacji pokarmu biorą udział wszystkie zmysły, nie wyłączając dotyku, słuchu i wzroku. Wrażliwi jesteśmy na konsystencję, kolor, a nawet dźwięk wydawany przez jedzenie. Stąd prawdziwy mistrz nie pozwoli żadnemu z tych elementów zostać pominiętym.
Do konkretów
Odkrywcy Ameryki dopełnili swego dzieła, będąc na diecie złożonej z solonego mięsa, wina i sucharów. To w Ameryce poznali smak ryb i słodkich ziemniaków. Potem pieczonych psów, które smakowały im rzekomo jak wysoko cenione przez kastylijską kuchnię młode kózki. Następnie poznali takie smakołyki jak węże, jaszczurki, pająki i „wszelakie robactwo wykopane z ziemi".
Obecnie, subiektywne odczucie obrzydliwości egzotycznych potraw, przejawiają - głównie - przedstawiciele cywilizacji "rozwiniętych". Bo potrawy egzotyczne są "niehigieniczne i, ogólnie rzecz biorąc, obrzydliwe": jakby zapomina sie o doznaniach przodków. Przy czym, w stosunku do potraw w Europie powszednich, takich jak golonka, flaki, żaby, befsztyk z żółwia czy smażona ośmiornica, uczucie to nie występuje, a przynajmniej nie jest werbalizowane. Bo jest "niepostępowe".
Zapomniane i pomijane smaki w uniwersalistycznej tradycji Europy
Dorobek kulinarny nie jest, nawet w Europie, pielęgnowany i przechowywany pieczołowicie.
Nie jest tymczasem tajemnicą, że walory odżywcze i smakowe owadów, występujących na starym kontynencie są nie do przecenienia, czego mieli świadomość nasi przodkowie.. Zwolenników takowych owadów jednak, za wyjątkiem afroimigrantów – brak obecnie.
Przykładem zapomnianej sztuki jest potrawa z pieczonego na rożnie jeża, kiedyś tak popularna wśród Cyganów. Niestety: obecnie nawet wśród polskich Cyganów z trudem znalazłem chętnego do przyrządzenia potrawy, a potem - z równie wielkim trudem - do współbiesiadowania.
Mimo wysiłków nie udało mi się znaleźć w Polsce kucharza, będącego gotowym do przygotowania - zgodnie z regułami sztuki - potrawy zwanej "buro", tak popularnej na Filipinach.
Nie znane mi są powody niechęci pomocy głodnemu, ponieważ potrawę przyrządza się bardzo prosto. Mianowicie, przegłodzonego przez kilka dni psa należy nakarmić podduszoną w solance mieszaniną peklowanych jarzyn. Potem kundlowi należy zapewnić nieco spokoju, by "sobie potrawił", a następnie specjalnym „medycznym” uderzeniem kantem dłoni pod żebra („manewr Heimlicha", który jest stosowany w wypadku zakrztuszenia się i którego) wywołuje się u zaskoczonego zwierzęcia torsje. Wywołanie torsji to kluczowy moment przygotowania potrawy, ponieważ zawartość żołądka psa należy „złapać w locie” w garnek i - po dodaniu przypraw - dogotować w sposób umiarkowany, jedynie „do smaku", na ogniu. Wychodzi bardzo dobr i bardzo pożywny „gorący kociołek smaku”.
Reguły kuchni wskazują też na potrzebę zadbania o psa, by nie nabawił się nerwicy pokarmowej i posłużył nam w przyszłości. W tym celu należy umożliwić psu godne warunki trawienia - wraz ze szczęśliwym finałem - następnego posiłku.
Kuchnia orientalna, szczęśliwie coraz bardziej popularna w kraju, dostarcza rozwinięcie szeregu smaków znanych przeciętnemu czytelnikowi - z domu. Dostępne są potrawy z pytona, polnych myszy, kaczych embrionów (nienarodzone, ale już opierzone pisklęta - gotowanych na twardo ( http://www.wykop.pl/link/335299/balut-najwieksze-swinstwo-na-planecie/), czy surowej szarańczy (przed spożyciem należy oderwać nóżki i skrzydełka, by nie utykały w zębach, względnie, gdy szarańcza niedoprawiona - by nie uciekła).
W polskich mediach powszechnie reklamowana jest potrawa zwana "gorący kubek". Czytelnik powinien wiedzieć, że ten specjał ma swój - funkcjonalny - pierwowzór, tzw. "mongolski gorący kubek": znakomita zupa z jelita grubego. Nota bene, znana także w Polsce: "w Cieszyńskim od Cieszyna po Ustron zupe po wywarzyniu jelit nazywano "pyrdelonke" . Wedle smakoszy przyprawiało sie "jom jeszcze do szmaku" "maryjónkym".
Cenionym kulinarnym specjałem, niestety w Polsce, ze względu na zamknięcie na "kuchnie świata", prawie nieznanym, jest "łeb barani". Można też trafić na wielbłąda lub konia. By przyrządzić łeb należycie, należy opalić go nad ogniskiem, w celu pozbycia się futra, a opalone futerko trzeba zeskrobać następnie nożem. Jak doświadczenie w relacjach sąsiedzkich z przybyszami zza wschodniej granicy wskazuje, rzecz do dokonania nawet nad kuchenką gazową. Oczywiście przy przezwyciężeniu pewnego dyskomfortu związanego z zapachem przypalanego włosia.
Niezrównaną potrawą, która mogłaby - z powodzeniem - zagościć na polskich stołach, obok tradycyjnych polskich jaj na twardo, w okresie wielkanocnym jest potrawa nazwana balut. Balut pochodzi z Filipin, i uważany tam jest za przysmak, a nawet - afrodyzjak. Balut jest banalnie prosty w przygotowaniu: zapłodnione kacze jajka wystawia się na słońce, do ciepła. Kaczy embrion powinien bez przeszkód rozwijać się przez dziewięć dni. Kucharz, po dziewięciu dniach bada jajo - ogląda je pod ostre światło - by się upewnić czy w środku rzeczywiście jest kaczy embrion, Jeśli embrionek jest, należy mu umożliwić rozwój jeszcze przez osiem dni i jest gotowy do sprzedaży czy do spożycia. Baluta się je z solą, sokiem z cytryny oraz pieprzem. Niektórzy - Ci, co lubią "hardcore" - ze względu na odczucia smakowe - jedzą baluty z octem.
Jajka w których embrion się nie rozwinął, nie są bezużyteczne. Nazywa się je nazywają się "penoy" i są podobne w smaku do baluta.
W Phnom Penh szczególnie cenioną potrawą jest smażona tarantula, zwana także „przysmak wszystkich dzieci”.
I inne
Godna polecenia wydaje się być zupa duchów - inaczej "tajlandzkie gotowane akwarium”. Zamiast akwariowych roślin pływają w ekosystemie warzywa i przyprawy, m.in. zielony pieprz i papryka. Rybki są żywe. Wrzuca się je do zimnej wody i powoli podgrzewa. Zajadli koneserzy potrawy wskazują, ze zanim rybki ugotują się, rozpaczliwie szukają schronienia w pokrojonych łodygach.. Smakosze, podczas obserwowania przygotowania tej zupy przekonują się, ze nieprawdą jest, iż "ryby głosu nie mają".
Zwolennicy zupy duchów gustują często w „skaczącej sałatce", zwanej pinaluksong htpon. Podstawowym składnikiem sałatki są małe żywe krewetki. Krewetki te kucharz unieruchamia, zalewając je sokiem z cytryny. Zalanie sokiem nie pozbawia jednakze krewetek życia. I, jak twierdzą smakosze - czucia. Czyżby dlatego, ze sok szczypie je w oczy? Tym, co niepokoi podczas konsumpcji sałatki, jest to, ze że krewetki nie tylko wiercą się niespokojnie, lecz wydają także cichutkie piski...
Dźwięk ten bywa np. chrupaniem przy pracy zębów. Kiedy natomiast źródłem dźwięku jest sama potrawa, wrażenia smakowe ulec mogą wzmocnieniu.
Wyśmienitym, popisowym specjałem kuchni chińskiej są tzw. "trzy piski". Nazwa potrawy pochodzi od pisków – tylko trzy zdołają wydać szczurze noworodki odbywając swą ostatnią podróż: z talerza do ust „smakosza” (pierwszy raz - nabicie na pałeczki lub widelec; drugi, - włożenie do ust; ,trzeci – przy połykaniu lub gryzieniu, kiedy szczurze niemowlę usiłuje uciec).
Wyszukaną potrawą, znaną także z europejskich stołów, jest homar. Sztuka przyrządzania homara polega na tym, by wrzucić go do wrzącej wody i gotować nie za długo. Zdarza się jednak, ze realizacja postulatu gotowanie "nie za długiego" powoduje to, że podczas konsumpcji skorupiaka przekonujemy się niekiedy, iż on... żyje. Po oderwaniu pancerza smakosz obserwuje wtedy krążącą w nim hemolimfę, powstałą z wymieszania krwi i płynu jamy ciała. Doświadczenie to zachęca do „następnego razu” z homarem.
Mam nadzieję, że przynajmniej niektóre z potraw nie były znane niektórym Czytelnikom. I że przedstawiony sposób ich przyrządzania wzmocni wrażliwość kulinarną smakoszy, zachęcając ich zarazem do udanego, dalszego eksperymentowania.
Mam także nadzieję, ze ukazałam przynajmniej zarys tego, jak bardzo ważny jest Kucharz, który przyrządzając danie musi wyważyć tak proporcje składników, jak wrażliwość konsumenta, złagodzić cierpienie konsumowanych istot, miłość do świata – jak szacunek do siebie i stonować własną wrażliwość.
Ten ostatni element jest szczególnie ważny u naszych, krajowych Kucharzy, którzy muszą zmagać się podczas pracy, nie tylko ze sztywnymi przepisami, będącymi wyrazem świadomości społecznej przeszłych epok, ale tez z brzemieniem własnego człowieczeństwa i nabytą w trakcie edukacji wiedzą nt. współistnienia światów roślin i zwierząt.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Celebryta
2010-08-12
|
W wieżowcu, na ósmym piętrze, na jednym z niemieckich osiedli, mieszkali sobie razem dziadek i babcia. Bardzo starzy i bardzo razem. Babcia marzyła o karierze scenicznej. Dziadek miał inną pasję: ciekawiło go, co kupują ludzie.
Do dziadków przyjeżdżał wnuczek. Aż do ukończenia czternastego roku życia.. Dręczony jaskółczym niepokojem i dający to odczuć otoczeniu, tj. każdemu kto chciał dzielić jaskółczy niepokój i każdemu – kto nie chciał. Pomimo tego jednak wszyscy wiedzieli, że Wnuczek kochał dziadków.
Wnuczek jeszcze nie wiedział, co będzie robić w życiu. Ale wiedział, ze na pewno czegoś dokona. Z upływem lat jego cele w życiu zawężały się i stawały się coraz bardziej jasne, ponieważ został wyrzucony ze szkoły. Bez szkoły nie miał zbyt dużych możliwości wyboru, stąd podejmowane wybory tak nie nastręczały mu trudności, jak dostarczały maksymalizacji zadowolenia.
Bolało go jednak to, ze niektórzy koledzy ze szkolnej ławki i osiedla nie chcą go już znać i bawić się z nim. Podobnie, jak to, że większość dziewczyn, które go mijały – w życiu i po drodze – udawało, ze go nie widzi.
Za ten stan rzeczy wnuczek winił osoby mu bliskie, które – w jego ocenie – źle go wychowały. Bo w sposób toksyczny dla otoczenia.
Drugim winowajcą był brak pieniędzy, które nie chciały się znaleźć u Wnuczka w portfelu.
Za trzecią winną – bo to była „ona” – uznał zmowę masonerii z żydostwem i grupa trzymającą władzę. Dopuszczał też udział w zmowie żeńskich szowinistek, choć te ostatnie określał nie jako „szowinistki”, lecz określał je – w tłumaczeniu - mianem „blachara”, „k…a”, „suka”, „świnka”.
W dniu, kiedy Wnuczek skończył czternaście lat, wpadł na uniwersalne rozwiązanie dręczących go problemów.
Pokrajał dziadka i zapewnił mu podróż zsypem na śmieci do kontenera śmieciowego. Babkę zmumifikował, wypchał trocinami i sprzedał jako manekin dla odpowiednika doktora Gunthera von Agensa, który organizował wystawę „Bodies” w Irkucku.
W ten sposób spełnił marzenia: babci - o karierze scenicznej; zaspokoił ciekawość dziadka, co do konsumpcyjnego stylu życia sąsiadów; swoje – bo zgromadził gotówkę, zdobył mieszkanie i poczuł się wolny od toksycznego wpływu rodziny.
Jako, że ojciec i matka od dawna już nie chcieli znać swego syna (wnuczka), cedując ten przywilej na „dziadków”, syn uznał, ze im nic nie musi robić i są kwita.
Kiedy odkryto zaginięcie babci i resztki dziadka, wnuczek został oczyszczony z podejrzeń. Bo przecież czternastolatek nie byłby zdolny do tak okropnego czynu. Przyznał to nawet prokurator w mowie kończącej, wycofując się ze złożonego przezeń wniosku w sądzie dla nieletnich.
Nie wiedzieć czemu Wnuczek poczuł się dotknięty stwierdzeniami Sądu, poniekąd korzystnymi dla Wnuczka, że ów jest „osobą opóźnioną w rozwoju o psotliwym usposobieniu”, „bez zdolności przewidywania” o „ułomnych możliwościach intelektualnych” i „skłonnościach paranoidalnych”. Z uwagi na treść rozstrzygnięcia Sądu, Wnuczek poczuł się, jakby ktoś wytrącił mu oręż z ręki. Nie wiedział też, co robić, bo pieniądze za babcię skończyły się, co zwiększało rozgoryczenie.
I kto wie, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby nie propozycja jednego z wydawnictw opublikowania jego historii, skądinąd – medialnej, pt. ”Wnuczek – prawdziwa historia”.
Taki „psikus” dla dziadków, sąsiadów, kolegów i koleżanek, wymiaru sprawiedliwości.
No i dla rodziców, którzy podrzucili dziadkom „kukułcze jajo".
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Nieporozumienie
2010-08-11
|
To trwało już tydzień. Tydzień ciszy. Od awantury na pogrzebie kocura, jedynego współlokatora mamy narzeczonej.
Kot zszedł tydzień po tym, jak ojciec narzeczonej zdecydował się kontynuować pożycie pozamałżeńskie w najbardziej odpowiedni do tego sposób: poza małżeństwem.
Może rzeczywiście stwierdzenie, że od czarownicy, to i kot ucieknie, było nietrafione na pogrzebie kota? W końcu nie tyle uciekł, co odszedł. Może nie chciał odejść, może trafiło go… ot tak, po prostu.
Pstryk i nie ma kota.
W każdym razie Anioł powiedział, co miał powiedzieć, i nie można było już tego zmienić. Po co się martwić zatem?
Narzeczona nie dzwoniła już do Anioła. Kiedy on dzwonił, to wpierw słyszał tylko tłumiony płacz. A potem, dźwiek odkadanej słuchawki. Bez słowa.
Ciężko było mu bez narzeczonej. Nie przywykł dawać sobie samodzielnie rady w takich sytuacjach.
W końcu dopadł ją pod klatką schodową. Nie było trudno, bo mieszkał w tej samej. Miała zapłakane oczy. Gdyby był szczery względem siebie, to przyznałby jednak, ze spotkał narzeczoną przez przypadek. I tylko, jako mistrz kamuflażu, nie dał nic po sobie poznać.
Rozpoczął nawijkę bez zwłoki:
- Oglądałem taki film, gdzie para kochających się ludzi leciała samolotem. I samolot zaczął spadać. Wiedzieli, ze się rozbiją i że zostało im już tylko kilkanaście minut życia. I w tym momencie poczuli, jak mocno kochają się. Każdą komórką ich ciał. To było cos takiego, jak u mnie. I u Ciebie, mam jeszcze nadzieję – dokończył zgrabnie.
- Dobrze, że masz – odparła narzeczona - Ja tez oglądałam podobny film
Jej oczy zalśniły blaskiem szczęścia. Odnaleźli się. Tyle czasu…. Bała się, że to koniec. Tak ją zranił.
Pomyślała jeszcze:” Każdy twój dotyk - działa jak narkotyk, kiedy jesteś blisko - płonie we mnie wszystko, gdy patrzę na Ciebie - czuję się jak w niebie. Jak moglibyśmy nie być razem? Tak samo czujemy, tak samo myślimy: jesteśmy jednością”.
A na głos powiedziała, drżącym ze wzruszenia głosem:
- Chce, żebyśmy już zawsze kochali się, jak na tych najwspanialszych filmach. Na tych które oglądaliśmy i na tych, które będziemy oglądać przez całe życie. Mój Leonardo – dodała, myśląc zapewne o „Titanicu”
Wzięła go za rękę i poprowadziła za sobą.
Kiedy tylko przekroczyli próg mieszkania i zamknęli drzwi, zaczął ją całować. Namiętniej i namiętniej. Ściągnął z niej t-shirta. Nie miała stanika.
„Jak lubię” – pomyślał.
Potem spódniczka. Na koniec, nie chcąc tracić czasu, niecierpliwym ruchem szarpnął majtki. Rozległ się odgłos dartego materiału. Sam rozebrał się, nie wiedząc nawet kiedy. Jak widział to na filmie.
Nie wypadając z przydanej mu roli bzyknął ją od razu na podłodze. Dwa razy na kanapie. Anal. Skończył na twarzy.
Zadowolony z siebie, przewrócił się na drugi bok i odpoczywał, wyrównując przyśpieszony oddech. Zastanawiał się jeszcze nad filmowym finałem - golden rain, czy może listing – kiedy do jego uszu doszedł znajomy odgłos. Na początku myślał, ze to deszcz, ale po chwili zorientował się, ze to tylko te same dźwięki, które słyszał w słuchawce, kiedy dzwonił do narzeczonej. Chlipanie i tłumiony płacz.
Zaczął się zastanawiać: czyżby oglądali inne filmy?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Zgwałcona za młodu
2010-08-04
|
Absolwentka. Trzech renomowanych uczelni. Nie mogło być inaczej: rodzice dużo zainwestowali w jej przyszłość. Musiała okazać się godna, by kontynuować ich dzieło: godna tak w oczach rodziców, jak w oczach społeczeństwa. No to skończyła te trzy renomowane uczelnie i popełniła doktorat, przy okazji. A wszystko – przed ukończeniem 22 lat.
Teraz czekała w nowej sukience, aż przydzielą jej pokój i telefon w Instytucji. Trochę smutna, bo zwykle, o tej porze, jeszcze była w łóżku. Nie żeby spała: nawet w łóżku pracowała. Robiła „prasówkę” i pedicure.
Teraz nie pomogło przytulenie pajacyka i ściśnięcie za zwis maskotki: bya smutna i rozbita.
- No ale zaczynam nowy etap w życiu: karierę zawodową – pomyślała na pociechę
Kiedy oddzwonili, na drugi dzień po tym, jak nadała na poczcie list z CV, powiedzieli, ze będzie zajmowała się następczą analizą skuteczności implementacji dyrektyw RUE o podatkach bezpośrednich – na poziomie rozporządzeń krajowych. Prawdę mówiąc była mniej zdziwiona, że takie dyrektywy istnieją, niż faktem, ze oddzwonili.
- Materiałów na razie nie ma – oznajmił jej rozmówca na spotkaniu w Instytucji– ale nie możemy wykluczyć, ze takie dyrektywy powstaną. Znaczy, musimy być gotowi zawsze. Jak Pani ojciec – zaznaczył.
- Jak tylko Rada Unii Europejskiej coś wyda do analizy, to Pani dostarczymy. Jakąś nową dyrektywę –precyzował dalej jej zakres obowiązków
Uśmiechnęła się z wdzięcznością.
- Komputer Pani przyniosą z drukarką. I telefonem – dodał, by wszystko było jasne
Znów uśmiechnęła się
- Codzienną prasę dostarczy woźny, żeby nie musiała Pani marnować energii twórczej na prozaiczne czynności związane z zakupem
Kiwnęła głową z aprobatą
- Korektę Pani analiz, oczywiście wyłącznie techniczną i redaktorską – wskazał z czarującym uśmiechem – będzie przeprowadzał doświadczony pracownik, które zajmuje się pisaniem tych analiz. Nie ma możliwości wpadki. Oczywiście, w podpisach pod raportami nie uwzględnia się pomocy technicznej – uśmiechną się ze zrozumieniem
Na jej twarzy odmalował się wyraz ulgi
- W miarę możliwości postaramy się, by z czasem mogła Pani wykonywać obowiązki w domu. W końcu wydajność pracy merytorycznej nie zależy od tego, ile czasu spędza ktoś w miejscu pracy. Podobnie, jak negatywna motywacja nie wpływa na wydajność pracownika– wyjaśnił pojmując sytuację nowoczesnej absolwentki kilku renomowanych uczelni.
Zadowolenie z wysiłku, który włożyła w zdobycie solidnego wykształcenia w kilku szkołach mieszało się z uznaniem dla przenikliwości rozmówcy.
- Ciastka i kanapki są dostępne, gratisowo, w restauracji dla personelu zarządzającego. Oprócz tego kawę będzie Pani sobie mogła robić w ekspresie na końcu korytarza
- Sama? – w jednej chwili całe zadowolenie rozmowy ulotniło się. Poczuła się taka …. zbrukana i nieczysta. Potraktowana jak zwykły, ordynarny sprzedajny pracownik. Dziwka, której płacą za godziny. Nie do tego nawykła w procesie kształcenia! Niczym dźwięk dzwonów kościelnych pobrzmiewał w jej głowie głos ojca: „Jak sama nie będziesz się cenić, to nikt Cię nie będzie cenić!”
Rozmówca nie zostawił jej wyboru: bez słowa odwróciła się plecami do niego i poszła.
Niech zna, pachołek, swoje miejsce!
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Inny - świat jest zły
2010-08-04
|
Świat był zły.
Dotarło to do Anioła Miłości rano, gdy tylko otworzył oczy. Świat był tak zły, jak to mógł sobie wyobrazić markiz de Sade w najbardziej wyuzdanych projekcjach. Wczoraj Anioł wiele przeżył. Może zbyt wiele, jak na jednego człowieka. Ale to, co dziś czuł, kiedy wspomniał wczorajsze okrucieństwo, zwiększało jego cierpienie do nieopisywalnych rozmiarów. Trudno było Aniołowi zadecydować, co go bardziej męczyło: ból ciała, czy resentyment i tortury psychiczne.
I kiedy obrazy zdarzeń przeszłych rozbłyskiwały – nagle i niespodziewanie – w Anioła umyśle, szeptał tylko w grozie i panice: „- Nie! To nie mogłem być ja. Nie moi przyjaciele. Nieeee!!”
A po chwili dodawał, jakby wyjaśniając sobie, to co wydarzyło się już:
„-Cywilizacja i społeczeństwo to oszustwo. A my, ludzie, jesteśmy uwikłani w odwieczny rytuał mordu, który odbywa się na różnych płaszczyznach. I szczęśliwi Ci, co doświadczyli mordu bezpośrednio, w wyniku działań zdefiniowanego społecznie złoczyńcy. Nawet jeśli zginęli. Cóż zrobić mam ja – Anioł – kiedy złoczyńcą, co zamierza się na mnie, jest prawe społeczeństwo? Co robić, dokąd uciec przed ostracyzmem”
Niechętnie wstał z łóżka i odpalił kompa. Przejrzał serwisy informacyjne i najważniejsze wiadomości dnia:
„Matka prostytuowała się, by nakarmić córkę, „Sprzedam dziewictwo, bo nie mam na naukę”, „Kochała go, lecz wyszła za jego ojca. Bo miał pieniądze”, „Wpadł do przedszkola, zabił 3 i ranił 20 dzieci”, „Zastrzelił osiem osób, potem popełnił samobójstwo”, „Więził córkę przez 15 lat w piwnicy i miał z nią…”, „Ci, co bronią krzyża, to fanatyczna sekta”, „70-latka zabiła kochanka siekierą”, „Oblali benzyną i podpalili: kobieta spłonęła”.„Ekolodzy schodzą z drzew”.
- „I po co „ – zapytał sam siebie – „Tam lepiej”
Pokręcił głową, jakby nie mógł uwierzyć, że te zdarzenia opisane miały miejsce naprawdę. Jakby to był tylko wytwór anielskiego umysłu, po wczorajszym katharsis.
Zaraz jednak przypomniał sobie to skrzyżowanie. Motocyklista. Młody. Jechał „troszku” za szybko. Potem leżał - ze złamanym kręgosłupem, kiedy jego zakrwawioną głowę obejmowała płacząca matka. I kiedy inny mężczyzna – pijany już - opróżniał motocykliście kieszenie z portfela „w celu zabezpieczenia dowodów”.
Skąd Anioł znał tego mężczyznę?
Potem przypomniał sobie, jak ten mężczyzna stał do kasy w supermarkecie. Z dziewczynką – 14 lat, nie więcej. Śmiali się i rozmawiali. Potem mężczyzna płacił: za paczkę prezerwatyw, lakę barbie i lizaka.
Anioł już wiedział, skąd znał mężczyznę. Widywał go przecież codziennie: w lustrze, podczas golenia.
„- I po co? I po co to wszystko?” – Anioł gorączkował się, jak to zwykle, gdy znajdował się w tym stanie – „Nie lepiej byłoby od pierwszych lat życia wrzucać dzieci do dołu z dzikimi psami, by poznały czym jest życie i otaczający świat? Po co to oszustwo? Po co kościół, szkoła, rodzina? Po co? Praw życia nie da się oszukać wydumanymi wytworami socjalizmu. Tylko silni mają prawo żyć. Nie ma życia bez rozlewu krwi i poświecenia innych. Społeczeństwa nie da się zmienić, a ci co uważają inaczej to socjaliści. Skazani na niewolnictwo i zagładę”
Świat był tak zły, ze Anioła zaczęła boleć głowa jeszcze silniej. Koszmarne obrazy pojawiały się i znikały, niczym na zawrotnej karuzeli. Wyschły mu usta a język skołowaciał. Chciało mu się rzygać i spocił się na śmierdząco.
„-Tak – pomyślał – Tylko klin klinem. Póki jeszcze zasiłku dla bezrobotnych starczy”.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Bo …. dupa była za ostra.
2010-07-26
|
W Warszawie zaczynają się pierwsze w Polsce zajęcia dla mężczyzn - ofiar przemocy domowej.
Może za późno? Chyba za późno. Na pewno za późno!
Bo według statystyk policyjnej "Niebieskiej Karty" gdy w 2006 r. poszkodowanych (ujawnionych poszkodowanych) było ich już 10313. W 1999 r. było ich 4239. Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar przemocy w Rodzinie twierdzi, że co dziesiąta ofiara przemocy w rodzinie to mężczyzna.
Jego historia była zwyczajna. Poznał kobietę. Miłą i słodką. Wróbeleczek, albo sikoreczka. Spotykali się. Ona w ciąży. Nawet cieszył się, choć zdziwiony. Bo zabezpieczała się. Też cieszył się, kiedy urodziło się dziecko. Choć bardziej podobne do matki.
Ale zaczęli kłócić się. Ona wystawiła mu walizki za drzwi. Nie miał dokąd pójść: w końcu jego mieszkanie. To kłócili się jeszcze bardziej, bo ją denerwowała jego obecność. Zdarzało jej się go uderzyć. W nerwach. Nawet pięćdziesiąt razy pod rząd, w trakcie jednych „nerwów”. Nawet tłuczkiem do mięsa. A „nerwy” były codziennie. On bał się oddać. Bo od razu policja, obdukcja i… rozstanie z dzieckiem. Orzeczenie o wyłącznej winie męża za rozpad pożycia.
Wiedział, że bicie męża przez żonę to nie jest powód do dumy dla męża. To jakoś tak nie miał serca wyjawić chłopakom na komendzie, skąd te siniaki i braki w uzębieniu. Raz zresztą nawet poszedł na komendę, ale w końcu powiedział policjantom, ze… ktoś go napadł. Też w końcu prawda. Po roku umorzyli postępowanie z powodu „niewykrycia sprawców”.
Zresztą wiedział, że trzeba znać swoje miejsce. On zarabiał 5 tys, ona 14 tys: rachunek prosty, kto jest ważniejszy dla Rodziny. Wiedział, ze dziś płeć piękna to kobieta wyzwolona, samodzielna, pracująca. Umie – i łączy - rolę matki, żony i dobrego pracownika. Bo jest zaradna i umie to udowodnić.
Potem poszedł drugi raz. Uprzedził, ze sprawa jest delikatna, więc przyjęli go w osobnym gabinecie. Dokładniej – funkcjonariuszka.
- Nie wierzę – powiedziała – Takie rzeczy nie zdarzają się w Polsce. Chyba, ze mi Pan udowodni: jak mąż-żonie- dodała rozchylając znacząco usta.
Kiedy nic nie zrobił, roześmiała mu się w twarz i nie przyjęła zgłoszenia.
Za to dowiedziała się o tym zgłoszeniu żona. Jak? Nie miał pojęcia. I teraz, jak tylko dochodziło w domu do rękoczynów, szła na policję poskarżyć się. Profilaktycznie. Bała się „rewanżu”?
To nie miało dużego znaczenia, bo, jak policjanci przyjeżdżali do domu na interwencję, to nie wierzyli jej. Bo ona nigdy nie miała żadnych śladów, a on dbał, by mieć podbite oko , czy rozbitą wargę. Nie chciał być mniej chytry niż żona: przynajmniej w tym aspekcie życia.
W końcu mundurowi powiedzieli jej, że ma „mało skomplikowana naturę połączona z wyjątkową bezczelnością”. A jemu, ze zepsuł ją „pozwalając na wszystko”. I żeby okazał się dla niej mężczyzną, by ktoś inny nie był pierwszy.
I przestali przyjeżdżać. Zostali znów sami z żoną
A ona miała kolejny powód do ataków furii. Ze dzwoni, a nikt nie przyjeżdża. Przez jakiś czas próbowała jeszcze ze strażą miejską i policją osiedlową, ale w końcu i oni przestali reagować. Tak, jak gospodarz domu, sąsiedzi i proboszcz. Bardzo ją to denerwowało, ta alienacja i wykluczenie społeczne.
Kiedy wpadała w furię, wrzeszczała:
- „Nie jestem zwolenniczką bicia mężczyzn, ale i tak nauczyłam się, że żeby coś wyegzekwować od ciebie trzeba po prostu przyłożyć!”
I mówiła jeszcze dużo o tym, że obecnie o wszystko trzeba walczyć, a mężczyźni – w tym on - nie rozumieją, że kobieta musi pracować o wiele więcej niż mężczyzna. I w dodatku – nie doceniam tego. Więc sam sobie jest winny. A słowa wzmacniała kolejnymi razami tłuczka zamiennie z wałkiem.
Kiedy zobojętniał na razy, którymi go raczyła, znalazła innych sposób: zaczęła niszczyć wszystkie cenne dla niego rzeczy.
Kolekcję „resoraków”, serię komiksów „Tytus, Tomek i A’Tomek”, filmy z Kapitanem Klossem. Nawet podarła dyplom ukończenia kursu pierwszej pomocy.
Owszem, jak uspokoiła się, to była nawet miła. Uśmiechnęła się. Na koncert można było z nią pójść, do kina. Na dyskotekę też. Choć na dyskotece, kiedyś wściekła się, ze musi wydawać z budżetu domowego więcej pieniędzy na bilet dla niego. Znaczy darmozjad jest. Nigdy niczego – co ją dotyczyło - nie mógł być pewnym.
Dobrze, że miał świadomość istnienia kogoś, kto kocha.
Córeczka.
- Kochanie powiedz mi coś miłego na dobranoc – poprosił ją, kiedy przeczytał córeczce bajkę na dobranoc
- Ty gruba, śmierdząca świnio – odparła córeczka z kochającym uśmiechem. Jej oczy jarzyły się blaskiem miłości i oddania.
Bardzo kochała tatę ta córeczka. I bardzo chciała zrobić tacie przyjemność za tą bajkę. To dlatego powiedziała do niego tak, jak zwykle mówi do taty mama.
Bo córeczka wie, ze Mama przecież jest najukochańsza. I chce dobrze.….
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Wujek Zły Dotyk
2010-07-23
|
Dążeniem każdego człowieka jest szczęście. Swoje i osób otaczających go. Bo trudno przecież przyjąć, żeby ktoś potrafił być trwale szczęśliwy wśród otaczających go ludzi nieszczęśliwych. Żeby ktoś był takim Wujkiem Zły Dotyk i był zarazem osobą zadowolną z życia.
Jednym z warunków szczęścia jest poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego i posiadanie wpływu na swoje losy. Czyli, w skrócie – posiadanie pieniędzy i władzy. A może nawet wystarczy dysponowanie pieniędzmi?
Tymczasem dobry stan majątkowy (czy dysponowanie władzą, pozwalającą – np. – na wolne wyrażenie swoich myśli) u danego podmiotu nieodmiennie powoduje nieszczęście innych ludzi. Przynajmniej to wynika z poczynań tych podmiotów.
Właściwie, czasem taki „dobrze sytuowany społecznie” podmiot, cokolwiek by zrobił, robi to źle. I ze szkodą dla bliźnich. Może, zamiast „dobrze sytuowany społecznie podmiot”, należałoby go nazwać Wujek Zły Dotyk? Skoro powoduje swoją obecnością poczucie dyskomfortu u innych....
Powinien nosić to miano, bo cokolwiek ten podmiot zrobi to ktoś czuje się dotknięty.
Barack Obama obraził białą tradycję Stanów Zjednoczonych Ameryki poprzez przyjęcie fotelu prezydenta, o który ubiega się – o zgrozo(!) – skutecznie. Obraża tą tradycję do tej pory, bo nie przeprowadzono - na razie - skutecznego zamnachu.
Michael Jackson został oskarżony o molestowanie Gavina Arviso, a Departament Szeryfa Santa Barbara przeszukał Neverland Ranch i wydał nakaz aresztowania Jacksona. Wprawdzie piosenkarz został oczyszczony z zarzutów, lecz proszę sobie wyobrazić jak negatywny wpływ musiał mieć na pokrzywdzonego, skoro ten dzieciak zdecydował się sięgnąć po pomoc prawną.
Podobnie, redaktor naczelny "Nie" Jerzy Urban został oskarżony o znieważenie Jana Pawła II. Prokuratura Okręgowa w W. wniosła do sądu akt oskarżenia. Bo znieważył go w artykule "Obwoźne sadomaso", co, wg niego, byłó "uprawnioną krytyką widowisk publicznych". Teraz Trybunał Praw człowieka będzie badał, czy skazanie Jerzego Urbana na 20 tys. zł grzywny za znieważenie głowy innego państwa - papieża Jana Pawła II - nie stanowi naruszenia wolności słowa, gwarantowanej przez Europejską Konwencję Praw Człowieka i Podstawowych Wolności.
Żeby nie wspomnieć o nagłaśnianych złych uczynkach polskich polityków (oczywiście na miarę ich wielkości), koncernów serwujących za gorącą kawę, czy sprzedających noże bez instrukcji obsługi, albo szefach, którzy narzekają na mało wydajnych pracowników, co siedzą przy monitorze – zamiast pracować.
Po prostu Wujek Zły Dotyk czai się wszędzie.
Dasz mu się dotknąć, jeśli obieca, że w Ciebie zainwestuje?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Bliskie spotkania trzeciego stopnia
2010-07-23
|
Na wszystko jest podobno miejsce i czas.
I dlatego działanie jednostki może spotkać się z aprobata lub dezaprobatą.
Albo nawet być niebezpieczne.
Ostatnio zarzuca się, że Premier Polski – Donald Tusk i Premier Putin nie podeszli do ciała Polskiego Prezydenta. W tym wypadku brak zbliżenia okazał się dla nich niebezpieczny.
Żeby podobną przenikliwość – lecz - odwrotnym kierunku – wykazali plażowicze w amerykańskim stanie New Hampshire, do tragedii by nie doszło. Niestety, w następstwie braku przewidywania, ok. 150 osób zostało poparzonych przez największą meduzę świata - Bełtwę festonową. Trafiła ona na plażę już martwa, ale nawet martwa meduza może być groźna, ponieważ fragmenty czułek wciąż mogą pływać w wodzie. W takim wypadku oparzenia nie są niebezpieczne, ale są bolesne.
Podobnie postąpił, dążąc zapewne do zbliżenia, Leszek Bukowski, były pracownik Radia Wolna Europa i działacz opozycji, który usiadł na ławce obok 21-latki. No i został oskarżony o molestowanie seksualne. Wprawdzie nie pamiętał, jak wyglądał przedmiot molestowania (pokrzywdzona) i na sali sądowej zwracał się do pełnomocniczki pokrzywdzonej zamiast do niej, ale … Była to okoliczność obciążająca i dowód na szowinistyczne usposobienie ruchliwego i jurnego 86- latka. Wskutek szowinistycznej, być może zmowy sędziów, został uniewinniony.
Przykładem niebezpiecznego zbliżenia był incydent z udziałem Prezydenta Francji. Jeden z gapiów, odpowiadając na zainteresowanie Prezydenta (http://videos.leparisien.fr/video/iLyROoaftL1D.html ), odrzekł: „Ne me touchez pas... Vous me salissez, laissez moi tranquille” zaś Prezydent Francji, jako mistrz ciętej riposty, zrewanżował się uroczym „casse-toi, pauvre con”.
Jeszcze innym przykładem niebezpiecznego zbliżenia jest porwanie niewinnego rosyjskiego pilota z Liberii do Nowego Jorku. Ów pilot Oto pilot szukał tylko w Afryce kontrahentów, którym mógłby przewieźć coś swoim antonowem 32. Kiedy odpoczywał w hotelowym pokoju, drzwi wyważyli amerykańscy wywiadowcy. Rozebrali pilota do naga, przywiązali do krzesełka na trzech nogach, po czym zapowiedzieli, że nie dadzą mu jeść, pić, ubrać się ani wstać. Pilot odzyskał przytomność na Manhattanie, skąd zadzwonił do konsulatu.
Podobnie dążył do niebezpiecznego zbliżenia poseł Palikot, ubiegając się o dopuszczenie do zespołu Macierewicza dotyczącego badań nad katastrofą smoleńską. Arkadiusz Mularczyk z Pis, niczym lekarz uzdrawiający chorą poszlaką rzeczywistość polityczną, uznał, że apelacja Palikota pozostanie bezowocna, dopóki nie przestanie urządzać sobie kpin z prac komisji.
Można mieć tylko nadzieję, że Palikot, po tym leczeniu, nie skończy jak ta kobieta, która przyszła do szpitala z ością w gardle. W następstwie wizyty jest kaleką i walczy o przeżycie. Natomiast lekarze uznają, ze „zrobili, co było można” w tej sytuacji.
I o ile opinia lekarzy może być uzasadniona posiadanym dyplomem i kondycją pacjentki, to czy tym samym argumentem może być uzasadniona opinia Pana Macierewicza, czy Mularczyka?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Pojedynek
2010-07-16
|
Atmosfera gęstniała. Do konfrontacji musiało dojść-to było jasne.
Wreszcie znaleźli się tam, gdzie byli sami.
Bez widzów. Bez świadków. Bez kłopotów. Z dala dochodził pogłos świata. Ale to było już nieważne. Nic nie było ważne. Tylko rywalizacja. Pojedynek.
Nie ważne było nawet to, kto wygra. Liczyło się co innego: siła charakteru, hart ducha, wola zwycięstwa
Stanęli obok siebie. Ramię w ramię. Uspokoili oddechy. Patrzyli uważnie i czujnie, jeden na drugiego. Godni siebie. Wojownicy. Gotowi zareagować na pierwszy, najmniejszy nawet ruch przeciwnika.
Kto wyciągnie. Kto się złamie. Kto będzie pierwszy….
Jasne było, ze pierwszy – przegra. Reguła znana co najmniej od czasów dzikiego zachodu.
Przegra, bo pierwszy sięgnie. Bo bardziej niecierpliwy. Bo bardziej żądny zwycięstwa. Chciwy i niegodny.
Dlatego patrzyli – jeden na drugiego. Gotowi, ale niezdecydowani do końca.
I tylko jedna wspólna myśl wypełniała ich „mózgi”: czy zdążę, czy uda się, czy wytrzymam?
I odpowiedź na to pytanie mieli też wspólną, bo w końcu obejmował ich ten sam program nauczania: zarówno w szkole średniej, jak podstawowej.
Nagle wzrok jednemu z nich złagodniał. Zacięta mina zmieniał się na minę spolegliwą. Na twarzy zagościło coś na kształt uśmiechu
- Nie no, stary. Chromolę. Tak nie można. To paranoja! Nie będę już palił z Tobą tego świństwa. Zsikam się!
Z ulgą na twarzy rozpiął spodnie i usiłował uwolnić ptaka.
Lecz było już za późno. Za mokro.
Jak to zwykle bywa, kiedy stan ogromnego, długotrwałego napięcia zostanie zastąpiony uczuciem relaksu. Nagłego i niespodziewanego.
A może zrelaksował się, bo przegrał?
W każdym razie wygrał Amman.
Simon Amman
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Spojrzenie
2010-07-15
|
Wczoraj byłem na kolacji. W „G.” , tam gdzie Wisła ma swoje źródła. Nawet nie tak bardzo drogo, jak myślałem.
W końcu firma zacna. Mają hotele w kilku miejscach w Polsce. W tych hotelach w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku spotykała się elita biznesowa i intelektualna Polski.
Na przykład w Mikołajkach.
To tam obsługa, przygotowując dla jednego z gości jajecznicę „ze stu jaj”, uznała, ze jedno ma niewłaściwy kolor. I przyrządziła drugą. No i te słodycze od niezrównanej firmy „T.” z siedzibą koło Wołomina.
Teraz też hotele tej sieci przyciągają najwybitniejszych członków społeczeństwa.
Pięknych duchowo. Jak Ci, których obserwowałem.
On za był postawny. Bardzo postawny. Starszy, albo prowadzący bardzo intensywne życie biznesowe. Miał przekrwione oczy. A w oczach – błysk inteligencji. Był spocony i pachniał wysokogatunkowym, przetrawionym alkoholem. Miał wymiętą, nieogoloną twarz. Spod koszuli wystawał mu zarośnięty jak u małpy tors. Wyglądał na 60 lat. Ale był bardzo dobrze odżywiony i zbudowany. Jego szyję zdobił złoty łańcuch. Palce – sygnety. Płacił, na zmianę, to złota kartą, to czarna kartą. Rozmawiał ze złotej komóry. Oszczędnie i ekspresywnie. Ale dobitnie. Zwłaszcza, kiedy prosił, by nie przeszkadzać mu w kolacji z partnerką.
Z nią. Blondynką. Szczupłą. Zadbaną. Wysportowaną. Seksowną. Starannie gospodarująca odzieżą. Tak, by nie zużywać więcej materiału niż jest to absolutnie konieczne. Ekolożką znaczy.
Skończyła trzy fakultety pewnie – na tyle wyglądała. Poruszała się zmysłowo. Oszczędnie używała słów, ale każde było bardzo ważne. Pełne znaczenia. Jak jej gesty. Wspominałem, ze była seksowna? No była, była. Przy niej ikony popkultury stawały się podobne do Marii Curie Skłodowskiej. Znajdującej się w końcowej fazie pracy nad materiałami promieniotwórczymi.
Nie wiem ile mogła mieć lat ta blondynka, ale wyglądała bardzo dobrze. A może to była brunetka?
No i była seksowna w tych stringach.
Choć oboje– on i ona – byli oszczędni w słowach, rozumieli się doskonale.
I dobrze wychowani.
On, patrząc czasem na nią z niemym zachwytem, nie zadawał sobie pytania: „Jak mocno można kochać pieniądze?”
Nie pyta się o rzeczy oczywiste w tym hotelu.
Zwłaszcza, ze odpowiedź była w spojrzeniu.
W Jej oczach.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Ognisko z przyjaciółmi
2010-07-08
|
„Pamiętajcie, ze czynów popełnionych w imię miłości nie sposób rozsądzac ludzką miarą”
Mam 35 lat i jestem zwyczajny. Nie brzydki, nie ładny. Tylko wysoki i wysportowany. Zwyczajny. Nie tyle stary ile czasem taki… zmęczony.
Pracuję w firmie z kapitałem zagranicznym. Spółce Akcyjnej. Ciężko jest. Dobrze płacą jednak. Naprawdę dobrze.
Ona była pierwsza. Nie pierwsza w ogóle i nie ostatnia nawet. Ale pierwsza ważna.
Tak kiedyś myślałem. Dopóki nie zorientowałem się, że nie tylko pierwsza z ważnych, ale i ostatnia. Ze po niej już żadnej nie może być ważniejszej. Ze ona, ona i tylko ona.
Czy to dlatego, ze kocham?
Sam nie wiem, co nas trzymało przy sobie przez tyle lat. Może to była miłość? A może bardziej nienawiść?
Po studiach zamieszkaliśmy razem. Rodzice kupili nam mieszkanie. Moi rodzice – nasze mieszkanie. Chcieli mieć wkład w szczęście syna.
Wydawało by się, że raj.
Ale zaczęły się nieporozumienia rodzinne.
Bo za mało zarabiam.
Bo ograniczam ja i niewolę.
Bo tak się na nią patrzę.
I w ogóle: marnuje życie ze mną. A jej zegar biologiczny tyka – cokolwiek by miała na myśli.
Powiedziałem jej, myśląc o tym zegarze:
- Musisz z tym coś zrobić
Odwrzeszczała, że ja też coś musze z tym zrobić.
Nie chciałem jej robić przykrości i nie słuchać się.
Wziąłem więc dodatkową robotę, by więcej zarabiać. Jej zresztą też nie było zwykle w domu.
Bo w domu nudziła się: zaczęła wychodzić.
Na początku po zakupy tylko. Potem z psem. A na końcu na spacery. Sama. I nigdy nie wiedziałem, kiedy wróci.
Zresztą tak samo było u niej w pracy. Też nudziła się. Też wychodziła. I też nikt nigdy nie wiedział, kiedy wróci.
No to zwolnili ją, jak tylko pokazała się w robocie.
Teraz tak zastanawiam się: może za wcześnie? Może wystarczyło z nią porozmawiać? Może wtedy nie doszłoby do tego?
A tak wróciła do domu na pełen etat. I dalej wychodziła po zakupy – choć ja jadłem w pracy.
Z psem – choć pies uciekł pół roku temu. Na długie spacery – chociaż na dworze było czasem 20 stopni mrozu. I wracała coraz później i coraz rzadziej – na coraz krócej.
Bardzo chciałem, żeby była szczęśliwa. Pracowałem coraz więcej i więcej, żeby nie mogła już powiedzieć, ze „za mało zarabiam”. I żeby była zadowolona.
Tak się teraz zastanawiam: może za dużo pracowałem? Czy może za mało?
Chyba nie, bo wczoraj, kiedy wróciła ze swojego czterodniowego spaceru, stanęła z podręczną torba podróżną w progu i powiedziała, ze wróciła – to była taka jak kiedyś. Rozszerzone oczy, zaczerwienione policzki. Patrzyła się na mnie z taką miłością i oddaniem. Tak jak przed kupnem mieszkania: poczułem się, że ja, ja i tylko ja.
Potem powiedziała:
- Mam dla Ciebie, mój mężu, dwie wiadomości. Obydwie dobre.
-Tak?- zapytałem z niepewnością w głosie i z niedowierzaniem
- Jutro mamy ognisko. Wiesz z naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Od naszego wesela nie udało się ich zebrać wszystkich razem.
- A gdzie?
- Tam, w parku. Przycinali gałęzie ze służb komunalnych, wiec o drzewo nie musimy się martwić. Jest cała kupa dodała rozpromieniona -Tylko benzyna, żeby zapalić
- A druga wiadomość?
- Wiesz – zaczęła z niepewnością – Ostatnio nie układało się między nami. Miałam depresję. Taki narastający PMS damski. Brak wiary i takie tam.
Na chwilę zamilkła
- No i poznałam kogoś. Kogoś, kto był ważny dla mnie. Dlatego tak często nie było mnie w domu. Ale to już przeszłość, kochanie. Bo on zawiódł moje zaufanie. On nie jest taki jak Ty – dorzuciła – wielkoduszny, kochający, oddany. Zaopiekujesz się dzieckiem? – dodała niby bez związku.
Nie mogłem odmówić żonie rozsądku w podjętych przez nią działaniach. Bo gdyby wszystkie odtrącone kobiety i wszyscy mężczyźni usiłowaliby dogonić swoje uciekające fascynacje, to wokół nas byłby obóz treningowy sprinterów. Nie dałoby się tam żyć. No kto by chciał wciąż biegać?
Natomiast, co do jej oczekiwań względem dziecka… cóż. Nawet się ucieszyłem. Bo urok świata dla mnie polega na tym, ze jest on tak rozkosznie popier… i niezrozumiały. Oczywiście dla racjonalnie myślącego człowieka. To właśnie źródło jego urody, a mojej fascynacji światem.
Uśmiech, który zagościł na moich ustach, nie znikł aż do rozpoczęcia ogniska z przyjaciółmi.
Żona także uśmiechała się przez cały czas, uspokojona moim szczęściem. Nawet, kiedy ją częstowałem ginem z dodanym – dla smaku - kwasem gamma-hydroksymasłowym (GHB).
Co miałem zrobić? Kochałem ją tak, jak tylko można kochać. Bardziej niż życie, bardziej niż powietrze, którym oddychałem. Serca biciem, ciepłem oddechu i krzykiem rozkoszy. Krzykiem bólu. Nie chciałem, żeby to uczucie, którego potęgi teraz doświadczałem, skończyło się sprzeniewierzeniem - ucieczką, nudą lub zdradą. No i zdałem sobie sprawę z tego, że tak jak oczekiwanie na miłość to już jest miłość, i tak jak żal za miłością to miłość - tak i nienawiść to miłość. Jak ja ją nienawidziłem!
Szukałem tylko Znaku
Spojrzałem na nią: słońce rozświetliło jej oczy. I jej policzki. Teraz wiedziałem, ze to znak od Boga.
A potem …
…. Wszedł, trzymając żonę w ramionach, na szczyt kupy uciętych gałęzi. Położył ja u swoich stóp. Ci, co stali blisko, zobaczyli, ze On uśmiecha się do zebranych przyjaciół. Bez lęku i trwogi. Pozdrowi zebranych uniesiona dłonią. I rzucił zapalona zapałkę na nasączone benzyną gałęzie. A potem rozgrzany stos zapadł się. Ci, co stali blisko mówili, ze widzieli w jego oczach błyskające ogniki szczęścia.
Inni spośród przyjaciół utrzymywali jednak, że to tylko odbijały się w źrenicach płomienie…..
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Awatar
2010-06-30
|
Anioł Miłości niemal wpadł w ekran monitora. Trzydzieści dwa cale, miał w co wpadać.
Zachwiał się, lecz zaraz odzyskał panowanie nad wszystkimi członkami. Odskoczył. W prawej ręce – Glock 17 Lang. W lewej bagnet.
- Przed siebie, przed siebie, przed siebie! – tylko o tym myślał
Zza rogu wyskoczył „czarny” w kamizelce kuloodpornej. Nie na wiele mu się przydała, kiedy Anioł wbijał mu nóż w tętnicę udową.
- Giń matkojebco! – pomyślał pochlebnie o napastniku
Dwóch następnych sprzątnął strzałami w oczy.
-„9 mm poszerzy im horyzont na świat cały”
Jeszcze tylko jedno pomieszczenie i … uda mu się!
Zajrzał ukradkiem.
- Kurwa! Co najmniej dwudziestu- pomyślał.
Niby ma jeszcze amunicję, ale czy wystarczy na dwudziestu?
Wybrał granat. I jeszcze jeden. I jeszcze. Kiedy orgia wybuchów ucichła, przebiegł szybko przez śliską od krwi podłogę. Przeskoczył stos wnętrzności, który leżał na progu.
I za drzwiami zobaczył Ją. W końcu.
Miała na sobie czarną skórzaną spódniczkę, uszytą z uwzględnieniem postulatu oszczędności materiału. Koszulka podkreślała rozmiar i jędrność piersi.
- Zostaw mnie!- krzyczała – Chcę żyć, mam narzeczonego!
Jakby to cokolwiek obchodziło Anioła.
Zdarł z niej koszulę i spódnicę. Majtki zostawił. Rzucił ja na biurko.
- Będzie, jak z dziewicą – mruknął do niej obleśnie.
Widząc przerażenie w jej oczach, dodał wyjaśniająco: - Nic to. Pomyśl sobie – nic to! Odczuwał dziką, nieokiełznaną rozkosz spełniając swoje marzenia.
Już kończył: jak w takich wypadkach zwykle – zintensyfikował ruchy.:
Prawie spadli z biurka oboje.
Trzydzieści dwa cale, miał w co wpadać. Czerwony napis rozjarzył ekran. Jednocześnie ktoś wchodził do pomieszczenia. Anioł zachwiał się wstając gwałtownie od biurka.
Nie zdążył przeczytać czerwonego napisu.
- Dzień dobry Panie Prezesie – Anioł rzucił uprzejmie z rozpalonymi policzkami – Raport gotowy. Prześlę Panu mailem. Udało się uniknąć błędów z poprzedniego okresu rozliczeniowego – dodał myśląc o czerwonym napisie, którego treści nie znał.
- To dobrze, dobrze – Prezes chłonął każde słowo – A przychody, rentowność, cena do zysku?
- Co przychodów, to w połowie roku osiągnęliśmy cel całoroczny – wyjaśniał Anioł starając się zerknąć na ekran, choć kątem oka- Koszty zredukowane o 75 procent.
Wreszcie udało się Aniołowi przekrzywić tak głowę, by widzieć wszystko.
Kontynuował wyjaśnienia dla Prezesa: - Jednocześnie renegocjujemy ceny z dostawcami surowców. Były przecież „zahedżowane” – tu Anioł przerwał.
Na ekranie monitora widniał napis:
- „Yo’re too Horny. Your partner is overheated! Please try again later!”
Już nic nie było ważne: ani wyniki, ani przychód, ani ceny transakcyjne. Tylko napis czerwony. Niczym użyte niezgodnie z przeznaczeniem majtki wybranki.
Anioł, jakby nie mogąc przeczytać jarzących się liter, szybkim krokiem zbliżył się do monitora. Nachylił głowę i przytknął czoło do szkła. Niemal wpadł w ekran monitora. Miał w co wpadać. Te trzydzieści dwa cale…..
Zachwiał się, lecz zaraz odzyskał panowanie nad wszystkimi członkami. Odskoczył….
W prawej ręce – Glock 17 Lang. W lewej bagnet….
Poszedł przed siebie.
Tam, gdzie wszyscy wszyscy byli. Zawsze kochali, a czasem grzeszyli – jak on. Szeptał tylko do siebie: „and nothing else matters”.
Tylko tym razem już nie strzelał.
Czekał na jarzący, czerwony napis:
„Game over”.
Jak my wszyscy.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Moralny upadek wymiaru sprawiedliwości
2010-06-30
|
Sąd Najwyższy USA nie zagwarantował Watykanowi immunitetu w procesach dotyczących domniemanych praktyk pedofilskich księży katolickich.
To smutna i niepokojąca nowina zwłaszcza dlatego, że amerykański adwokat Watykanu prosił Sąd tylko o to, by ten uznał, że zarówno Stolica Apostolska, jak i osobiście papież są objęci w USA immunitetem sądowym.
Już teraz wierni z całego świata zadają sobie pytanie: czy, w następstwie wskazanych wydarzeń, amerykańskie seminaria już niedługo będą tak samo puste jak francuskie czy niemieckie? Dynamiczny wzrost księży zakonnych i diecezjalnych – obserwuje się tylko w Afryce.
Bez wątpienia natomiast spadła liczba powołań do żeńskiej służby zakonnej. Liczba zakonnic – w skali świata - spadła w ciągu ostatnich ośmiu lat z 801 tysięcy do 739 tysięcy. Spadek ten jest wiązany z brakiem społecznego uznania dla metod wychowawczych stosowanych przez niektóre siostry zakonne, jak też przypisywanemu im – przez niektórych – współudziałowi we wspomnianych praktykach..
Przywołane powyżej orzeczenie o immunitecie pozwoliłoby na zablokowanie procesów cywilnych, przeciwko Benedyktowi XVI oraz Watykanowi. W wytoczonych przez wiernych (często byłych) powództwach obwinia się Kościół, że tuszował skandale i przenosił podejrzanych księży do nowych parafii – wychodząc naprzeciw upodobaniom i preferencjom księży.
Obrońcy dobrego imienia księży w USA wskazują, że żaden z zarzucanych czynów nie został bezspornie udowodniony, zatem obarczanie odpowiedzialnością – nawet hipotetyczną – Watykanu, jest przedwczesne. Nadto zwracają uwagę, że w różnych częściach Stanów Zjednoczonych, ze względu na predyspozycje genetyczne i uwarunkowania klimatyczne, dzieci osiągają dojrzałość w różnym wieku. Znajduje to wyraz w ustawodawstwie stanowym. Stąd przykładowa jedenastoletnia ofiara domniemanych praktyk nie może być tak samo traktowana w stanach „północnych” i „południowych”, co miarkuje nie tylko stopień odpowiedzialności, ale także odpowiedzialność księży – w ogóle.
Powołują się przy tym na casus polskiego reżysera, z którego praktyk jego 13 letnia ofiara zdawała się być zadowolona. – oznajmiając rodzicom mu, że właśnie odbyło stosunek analny z wybitnym reżyserem.
Nawet gdyby zaakceptować zasadność zarzutów ofiar pedofilii, należy zwrócić uwagę na fakt przemian obyczajowych społeczeństwa: pedofilia uchodzi obecnie za nieuleczalną chorobę psychiczną. Jeszcze pół wieku temu traktowano tak samo homoseksualizm, a dziś nikt nie ma wątpliwość, ze praktyka ta była chybiona.
Zdaniem Philip Aries („Historia dzieciństwa”) , już siedmiolatek, na równi z siedemdziesięciolatkiem, mógł w wiekach średnich, za kradzież zawisnąć na szubienicy. Natomiast dziewczynka, po pierwszej menstruacji, nadawała się do zamążpójścia – i prokreacji. Do Oświecenia i XIX w. chłopak z zamożnego rodu mógł się ożenić (już w wieku 14 lat. Żeby nie wspomnień o Panu o nazwisku Jagiełło, co mógłby być dziś ścigany po całej Europie za pedofilię: poślubiona mu Jadwiga miała 12 lat.
Dlatego Ci, co rozpętują batalię przeciwko Kościołowi Katolickiemu i jego przedstawicielom w związku z domniemaną pedofilią księży, powinni, podczas tego procederu, mieć na uwadze historie i tradycje społeczeństwa, z którego przecież wywodzą się.
Szczęśliwie, kiedy Sąd Najwyższy odmówił zajęcia jakiegokolwiek stanowiska tej sprawie, to oddał się w istocie rozważaniom, czy Sąd ma kompetencję do badania zarzutów wobec Watykanu.
Dlatego, nad wiernymi Kościoła i jego urzędnikami, znów zaświecił promyczek słońca. Mogą teraz, ugruntowując wiarę i szerząc działalność misyjna w południowych stanach USA, jak tez w Afryce, wcielać w życie instrukcję Watykanu "Crimen sollicitationis", która ugruntowywała "kulturę milczenia ", tak ceniona wśród kapłanów.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Czysta prawda
2010-06-24
|
Według agencji Associated Press, Ministerstwo Spraw Zagranicznych Nigerii potępiło zbrodnicze zastrzelenie przez polską policję obywatela nigeryjskiego, któremu polska policja przydała podobno nazwisko „Winny”.
Trudno dziwić się postawie przedstawicieli Nigerii tym bardziej, że coraz częściej pojawiają się w prasie doniesienia o prześladowaniach Nigeryjczyków mieszkających w Polsce.
Nigeryjskie Ministerstwo podkreśla zwłaszcza to, że zabicie czarnoskórego obywatela Nigerii nastąpiło bez stwierdzenia jego winy, co demonstruje arbitralność polskiej policji w eliminowaniu obcokrajowców.
Bez związku z przywołanymi wydarzeniami jest to, że polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleciło, by każdy turysta, planujący wyjazd do Nigerii, "wnikliwie rozważył konieczność takiej podróży". Ministerstwo wskazało zwłaszcza na części Federalnej Republiki Nigerii (stany Bayelsa, Delta, Riverso i Akwa Ibom), gdzie istnieje możliwość nasilenia działalności ugrupowań ekstremistycznych.
Jednocześnie, polska policja, usprawiedliwiając działania podjęte wobec Nigeryjczyka, wskazuje, że podczas akcji zostało rannych sześciu policjantów – w tym policjant, który broniąc się postrzelił Murzyna. Sam Nigeryjczyk był wcześniej notowany za przestępstwa gospodarcze.
Przy czym policjant, przed podjęciem interwencji, wylegitymował się tak, aby Nigeryjczyk mógł zadzwonić pod 997 i zweryfikować jego dane: przedstawił się płynnie, poprawną dźwięczną polszczyzną z rangi, imienia i nazwiska. Usiłował też zapewnić natychmiastowy kontakt z obrońcą, tłumaczem i opiekę konsularną – co, z uwagi na późniejszy brak kontaktu z Nigeryjczykiem, nie zostało zrealizowane.
Nie potwierdzone zostały doniesienia prasowe o tym, że zmarły, dokonujący napadu na policjanta wykonującego czynności służbowe, był kryminalistą, częścią gangu czarnych handlujących przemycanym towarem i przypuszczalnie narkotykami.
Nie potwierdzone zostało doniesienie, ze według policjantów dokonujących interwencji Nigeryjczyk sam wyrwał broń funkcjonariuszowi i postrzelił się, by zyskać status prześladowanego na tle rasistowskim.
Wydarzenie to zwróciło uwagę aktywistów obywatelskich na sprawy związanie z
nielegalnymi uchodźcami z zagranicy, których liczba – z roku na rok – rośnie.
Polscy obywatele coraz częściej skarżą się na nagabywania ze strony przedstawicieli obcych nacji o różnych kolorach skóry. Zwracają przy tym uwagę na „niepewne zachowania”, „łażenie po targowiskach przez cały dzień”, czy wręcz – na słowne zaczepki i niedwuznaczne propozycje. Znane są przypadki, kiedy handlarze odmawiali wydania reszty i grozili użyciem niebezpiecznego narzędzia wobec klienta, czy wręcz – odmawiali wydania towaru. Nie przechodzą zapomniane wydarzenia, kiedy czaro i żółtoskórzy obywatele innych krajów wchodzą w związki z polskimi obywatelkami, a potem rezygnują z pożycia małżeńskiego.
Przywołani aktywiści powołują się na doniesienia Agencji Associated Press, która wskazuje na sposoby działania nigeryjskiej policji, do czego zapewne ma nawiązywać wystąpienia MSZ Nigerii: "ugrupowania obrońców praw człowieka mówią, iż policja w Nigerii, najludniejszym kraju Afryki, rutynowo dokonuje egzekucji więźniów, gwałci prostytutki i wymusza (łapówki) od kierowców na posterunkach kontrolnych".
Pomimo tych – epizodycznych – zdarzeń, wyjątkowo tylko stawiane są w polskim społeczeństwie pytania: czy bandyci maja
prawo pobytu w Polsce, czy jest znana przeszłość imigrantów, gdzie mieszkają,
czym się zajmują, skąd pochodzą nosiciele
HIV, czy zapłacili juz za koszta leczenia murzyńskich ofiar, czy utworzony został specjalny fundusz alimentacyjny dla dzieci mieszanych?”
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Apostoł wolności
2010-06-09
|
Mikołaj nawet nie przypuszczał, ze będzie taki dzielny. I że będzie potrafił walczyć: o swoją wolność i o swoje przekonania. Sam był zdziwiony, jakie „nadmikołajowskie” siły wykrzesała w nim miłość. Może nie wiedział, że wiele można zdziałać nienawiścią, ale jeszcze więcej miłością.
Mikołaj zabił. Rodziców. Miał tylko 19 lat, ale już wprawnie „robił” siekierą, co pokazał.
Był prawym chłopakiem, więc jak zabił - to wezwał. Policję.
I wyjaśnił, że jest gejem. A Rodzice nie tolerowali jego związku. Z chłopakiem. Takim, jak on.
Może nie chciał sprawiać rodzicom bólu swoją decyzją? I to dlatego zabił ich - we śnie: Matkę – anglistkę i Ojca artystę - malarza.
Żeby nie cierpieli niepotrzebnie.
Był już dorosły. Według Matki, zakochanej w synu – nadzwyczaj zdolny. I wrażliwy. Tak o nim mówiła sąsiadom.
Był też studentem: na mechatronice. Nic dziwnego, według Matki jego.
To we Wrocławiu poznał o kilka lat starszego mężczyznę. Zakochał się w nim. Jako prawy chłopak, poprosił o błogosławieństwo rodziców. By nie żyć w grzechu.
Rodzice zażądali od Mikołaja obietnicy zakończenia znajomości. Co za pomyłka i zawiedzione zaufanie!
A Ojciec zaczął go straszyć, że jeśli tego nie zrobi, to zabije jego kochanka.
Mikołaj uśmiechnął się tylko….
Może dlatego, ze znał aforyzm: „Miłość jest darem uśmiechania się nawet w cierpieniu”.
I wiedział, że Rodzice tego aforyzmu nie znają.
Zatem przyjechał Mikołaj do rodziców na weekend. Uśmiechnął się. Bo w miał prezent dla taty i mamy. Siekierkę. Jeszcze nie używaną, kupiona specjalnie na ta okazję. I naostrzoną z myślą o rodzicach, zapewne.
Już wkrótce uspokoił przyjaciela SMS-em, że "Ojciec już mu nic nie zrobi".
Dopiero potem zadzwonił na Policję: taka jest kolejność uczuć.
Naprawdę musiał zabić Rodziców, bo nie tolerowali jego homoseksualnego związku.
Teraz Mikołaj czeka w areszcie.
Spotyka się z Panem Prokuratorem, który sprawił mu prezent: akt oskarżenia.
I z Panami psychiatrami. Oni też mu coś dali: opinię o pełnej poczytalności. Żeby nikt nie powiedział o Mikołaju „świr”.
Bo wiadomo, jak w Polsce traktuje się mniejszości seksualne, etniczne i wyznaniowe.
A tak, to Mikołaj ma szansę do uczciwy wyrok w Polsce.
Jak to homoseksualista zabijający rodziców.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Młodzieńcze! Wszystko w Twoich rękach
2010-05-19
|
Terminem "młodociane ciężarne matki" lub "nieletnie matki" okreśa się młode dziewczęta, ktore zaszł w ciążęi (lub) urodziły w okresie do 18 roku życia.
Młodociane matki, przerywają szkołę i nie podejmują pracy zarobkowej, pozostająna utrzymaniu rodzicow i mogą być od nich zależne szczegolnie pod względem materialnym.
Z raportu GUS można wnosić, że w latach 1990 do 1999 liczba urodzeń nieletnich utrzymywała się w przedziale od 7,8% do 7,5% ogólnej liczby urodzeń.
Natomiast z danych zawartych na portalu katolik.pl wynika, że w roku szkolnym 2004/2005 w polskich szkołach było 4908 uczennic w ciąży. Rok później liczba ta wzrosła już do 6410. Najwięcej ciąż odnotowano w grupie dziewcząt w wieku między 16-18 lat (3515 ciąż w roku szkolnym 2004/2005 i 4461 ciąż w 2005/2006.
Z zestawinia tych informacji wynika, że polityka rodzinna i edukacji seksualnej, prowadzona przez państwo i organizacje pozarzadowe jest skuteczna w niewielkim zakresie. Stąd potrzeba poszukiwania nowych, a czasem wręcz nowatorskich rozwiązań przynoszacych oczekiwany skutek.
Z doniesień hiszpanskich mediów wynika, że socjalistyczny rząd autonomicznej wspólnoty Estremadura, w ramach planu edukacji seksualnej w szkołach, zorganizował warsztaty masturbacji dla dzieci, począwszy od czternastego roku życia. Warsztaty noszą nazwę "Przyjemność w Twoich rękach".
Niestety, brak dokładnych danych w mediach o sposobie zaliczania zajęć ("ocena", cz "zaliczenie"), czy warsztaty są tylko teoretyczne, czy też praktyczne, jakie będą wymagania na ocenę celującą i co - jeśli ktoś kompulsywnie będzie oblewać.
Wydaje się jednak, że w braku koncepcji tak Państwa, jak Kościołów w Polsce w prowadzeniu zajęć "przystoswania do życia w rodzinie", czy "edukacji seksualnej", warto pomysł hiszpański poddać rozwadze. Zwłaszcza, że zestawienie wymiernych danych sprzed wprowadzenia tego rodzaju zajęć w szkołach i po - poddają w wątpliwosć sens ich prowadzenia w Polsce w dotychczasowym kształcie.
Zwłaszcza, że pytanie stawiane przez nauczycieli uczniom od lat: "Jak nie idziesz ze swoim chłopakiem do łóżka, to co właściwie robicie przez cały czas?" - pozostaje wciąż bez odpowiedzi...
Pytanie tylko, czy zbiorowe samoprzygotowanie uczniów przed egzaminem wieńczącym wspomniane warszaty - z natury stresującym - nie spowoduje zagrożenia zniweczenia celu warsztatów.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Dobrze mieć babcię
2010-05-19
|
Mówią, że mam robaczywe sumienie. Albo, że w ogóle go nie mam. To co z tego? Mam za to babcię.
Chorą: Alzhaimer.
Jestem dobrym wnukiem i odwiedzam ją w każdy piątek. Dbam, by miała suszone w domu kabanosy. Przez tydzień. Takie, jak lubi. Twarde, że nawet kot ich nie chce jeść. Więc przynoszę wędlinkę babci.
Ona tak się cieszy. I wciąż pyta, pomimo moich 34 lat, jak się czuję w szóstej klasie. I czy mam kolegów i koleżanki. Mówi, że tak by chciała, żeby było mi w życiu dobrze. I żebym czuł się szczęśliwy.
Szanuję ją. Ciężko jej było w życiu: przeszłą dużą część drogi z generałem Andersem. Przedtem, jakby przeczuwając „Rok Afryki”, walczyła w DAK wyzwalając Afrykę spod okupacji. Wiecie kogo: tych, co pracują teraz w Goldman Sachs. Plan nie wypalił, więc babcia chciała potem pewnie zyskać aprobatę rodaków. Poprzez służbę u Andersa. Z Generałem była i pod Monte Cassino i na Monte Lupich. Potem walczyła do 47. w AK przeciwko sowieckiemu okupantowi. Chciała zmazać winę za to, że nie brała udziału w Powstaniu Warszawskim, gdzie zginęło jakieś 150 – 200 tys. ludności cywilnej. Nie wyszumiała się. Gdyby wiedziała, co generał Anders myślał o Powstaniu, może by już sobie darowała. Ale i tak w końcu sługusy sowietów ją złapały. A przy okazji – dziadka, który był zwykłym krawcem.
Babcia wyszła, dziadek – nie. Może dlatego tak dziwnie się z nią teraz rozmawia? I nie patrzy się w oczy.
W każdym razie za swoją wizytę pobieram, co piątek, trzysta złotych. Babcia i tak nic nie pamięta: czy biorę, czy nie – zawsze ją ktoś okrada. A ja mam na taksówkę do domu. Na parę piwek i kabanosa.
Kiedy tak sobie usiądę w piątek wieczorem przed telewizorem z piwkiem, to myślę o babci. Ciepło. Jestem szczęśliwy tak, jak ona, kiedy mnie widzi.
Tak, jak by chciała, bym był szczęśliwy.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Nie bądź niewdzięcznikiem!
2010-05-19
|
Kochana Babcia. I mama. Ona tak się o nas troszczyła przez całe życie. I teraz też troszczy się. I bedzie: do ostatniego tchu.
Wie, co dla nas jest najlepsze. Wie, bo przeżyła kilkadziesiąt lat: ma doświadczenie. I wprawę
Dla niej oczywiste jest, komu można zaufać, a komu – nie.
Jakie wartości należy wyznawać. Kogo kochać. I jak.
Do którego kościoła katolickiego chodzić. Ile dawać na tacę. Co przynosić na plebanię.
Którego Radia Józef słuchać. Którą fundację wspierać. Kiedy i jak pościć.
Babcia wie, że ostatecznym celem homoseksualizmu jest walka z Kościołem i zniszczenie Kościoła.
Wie, że trzeba pic zioła, bo to nie chemia. Ale zarazem przestrzega, że, jak się je pije na przykład o północy, stojąc na jednej nodze, to juz wtedy zaczyna się okultyzm i diabeł.
Tego wszystkiego nas uczy.
To dzięki Babci nie mamy w domu telewizora i komputera. Choć mieliśmy. Bo babcia wie, ze telewizja i gry komputerowe mogą być przyczyną masturbacji, która będzie później przeszkadzała w tworzeniu więzi rodzinnych. Babcia została poinformowana, ze badania na całym świecie wykazują, że masturbacja jest główna przyczyna rozwodów na całym świecie.
Dlatego podziękuj Babci. Teraz masz szansę! Zafunduj jej wakacje.
Babcia kocha, to zrozumie, ze nie możesz jej zapewnić Australii. W Polsce też są piękne miejsca: Bieszczady, Pustynia Błędowska, Puszcza Białowieska.
Spraw jej – wnuczku, córko – niezapomniane wakacje rozpoczynające się od 20 czerwca 2010 r.
Na wszelki wypadek niech trwają do 4 lipca 2010!
Bo my kochamy Babcię i nic nie bedziemy jej zabierać. Z życia.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Dobrze mieć babcię
2010-05-10
|
Mówią, że mam robaczywe sumienie. Albo, że w ogóle go nie mam.
To co z tego?
Mam za to babcię. Chorą: Alzhaimer.
Jestem dobrym wnukiem i odwiedzam ją w każdy piątek. Dbam, by miała suszone w domu kabanosy. Przez tydzień. Takie, jak lubi. Twarde, że nawet kot ich nie chce jeść. Więc przynoszę wędlinkę babci.
Ona tak się cieszy. I wciąż pyta, pomimo moich 34 lat, jak się czuję w szóstej klasie. I czy mam kolegów i koleżanki. Mówi, że tak by chciała, żeby było mi w życiu dobrze. I żebym czuł się szczęśliwy.
Szanuje ją. Ciężko jej było w życiu: przeszłą dużą część drogi z Generałem Andersem. Przedtem, jakby przeczuwając „Rok Afryki”, walczyła w DAK wyzwalając Afrykę spod okupacji. Wiecie kogo: tych, co pracują teraz w Goldman Sachs. Plan nie wypalił, więc babcia chciała potem pewnie zyskać aprobatę rodaków. Poprzez służbę u Andersa. Z Generałem była i pod Monte Cassino i na Monte Lupich. Potem walczyła do 47 w AK przeciwko sowieckiemu okupantowi. Chciała zmazać winę za to, że nie brała udziału w Powstaniu Warszawskim, gdzie zginęło jakieś 150 – 200 tys. ludności cywilnej. Nie wyszumiała się. Gdyby wiedziała, co Generał Anders myślał o Powstaniu, może by już sobie darowała… Ale i tak w końcu sługusy sowietów ją złapały. A przy okazji – dziadka, który był zwykłym krawcem.
Babcia wyszła, dziadek – nie. Może dlatego tak dziwnie się z nią teraz rozmawia? I nie patrzy się w oczy.
W każdym razie za swoją wizytę pobieram, co piątek, trzysta złotych. Babcia i tak nic nie pamięta: czy biorę, czy nie – zawsze ją ktoś okrada. A ja mam na taksówkę do domu. Na parę piwek i kabanosa.
Kiedy tak sobie usiądę w piątek wieczorem przed telewizorem z piwkiem, to myślę o babci. Ciepło. Jestem szczęśliwy tak, jak ona, kiedy mnie widzi
Tak, jak by chciała, bym był szczęśliwy.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Ważna Sprawa Rodzinna
2010-05-06
|
Nie bójcie się porozmawiać z najbliższymi. Nie wahajcie się zwrócić do nich o pomoc lub poradę, kiedy dopadnie Was "Ważna Sprawa Rodzinna". Albo inne problemy. Pomogą Wam: to naturalny odruch altruizmu.
Mój przyjaciel chciał ze mną porozmawiać.
Powiedział, że musi wyjechać na parę dni. Dwa tygodnie najwyżej. W ważnej sprawie rodzinnej.
Prosił, żebym zaopiekował się, podczas jego nieobecności, jego mieszkaniem. Wyprowadził psa na spacer. Wyniósł śmieci. Podobno tylko na mnie może liczyć.
Dał mi klucze.
Powiedział, że mogę nawet z Nią zamieszkać. Byle bym tylko Go nie zawiódł. Nie zmarnował kwiatków. Nie zagłodził psa. Nie zalał mieszkania.
Teraz wiem, że to nie on jest moim dłużnikiem, lecz ja jestem jego dłużnikiem. Na zawsze już chyba.
Wszystko robiliśmy razem. Chodziłem z nią na spacery po Promenadzie. Zapraszałem na kolacje wieczorem. Do najróżniejszych miejsc. Byliśmy w i Kazimierzu i w Nalęczowie. Pojechaliśmy do SPA Ireny Eris na Wzgórzach Dylewskich. Bo miała wykupiony pobyt weekendowy. Jeszcze w Walentynki i jeszcze przez Niego. Nakarmiliśmy też psa.
Dzięki tym paru dniom razem zrozumiałem, co to znaczy odpowiedzialność. Jak być prawdziwym mężczyzną. Jak dbać o innych. O nią.
Co ona czuje. I jak czuje. Co jest dla Niej ważne. A co dla Niego. I czego Ona oczekuje od meżczyzny.
Kiedy mój Przyjaciel wróci, bedę musiał z nim porozmawiać.
O Ważnej Sprawie Rodzinnej.
Ale, dopóki co, dziś idę z Nią na koncert.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Siedem sekund wczorajszego dnia
2010-05-06
|
Pierwsza sekunda
Leżę na łóżku. W jakimś pomieszczeniu. Pościel jest mokra od potu. Chce mi się rzygać. W ustach mam metaliczny posmak Nie mogę się ruszyć. Ten potworny ból!
I wszechogarniający smród. Nie potrafię określić swojej sytuacji.
Druga sekunda.
Słyszę strzępy rozmów. Niezrozumiałych: nie potrafię wyodrębnić słów. To chyba gdzieś na podwórku. Wokół śmierdzi papierosami. I nieświeżym ubraniem.
Przypomina mi się jakaś dziewczyna. Nie wiem ile ma lat. Jest przeraźliwie gruba i ma ciemny meszek nad górna wargą. Nad ustami?
Zdrętwiała mi ręka. Czuję tysiące mrówek, ale nie jestem w stanie się ruszyć. Ręke przygniata mi jakaś pierś o jasnopigmentowym sutku.
Trzecia sekunda.
Widzę twarz jakiegoś mężczyzny. W jego oczach – przerażenie. Nie wiem, kto…. A nie, wiem! To jestem ja. To moje odbicie w lustrze na suficie.
Ta dziewczyna… Poznałem ją w Harendzie. Chyba studentka. Miała strasznie duże cycki. Już wiem, co tak pachnie.
Lucy Strike.
Ona jest palaczką.
Czwarta sekunda
Czy to ważne jak? Sam nie wiem. Nie chciałem z nią rozmawiać. Brzydziłem się. Długo.
Ale potem, ujęła mnie. Tak, to na pewno jakaś zdolna studentka o szerokich…. Perspektywach..
Czy naprawdę muszą oszukiwać nawet na piwie? Z biegiem czasu coraz mniej nalewają!
Piąta sekunda.
Obraz dziewczyny znika. To nie jest ważne. Ogarnia mnie nieprzeparta senność. I jestem pobrudzony jakimiś wydzielinami. Cały się kleję.
Jesoo, chyba się nie zatrułem wczoraj? Dużo nie wypiłem.
Ale czemu tak strasznie mąci mi się w głowie? To ze smrodu. Przetrawionych papierosów i wódy.
Szósta sekunda.
Może naprawdę coś ze mną nie tak. Spróbowałem podnieść powieki... Nic z tego!
Bzdura, nie tyle potrafię wypić. I nikt niczego nie podejrzewa. To na pewno nie to. Po prostu jestem śpiący. I zmęczony.
Dlaczego ona jest taka ciężka? Tak mi duszno. Tak tu smierdzi. Umieram?
Siódma sekunda.
Ta dziewczyna… Czemu ciągnęła mnie za krawat do jakiegoś mieszkania? Mówiła coś, że teraz się odegra za wszystkie niepowodzenia w miłości. Tylko najpierw da mi cukiereczka. Że nie tak łatwo jej uciec.. Jak się nazywały te cukierki? . Już wiem... wiem... Mówiła o nich viagra., viagra? Czy inaczej?
Opis zdarzeń jest czysto hipotetyczny i nie dotyczy przeżyć autora. Ma charakter uniwersalistyczny.
Nie dotyczy, przynajmniej w takim zakresie, w którym autor pamięta.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Miłośc francuska
2010-05-02
|
Szedł przez miasto i było mu smutno. Tak było od czasu, kiedy spróbował bielunia.Tak... miał Siłę, Moc i Władzę. Widział to, czego inni nigdy nie zobaczą. Poruszał się w wymiarach i płaszczyznach rzeczywistości niedostępnych nie tylko dla przeciętnego człowieka, ale i dla Maga
Nawet dla Odmieńca.
Odmieńcy go nie rozumieli, bo bali się go. Kto by się nie bał Inkwizytora i Protektora w jednym, który nie dość, że pilnuje, by ludziom nie stała się krzywda to wymierza odmiencom na miejscu karę. Nieodwołalną. Tak samo - i z tego samego powodu - bali się go magowie.
Ludzie natomiast nie rozumieli Protektora: bo nie widzieli tego, co Protektor widział. I nie czuli, tego, co on. Co z tego, że ich chronił? No, a jak im powiedzieć, że wśród nich zyją "inni", odmieńcy? Ze każdy krok, każde działanie człowieka jest kontrolowane? Że są wykorzystywani jako źródło energii magicznej jedynie. Zresztą z niewielką dla nich szkodą, bo sami z tej energii nie korzystają. Za wyjatkiem może wampirów zwykłych i wilkołaków, bo oni używają ludzi tylko jako pożywienia. Że słowa mają moc sprawczą. I mogą tworzyć gęstą sieć aury wokół miejsc lub ludzi: jesli sie jej nie zneutralizuje choćby najprostszym "znakiem" - może wpływać na losy i bieg zdarzeń.
Dzień przed pełnią. Wiedział, że teraz należy być szczególnie czujnym.
W autobusie nie było tłoku. Parę ubytków aury, jakiś wampir energetyczny dobrał się do niektórych pasazerów. Inkwizytor machnął tylko ręką, wampiry energetycznie nie interesowały go dzisiaj. Zreszta to nic podniecajacego, wręcz odwrotnie. A w tym wypadku na dodatek zastosowały technikę substytucji:z mężczyzn wyssał tylko chęć zarabiania na legalne partnerki. Z kobiet - chęć na wykonywanie powinności mażeńskich kierunkując ich pasje na powinności pozamałżenskie.
Pełnia blisko. To dawało się czuć!
Do autobusu wszedł pan z wilczurem na smyczy. Zwyczajny pan, zwyczajny pies. Skasował bilet za siebie i psa. Potem dziewczyna z chłopakiem. Ładna. Protektor niepozornym ruchem zdjął znad głowy siwą aurę, która nad nią tworzyła gęstą sieć . Na drugim poziomie wymiaru magii aura była banalnie łatwa do odczytania. Tworzyły ją słowa ukochanego chłopaka: "trzy miesiące umawiam się z nią i nie dała", "za to, co na tą sukę wydałem, mógłbym sobie rower kupić", "prezerwatywy, które zakupiłem na wspólny wyjazd, sparciały już: pewnie chce dziecka!".
Chłopak miał pewne - nieuświadamiane - zdolności magiczne. To stąd ta zniekształcona aura. Inkwizytor spojrzał na niego uważniej:
- "Bezużyteczny" - mruknął - "Nie dość, że zdolności magiczne na poziomie szeptuchy z Podlasia, to jeszcze uaktywniają się tylko wtedy, kiedy chłopak jest podjarany"
Tu zamyślił się jeszcze głębiej
-"A moze by go na akcję wysyłać z sztuczną pochwą? Albo jakimś świerszczykiem? Albo postymulować oralnie przed akcją"
Kiedy Inkwizytor stał się kiedyś Magiem POnad POdziałami zyskał niezmierzoną moc magiczną, kosztem mocy witalnej, czyli zdolności do chędożenia: skądś się magia musiała brać.
I choć Inkwizytor już nie mógł, to nie znaczy, ze nie chciał. Przynajmniej sobie o tym pomyśleć. Albo poogladać. Snułby może rozważania dalej, bo temat wciaż go interesował, gdyby nie....
Protektor nagle poczuł gwałtowne zaburzenia jaźni wszystkich ludzi w autobusie. Wiedział instyktownie, co to znaczy: prymitywna magia nakierunkowana na uzyskanie trwałej iluzji zgromadzonych w jednym miejscu ludzi.
Już wiedział, czemu wziął go za zwyczajnego owczarka niemieckiego: zbyt małe zdolności magiczne, prawie nie odróżniające się od tła. Hipnoza, silna sugestia, tworzenie złudzeń - to wszstko, co potrafił. No i antropomorfizacja. Protektor schował się dyskretnie za zasłoną magiczną. Czekał. Wiedział od czego zaczyna się często. I chocież już nie mógł, to jedank popatrzyć lubił.
Zawsze zdąży uratować, a gwałt przezcież, to nic wielkiego:
- "Nie wymydli się" - mruknął do siebie
I właśnie teraz Protektor ujrzał go w pełnej krasie:
Owczarek przybrał ludzką postać błyskawicznie. I w prawie perfekcyjny sposób, zważywszy na tempo przemian.
-"Musiał długo trenować "na sucho", przed lustrem"- pomyślał Inkwizytor z pewnym żalem. Z żalem, bo bardzo cenił sobie pracowitość u odmieńców, a wiedział, że trud tego tu, pójdzie na marne.
Że to nie człowiek, zdradzał owczarka w tym momencie tylko brak ubrania. No, i oczywiście - sierść na plecach, czerwone oczy, spiczaste paury oraz monstrualne siedmiocentymetrowe kły wystające z całuśnych ust. Po tych kłach właśnie można było rozpoznać dokłądny gatunek.
"Wilkołak Rosyjski". Wychudzony, dawno nie żarłaczył - zakonotował Protektor.
Bardzo rzadki. Właściwie, gdyby nie Putin, to możnaby uznać, że gatunek ten to wymysł paleontologów.
Oczywiście ludzie w autobusie nie widzieli żadnego wilkołaka: iluzja już trwała. Ludzie widzieli, co najwyżej, uroczego młodzieńca migdalącego się z kobietą. Dopiero jutro może sobie przypomna niektórzy, że pokiereszowane, może w wypadku samochodowym, zwłoki kobiety, to ta sama była osoba, która teraz tak bezwstydnie ocierała się o udo młodzieńca.
Kobieta nie była świadoma tego, o co ją się podejrzewa- nie wspominajac o istnieniu iluzji.
Tymczasem wychudzony odmieniec namiętnie lizał jej szyję. Z podnieceniem na twarzy schwycił subtelnie kłami ją za gardło.
Nie poczuła nawet kiedy przegryzł jej niespodziewnie szyję i zabrał się za konsumpcję.
-"Cholera" - Protektor był wściekły - "Napalony jakiś? Zbok? Od razu ją pożera? Bez gry wstępnej?
Protektor był wsciekły na siebie: znów spóźnił się z interwencją. Czternasty raz z rzędu! I znowu dla niskiej reminescencji zdarzeń przeszłych.
Na czym mu tak zależało? To, że mu już nie staje, nie oznacza, że jest jakiś gorszy. W końcu nabył moc maga.
Teraz musiał szybko zainterweniować, żeby nie wyglądało przed Komisją ds Badania Wypadków Przy Pracy na zaniedbanie z jego strony, lecz - co najwyzej - na zdeterminowane i szybkie działanie wilkołaka.
- Ręce na kark i wciągnąć kły - ryknął na cały głos, zdejmując zasłonę magiczną - Puść kobietę, bo użyję czosnku- dodał
Trochę bez potrzeby, bo Wilkołak bez zwłoki odskoczył od zwłok. A najbliżsi mu pasażerowie spojrzeli się ze zdiwiwiniem, bo krzyku o takim natęzeniu, nie maskowała nawet iluzja. Ale Inkwizytor kontynuował niezrażony:
- Co my tu mamy? Pijemy sobie krew?
- Ta..aak. Ciężka krew, ale krew. Ona ma witaminki.
- Bez licencji wywłoko?- Inkwizytor zarczał powtórnie - Na sępa?
- Czy ty zawsze, ale to zawsze musisz nam przeszkadzać w posiłku?- wilkołak nie wydawał się skruszony
- To nie jest twój posiłek. To była pełnowartościowa kobieta o rozbudzonym ego.
- Nikt nie jest doskonały - wilkołak nawet się nie usprawiedliwiał
Na takie dictum Protektor mial tylko jedną odpowiedź:
- Nigdy nie jest też za późno na kopanie grobów - rzekł wyjmując zza pazuchy osikowy kołek specjalnie naostrzony na taką okazję właśnie srebrnym sztyletem odlanym ze srebrników ukradzionych Judaszowi.
Wilkołak spojrzał bystro na inkwizytora. Poczuł tak żal za swoje gadulstwo, jak ogromną ochotę, by podjąć próbę ugryzienia się ze złości w tyłek. Spróbował raz jeszcze zagaić do Inkwizytora, by ocalić tenże:
-Czy Ci nie zal Inkwizytorze? - zapytał -Wampirów, wiedźm, wilkołaków i cyganek wkrótce nie będzie już na świecie, jak tak będziesz pracował. Jak Pawka Korczagin. A skurwysyny będą zawsze. Zobacz! Tylu ludzi jest wokół. Wszyscy chodza razem, razem robią. W grupie. A ja walczę o swoje życie samotnie - dokonczył- Mam prawo sobie coś skubnąc czasem na boku?
- Masz. W ramach licencji miesięcznej: trzy dziewice miesięcznie na terenie miasta. Nie wiedziałeś, że jedyną czynnością, która dobrze wychodzi samotnym, jest samogwałt?- Inkwizytor zapytał retorycznie - Na tym polega odwieczna przewaga tyranii demokracji nad monarchią oswieconą: na kupie!
-Inkwizycjo! Znaczy ja limitu nie wyczerpałem! To kurewskie miasto: w tym mieście od pokolen nie ma dziewic z wyboru. Co najwyżej parę by się znalazlo z niewiedzy. Ale nie z niewiedzy dziewic - raczej z niewiedzy przyszczatych młodzieńców, których wybrały na partnerów!
- Mam zapisane w rejestrze, że w tym miesiącu trzy dziewki szarpnałeś kłem. Dwie na Pradze, a jedną na Motowskiej - skrupulatne wyliczył Inkwizytor konsultując się mentalnie z Koordynatorem.
- Aaa, nie! - zaprzeczył wilkołak - To na Mokotowskiej to nie była dzieczyna. To byl.... tranwestyta- wilkolak się zaczerwienił - Tu jest jego przyrodzenie. Odgryzlem dla celów dowodowych - wyjaśnił nieco zmieszany, podając zasuszony kawałek tkanki
-Tranwestyta? Istotnie fallus - inkwizytor popatrzył na zasuszeńca z ciekawością. A potem na wilkołaka ze zrozumieniem. Bo każdy może mieć tego rodzaju wspomnienia. Zwłaszcza, ze, jak powiadają, nie ma nieatrakcyjnych partnerów, jest tylko za mało alkoholu. Albo krwi.
I rzekł w zadumie:
- Istotnie. Błądzić jest rzeczą ludzką. Lulaj w trumience w pokoju.
- Lulaj, Inkwizytorze. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Znowu został męczennikiem
2010-04-27
|
Nie jest łatwo być świętym. Jeszcze trudniej być Synem Bożym. nikt nie wie tego lepiej, niż Ci, którzy musieli piastowac tą godność w życiu.
Zewszą tylko obowiązki i wyrzeczenia. Modlitwa i porządne życie. A wdzięczności i zrozumienia wśród ludzi - zadnego.
- Mój Ojcze!
-Tak, Synu?
- Nie pozwól im więcej cierpieć!
- Komu, Joshua?
-Polakom...
Ojciec zamknął tylko oczy. Wszystko zobaczył: aksamitna rewolucję i obsadzenie prawymi ludźmi najwżniejszych stanowisk w Państwie, wejście Polski do Unii Europejskiej, rozwój kontaktw międzynarodowych i trzymanie w ryzach niepokornej Rosji przez prawdziwych polityków. Jednak jeszcze silniej zacisnął powieki. Zobaczył wtedy jak "prawi ludzie", których wyniosła do włądzy aksamitna rewolucja stali się ludźmi nieprawymi. Jak Polska stała się zaborcą niewinnych narodów. No i ostatni lot kaczki. Tak prawej, że ludzie lewicy widzieli w niej kaczą ekstremistkę. Zamyśli się na ciężkim losem Narodu Wybranego i rzekł:
- Polakom... A znam, znam sprawę. To trudna rzecz..
- Dla Ciebie Ojcze? Dla Ciebie nie ma nic trudnego.
- Zatem idź Joshua. Idź do Polski i czyń wolę Ojca....
Zstąpił zatem Syn na Ziemie Polski, czyniąc wolę Ojca.
A Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego.
Wyposażył Go Ojciec w nowe życie i w nową tożsamość, by nie budził zdziwinienia otaczajacego go, a nieznanego świata.
I zobaczył Joshua swe dzieciństwo i młodość. Przedszkole i szkołę. Więzienie i nawrócenie. Biologicznych rodziców i biologiczne życie.
I gdy zdał sobie sprawę z tego, natychmiast udał się do Domu Ojca, by podziekować mu za Szansę, którą Ojciec dał Polakom. I za swoje życie na tej ziemi.
Klęczał i mówił:
"Dziś, Ojcze otrzymałem piątkę w szkole. Twoimi odpowiedziami byli zdumieni uczeni faryzjusze w świątyni, gdy miałeś dwanaście lat. Pani postawiła mi piątkę.
Ojcze, jaką mam radość w sercu. Radością tą chcę podzielić się z Tobą. Ty też cieszyłeś się, gdy Mama własnymi rękoma zrobiła Ci nową suknię.
Dziękuję Ci za to, że pozwalasz nam cieszyć się i bawić z tymi, z którymi nam jest dobrze. Mówiłeś przecież, że gdzie jest dwóch albo trzech zgromadzonych w imię Twoje, tam Ty jesteś. Lubiłeś być w domu Twojego przyjaciela, Łazarza. Nie odmówiłeś zaproszeniu na wesele do Kany. Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego."
- Oto ona odrzekł Ojciec do Joshua.
A siła Ojca spłyneła na Syna
Zobaczył Syn przed soba dwójke ludzi. Z sześcioletnim dzieckiem. I wiedział już co ma robić.
Modląc się i powtarzając słowa - "Och Boże, udziel mi Łaski na ten dzień,
kieruj moimi myślami i błogosław im" - podbiegł do nich.
Spojrzał na mężczyznę, na kobietę. I na dziecko.
Bez słowa kopnął mężczyznę w jądra. Potem wyrwał płytę chodnikową i ogłuszył mężczyznę. Nie chciał klopotów.
Krzyk zamarł na ustach kobiety. Była przerażona. Nie wiedziała, co się dzieje. Dziecko też stało nieruchomo. Jak zamrożone. Nie płakało. Wiedziało tylko jedno: ukochany tata lezy na ziemi. Nie rusza się. A z głowy leci mu krew.
Joshua popatrzył na dziecko. I smutno się uśmiechając schwycił je za gardło.
Joshua nie spodziewał się takiego temperamentu po matce. Przez moment, kiedy zaczęła go walić po głowie upuszczona płytą betonową, myślał, że nie utrzyma dzieciaka. Szczęśliwie udało mu się ją przewrócić i przygnieść ciaem dziecka. Leżac na nich obojgu dokończył dzieła. Kiedy skończył, żadne nie ruszało się.
Joshua podniósł się z ziemi i powiedział cicho. Do siebie:
- "Ukochany Ojcze! Użycz mi pogody ducha, spraw abym rozpoznał swoje potrzeby. Potrafił kochać bezinteresownie, dawać ludziom dobro, miłość, radość. By moje serce przyjęło to wszystko i dało siebie w pełni. Błogosławię ten dzień i pozwalam by Twoja Wola stała się moją."
To był temat dla gazet. Przez dwa tygodnie wszyscy fascynowali się postacią Joshua. Tym mocniej, że matka jednak przeżyła. I dokładnie opowiedziała, co Joshua mówił, kiedy zabijał jej męża. A potem dziecko.
Joshua został ujęty. I zanim opuścił cielesną powłokę, by spotkać się z Ojcem, za którym tęsknił - odwiedziła go w więzieniu matka. Ta, co przeżyła.
Zapytała się tylko o jedno:
- Dlaczego, Jezu?
On ją też zapytał:
- Czy wierzysz?
- Tak wierzę. Jestem z Polski.
- To dobrze. Bo ja z Nieba. Jestem Jezusem. Na Ziemi tylko, żeby przynieść ulgę Narodowi Wybranemu.
- Dlaczego, Jezu? Dlaczego zabiłeś mi męża i dziecko?
- Siedzieliśmy sobie z Ojcem przy kominku i badliśmy linie losu ludzi z Narodu Wybranego. Wyszło nam..... Twój syn dostał najlepszą notę w przedszkolu?
-Tak
- No właśnie. Kupilibyście mu za to hulajnogę. Dwa miesiące później mógłby spaść z tej hulajnogi i złamać nogę. Już by tak nie hulał...Bo miałby ją... trochę krótszą
- Tak?
- W szkole śrerdniej nie mógłby należeć do drużyny warcabistów. Bo oni dbali o prezencję ekipy.A jego dziewczyna, którą tak bardzo kochał i której oddał nawet nerkę, zdradziłaby go z jego najlepszym przyjaciem. Ale też - kapitanem drużyny. Tej, no... warcabistów.
- Tak?
- Wasz syn poszedłby się upićdo Puszczy Kampinoskiej, gdzie za dwa dni odbyłoby się polowanie z udzialem Prezydenta RP . Wypiłby dwie butelki taniego wina. Bedac w upojeniu alkoholowym, jedną z nich by rzucił na ziemię. Dwa dni później Prezydent, bedący ekologiem, chciałby ją podnieść. Niestety! - Nie zauważyłby wnyków na gruba zwierzynę. Wpadłby w nie i zawisł głową do dołu. Uczestnicy polowania, widząc ruch w krzakach oddaliby kilka strzałów w kierunku - domniemanego - jelenia. Zabiliby Prezydenta. Po raz kolejny tajka strata dla Narodu Wybranego... Trzeba było usunąc źródło zła: Twojego Syna. Czy rozumiesz mnie?
- Rozumiem.
- To ukleknijmy teraz i pomódlmy się.. Powtarzaj za mną, niewiasto:
" Dziękuję Ci Panie za łaskę płynacą z rąk Syna Twego. Za jego mądrość i dobroć. Za to, ze jest i będzie. Bo mądrośc jego niezmierzona jest".
- Jakoś tak mi dziwnie Joshua....
Kobieta wybaczyła dla Joshua. Nie wybaczyli mu jednak strażnicy więzienni.
Tego wieczora Joshua zahłysnął się herbata i udusił podczas drogi na kolację.
Został męczennikiem.
Jak to kilka razy w roku w Polsce...
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Społeczeństwo obywatelskie
2010-04-22
|
Dzień zaczynam od trzech czynności: lektury porannej papierowej gazety i konsumpcji dużego kubka kawy. Obydwie czynności mają ścisły związek z trzecią czynnością: gazeta ze względu na papier, na którym została wydrukowana i zawartość merytoryczną artykułów. Kawa – bo przyspiesza przemianę materii.
Dziś jednak było inaczej. Kawa wprawdzie zadziała po staremu, lecz gazeta mnie zainteresowała. Nie chciałem się jej pozbywać- zwłaszcza w tak przyziemny sposób.
W moim bloku mieszka harcerz. Chodzi w mundurku. Dwa tygodnie temu go spotkałem.
– Czołem harcerzu! Jak leci, druhu? –zapytałem
– Czołem. Kiepsko – odparł bez ogródek
- Czemu kiepsko?- nie zrozumiałem
Spojrzał na mnie wilkiem i splunął kiepem przed nogi.
. – Bo społeczeństwo jest nieobywatelskie – wyjaśnił
- ?? – nie rozumiałem
Wyjaśnił:
- Pomagaliśmy w sklepie, supermarkecie, pakować przy kasie. To awantura zrobiła się, że wymuszamy przy okazji składki na nasz obóz harcerski. Bo nie pytamy, tylko pakujemy. I ludzie czują się zobowiązani coś nam dawać, a się wstydzą.
-To przykre – nadmieniłem ostrożnie
– Potem wysłali nas z puszką. Na zbiórkę datków na pomnik powstańców getta.
Tu przerwał i zastanowił się:
- I znowu chryja. Że wymuszenie rozbójnicze było. Od młodzieży wszechpolskiej, czy jakoś tak. Skończyło się na osiedlowym komisariacie, gdzie sam harcmistrz ręczył za nas o trzeciej w nocy.
– To może coś niezwiązanego z pieniędzmi – podsunąłem. – Wiesz… ludzie teraz biedni, to drażliwi na punkcie pieniędzy – wyjaśniłem
Harcerz popatrzył na mnie smutno.
- Pomagaliśmy uczniom podstawówki przechodzić przez jezdnię. Żeby na pasach to robić, bo bezpiecznie. A tak, to były wypadki. Teraz trzech z nas oczekuje na wyroki – zakończył z zafrasowaniem w głosie. – Za molestowanie nieletnich.
Sam nie wiedziałem, co mu poradzić. Głupio tak znajomego chłopaka zostawić bez pomocy. Nawet harcerza, którzy – jak wiadomo – wszystko robią sobie sami.
– To może – pomysł pojawił się tak nagle, że nie wiedziałem kiedy – spróbujcie tak pracować dla społeczeństwa, żeby nikt nie wiedział, ze to wy. No wiesz, jak ta „Niewidzialna Ręka” kiedyś – dodałem. – Węgla przyniesiecie z piwnicy komuś „incognito”. Albo ziemniaki. Trawnik przystrzyżecie w nocy. Drzewka pomalujecie…. No, takie tam – zakończyłem
Harcerz popatrzył z zainteresowaniem:
-A wiesz… to jest myśl. Dzięki. Lecę powiedzieć druhom – zakończył szybko wyraźnie uradowany.
Ja też ucieszyłem się. Miło komuś przywrócić wiarę w społeczeństwo obywatelskie.
W nocy z wtorku na środę chuligani połamali 26 kilkuletnich klonów i lip nasadzonych na wiosnę wzdłuż Szosy L., a przy jednej ze szkół podeptano ozdobne krzewy. Policjanci poinformowali, że ci sami sprawcy włamali się do piwnicy i rozsypali składowany tam przez małżeństwo rencistów, węgiel.
Dzięki czujności pokrzywdzonych, którzy sporządzili dokładny portret pamięciowy osób zsypujących im węgiel pod drzwi, jeszcze tej samej nocy policjanci zatrzymali 21-letniego Piotra P. - mieszkańca woj. łódzkiego i 23-letniego Rafała K. z Warszawy, którzy niszczyli drzewka i rozsypywali węgiel. Sprawcom przypisali połamanie trzech lip i ukarali ich mandatami po 500 zł. Trwa ustalanie, czy obaj wandale mają na sumieniu resztę drzew.
Uczestnicy zajścia zachowywali się tak, jakby byli kompletnie wyjęci spod prawa i obowiązujących norm zachowania - mówi Zbigniew F., Komendant Powiatowy Policji w M. – Dlatego nie daliśmy im wiary, że działali w ramach organizacji Niewidzialna Ręka, a celem ich działania była pomoc osobom niezaradnym.
Naprawde miło komus przywrócic wiarę w ludzi. W społeczeństwo obywatelskie.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Porada
2010-04-19
|
Oddałem do myjni samochód. Czarną limuzynę. Miałem odebrać po dwóch godzinach.
- Zrobiliście?
Pan spojrzał na mnie z niechęcią. Przestał na chwilę rozmawiać przez komórkę.
- A kiedy zostawił Pan auto? – zapytał – Myjemy dokładnie, to i czasem dłużej trwa - wyjaśnił
- Tydzień temu - odparłem
- To chyba zdążyli – odetchnął z ulgą Pan
Podniósł słuchawkę i wbił parę cyfr. Pogdakał trochę to mikrofonu. Za chwilę pod biuro podjechało auto.
- To to? – zapytał dla formalności
Zerknąłem na gablotę
- Możliwe – odparłem enigmatycznie.
- Chociaż mój nie miał pękniętej przedniej szyby.
- Naturalne zużycie - wyjaśnił cieć. - Mamy automatyczne myjki, które wyrzucają wodę pod dużym ciśnieniem. Jak szyba słaba, źle wykonana, to może pęknąć – wyjaśnił – To częste w tanich samochodach, poniżej 120,- tys. zł. Jednemu klientowi, to umyliśmy pod takim ciśnieniem, ze oddaliśmy mu samochód bez szyb – poinformował.
- No i lakier nie odłaził na drzwiach - wskazałem
- Pewnie nie było widać pod brudem – uprzejmie poinformował serwisant
- Ani nie było rys na masce – kontynuowałem – I tego wgięcia.
Cieć wydawał się być zniecierpliwiony moja upierdliwością.
- Panie kochany! Tępy Pan jesteś, czy co? – zagaił – Ile razy mam Panu powtarzać, ze mamy najnowocześniejszy sprzęt. Fachowe bębny czyszczące i myjki wysokociśnieniowe. Musiał Pan mieć bardzo zabrudzoną karoserie w tym miejscu. Albo wadę fabryczną. To podczas mycia, w wyniku tarcia pasty szlifierskiej, mógł lakier odpaść. Jak był kiepskiego gatunku – zastrzegł serwisant
Zrobiło mi się niewyraźnie. Cieciu wiedział, co gada.
- I co teraz mam robić- zapytałem bezradnie
- No jak to co?- zdziwił się serwisant – Teraz nieźle wygląda. Wtedy był taki – tu szukał właściwego słowa – wymuskany. Niemęski. A teraz to co innego. Prawdziwy „pussywagon” – dodał uśmiechając się czule.
- Czy ja wiem – nie byłem pewny swojej wartości, jako mężczyzna
Serwisant zamyślił się
. I dodał.
- A jak Panu to przeszkadza. To niech Pan zgłosi na gwarancji. Do ASO. Choć oni mogą robić problemy….Wie Pan, jak to z ASO jest. Albo jeszcze lepiej – do ubezpieczyciela można zgłosić. On zapłaci.
-Wtedy stracę zniżkę – zaniepokoiłem się
- To niech Pan odda do lakierni na własny koszt – poradził – To niezbyt dużo będzie. Drzwi i maska z przodu. No i bagażnik – dodał uczciwie – Dachu nie trzeba. Mam znajomą lakiernie, nie wezmą dużo.
Skorzystałem.
Samochód prezentuje się doskonale.
Nie mieli wprawdzie czarnego lakieru, to drzwi zrobili na różowo. A maskę na żółto
Gablota jest teraz taka …wiosenna.
Nie ma to, jak dobra porada.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
siedm sekund
2010-04-13
|
Pierwsza sekunda
Siedzę, przypięty pasami, na niewygodnym fotelu. Już niewygodnym. Boli mnie szyja i nie czuję nóg. Ani rąk. Ani ciała. Tylko szyję
Patrzę przed siebie, w górę i w dół. Wszędzie drzewa i ściółka. Zapach podmokłej ziemi. Nie potrafię określić swojej sytuacji: jak co dzień, przez ostatnie cztery, czy pięć lat.
Druga sekunda.
Dochodzą mnie jakieś głosy. Nic nie rozumiem. Jakby mnie nie dotyczyły. Ale wiem, że Ci, co mówią, czegoś szukają. A na co im to? Po co im to? Do czego tak gnają?. Wdycham bagienne powietrze, zimnego wiosennego poranka.
W myślach widzę kobietę Sześćdziesiątka. Wąskie usta, wydatny nos. Brzydka. Ale ją kocham. Widzę też drugą kobietę. Młodszą. Ma dwójkę dzieci. Jest smutna, ale zadowolona: o nic nie musi się martwić.
Trzecia sekunda.
Głosy słabną. Oddalają się. Nie wiem, co mówią. Wiem natomiast, że czują się tacy…. Niepotrzebni. I bezradni.. Próbuję o nich nie myśleć, całą uwagę skupiłem na kobiecie. Może nawet nie jest tak brzydka. Ona jest po prostu… straszna.
Bo zwęglona
Czwarta sekunda
Odkryłem coś: To nie głosy oddalają się! To ja przestaję słyszeć. Przestają docierać do mnie jakiekolwiek bodźce. Zmysły stają się niepotrzebne.
Ale umysł mam jasny – jak nigdy dotąd!
Jak nazywała się ta osoba, która nakłaniała mnie do tej podróży? Kaczorowski? Komorowski?
Tak trudno mi się teraz skupić!
Piąta sekunda.
Tak mi słabo. Tak bardzo chce mi się spać. Nawet twarz tej kobiety ulatuje gdzieś w niebyt.
Pozostałych konkurentów do urzędu usunął mój brat. Tak, jak zawsze to robiono w polityce: pomówieniem i zdradą. A wyborcy przyklepali, żeby wszystko było w zgodzie z prawem.
A może zostałem otruty i leżę w….. trumnie?
Szósta sekunda.
Nie żyję? Zabili mnie? Niemożliwe. Przecież tak bardzo się boje. Wiem: wstanę i otworzę oczy!
Nic z tego….
Komu by na tym zależało? Wszyscy mnie szanują. Nawet brat mnie wspiera. Miał lecieć ze mną. A może to ta maszynka? Jak ona się nazywa? Zaraz, zaraz… Przypomnę sobie
Siódma sekunda.
Tyle razy ją widziałem przez ostatnie lata. Co tydzień prawie. Jest niezawodna. A niedawno miała przegląd. Może ją strącić chyba obrona przeciwlotnicza tylko. Albo silny impuls elektromagnetyczny z ziemi: zakłóca sterowność maszyny. I urządzenia nadawczo – odbiorcze.
Już wiem, już wiem…
To TU-154, TU-154…….
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Empatia
2010-04-09
|
Anioł jechał autobusem do pracy. W ten sposób rozwiązywał poranny dylemat: jechać autobusem i patrzeć na to czego nie może mieć, czy
własnym samochodem i mieć to, na co się nie może patrzeć. Lubił też autobusem, bo za benzynę nie płacił, a w pracy zawsze mógł powiedzieć, że …. Autobus dziś nie przyjechał na czas.
Lubił też dlatego, bo lato się zbliżało i dziewczyn – rozebranych - coraz więcej było z dnia na dzień. A w tłoku mógł się poprzytulać za frajer i nie musiał ponosić kosztów alkoholu, czy innych „ułatwiaczy” przytulania.
Zresztą te „ułatwiacie” nie zawsze pomagały: niektóre dziewczyny mają dziś wyjątkowo „mocny łeb” i nawet po szóstym piwie dostrzegały jego metr pięćdziesiąt wzrostu, przetłuszczające się resztki włosów na ciemieniu, szylkretowe, czarne oprawki. No i pozostałości po młodzieńczym niegdyś trądziku na twarzy. Choć trądzik był – według opinii specjalisty od chorób wenerycznych – zabliźniony i zaleczony. Ten trądzik był też główną przyczyną, że kocha swoją obecną dziewczyne. Choć żona jej nienawidziła. A może wkurzyła się na Anioła, jak się dowiedziała, że jest gwiazdą porno w sieci? No, ale, jak się nie ma, co się lubi, to się …póki ciepła. Jak nowoczesny Romeo. Julię.
A jak było zimno i dziewczyn było mniej, to przygotowywał grunt pod tłok. Znaczy był grzeczny i usłużny. Przy jego warunkach psychofizycznych – musiał być.
Tego dnia już o siódmej był na pętli, żeby zająć miejsce w autobusie. Siedzące. Zajął i z mrowieniem we wszystkich członkach czekał na tłok. W myślach powtarzał sobie słowa piosenki i czuł narastającą w nim empatię ze wszystkimi ciemiężonymi członkami społeczeństwa:
„Moja matka i tatka i dziadek i babka tak zawsze mówili mi, że bardzo doceniają mój nowy życia styl bo każdy małolat kombinuje jak tu na topie być, wozić dupę volvo, hondą ogólnie ponad stan żyć,”.
Na tłok, jak zwykle doczeka się Anioł. Już przy Reducie był tłok.
- „Taki, że gdyby nie żeńska część pasażerów – i ich empatia – nie byłoby gdzie palca wetknąć” – pomyślał czule i pełen empatii. Chciał się dzielić swoim sercem ze wszystkimi. Jak to Anioł: w swoim ciasnym umyśle kochał świat, wszystkich ludzi, zwierzęta domowe i zagrodowe.
Dziś było tak zimno, że nie czuł się ani trochę ogierem. Lecz prawdziwym dżentelmenem. Może to przez tą wszechogarniającą miłość do świata i zwierząt? Też zagrodowych.
Widok przesłaniała mu babcia, która napierała na niego znacząco wypchaną siatą, więc nie od razu zauważył laseczkę która stała niedaleko niego. Ale jak tylko zauważył, to powziął decyzję: ona. Z nią będzie się dzielić. Z ognista bruneteczką. W stringach, jak przypuszczał, nieśmiele.
Wstał, odepchnął babcię i stłamsił samczo jej nadzieję kładąc na zajmowanym miejscu neseserek. Przytrzymując ręką wyrywającą się do biegu o miejsce babcię, zagaił gardłowym szeptem Stachurskiego:
- „Może zamienimy się miejscami?”
Na twarzy brunetki widać było wyraźne wahanie. Walkę intelektualną i woli. Oceniała go Anioł bardzo był ciekawy, czy ja wola okaże się silniejsza: jego, czy brunetki, do której pragnął się przytulić.
W końcu powiedziała, nerwowo przebierając po poręczy tipsami:
- „Jesoo. Nie mogę pozbawiać Cię miejsca. Ale godność i wielkość człowieka polega na tym, że ma się świadomość absurdu życia. I potrafi się przeciw niemu zbuntować, angażując się w świat i żyjąc w najpełniejszy z możliwych sposobów”
- „Taaak?” – zainteresował się Anioł, mocniej odpychając babcię – „To może usiądziesz mi na kolanach? W ten sposób – dodał – będziemy mogli poczynić krok do uwiecznienia nas. Bo człowiek jest czymś więcej niż ożywioną nicością. Nasz byt nie ogranicza się do jego obecnego życia. Jeśli damy wyraz swojej wolnej woli.”
Anioł lubił gadki filozoficzne, o sens życia. Wtedy dziewczyny nie zważały na pozostałe ułomności danielego życia. Na przykład na to, czemu jeździł autobusem. Albo czemu miał tylko jedną żonę.
- „Jesoo mój ukochany! Z rozkoszą! Ale – dodała filuternie, niby bez związku, truizm – wiesz, że „Kubuś Puchatek, jak to prawdziwy niedźwiedź, zapadał na zimę w sen zimowy ssąc łapę. Prosiaczek, jak to prawdziwa świnia, bezwstydnie to wykorzystywał”.
- „Wiem, wiem – Anioł uspokoił dziewczynę myśląc o tej łapie do ssania – ja taki nie będę – dodał nie wiadomo czemu”. – tu przerwał, bo musiał zabezpieczyć miejsce przed nacierającą babcią
- „A wiesz, że mój szef jeździ BMW, na które ja zarobiłam?” – brunetka zapytała sadowiąc się wygodnie – „Może Ty byś został moim szefem”
- „No pewnie, złoto – zakrztusił się Anioł – „A jak Ty masz właściwie na imię”
- „Tomek. Agent Tomek. Ale ty możesz mówić do mnie, po prostu, Jagna”. O między nami niczego nie zmienia” wyjaśniła. I dodała: - Miłość jest jak polny kwiat - często znajduje się ją w zupełnie nieoczekiwanym miejscu.”
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Pan Zemsta
2010-03-30
|
Był przerażony. Szukali go wszędzie. Już od tygodnia nie mógł się pokazać na osiedlu. Był ścigany.
To było na imprezie.. Impreza była u koleżanki, więc wbił się jak w masło. „Piję na krzywy ryj” – zadeklarował. A ona znała to hasło. Pił, palił. Gadał i opowiadał. Od koleżanek telefony brał. Na chwilę został sam.
I wtedy to stało się.
Otworzył lodówkę i… prawie puściły mu zwieracze. Dziesięć butelek wódki. Samotnych. Idealnych na jego smutki. Skalkulował. Wyszło mu, że jak sam będzie pił, to bardziej się uwali. Zwalczy deprechę i beznadzieję.
Zatem opuścił niepostrzeżenie imprezę, zabierając lekarstwo z sobą. I koleżankę, bo nie chciała zostać bez wódki.
Szybko wyszło, czyjej nieobecności towarzyszy nieobecność alkoholu. Nie darowali mu tego.
Pościg ruszył bez zwłoki. Kara mogła być tylko jedna.
Ratując swą nietykalność i dziewictwo Anioł musiał, by uniknąć przeznaczenia i uczynić swe ciało zdolne do szybszego przemieszczania, zostawić łup: wódkę wraz z elementem składowym, tj koleżanką.
To powstrzymało doraźnie pogoń, na rzecz obchodów dnia zwycięstwa nad grabieżcą. Czyli Aniołem. Nie powstrzymało jednak żądzy sprawiedliwości i pamięci osiedlowej o niecnym uczynku.
Pogrążony w sromocie Anioł coraz bardziej czuł się niechciany. Nieakceptowany. Czuł się obcy, wśród norm i kryteriów oceny, których nie pojmował.
„Już niedługo go dorwiemy”, „W końcu wyjdzie z domu”, „Nie ujdzie mu to na sucho”, „Rozerżniemy mu brzuch i na…ramy do środka”, „Wyrwiemy mu serce!”, „Jądrami będziemy grac w tenisa stołowego, a z moszny zrobimy worek na wodę, który sprzedamy Talibom” – Anioł zdawał się słyszeć myśli liderów osiedla.
Bał się. Bał się, jak nigdy w życiu. Nie chciał umierać. W taki „nieosiedlowy” sposób. Żeby jeszcze jakiś wypadek po pijanemu, albo zatrucie alkoholem metylowym. Przedawkowanie heroiny, albo śmierć z wycieńczenia podczas masturbacji po wiagrze. Ale żeby zginąć w wyniku kręcenia wora przez byłych kumpli?
Nie wiedział, co zrobić.
Nie stać go było na to, by pogadać z „liderami”.
-„To szaleństwo”- kalkulował– „mogą mi oko podbić”
Nie miał kasy na to, by odkupić wódkę, którą spożył. Zresztą to było, według Anioła, „niecharakterne”. Tak ugiąć się pod groźbą?
Rozważał poinformowanie rodziców „liderów” o planowanym zamachu na niego. Ale tu spotykał trudności natury obiektywnej: żaden z rodziców nie chciał z nim – Aniołem – gadać jako ze źródłem zła na osiedlu i moralnej zgnilizny. Prosić swoich rodziców o pośrednictwo w donosie Anioł nie widział sensu, bo oni nie wykazywali, względem niego, instynktów rodzicielskich.
-”Wpier…ol należy Ci się. Naprawdę trzeba zapłacić, żeby ktoś to zrobił” – dopytywali się – „Jak to się dzieje, ze ty jeszcze chodzisz na wolności” – dziwili się. Co, do tego momentu, Anioł brał za komplement.
Anioł miał jednak plan. Jak zawsze. Żeby odegrać się za tydzień niepowodzenia na osiedlu i za utraconą wódkę. Żeby nastała sprawiedliwość i rachunki za Anielą sromotę zostały wyrównane.
- No zaje…ie gnoja!
- No wiem, tylko go dorwać musimy. Yeah bunny who I’ !! Złodziej gołdy!
-Kolo, ale to nie wódę chodzi
-?
- Stary. Dwunasta w południe. Śpię sobie, żeby odpocząć przed wieczornym spotkaniem na klatce. Dzwonek. Jeden, drugi, trzeci. Wqwiony na Maksa otwieram. A tam, qwa, prawie, jak na tym filmie „Śmigłowiec w ogniu”, wycieraczka się pali. Ale jak! Znaczy jakieś papiery. I zapach benzyny. Jak w tym filmie.
- No?
- W kapciach byłem, to zacząłem gasić!
-No?
- Stary, co za hoooj! Nasrał na wycieraczkę, przykrył papierami, polazł benzyną i zadzwonił. No zajebię hoooja!
- ...!
Anioła plan był genialny w swojej prostocie. Wiedział, że w otwartej konfrontacji nie miał szans. Wiedział, ze nikt go nie poprze. Ze rozmiar szkód, które wyrządził społeczności osiedlowej był zbyt duży.
Otwarta wojna go przerastała.
Zwrot wódki go przerastał.
Donos go przerastał, bo „na osiedlu się nie kapuje”. I nikt z nim nie chciał gadać
Ale nasrać na wycieraczkę - potrafił
A potem jeszcze zadzwonił…
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Serce psa
2010-03-24
|
Wymierzył nagana w twarz szczyla i wycedził szeptem:
- „I know what you're thinking. «Did he fire six shots or only five?» Well, to tell you the truth, in all this excitement I kind of lost track myself. But being as this is a.44 Magnum, the most powerful handgun in the world, and would blow your head clean off, you've got to ask yourself a question: Do I feel lucky? Well, do ya, punk?” - lubił tak czasem zaszpanować znajomością języków obcych. Tym razem przesadził, bo oczy szczyla stały się jeszcze bardziej zdziwione niż w momencie, kiedy nakrył go na snifowaniu białego proszku.
Partner przerwał Aniołowi:
-Stary, tak nie można. Nie chcę powtórki z tego co urządziłeś przed rokiem w Zielonej Gęsi. Jasne? Ja pracuję w zgodzie z art. 3 i 4 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.
- Stary, nie p..dol – Anioł wykazał się refleksem, jaki przejawiał tylko na kacu - Kiedy zamawiasz podwójny browar i przynoszą Ci jeden, to nie zakładam, że nie rozlewacz dosłyszał. Tak ja pracuję!
- Kolo, ale on nie skumał, o co Ci chodzi. On nie zna tego filmu – partner upierał się głupio - On nie zna angielskiego!
Anioł zastanowił się. Po raz kolejny zaczął żałować, ze wziął partnera na akcję. Potem jeszcze raz pomyślał. I postanowił wyjaśnić szczylowi, żeby nie było, ze narusza jego prawa:
-To znaczyło: Wiem o czym myślisz śmieciu: „Strzelił sześć razy czy tylko pięć?” Szczerze mówiąc, w tej całej zabawie straciłem rachubę. Ale zakładając że to Magnum.44, najpotężniejszy pistolet na świecie, może elegancko odstrzelić ci głowę... musisz sobie zadać pytanie: „Czy mam dziś szczęście?
Szczyl otworzył paszczę z niedowierzania. Jeszcze nikt tak do niego nie mówił. Jak do dorosłego. Jak do pełnoprawnego członka społeczeństwa.
- Serio? Naprawdę? – chciał pokazać Aniołowi, że zasługuje na takie męskie traktowanie. Jak prawdziwy mężczyzna.
-Qwa, Anioł, nie gadaj z nim – Partner nie wiadomo czemu zirytował się – Szkoda czasu. Ja go bronię, a chwost sobie jaja robi z nas. Zastrzel go!
Widząc zdziwione spojrzenie Anioła, który znał Partnera jako obrońcę demokracji, praw człowieka i swobód obywatelskich, dodał z rozbrajającym uśmiechem: - Strzelanie to nic złego, jeśli trafia się właściwych ludzi….
Aniołowi zaświeciły się oczy.
- Mój Ci on?- upewnił się
-Twój, Twój – oblizał się lubieżnie Partner – Ale dopiero po akcji. Na razie go zastrzel, a potem będziesz mógł robić, co Ci się podoba z truchłem.
- Zatem sprawa jasna – Anioł uniósł pistolet w kierunku szczyla – Masz dziś pecha.
I choć ciężko mu dziś szło zgranie muszki ze szczerbinką, wydawał się być zdecydowany na „ostateczne rozwiązanie”.
Odczuł to też chyba szczyl, bo na podłodze wokół niego pojawiła się plama o żółtym zabarwieniu. Szczyl aspirował do miana maksymalisty, bo na szarych spodniach, w okolicy kroku, zaczęła się odznaczać zielonkawa plama, a w powietrzu rozszedł się charakterystyczny zapach przetrawionego befsztyka z przysmażaną cebulą i ziemniakami.
Anioł zaniuchał powietrze i popatrzył na szczeniaka z niesmakiem.
- Nieeee… Za taką grę wstępną to ja dziękuję! Sam go sobie bierz – zwróci się do Partnera. Spojrzenie Partnera, którym raczył szczeniaka, nie wskazywało, ze zamierzał odstąpić od wykonania kary.
Na ten moment zdawała się czekać babina skulona do tej pory w kącie. Teraz poderwała się rączo i uderzyła do Anioła:
-Panie Władzo, Panie Władzo! To dobry chłopak. Trochę pobłądził w życiu. Zabawiał się nieodpowiedzialnie. Pojawia się i znika, w dupie ma komornika. Ale on chciał dobrze. No zrobi bachora jednej, czy drugiej, to uczyć się nie mógł w szkole podstawowej. Bo mu płacz dziecka na nerwy działał, a te matki, to… Złe kobiety były, dzieciaków nie potrafiły utulić. No i pracować musiał na dzieciaki. A kto do roboty weźmie czternastolatka? No nikt, bo PIP się boją. A on nie chciał dzieciom dać umrzeć z głodu. To pracował, jak umiał. Tu kupił taniej, tam sprzedał drożej. A że kokainę, czy heroinę? A czym miał handlować, jeśli tylko to schodzi? Darujcie mu Panie Władzo, on odpali Wam, co miesiąc parę gramów koki. Białej jak śniegi Kilimandżaro – babina wykazała się znajomością geografii.
- Opinie są jak tyłki: podzielone – Anioł postanowił ustosunkować się do poglądu Partnera nt nieuchronności i surowości kary w tym wypadku – Ja uważam, ze każdy człowiek zasługuje na szanse powrotu na łono sprawiedliwości. Tym bardziej, kiedy działania jednostki były, jak w tym wypadku, sprawiedliwe z założenia. To nie szczyl, mój Partnerze, jest winny. To system. System zmusił szczyla do przestępnego życia. Właściwie nie system tylko. Także kobiety i ich zła a przewrotna natura. To one przecież, znając podatność mężczyzn na uroki niewieście, sprowokowały go do spółkowania. Nawet wykorzystały. A potem zmusiły, nawet nie mężczyznę, lecz chłopaka, niespełna czternastoletniego, do niewolniczej pracy w celu zaspokojenia efektu swoich wynaturzonych żądz. Czyż można go karać za to jeno, ze chciał dobrze?
Tu przerwał Anioł i zamyślił się.
Zamyślił się też Partner, przypominając sobie wyroki sądów orzekających niskie kary – lub wręcz uniewinniające osoby oskarżone o popełnienie straszliwych zbrodni.
Pogłębiając poziom refleksji, jeszcze jedną myśl. Tak od siebie:
-Mądry ten Anioł jest. Perspektywiczny.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Serce ptaka
2010-03-22
|
Znów udawałem, ze jestem taki, jak ona. Nie, nie udawałem. Byłem. Bo ja kocham. Co najwyżej czasem udaję, że jestem sobą. Może nie zawsze jestem taki, jak Ty, ale…. Powiedz mi: jak to się stało, że mnie rozumiesz? Że znamy się? Gdzie razem lataliśmy? W niebie? Poprzez powietrze? Może to ja byłem powietrzem, a Ty byłaś sobą. Ptakiem. Kochasz mnie? Przyfruń do mnie. Daj mi znak, że będziesz moja. Chcesz ziarno konopi. Prosto z dzioba. Biały ser? Sałata? „Czy ty mnie widzisz, czujesz, jak cię pragnę? Czy też znużyła cię już moja pieśń?”
Żył.
Leżał na podłodze stacji benzynowej, przywalony batonikami „Prince polo”, które wysypały się z przewróconej szafy. Wciąż ściskał kurczowo glocka. Ziemia, "słodko-gorzka", kręciła się. Był w pułapce. Szamotał się w klatce pulsujących kiloton. I nie mógł się poruszyć. Szczęśliwie kanarzyca w klatce przy ladzie nie ucierpiała zanadto. Trochę wystraszył ją huk wystrzałów, ale już rozglądała się ciekawie po pomieszczeniu. Spojrzała też na niego.
- Poznała mnie – zaczął się zastanawiać.
Może i poznała, w końcu przychodził do niej we śnie, co noc. W końcu ją kochał. A miłości nie można oszukać. Ona też to musiała wiedzieć, bo patrzyła na niego, coraz bardziej intensywnie. Rozdziawiała dzióbek i zadzierała ogon w charakterystyczny sposób. Eeeeh!
- Cholerny kevlar – mruknął. Niby żył, ale po sześciu kulkach po żebrach, nawet przez kevlar, czuł pewien dyskomfort.
Odkrył dlaczego nie mógł się poruszyć.
To nie przez te sześć pestek, które zaliczył. Zresztą nawet ran nie miał – dzięki kamizelce kuloodpornej. Siniaki tylko. No i połamane żebra.
Ani przez przewrócony regał. Ani nawet przez batoniki Prince polo, co go przygniotły.
Po prostu bał się, jak nigdy w życiu. Prawie srał pod siebie. Prawie, bo leżał na brzuchu i z przyczyn obiektywnych – nie mógł pod siebie. Nawet świadomość porażki i kompromitacji nie była w stanie wykrzesać z niego, choćby resztek odwagi.
Kompromitacji na służbie. Podczas akcji. Co za wstyd! Gdyby go koledzy widzieli!
Z pewną satysfakcją pomyślał, ze raczej nie zobaczą, bo zmasowanego ognia kałasznikowów, pod który się dostali, żadna kamizelka nie wytrzyma.
A więc miał farta. Znowu!
Jak to będzie w CV? „Samotnie, pomimo śmierci kolegów, przetrzymał przeważających liczebnie napastników, do czasu nadejścia wsparcia”.
Ciekawe, jak długo mieć będzie: czy wyjdzie z tego? Czy mu starczy szczęścia?
A jak wyjdzie, to… te tłumaczenia żonom, że poległ wykonując obowiązki na służbie.
Nieogolony typ w waciaku rozmawiał przez telefon:
- Tak. Chcemy 50 tys. zł
W tym momencie przerwał mu drugi. Ten w gumofilcach, uzbrojony w pepeszę:
- Powiedz 100 tys. Będzie z czego zejść.
- Znaczy 100 tys., samochód marki mercedes „beczka” i dwie panienki z agencji – poprawił się ten w waciaku - Jak nie, to za piętnaście minut zaczynamy likwidację operacji. Co dziesięć minut będziemy zabijać następnego zakładnika. Aż do wyczerpania zapasów – zastosował hasło posłyszane w reklamie Media Markt – Potem zaczniemy likwidować siebie, też co 10 minut. Jak nie podejmiecie zdecydowanych działań, to Rada Europy i Europejski Trybunał Praw Człowieka da wam popalić – zagroził imperatywnie. – Aha – dodał waciakowy – samice, zanim odstrzelimy, to zgwałcimy. Na kolejarza!
Już wiedział kto to był. Wzmianka o gwałcie „wszystkich samic” utwierdziła go w przekonaniu
Od dwóch miesięcy obrabiali stacje benzynowe w regionie. Czasem agencje bankowe. A zawsze agencje towarzyskie. Może dlatego, że personel o tożsamych kwalifikacjach? Budząca grozę wśród okolicznych stróżów prawa banda Aniola.Milosci. Aniol żadnej samicy nie odpuszczał. A kiedy Aniol obdarzał jakąś swoim uczuciem, jedynie śmierć była dla niej wybawieniem. Tak za nim wszystkie tęskniły i nie mogły znieść odrzucenia, które zawsze nieuchronnie następowało. Taki „podwórkowy rasputin”.
Świadkom zwykle nic nie robili. Chyba, że mieli zły „chumor”.
Lub któryś ze świadków był zbyt aktywny. Jak ten szczeniak ochroniarz, który nacisnął sygnał alarmowy. A mógł 30 sekund później. Wtedy by odjechali. Ale nie, matkojebca chciał się popisać przed dziewczynami sprzedającymi hot-dogi.
Pewnie zrobiło na nich wrażenie to, co miał w głowie. Pół ściany zostało pokryte krwią, fragmentami mózgu, strzępami skóry i odłamkami kości. A wszystko przystrojone, niczym stół wielkanocny, sklejonymi krwią kłakami blond włosków.
No to podjechali drużyną AT, zrobić remanent w firmie. Nawet udało im się wysiąść z samochodu. I wejść. Ale wyjść już nie, taka była jatka.
Nie mógł pozwolić, by kanarzycę spotkał niecny los w ramionach Aniola Miłości. By cierpiała, wpierw jego awanse, a potem odrzucenie. Już teraz czuł to, co ptak mógł czuć za minut parę. I wiedział już, ze zrobi wszystko, by temu zapobiec. Żadnego rwania pierza z głowy później!.
Przywołał siłą woli ostatnie rezerwy odwagi. Starając się nie poruszyć – tak, by nie zwrócić uwagi Anioła i jego żołnierzy - wycelował w niego. Kiedy zaczął naciskać spust, kanarzyca zeskoczyła ze szczebelka w klatce i znalazła się na linii strzału. Zawahał się. Ale tylko przez chwilę. „Your hart expects that etery man will do his duty” – to brzmiało mu w głowie, niczym dźwięk zatopionego dzwonu.
Nacisnął spust do końca, rozległ się strzał.
Skrwawione strzępki pierza znaczyły tor lotu pocisku. Aż do oka Anioła, który mrugał pustym oczodołem jeszcze parę minut później, nic nie rozumiejąc.
Policjant tylko szepnął – Przepraszam maleńka. To dla Twojego dobra.
Odwrócił się twarzą do zbrodzienia repetującego pepeszę, patrząc gdzieś tam, ponad jego głową.
-„Nothing else matters…” – zanucił koślawie do chmur
Tam, gdzie czekała na niego Kanarzyca.
I pomyślał jeszcze, ze czasem niełatwo jest zapłakać, nawet jak się chce.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Córcia
2010-03-18
|
Mam 33 lata. I mieszkam z rodzicami. To znaczy z mamą. Nie chciałam, żeby cierpiała, ze odchodzę. Tak, jak cierpiała, jak odszedł ojciec.
Mama mnie kocha. Tak mówi. Czasem. Musi mnie kochać, bo inaczej nie mieszkałybyśmy razem. Chociaż….. Nieeeee.
Na pewno kocha. I chce dla mnie wszystkiego najlepszego.
Ojciec też myślał, że go nie kocha. Bo odszedł. I co? I pomylił się. Znowu! Jak w Lotto, co miał wygrać dwa razy w tygodniu i zabrać nas na Kanary.
Bo ona potem tak cierpiała. Kochana mama.
Zatem kocha, ale ja już nie mogę. To niech przynajmniej inni poznają moje życie. I ocenią je. Ocenią mnie.
Nie mam nic. Pasji, życia wewnętrznego. Zainteresowań. Rzuciłam harcerstwo. Nawet przynależność do skautów piwnych zawiesiłam. Nic nie stworzyłam. Nic, czym mogłabym się pochwalić. Nie mam nic, czego Wy nie macie. Nawet łupież wydaje się być pospolity. I okres mam nieregularny.
Czasem myślę, że ona jest despotką. Podporządkowała sobie cały świat. Wszystko obraca się wokół niej.
Ojciec też, dopóki by z nami, zachowywał się, jak … troki od kalesony. A nie ujajony chłop.
Nawet ja nie wytrzymywałam, jak go wyzywała.
Kretyn, głupek, nieudacznik. Kiedy udawała, że jest miła, mówiła mu, że ma „największego spośród jego kolegów”. Ubezwłasnowolniła go tymi pochlebstwami. Że powinien nazywać się, zamiast Jarosław, „niewrażliwa podstawa penisa”. Albo, ze względu na okoliczności poczęcia, „pęknięta guma”. Po jakimś czasie, nawet alimenty na jego dziecko wypłacała ze swojego konta. Nawet seks uprawiała sama.
Nic jej nie podoba się. I nie podobało. Każda moja koleżanka to dziwka, palaczka, narkomanka. Kiedy wychodzę z domu, to na pewno po to, żeby…. Sami wiecie, co mówiła. Gdzie chodzę.
Byłam po pomoc u wszystkich. W szkole – kiedy chodziłam do szkoły. U księdza – kiedy bywałam w kościele. Na policji. W straży miejskiej. W ratuszu. W ZHP. W Kole Gospodyń Wiejskich. Zahaczyłam nawet o Pomarańczową Alternatywę. Nawet u egzorcysty byłam.
I nic!
Teraz, kiedy napada mnie czarna otchłań, biorę butelkę wódki po prostu. Stawiam na stole. Patrzę. I nucę, jak Reni Jusis: „Zakręcona, zakręcona
Zakręcona, zakręcona”. A kiedy napiję się, mam pewność, ze przyjdzie także po mnie zegarmistrz światła purpurowy. I uwolni mnie, choć na chwilę.
Zabełta mi błękit w głowie. Wszystko będzie jasne i gotowe.
Naprawdę pomaga.
Kiedyś chciałam mieszkać sama. Nawet spakowałam torbę. I co usłyszałam? Że dobrze. Ona to przeżyje. Że rozumie, że wśród ludzi króluje niewdzięczność. Że jest chora i może umrzeć.. Ale o nic nie prosi. Niech zadzwonię co jakiś czas, żeby długo nie leżała sama. Po śmierci. Bo sąsiedzi będą się irytować i narzekać na zapach. A ona nawet po śmierci chce być z ludźmi w zgodzie.. Ale niech nie ważę jej pokazać na oczy więcej, jeśli wyjdę z mieszkania. Nie dlatego, ze mnie nienawidzi. Tylko dlatego, żeby nie rozdrapywać ran. Bo ona mnie wciąż kocha.
Nie wyszłam z tą torbą.
Choć torba cały czas jest spakowana. Czeka.
I kiedy już nie mogę wytrzymać wyciągam ja spod łóżka. Stawiam na widoku. Niech mama wie, co może ją spotkać, jak nie da mi trochę spokoju…
Odkąd pamiętam, zawsze krzyczała.
Ona komunikuje się krzykiem. Nie potrafię jej się odgryźć, mam mniejszą skalę głosu. Ona jest jak Fredek Mercury. Z zespołu Quinn w najlepszych latach powodzenia u mężczyzn. Więc przytakuję tylko. Jestem jak ta przysłowiowa prawdziwa dama, co zawsze mówi tak. A jak mówi nie, to albo jest nieszczera, albo nie jest damą.
Kiedyś, jak miałam, 19 lat powiedziałam ojcu, że nasza mama jest głupia - do dziś mnie to boli. Nikt, jak ona, nie potrafi tak wzbudzać poczucia winy.
Zawsze starałam się. Ze wszystkich sił. Żeby ziemniaki nie były za słone. Tak jak zupa zresztą. Żeby podać do obiadu ukochaną przez nią marchewkę. I nie podawać srebrnych sztućców, bo tego metalu nie lubi. Żeby dobrze i szybko pozmywać po obiedzie.
Jak dziś zresztą.
Wyjść z psem, nakarmić chomika, wyiskać kanarka.
Czasem nawet nie mam czasu, by napić się drinka, kawy, czy zapalić.
Jak dziś zresztą.
I właśnie przed chwilą znowu wrzasnęła, by nalać psu wody. Bo tylko smrodzę tą fają.
Popłakałam się. Jestem czasem taka wrażliwa, a to nie było miłe.
Żeby pokazać jej, jak bardzo się staram, sprzątnęłam od razu cały dom.
I co usłyszałam?
Ze jestem idiotką, leniem. Nic nie potrafię. Też sprzątnąć.
Znowu zastanawiam się czy mama nie ma do mnie żalu, że moje życie nie potoczyło się inaczej.
Wiem, wiem. Powinnam uczyć się. Zrobić maturę. Mieć dzieci. I dużo zarabiać W międzynarodowej firmie. Pracować Ale ona też tego nie zrobiła. I też utrzymuje się z renty. Jak ja z alimentów.
Chyba znowu będę musiała wystawić torbę.
Wtedy się uspokoi.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Mały parch
2010-03-01
|
Powinni mieć już dość. A nie mieli.Ciagle krtążyli po osiedlu w poszukiwaniu alkoholu. Anioł już nie mia siły. Powiedział:
- Chlopaki, tak nie może być. Zaje...iemy się. Bierzemy się za rezerwę.
Wpełznął pod Żuka Zenka, zaparkowanego na parkingu, uniósł głowę. Ostatkiem sił zaczał żuć gumowy przewód prowadzący do chłodnicy. Po dwóch minutach udało sie: w gardlo Anioła chlusnął ożywczy strumień. Przez chwilę słychać było tylko radosny gulgot i rozkoszne mruczenie ukontentowania. Ugasiwszy pierwsze pragnienie Anioł zabezpieczył przewód i zagdakał rozkosznie:
- Po Borygo sie nie rzygo!. Teraz Ty, Wiesiek!
I tyle tylko zapamiętał Anioł z tej imprezy.
Łeb mu pękał!
Tak sobie myślał Anioł, ze smutno musiało byc na dzielnicy, kiedy wzięli go na dołek. O lata świetlne od najblizszego sklepu. O lata, bo za kratami. Był tak osamotniony, tak rozbity wewnętrznie. Jak rozbitek na tratwie pośrodku oceanu.Było to, jak mu sie wydawało, miesiąc temu. Coś się chyba zepsuło w łepetynie Anioła, bo nie wszystko pamietał. Ponieważ nie towarzyszył mu dostawca alkoholu musiał sam zabrać się działania. Była to kwestia życia lub śmierci. Był wciąż, wskutek wieloletniego przedawkowywania alkoholu, pijany, lecz wiedział, że ten stan będzie się zmieniał. To go przerażało.
Wycieńczony myśleniem znów zasnął,
Stąd był zdziwiony, gdy o świcie obudził go czyjś głosik:
- Proszę Cię, mam rację, czy nie?
- Co takiego?
- Noooo... Czy jestem winny, czy nie?
Anioł zerwał się. Przetarł oczy i charchnął w kąt celi. Pierdnął i natężył wzrok. I wtedy zobaczył niezwykłego małego człowieka, który bacznie mu się przyglądał. Pokurcz przypominał skrzyżowania trola z reniferami Sw Mikołaja. Miał duże, brązowe oczy, zmarszczki na całej twarzy i był pokryty szczeciną tak gęstą, ze wyglądała na sierść.
Pokurcz był tak dziwnym stworzeniem, że Anioł nie mógł uwierzyć, ze go widzi naprawdę. Przecież znajdował się „na dołku“, daleko od najblizszego ZOO. Tymczasem włochaty karzeł nie wygladał nawet na takiego, który był zdziwiony tym, ze siedzi w areszcie, a nie w klatce. Nie był nawet przestraszony. Miejsce, w którym się znajdował uznawał za jak najbardziej nadające się dla gatunku, który reprezentował. Przynajmniej raz na jakiś czas.
Kiedy Anioł odzyska w końcu głos, zapytał, jak to Anioł, miło:
- Ale o co, qwa, chodzi? Coś Ci nie leży, pokurczu?
A troll powtórzył bardzo powoli, jak gdyby chodziło o niezwykle ważną sprawę:
- Proszę cię, powiedz, winny, czy nie?
Pomimo niedorzeczności sytuacji, w jakiej Anioł znalazł się, to chciał pomóc trolowi.
W tym momencie przypomniałem sobie, że przecież nie wie tego. Bo i skąd. Ale parch wydawał się niezrażony.
- To nic nie szkodzi. Powiedz mi, winny, czy nie?
Ponieważ nigdy w życiu Anioł nie snuł takich rozważań - niezależnie, czy w stosunku do siebie, czy w stosunku do innych osób, dla świętego spokoju powiedział:
- Nie, nie jesteś - Bo wydawało mu się, ze tym zrobi przyjemność – oralnie - trolowi.
- Nie, nie. Nie chcę tak, bez dochodzenia i badania. To byłoby niesolidne i niebezpieczne dla społeczeństwa. Bo zbyt ogólnikowe. Więc najpierw zbadaj, a potem powiedz: jestem winyy, czy nie!
Anioł spojrzał się głęboko w oczy trolowi. Potem spojrzał drugi raz. I jeszcze raz. I w końcu słodko powiedział:
- Nie, qwa! Nie jesteś winny!
- Tak nie może być - zaprotestował bastard - To nie jest tak, jak mówi Sąd. Powiedz jeszcze raz.
Anioł pomyślał. Rzeczywiście nie było tak, jak w sądzie. Poddał się:
-W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej stwierdzam, żeś trolu niewinny jest!
Mały przyjaciel uśmiechnął się grzecznie z pobłażaniem:
- Pomyśl. To nie cała formułka....
Anioł wyrecytował formułe jeszcze raz, ale dzieło znów zostało odrzucone.
- Nieee. To było nie tak. Bez mocy i powagi Sądu. Bez togi! Do dupy z takim wyrokiem
Tracąc już cierpliwość - bo Anioł chciał pokombinować, jak skołować trochę alkoholu - powiedział:
- Dobra, qwa. Tam są qwa drzwi. Wypi...dalaj po godę. Jesteś woolny. Ale, qwa, już!
Anioł zdziwił się widząc radość na twarzy pokurcza.
- I o to, qwa, chodzi! O to mi chodziło! Ale...Czy myślisz, ze mogę wyjść poza komendę?
- Dlaczego pytasz?
- Bo nie wiem, czy psy wiedzą, ze jestem wolny
- Na pewno możesz - powiedział Anioł - Dałem ci bardzo mało wolności. Na pewno psy nie bedą Ci przeszkadzać
Troll podszedł do drzwi celi. Popchnął je, a - ku zdziwieniu Anioła - otworzyły sie szeroko. Za drzwiami widać było spokojna tafle jeziora i fragment brzegu.
- Nie tak znowu mało - uznał bastard szacując krajobraz - zobacz, drugiego brzegu nie widać.
Tak wyglądał początek przyjaźni Anioa z trolem. Początek, bo trol wcale nie chciał wyjść z celi. Wręcz, kiedy Anioł, będąc typowym przykładem syndromu odstawienia, ganiał go po celi i kazał mu wy....dalać, opierał się.
Dużo czasu upłynęło, zanim Anioł zrozumiał, skąd pokurcz przybył. Bastard, choć sam zadawał mi wiele pytań udawał, że Anielich nie słyszy. Dopiero z wypowiedzianych przypadkowo słów, Anioł poznał jego historię.
Kiedy po raz pierwszy ujrzał tatuaże na przedramionach Anioła,zapytał:
- Oooo! Butelka?
- To nie jest zwykła butelka. To symbol. To fetysz. To mój fetysz wolności i niezleżności jednostki wyjaśni Anioł z dumną miną
- Jak to?
- No... Tak - Anioł odparł skromnie.
- Ach, to takie zabawne...
I pokurcz wybuchnął śmiechem, który rozgniewał Anioła. Anioł wolałby, aby poważniej traktowano jego fetysze. Przypomniał mu się moment, kiedy pierwszy raz obnażył się w parku przed dziewczyną. Znienacka.
Po chwili Pokurcz jednak powiedział:
- A więc ty też masz tatuaże? A w jakim studio sobie robieś?
W tym momencie Aniołowi rozjaśniło się nieco w głowie i spytał natychmiast:
- Więc ty nie robiłeś swoich tatuaży sam?
Bastard nie odpowiadał. Schylił głowę i uważnie przyglądał się na wytatuowana na ręku Anioła butelkę.
- To prawda. Tą butelke musiałeś sam sobie tatuowac.
Naprężył się i pogrążył w rozmyślaniach.
Anioł bardzo był zaintrygowany wyznaniami trola o mozliwych sposobach tatuaży.
- Trolu! A Ty gdzie sobie tatuujesz? Nie robisz tego sam? Sa jakieś specjalne urzędy tatuażu?
Jednak trol nie dał się podpuścić. I powiedział:
- Dobrą stroną uniewinnienia przez Ciebie jest to, ze nikt nie zakwestionuje tego aktu łaski
- Naturalnie. Jeżeli będziesz grzeczny, to nawet pozwolę Ci się napić na wolności - .
Ta propozycja uraziła Trola
- Napić? W życiu!
- Jeżeli sie nie napijesz, to wytrzeźwiejesz w końcu - powiedział Anioł łamiąc żelazną logiką wywodu zastane okoliczności
Trol znowu się roześmiał.
- A co miałbym pić?
- Cokoliwiek - rzucił Anioł - byle sponiewierało
Wtedy trol powiedział z powagą:
- To nie ma znaczenia. Ja i tak nigdy się nie upijam. Pić alkohol dla mnie, to strata czasu
Następnie dorzucił z odrobiną - jak mi się wydawało - smutku:
- A pijąc byle co, nie osiągnie się trwałego stanu nirwany... Co innego bejca – rozmarzył się.
W ten sposób Anioł dowiedziałsię drugiej ważnej rzeczy: że dla parcha tatuaże nie byly najważniejsze. Ta wiadomość nie zdziwiła Anioła. Wiedziałem dobrze, że oprócz prawdziwych ludzi, takich jak Ci dwaj zabójcy policjanta na Woli, dla których ważne są tatuaże, są setki innych ludzi, tak małych, że z wielkim trudem dociera do nich świadomośc istnienia. Kiedy prawdziwy człowiek poznaje taką jednostkę, daje jej nowe imię. Albo numer. Na przykład „kwakwarakwa“. Albo „07“.
Anioł miał pewne podstawy, aby sądzić, że spotkał już kiedyś tego trola. I że słowa Anioa miały taką samą moc sprawczą, jak teraz. Nikt jednak nie chciał mu uwierzyć, ponieważ Anioł był wtedy chory i pijany. Tacy bowiem są ludzie w społeczeństwie, ze nie wierzą pijanym i chorym. Znaczy nie wierzą aspołecznym.
Teraz, kiedy Anioł był bliski wytrzeźwnieniu, mogło być inaczej. Cały świat mógł mu uwierzyć. Bo komu ma wierzyć, jak nie zdrowemu, trzeźwemu, heteroseksualnemu członowii społeczeństwa, płci męskiej?
A tak, skrywając istnienie trola przed swiatem, a przed policjantami w szczególności, Anioł codziennie dowiadywał się czegoś nowego o swoim trolu, jego nawykach, upodobaniach i o jego życiu
Wiadomości te gromadziły się z wolna i przypadkowo. I tak trzeciego dnia Anioł poznał dramat seksu u trola.
- Czy to prawda, że jak się dużo wypije, to potem nie ma się ochoty na wolność?
- Tak, to prawda. Na nic nie ma się ochoty.
- O, to bardzo się z tego cieszę.
Anioł nie zrozumiał jakie znaczenie może mieć wiadomość, że po wódce nie ma się ochoty na wolność.
- Wobec tego, jak się kogoś solidnie upodli, to nie będzie się wyrywał?
Anioł wytłumaczył mu, że wódka to nie jest lekarstwo na wolną wolę jednostki. I że u niektórych to jest tak, że nawet, jak wypije wiadro wódki, t i tak nic nie pomoże: jedno będzie mu tylko w głowie. Wolność. U takich Polaków na przykład. Nie potrafią być wolnym narodem, a zmierzają do wolności
Na myśl o wiadrze wódki trol roześmał się:
- Trzeba ze czterdzieści butelek tam wlać.
Później dodał z namysłem:
- Ale nim ktoś będzie mógł wypić wiadro wódki, to najpierw upije się od znaczniej mniejszej ilości
- To prawda. Ale dlaczego chcesz, żeby kogoś upijać, żeby nie miał ochoty na wolnośc?
Troll zbył Anioła: : - Dobrze, dobrze... - jakby chodziło o rzecz najzupełniej oczywistą. Anioł musiał zrobić duży wysiłek, aby zrozumieć to bez niczyjej pomocy. Okazało się, że trol uważa, iż tak naprawdę to niewola nie jest zła.
Bo w kamienicy u trola mieszkają różni domownicy. I źli i dobrzy. I każdy z nich jest w chwili obecnej wolny. Panuje szczęście, bo na początku kazda z jednostek - niezależnie, czy dobra, czy zła - jest wolna. Dopiero potem społeczeństwo zauważa, ze dopóki dobra jesdnostka jest wolna, to dobrze. A kiedy zły element dysponuje wolnością wyborów swoich czynów, to zaczyna źle dziać się w kamienicy u trola: awantury, dźwięk tłuczonego szkła, bijatyki, rzucanie butelkami. A kto jest zły? No, według trola ten, co zrozumie to, że jest wolny.
Wtedy takiego samoświadomego lokatora, co spogląda w kierunku pełenej realizacji wolnosci, należy zdławic i stłamsić. Tak, jak na warszawskiej Woli. Bo inaczej złe jednostki rozniosłyby kamienice trola na strzępy czci i wiary. Mało tego, że kamienice: cały ustrój społeczny rozniłsyby „nowe mesjasze“.
- Jest to kwestia dyscypliny – wywiódł po jakims czasie trolll. - Każdego ranka, trzeba robić obchód kamienicy. No i tłamsząc człowieczeństwo w sobie, trzeba zmusić się do wrywania chwastów. Lokatorów, co za bardzo się wychylają. Nim narobią szkód.
- A tak - kontynuował troll - co wieczór wystawię z pięć litrów bimbru na klatkę. Profilaktycznie. Niech sami zapiją w sobie ten pęd do wolności. Ja będę mieć mniej roboty, a i oni będą zadowoleni. Tak się zresztą robiło w naszym kraju od wieków. Z takim samym, gwararntowanym skutkiem.
Powoli zaczynał Anioł rozumieć parcha. Dlaczego nie chce na wolność. Bardzo smutne ma życie na wolności. Co to za życie: ciągłe gnojenie sąsiadów. Teraz bedzie mu łatwiej - codzienny obchód po kamienicyz pięcioma litrami bimbru . I co najwyżej gnojenie tych, co nie zechcą się napić.
Tym samym dla mnie też towarzystwo parcha stawało się coraz bardziej problematyczne. Zaczynałem się bać. Mnie też bedzie gnoił? Spojrzałem w lustro. Odnalazłem przyjazne spojrzenie. Odbicie mrugnęło do mnie i powiedziało mądrze:
- Nie martw się stary, bo będziesz taki obowiązkowy, jak ten troll i będziesz - tak jako on - miał kłopoty z erekcją.
-- To on ma kłopoty z erekcją? – zapytał Anioł rozmówcę
-No tak
- A czemu ma te problemy – usiował wydobyć od odbicia wszystko
- Bo nie lubi tego robić z żoną
-A czemu nie lubi tego robić z zoną
-Bo jego żona pije
-- Pije? Niemożliwe? Czemu pije?
- Bo troll, choć się nie przyznał, znał numer z bimbrem. Stawia jej co rano dwie butelki bimbru na stole
-Tak, a czemu jej stawia ten bimber?
- No bo postanowił testować nową metodę walki z samoświadomoscia wolności w kamienicy. No i jest obowiązkowy.To żona pije.. A obowiązek małżenski trzeba wykonać, jak w kontrakcie: czy na trzeźwo, czy nieInaczej to na trola ktoś mógłby rzucić podejrzenie uzyskania samoświadomości wolności. I go zgnoić. Albo nawet - przecwelić
Rozmowa z odbiciem przytłoczyla Anioła. Tak bardzo, ze mało brakowało, a wybrałby wolność. Nie mogl jednak zostawić trola, nie poznawszy go dokładniej.
Piątego dnia, znowu dzięki barankowi, odkrył nową tajemnicę trola. Ten gwałtownie, bez żadnego wstępu, zapytał Anioła, jak gdyby po długim zastanawianiu się w samotności:
- Jeżeli ktoś pije bimber, to pije też inny alkohol?
- Pije wszystko, co znajdzie.
- Nawet whisky, gin i zyto?
- Tak, nawet nalewkę babuni - dodał Anioł nie wiedząc czemu
- Nalewkę babuni - troll wydawal się przytłoczony - Przecież ona była w barku. Zamknieta. A zamkniecie do czegoś służy
Nie wiedział Anioł w czym rzecz. Zresztą nie dbal o to. Był w tym momencie zajęty przygotowywanem sobie mowy obrończej. Sprawa nie wyglądała najlepiej, bo Anioł nie wiedział nawet o co jest oskarżony.No film mu se ordynarnie urwał. I oprócz brudnych spodni w kroku, nie było żadnych śladów, ktore świadczyłyby o tym, co robiil. Ale przecież za publiczne defekwanie nie zamkneliby go.
- Do czego służy zamknięcie? - dociekał troll
Wk...wiony Anioł odpowiedział w końcu
- Do niczego. Żeby podnieść wartosc trunku i pożadanie go przez innych członków rodziny.
Troll westchnął, a po chwili milczenia powiedział:
- Nie wierzę ci, Anioł. Babcia jest mądra i bez powodu nie zamykałaby nalewki w barku. Ona zabezpiecxzała tą nalewkę przed innymi. Obcymi. A nie swoimi. Jak mogła. Myślałą, ze w barku nalewka bedzie bezpieczna.
Nic Anioł nie powiedział na początku. Dopiero po pewnym czasie wykrztusił:
- Zejdź ze mnie parchu. Zajmij się poważnymi sprawami.
- Poważnymi sprawami? Mówisz jak dzielnicowy. Albo kurator.
Zawstydził Anioła . A potem dodał jeszcze:
- Nie rozumiesz nic. Mieszasz wszystko.
Był naprawdę bardzo rozgniewany. Kuśtykał gniewnie kikutami po celi, wymachiwał witkami i wyraźnie szukał zwady.
- Znam pewne miejsce, w ktorym sa sami poważni ludzie. I każdy z nich, śmiejąc się do siebie, powtarza: "Jestem człowiekiem poważnym, jestem człowiekiem poważnym". Nadyma się dumą. Ale to nie jest miejsce dla normalnych ludzi. To jest Sejm
- Co?
- No Sejm. Pralament, qwa.
Troll byl naprawdę wqwiony
- Od zawsze zamyka się wódę w bezpiecznych miejscach. Mimo to od cały czas pije się ją. A czy nie wydaje ci się godne wyjaśnienia, dlaczego ludzie chowają alkohol, mimo tego, ze go potem piją? Czy wojna o zachowanie prywatnego alkoholu nie jest rzeczą poważną? Czy to nie jest ważniejsze niż afera Orlenu? Jeżeli ja znam nalewkę babuni, jedyną, która pije moja babcia, i jeżeli moja żona może tą nalewkę wypić, czyż nie ma to żadnego znaczenia?
Poczerwieniał.
Anioł nie wiedział , co powiedzieć. Czuł się nieswojo. Nie wiedziałem, jak do niego przemówić, czym go pocieszyć. Świat łez jest taki tajemniczy. Zreszta słowa parcha, niby łagodne, ubodły Anioła do żywego. Bo nie lubił ciot.
Parch wyciągnła z kieszeni paczkę. Zagaił pojednawczo:
-Chcesz? Na nerwyr. Kilka trzeba wziąć.
Anioł wział
W momencie zażywania lekarstwa, z nie ukrywanym zdziwieniem stwierdził, że zamiast paczki tabletek trzyma w garści puszkę landrynek. W dodatku o podejrzanym wyglądzie.
Sabotaż parcha nie wchodzi w grę. Za głupi. Najprawdopodobniej odpowiedzialna za sprzedaż leków farmaceutka przez niedopatrzenie włożyła do torebki łakocie, które zabezpieczyła w celu zwalczania depresji.
- Tak depresyjnie podziałał na nią widok parcha – pomyślał Anioł.
Zmotywowany tą wizją Anioł nie poddał się od razu i – licząc na efekt placebo - wziął od razu garść cukierków.
Smakowało nieźle. Połknął drugą garść. I….
Jak wielkie było zdumienie Anioła, kiedy nieoczekiwanie, z drzwi celi wyszedł, chybocząc się na płetwie ogonowej delfin. Zwinnym a wprawnym ruchem prześlizgnął się między kratami okna i wskoczył do studzienki kanalizacyjnej po drugiej stronie.
Wrażenie było tak duże, ze Anioł zapomniał o parchu i wyjrzał przez okno.. Na podwórku było całe stado tych ssaków. Wszystkie coś ssały, a przechodzący obok nich ludzie nie zwracali uwagi na stado.
Tylko Anioł
Znów zamknął oczy, choć nawet to nie przynosiło mu ulgi.
Anioł czuł przejmujący ból wewnątrz serca, ktory rozchodził się po całym ciele. Zwłaszcza żołądek bolal Anioła,: miał wrzody i tak reagował na stres. Ból był tak silny, ze przed oczami zaczął widzieć czerwone plamy.
Z oddali doszedł go głos:
- Anioł! Anioł, qwa! Nic Ci nie jest? Ta menda znowu dolała glikolu do chłodnicy. No nie da się, qwa, żyć!
Znow odpłynął.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Złoto dla zuchwałych
2010-02-25
|
Msza Święta odgrywa w Kościele Katolickim niezwykle doniosłą rolę. "Msza Święta będąc nieustannym odtwarzaniem tajemnicy krzyża, jest szczytem i ośrodkiem kultu liturgicznego"
W Polsce księża katoliccy, też ci czynnie odprawiający Msze Świętą, nie mają stałych pensji. I utrzymują się ze skromnych ofiar wiernych za różnego rodzaju posługi. Tylko księża katecheci otrzymują stałe wynagrodzenie w symbolicznej wysokości.
Pomimo tego duchowny jest zobowiązany do uiszczania podatku na rzecz państwa, ubezpieczenia ZUS, na utrzymanie seminarium - Seminaristicum, utrzymanie Domu Samotnej Matki – etc. Czyli płaci na instytucje, z których właściwie nie korzysta. Bo kto to widział, żeby duchowny korzystał z Domu Samotnej Matki, czy przedwcześnie odchodził na emeryturę z zawodu, który wybrał z powołania. I z miłości.
Dlatego, ten, kto myśli na skróty, że Kościół ma pieniądze i jest bogaty – grzeszy. I jest pretensjonalny. Z drugiej strony, nienajlepsza sytuacja materialna przeciętnego duchownego wciela w życie zasadę „ochotnego dawcę Bóg miłuje".
Składka - kolekta, taca, czy zbiórki darów rzeczowych są niezbywalnym dodatkiem do Mszy św., jej istotną częścią. Samo składanie darów pieniężnych to rodzaj dzielenia się z bliźnimi. To prawie sakrament komunii. Nie ma co się wstydzić i należy otwarcie przyznać, że kolekta, podobnie jak aktywne uczestniczenie we Mszy św. jest też sprawdzianem wiary. Wiary nie tylko w Boga, ale też w Kościół.
*****
Ta msza była wyjątkowa. Ostatnia w roku podatkowym. Dlatego odprawiało ją trzech kapłanów razem: Witek, Stasik i Alojzy. I każdy z nich wiedział, że dochód w tym roku był skromny. A przecież to był ostatni rok na uwzględnienie straty podatkowej z lat poprzednich. Więc każdy z nich chciał sytuację ratować.
Nawet nie chciał: po prostu musiał.
Zaczął Witek:
- Zanim rozpoczniemy naszą Ofiarę Pańską, chciałbym Wam, drodzy wierni przypomnieć że ……- zawahał się nieco – że według piątego przykazania kościelnego my wierni zobowiązani jesteśmy do troski o potrzeby kościoła.
Tu spojrzał na wiernych, ale nikt się nawet nie poruszył. Nikt nie zaszeptał. Ani nawet w miejscu nie zadeptał.
Wiec Stasik poczuł przypływ sił, niczym po viagrze od Jolki – gosposi. I zagrzmiał - „Wierni mają obowiązek zaradzić potrzebom Kościoła, aby posiadał środki konieczne do sprawowania kultu, prowadzenia dzieł apostolstwa oraz miłości, a także do tego, co jest konieczne do godziwego utrzymania szafarzy". To wynika z Kodeksu Prawa Kanonicznego!
Zamilkł jednak wobec retorycznego pytania:
- A co to kur(..)a - powiedział ktoś z tłumu -
Czy ty przypadkiem nie zgubiłeś rozumu? Życie to twardy orzech, każdy orze jak może A ty bum pierdu, to mój Boże
I masz pretensje i wyrzuty, ty durny łbie zakuty
Jesteś tak potrzebny jak kotu buty.
Stasik poczuł się taki trochę niechciany. I to pomimo tego, że głos zabrała tylko jedna osoba spośród zgromadzonych. No i zamilkł. Zniechęcony. Może poczuł, solidarność grupy z jednostą?
Na pomoc pośpieszył mu Witek, bo razem zwykle pili po mszy. A Witek nie chciał tracić kompana, bo o nowego nie tak łatwo już było, wśród żyjących z jego rocznika.
Zaczął łagodnie:
- Troska, o której wspomniał mój brat , należy do zobowiązań moralnych płynących z faktu przyjęcia sakramentu chrztu świętego. Ta troska wprowadza zbłąkaną jednostkę we wspólnotę Kościoła. Zobowiązuje tą jednostkę, w imię wdzięczności i solidarności, do czynnego udziału w życiu Kościoła .
Tu Witek trochę się zająknął, ale po chwili kontynuował:
-Mamy czterdziestu robotników. Dach wymieniają. Mamy kucharkę. Mamy ogrodnika. To dużo ludzi, ale my jesteśmy dużą parafią. Więc duża liczba pracowników nie musi być dużym problemem. Wystarczy, ze każdy z Was, zamiast dawać jakieś śmieszne 10 zł na tacę, zapewni kwotę umożliwiającą całodzienne utrzymanie jednego pracownika. A ile powinniście dać, to odpowiedzcie sobie sami, ile chcielibyście zarabiać – dokończył podstępnie.
Zuchwały wierny z oddali na to: skończ pier(…)lić tato
To ty jesteś matoł jak nie to udowodnij
Powiedz mi tak żeby wszyscy byli zgodni
Co wy tu robicie odkąd powstało życie
Zaległa cisza wręcz grobowa
Nie powiedział nikt ni słowa.
Tylko Alojzy, trzeci kapłan, pomyślał: „oto szansa wyjątkowa”
Wychylił się zza pleców kumpli i, mimo mikrego wzrostu, uderzył tak:
- A ja wiem, ja wiem co my tu robimy,
Po co na ten, na ten świat przychodzimy! Wiarę i prawdę nareszcie nieść Wam wieprze! Wam się wydaje, że co? Ze czego chcą? Że Jezusa ukrzyżowali Indianie? Nie! Takie same chciwe „żydki”, jak Wy! Że na krzyżu wisi Che Guevara? Nie! Tam wisi Jezus ukrzyżowany za wasze grzechy. Macie dług, który trzeba spłacić. A jak nie, to Prov(…)enta Wam naślę! Nie traktujcie chciwe „żydki” kapłanów, którzy chodzą z Jezusem po kolędzie, jak p…olonych domokrążców! A Ci, co nie dadzą, na tacę to grzeszą. W recydywie. A jak grzeszą to pójdą w pi(…) zdu!
Alojzy spojrzał z ukontentowaniem na wpatrzony w niego tłum. Wiedział, ze robi wrażenie. Ale był miło zaskoczony, że aż takie. Dodał więc, żeby rozluźnić atmosferę:
- Dobra! Pierwsza połówka mszy za nami. Robimy 15 minut przerwy przed drugą połową. W przerwie zapraszam na wino. Bo mam świeże opłatki do wina. W przerwie możecie też uiszczać składki za pomocą sms-ów. Na telebimie dwa numery: jeden dla osób samotnych i „tańszy” przeznaczony dla skorzystania przez osoby o ciężkiej sytuacji majątkowej.
Z oddali doszedł go pomruk aprobaty tłumu.
Wykorzystane zostały fragmenty piosenki ludowej "Konfrontacje", zespołu ludowego Kaliber 44
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Niestrawność
2010-02-24
|
Anioł został zaproszony do restauracji. Przez koleżankę z klasy. Ona stawiała. Także przedtem.
- Wiesz – zagaił Anioł – to miłe, że stawiasz.
- Wiem – ona zaczerwieniła się. Kochała go jeszcze bardziej, kiedy powiedział, ze miłe.
I, żeby ukryć wzruszenie, przeszła do konkretów:
- Co zjesz?
- Sajgonki, kurczak w sosie słodko-kwaśnym i „napoleonkie” z colą – Anioł wyjawił swoje dawno skrywane marzenia kulinarne. I pomyślał, że miał dość już hot-dogów z Aśką.
Ona zaś uśmiechnęła się do siebie: Tak bardzo do siebie pasowali. Nawet z tym kurczakiem w sosie słodko-kwaśnym trafił.
- Dobrze. To poproszę dwa razy to samo – powiedziała do żółtego, żeby podkreślić więź, która ją łączy z Aniołem
Usiedli.
Żółty przyniósł. Zakąsili i popili colą. Ona patrzyła na niego z rozmarzeniem. Naprawdę by kawał chłopa.
- EEEEE… to miłe, że stawiasz – Anioł wrócił do tematu
- No… - one znowu podjęła dyskurs.
- Super- komplementował dalej – Dobre było, no
-No… przełknęła gładko pochwałę. I zagaiła z innej beczki: - spóźnia mi się.
- Kto się spóźnia ?- Anioł nie załapał powagi sytuacji
- Noooo…. Okres. W ciąży jestem.
- Łaał … super. Naprawdę – Anioł był miły dziś dla sponsora – A z kim?
- No … z Tobą… nie pamiętasz?- ona starała się przypomnieć mu szczegóły imprez
- Niemożliwe! Naprawdę? Łał! To super - Anioł był miły dziś dla sponsora – Super. Naprawdę
- No… No… To co robimy
- Łał! To super. Super. Naprawdę – powiedział Anioł powstrzymując spazm wymiotów i łapiąc się za usta.
Biegnąc do wyjścia Anioł pomyślał tylko, ze może trzeba było jej dać te cztery tysiące, co miał odłożone z prezentów na I Komunię? Może by jej się przydały pieniądze.
Ona zaś pomyślała: "Biedny Anioł! Taka niestrawność przy sajgonkach i kurczaku. Chwila przyjemności, a potem cierpienie. Zupełnie, jak ja. Stworzeni dla siebie jesteśmy".
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Syneczek
2010-02-24
|
Jestem szczęściarą. Jestem sama, a udało mi się wychować takiego syna. Prawdziwego mężczyznę.
Mojego Aniołka.
A nie było łatwo, bo ojciec odszedł, kiedy mały miał trzy lata.
Jak to ojciec: od mojej matki też tata odszedł.
Podobno mały głośno krzyczał, płakał i domagał się zabawy. A jego ojciec potrzebował chwili odpoczynku po pracy. To poszedł do koleżanki z pracy odpoczywać. I tak już zostało. Dwadzieścia lat odpoczywa sobie.
Małemu nie było łatwo.
Dokuczali mu koledzy. Ponieważ nie miał ojca, roweru i bogatej matki.
Ale nic to. Poradził sobie z kolegami. Zawsze był silny, to i przezywać go przestali.
Potem dokuczali mu nauczyciele. Ponieważ nie miał ojca, roweru, bogatej matki. No i – oczywiście – nie uczył się.
Ale poradził sobie. Bo zaradny był od dziecka. Tak, jak silny i mądry.
I jak tylko skończył piętnaście lat, to miał własne pieniądze. Duże. Zarabiał. Nie mówił jak. Podobno coś tanio kupował, a potem drożej sprzedawał. Kolegom.
No to i nauczyciele go polubili. Nie mieli wyboru. Wszyscy go szanowali. No i bali się.
Syneczek skończył i podstawówkę, i technikum i wyższą szkołę techniki administracyjnej. Bardzo był zdolny: raz poszedł na wykład i cały egzamin od razu zdany!
No i te dziewczyny! Jak one śmiały się z mojego Aniołka! Że pieniądze ma, ale głupi i prymityw. Że w dresie lub w dżinksie chodzi, na sportowo.
Jakby nie wiedziały, że to dla wygody tylko. No i zawsze czysty, schludny i ze złotym łańcuszkiem na szyi. A w ogóle to nie chodzi, tylko jeździ. BMW.
Ale poradził sobie mój syneczek. Bo silny był od małego. I zaradny. Teraz schodzą mu z drogi. Już się z niego nie śmieją.
Tylko przyczepiła się do niego policja. Ponieważ nie miał ojca, a miał pieniądze. Kłuło w oczy policję. Bo policjanci nie potrafią zarabiać. Ale nie miał ich tyle, żeby się od niego odczepiła.
To zamknęli go w kryminale. Mojego Aniołeczka. Okłamali mnie. Oczernili jego. Na klatce w bloku i w społeczeństwie nawet.
Rozpowiadają, że wtargnął wraz z kolegami do mieszkania jednej z tych, co się śmiała z niego. Że zmusili ją do seksu oralnego. Że straszyli ją, że zabiją ją i jej rodziców. A ona uległa, bo bała się. No i jakąś "taminę" posiadał. Bez zezwolenia.
Ale jak? Mój Aniołek? To najwyżej jego mogła chcieć – ta zdzira zgwałcić. Pewnie jej nie wyszło i stąd oskarża. A "taminę" podrzucili. Jak wcześniej Wieczarzakowi.
To teraz idę do adwokata, żeby i ją oskarżyć.
O gwałt na Aniołku.
A policję też o coś.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Podwyżka
2010-02-24
|
Złożyłem podanie o podwyżkę. W piątek. Rano.
Należy mi się ta podwyżka. Bo – jak napisałem – pracuję już dziesiąty rok. Codziennie jestem w pracy. Co więcej – angażuję się w to, co robię. Nie palę, nie przeklinam, nie piję alkoholu w miejscu pracy. Nie posuwam dziewczyn i chłopaków, którymi zainteresowane jest szefostwo. Nie masturbuję się w toaletach w siedzibie firmy. Choć – z drugiej strony – nie pozwalam sobie mówić, jak szybko mam się myć!
W poniedziałek przyszedłem za pięć ósma. Cały dzień nic nie robiłem, bo czekałem na odpowiedź.
Odpowiedzi nie było.
Nic to. Może we wtorek. Może pismo nie dotarło. Może we wtorek będzie odpowiedź.
We wtorek przyszedłem za pięć ósma, żeby nie minąć się z szefem. Cały dzień nic nie robiłem. Czekałem na odpowiedź.
Nie doczekałem się.
Pomyślałem sobie, że nic to. Może we środę. Może pismo nie dotarło. Może w środę będzie odpowiedź.
We środę też nie było odpowiedzi. Do szesnastej pięć.
Uznałem, ze środa to dopiero trzeci dzień tygodnia. Zatem pismo nie dotarło jeszcze pewnie. Może dotrze. Może odpowiedź będzie w czwartek?
W czwartek byłem za dziesięć ósma. Bardzo się cieszyłem, bo to dobry czas na dobrą odpowiedź.
Ale odpowiedzi znowu nie było. Czekałem nawet do siedemnastej, żeby upewnić się.
Uznałem, ze zdarza się. Ten obieg dokumentów w firmie… Postanowiłem znowu poczekać.
Może w piątek…
Pod koniec miesiąca poszedłem do szefa. Wyjaśniłem sekretarce o co chodzi.
Przyszedłem na umówioną godzinę do gabinetu szefa.
Zobaczyłem, że na biurku leży moje podanie o podwyżkę.
Widząc minę szefa pomyślałem tylko: „Może nie przeczytał dokładnie?”
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Pierwsza Krew
2010-02-24
|
Czuł ogarniające go podniecenie. Żądzę. Silniejszą i silniejszą. Niepowstrzymaną. Opętańczy głód prowadzący go na koniec świata. I dalej nawet: poza ten świat.
TO działało na niego niczym najsilniejszy narkotyk. Jak heroina na ćpuna z dwudziestoletnim stażem – jeśli oczywiście konsument heroiny może mieć staż o takiej długości.
Ona była gotowa. Prawie naga. Właściwie naga, bo te majteczki niczego nie skrywały. Co najwyżej pozwalały działać wyobraźni jeszcze bardziej.
Leżała z przymkniętymi oczami. Miała zamknięte usta. Widać było na nich lubieżne skrzywienie. Taki uśmiech w oczekiwaniu nieuniknionego. Czekała, bo nie mogła nic innego zrobić.
Ale pragnęła tylko jednego: żeby On pośpieszył się. Tak bardzo tego pragnęła. Tego jednego. I to ją niepokoiło. Żeby ta jej wilgoć nie poszła na marne. Bya jak tropikalny tajfun: tak wilgotna i ciepła. Żeby potem….
Czy On to czuje? Może wtedy przestać. Może uciec. Co wtedy zrobi z tym dręczącym ja piekłem nienasycenia? Kiedy drugi raz go odnajdzie? Ile czasu będzie musiała czekać?
Nie mogła dopuścić do tego, żeby uciekł
- Wejdź we mnie – wyszeptała – Tyle czekałam na Ciebie. To będzie mój pierwszy raz
Podkurczyła trochę nogi i otworzyła przed nim swoją kobiecość, popychając biodra w jego kierunku.
Nie wytrzymał. Niewerbalna obietnica szczęścia, wzmocniona zapachem feromonów, przełamał jego obawy. Zerwał z siebie ubranie i wbił się w jej rozkoszną, niewinną wilgoć.
- Jaki „czerwony jak cegła” – pomyślał. –Co najwyżej „napalony, jak parowóz”.
Poczuł pierwszy opór, który zniknął, przy akompaniamencie jej okrzyku, tak samo szybko, jak jego obawy. Oddał się heroinie istnienia., tracąc świadomość.
Przez jego coraz szybsze ruchy przebija się tylko jeden bodziec.
Zapach. Zapach krwi. Pierwszej. Słodziutki zapach pierwszej krwi. Zapach dziewicy.
Nie panował nad sobą. Spomiędzy jego warg zaczęły wystawać dwa ostre kły, umieszczone w sposób znamienny dla Jego gatunku.
Zbliżał się coraz bardziej i bardziej do jej szyi, a Ona zdawała się niczego nie dostrzegać, pochłonięta przeżywaniem fal kolejnego orgazmu.
-Są momenty w życiu, kiedy nie można się nie napić – pomyślał – z całej siły dziabał ją w tętnicę.
Nie zareagowała, kiedy przegryzł jej skórę. Ani tkankę łączną. Ani tętnicę. Cały czas krzyczała z podniecenia:
- Tak, tak! Gryź mnie! To mnie podnieca. Gryź s..synu. Niech czuję chwilę, żeby i śmierć był a prawdziwa
Krzyczała tak sugestywnie, że nie zwrócił początkowo uwagi na smak krwi. A potem, kiedy już był nieco wstawiony, to nie miał pewności, co mu ten smak przypomina: rocznik 78 zeszłego wieku ze szczepu książąt mazowieckich, chowanych na diecie wegetariańskiej? A może szczep Beyonce albo „ups. I did it again”? Tylko dlaczego tak go wzięło? Czemu prawie traci przy niej świadomość? Co ona ma sobie
Przez potok myśli I fale rozkoszy, które go ogarniały, z trudem przebił się jej głos. Właściwie z trudem go zarejestrował. I przez chwilę łudził się, ze to dlatego wydaje mu się taki …. Niedziewiczy. I bezduszny. Prawie jak głos….. . Ba się nawet pomyśleć kogo.
- Wiesz dzióbku, powinnam Ci powiedzieć – tu dziewczyna zawahała się. A potem dodała:
- Biorę „blokery”
Kiedy tracił świadomość po podróży z „heroina miłości”, zaczynało do niego docierać, czemu ten Gos wydawał mu się tak nieprzyjemny
- Van Helsing! Abraham Van Helsing! – wyszeptał płacąc już prawie za przewóz przez Styks – To znowu Ty, pedale! Matkojebco! Obrzezańcu niewierny! Nu pagadi, skurwysynu!
ON uśmiechnął się tylko do swoich mysli, nie przerywając pisać raportu do centrali: „Tu J-23. Zadanie wykonane”
Jeszcze raz udało mu się uchronić siatkę przednich wywiadowców przed dekonspiracją.
Był z siebie zadowolony.
Zasłużył na spotkanie z Prezydentem
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Mateczki
2010-02-11
|
Kiedyś miłość matczyna, czy miłość w rodzinie była prosta. Prymitywna nawet. Sprowadzała się do prostej troski o drugą osobę, bez głębszej analizy jej potrzeb psychicznych.
Czy było to dobre?
Nie wiem, ale zjawisko narastających na sile konfliktów pokoleniowych może nie potwierdzać dobroczynnego wpływu starej szkoły wychowania na losy potomnych.
Szczęśliwie, niektórzy rodzice znają swoje dzieci i wychodzą ich oczekiwaniom naprzeciw. Często jednak przy dezaprobacie organów państwa, z którymi musza walczyć.
Przykładowo, gorzowski sąd skazał kobiecinę (mateczkę) na miesiąc kazamatów za pomówienie byłego męża o molestowanie seksualne córki. Bo podczas procesu bezpodstawnie oskarżyła ojca dziecka o skłonności, nazywane po sprawie szwajcarskiej – „reżyserskimi”.
Po zawiadomieniu, że były mąż molestował seksualnie córkę,
Policja zabrała mężczyznę z pracy w kajdankach.
Między nami mówiąc: mogło należeć mu się. Bo nie dość, ze były mąż, to jeszcze – wykształciuch. A tacy mogą być najgorsi, ponieważ podczas pracy przy biurku ich frustracje, także seksualne, rosną.
O nikczemności byłego męża świadczy chociażby to, że ukrył w kuchni dyktafon. I nagrał, łajdak, kilka godzin rozmowy byłej żony z jej matką. O tym, jak go załatwić. Jak nastawić córkę, żeby powiedziała, że tatuś ją zmuszał do (….). No i jak zrobić z niego psychopatę seksualnego.
Normalny człowiek nie powinien widzieć w tych rozmowach nic nadzwyczajnego. W końcu wiadomo, że każdy mężczyzna to potencjalny psychopata. Każda kobieta , która przeżyła związek z mężczyzną, a potem poddała ten związek analizie, przy wykorzystaniu literatury fachowej, z łatwością dostrzeże w swoim wybranku znamiona osobowości nieprawidłowej.
Bo najpierw bardzo czuły i kochany. Zawsze mu zależy. Wysyła smsy, majle, dzwoni a „kwieci”. Potem, bez powodu, staje się milczący i zamknięty. Patrzy na nią, jak potępieniec. Choć ona stara się kryć ten… rumieniec. Przy mężysko czym narusza wszelakie reguły obowiązujące w domu.
W opisywanej sprawie, organy ścigania, znów stanęły po stronie mężczyzny.
Prokurator umorzył śledztwo o pedofilię, natomiast Sąd skazał niewinną kobiecinę na miesiąc więzienia i publikację wyroku w prasie.
Szczęśliwie wyrok jest nieprawomocny, co daje nadzieje na triumf sprawiedliwości w przyszłości.
Z podobną niesprawiedliwością spotkała się samotna matka, która została oskarżona o zamordowanie cierpiącego na autyzm syna. Zarzuca się jej, ze otruła chłopca używając domowego wybielacza. Tymczasem nikt nie zwraca uwagi na to, że kobieta ta, choć żyła w ogromnym napięciu i rzadko sypiała, to sama wezwała pogotowie do umierającego chłopca. Bo chciała dla niego jak najlepiej.
Zresztą cierpiący na autyzm ma własne pojmowanie świata. I jedyną osoba, która zna taką osobę, jest matka. Jedyna na świecie istota, u której jesteśmy wiecznymi dłużnikami. Właśnie dlatego, ze tak dobrze nas zna.
Tylko matka chce zawsze szczęścia swojego dziecka. Nawet, kiedy mówi mu czasem prosto w oczy – „Ty skurwysynu!”, to ona jest geniuszem dziecka. Widać musi czasem spojrzeć prawdzie w oczy.
Wzorem Piotra Skargi trzeba wskazać, ze przeklęty, kto zasmuca matkę swoją. Nawet po śmierci, jak w tej sprawie.
O tym, jak dobrze wpływa na przyszłość dziecka miłość i zaufanie w rodzinie, donosi Gazeta Wyborcza. Amerykanka, która dekadę temu padła ofiarą internetowego pedofila, żąda odszkodowania od każdego, kto ma w swym komputerze jej zdjęcia. Dziś już 20-letnia kobieta z Teksasu, znan wśród wielbicieli jako Amy, jest bardzo skuteczna. Amy bezkompromisowo wnosi powództwa przeciwko każdemu, u którego w komputerze znaleziono jej zdjęcia. Gdy była ośmioletnią dziewczynką, ukochany wujaszek zrobił jej serię zdjęć i filmów pornograficznych, które do dziś krążą po internecie. Nie dość, ze stała się ikona popkultury - i niemal wieczna przez to – to jeszcze rozważa przejście na emeryturę.
Czemu? Nie musi pracować, bo zajęcie, które sobie znalazła dzięki wujaszkowi, jest dość intratne. Wnioski o odszkodowania Amy wysłała już do 350 internautów. A rok temu, w w Connecticut, sąd kazał Alanowi Heskethowi, jednemu z jej wielbicieli, zapłacić na rzecz Amy 130 tys. dol
Nie zawsze, kiedy myślimy o swojej mateczce, myślimy o niej z miłością i wdzięcznością. Ale to źle: powinniśmy ją kochać całym swoim sercem i całą duszą. Mateczka jest tylko jedna i wszystko, co robi, robi z myślą o nas. Czasem tylko, mając zbyt mało danych, nie potrafimy tego docenić.
Szczęśliwie, wokół nas zawsze znajdzie się ktoś, kto może nam o tym przypomnieć właściwą postawą.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Little prince
2010-02-04
|
Mały Książę ma prośbę do pilota. By narysował mu baranka. Pilot nie potrafi rysować. W końcu rysuje małą skrzyneczkę z dziurką. I mówi Księciu, że baranek jest w środku. Mały mu uwierzył
Anioł nie dopuścił do zmarnowania „potencjału” gwałciciela, którego ujął – wpierw dosłownie, a potem także wdziękiem, bo „gwałciciel” okazał się stałym bywalcem pewnej knajpki na ulicy Koziej w Warszawie, Naleśnikarni Bastylia, Kafejki internetowej e-loko przy ulicy Kruczej w Warszawie. No i oczywiście Centrum artystycznego M25 i Utopii przy ulicy Jasnej w Warszawie.
O prawdziwych mężczyznach i prawdziwych kobietach
Zaprzyjaźnili się. Gwałciciel nazywał się Bartek. Dla znajomych – „Barti”. Tak mocno zaprzyjaźnili się, że Anioła zaczęło korcić i ciekawić. Ciekawić i korcić: jak to właściwie jest z tymi pedałami. Tacy mili, a tacy znienawidzeni przez społeczeństwo.
Anioł dowiedział się novum. Że homoseksualizm nie jest tylko przeżyciem seksualnym, do czego Anioł sprowadzał aktywność, jak to określał „pedała”. Że to styl życia. Ze gej myśli i zachowuje się w inny sposób niż normalni ludzie. Że inaczej też przeżywają sprawy seksualne. Ze gej może być ciotą, gwiazdą, siłaczem, „ukrywającym się”, siostrą. Że świat homoseksualistów i świat ludzi normalnych znajdują się na przeciwnych biegunach. Jest, nie dość, ze inny, to jeszcze bogatszy i subtelniejszy, bo czerpie zarówno ze skarbca kultury heteroseksualnej, jak też ma własne wzorce. Nieznane dla zwykłego „luja”, bo zapisane w kodzie. Wzniosłym kodzie geja.
Zaczęło do Anioła docierać to, że kobietę i mężczyznę łączy tylko ich zwierzęcość. Ta zwierzęcość to zwykła i niska fizjologia parszywego gatunku ludzkiego. Nie do pomyślenia i nie do pogodzenia z naukami, które wyniósł z lekcji filozofii było to, żeby reprodukcję uznać za koronę, a seks i żarcie za przyjemność. Zbyt wiele kosztowały Anioła te „przyjemności” w dzisiejszych czasach: za seks miał już kilka prawomocnych wyroków. A i doświadczenia „rodzinne” skłaniały go do przekonania, ze każda kobieta ma naturę prostytutki. Bo żadna nie powiedziała mu „nie”, widząc na jego palcu obrączkę. I to niezależnie od tego, czy miał ze sobą ostre narzędzie, czy – nie. Dlatego przyjął za swoją maksymę, zgodnie z którą kobieta tym się różni od człowieka, że myśli wyłącznie spodem i mało ją obchodzi to, co ludzie nazywają rozumem. Bo zawsze postępuje ona wbrew rozumowi. Zgodnie ze swoją naturą, uważał Anioł.
Twierdzenia głoszone przez Bartiego o seksualności, zepsuciu, naturze człowieka i naturze kobiety były dla Anioła, jak „prawda objawiona”. Trochę może Anioł, po tych wszystkich wyjaśnieniach, czul się niegodny. Bo już pół roku był w związku małżeńskim z kobietą i wiedział, że nie ma na świecie niczego, co psuje innych bardziej od zepsutej kobiety. Poddawał się, co miesiąc, zgodnie z przysięgą, bezbożnym furiom chuci swojej połowicy, grzesząc przeciw wstrzemięźliwości. Poczuł też, prawie namacalnie, co czują ofiary kurwiących się bab, których rozwiązłość i poligamiczność była wzorcem dla ustalenia zakresu znaczeniowego tych słów. Ciężko mu było dzielić się Mariolką, Jolką i Olką z ich mężami.
Zwyczajne życie
Barti widział wpływ swoich słów na duszę Anioła i kuł żelazo, póki gorące:
- Aniołku mój kochany. Dupeczko Ty moja nieskalana, jak Matka Zawsze Dziewica. Musisz wiedzieć, że to, co mówiłeś temu diabłu w ludzkiej skórze przed ołtarzem, to nieprawda. Bo nie ma miłości. A każda tzw. „miłość” kończy się sprzeniewierzeniem - ucieczką, nudą lub zdradą. Chcesz tego? – zapytał się retorycznie
- Nie – rzekł Anioł, nie bacząc na formę wypowiedzi. Nie chcę, żeby zdradziła, albo uciekła. Z pieniędzmi – zastrzegł od razu
-To na co czekasz? Tu trzeba działać – radził Barti – Ale ostrożnie, żeby nie otworzyć Puszki z Pandorą.
-Yyy? – Zasmucił się Anioł. Bo zanim poznał Pandorę, a już ją zapuszkowali. Ostra musiała być dupcia.
- No! Ja Ci rzucę myśl. A Ty go łap – wskazał Barti – Tylko ostrożnie, bo kobiety są tak zaprogramowane, ze nie można z nimi wygrać w bezpośredniej walce. Dlatego trzeba zerwać ze starym życiem. Definitywnie. A zrywasz z nawykami, to potrzebujesz pieniędzy – Barti trzeźwo patrzyl na życie
- Potrzebuję –powiedzial Anioł. A pomyślał, że to nic nowego. Coś mu ta przemowa Bartiego zaczynała przypominać
- Masz ładny tyłeczek – oblizał się Barti – używany?
- Nie nówka – dumnie ścisnął półdupki Anioł
- To wystawisz na sprzedaż- Barti miał plan. – Na portalu internetowym. Napiszemy piękna, młoda, zdrowa gwiazda, która nigdy nie miała stosunku seksualnego z żadnym mężczyzną. – Dodamy, że „na naukę”, bo Uniwersyteta drogie. To wzruszy klientów.
- Klientów? – zdziwił się Anioł
- No a jak? – Barti był równie zdumiony – Dziewictwo nie mydło, nie wymydli się. A ogłoszenie będziemy modyfikować: „cześć szukam sponsora młody ciasny dzwońcie”.
No a jak będziesz znany, to odstąpimy od dziewictwa. Jakoś tak będzie: „Jestem młodym, seksownym wysokim brunetem z dużym sprzętem. Lubię wszelkie formy współżycia, jestem zarówno activ jak i pasiv. Uwielbiam fetysze oraz zabawy BSDM i sadomaso. Szukam atrakcyjnego goryla z dużą twardą pałą i podobnych preferencjach.” Z czasem, jak nabędziesz doświadczenia, będziemy szukać takich: „Jestem zadbanym(…) letnim dobrze sytuowanym facetem. Lubię sex oralny i analny z przewaga oralu z mężczyznami powyżej 25 lat. Mam dobrze wytrenowane usta które przyjmą każdego chętnego (ale czystego), to moja największa obsesja oprócz wytrawnych pieszczot). (…) Mogę zapewnić utrzymanie w przypadku dłuższych układów.
Rewolucja
Na każdego przychodzi czas, by wyjść z chlewu życia. Nie wszyscy jednak znają drogę do wyjścia, nie wspominając już o umiejętności otwarcia drzwi. I zrozumiał też Anioł, ze w życiu nie chodzi o monopol na zaślubione podbrzusze, preferencję seksualną, wybór partnera. Chodzi tylko o wybór planety, na której się żyje. I o to, żeby znaleźć się tam. Z dala od trosk, nienawiści, zawiści. Z dala od życia. Tam, na alei róż. W książce, którą Anioł czytał, chodząc parę lat do trzeciej klasy, w przeniesieniu na odległą planetę pomogło bohaterowi ukąszenie żmii. I jad, który w sobie miała.
Żmii nie miał. Nawet węża. Sytuacja beznadziejna.
I wtedy, po raz trzeci tego dnia, Anioł pomyślał. O tym, jaka była w stosunku do niego żona. O tym, co Barti opowiadał o kobietach i ich prawdziwej naturze. Pomyślał też o tym, do czego namawiał go Barti. O tym, czym to różniło się od jego relacji z kobietami. I poczuł w sobie Anioł ogromny żal i smutek. Niewyobrażalna zgryzotę, rozpacz bezradność. Pragnienie ucieczki. Potem pragnienie walki, smak przegranej i żądzę zemsty przenikającą jadem furii każdą jego komórkę, każdą kroplę krwi. Nie mógł już tego dłużej powstrzymywać!
Podniósł przedramię do ust, włożył między zęby i z całej siły zacisnął. Powietrze rozdarł spazmatyczny krzyk, Anioł poczuł na języku smak krwi, a rękę zaczęło ogarniać rozkoszne odrętwienie. Coraz silniejsze i silniejsze. Niepowstrzymane. Jad, którym społeczeństwo nasączyło nieskalaną dusze Anioła, zrobił swoje. W momencie śmierci Anioł wiedział, że zostawia zbyt ciężkie ciało na ziemi. Bogatszy o doświadczenia wrócił do ukochanej róży. Po to, żeby otoczyć ją opieką i wieść razem z nią życie. Wreszcie szczęśliwe. Bo miejsce Anioła było z różą. A pobyt na Ziemi ….. To był tylko przystanek do poznania najważniejszych wartości i szkoła najpiękniejszych uczuć.
I odszedł Mały Książę na swoją planetą, do swej ukochanej róży.
Do pierwszej dziewczyny, którą spotkał w życiu i przez doświadczenia z nią nabyte patrzył na życie. I obiecał sobie, że nigdy więcej nie da się zrobić na numer z barankiem w skrzynce.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Potencjał
2010-02-02
|
Aniol już nie mógł tego ścierpieć Po mieście rozlała się, niczym wzburzona rzeka, fala zbrodniczej działalności. Nieznany osobnik używał sobie. Bezkarnie, a swawolnie. I to nie tylko na dziewczynach: jak nie było w pobliżu niewiast zadowalał się młodzieńcami. Coś się działo wreszcie, bo gwałcił naprawdę w całym mieście.
- To jest takie… ohydne – myślał sobie Anioł.
Nie! Nie budził w nim odrazy sam postępek. Czyn był jak najbardziej zrozumiały:
W końcu człowiek ma swoje potrzeby. Anioł to rozumiał. Odrazę wzbudzał w nim fakt, że to nie Anioł gwałcił. Ani nawet nikt z kumpli, którym wydał koncesję na gwałt na dzielnicy. Ani nawet żaden z kumpli bez wykupionej licencji. Ale obcy. Całkiem obcy. Nieznany, który z buciorami wchodził na podwórko Anioła. Zresztą ten obcy nie tyle gwałcił osoby, bo jak Policja dotarła do ofiar, to ofiary utrzymywały: „fajnie było”, „niezły ten smoluch”, „łał, takiego jeszcze nie miałam”, „nareszcie mogę oddawać gazy bezgłośnie, bo do tej pory, wstyd się przyznać, dziewicą byłem”.
Ten obcy gwałcił odwieczne prawo gościnności „na dzielnicy” i „na mieście”. Prawo Anioła do „pierwszej nocy” z upatrzonymi wybrankami i narzeczonymi, jak też moralność społeczna, która nie pozwala gwałcić. Nawet za wyrażonym przyzwoleniem.
Panel
Widząc nieudolność i bezskuteczność Policji, Anioł zaproponował Dzielnicowemu pomoc. I Dzielnicowy ją przyjął, bo pomoc miała 65 procent i pięć litrów pojemności.
Rozpoczęli dyskusję. Do panelu (dyskusyjnego) zaprosili czołowych myślicieli na komendzie, a naradę określili roboczym tytułem: „O co, qwa, chodzi?”
Zastosowali najnowocześniejsze techniki indukcji, dedukcji, wnioskowania „apriori”, jak też „aposteriori”. Żeby nie narazić się na zarzut działania wyłącznie za pomocą „szkiełka i oka”, pod koniec narady, za pomocą talerzyka i świec, skorzystali z pomocy z zaświatów oraz przeprowadzili trening „empatyczny”.
W tym ostatnim celował zwłaszcza komendant:
- Ja go qwa rozumiem, to biedny chłop. Szuka szczęścia w życiu. Ojciec go bił, a matka była nieczuła. Teraz zona mu nie daje – tu odrobinę zawahał się, szukając trafnego porównania – jak matka onegdaj!
- To po co gwałci ?– Zainteresował się Anioł
-Jak to, po co?– oburzył się komendant – on chce tylko trochę czułości od kobiet. No i przejąć tej czułości, co jej nie dostał za młodu – wyjaśniał dalej – tej, co od matki nie dostał.
- No… a po co gwałci mężczyzn? – dociekał Anioł dalej, bo obraz świata wydawał mu się niekompletny
- Mężczyzn? - Komendant zastanowił się przez chwilę - Bo jego stary to była straszna gambeta, która nie broniła go przed matką. No i on nie chce być taki, jak ojciec. On chce przejąć trochę cech męskich od innych. Dlatego gwałci – Komendant roztoczył jasną i nieskomplikowaną wizję świata.
Naprawić świat
Wnioski robocze zostały przyjęte, alkohol kończył się, a do rana był jeszcze czas. Anioł, wraz z panelem prawie kompletnym – nie licząc drobnych ubytków „naturalnych” - postanowili wykorzystać wolną chwilę, którą mieli w drodze do sklepu monopolowego nocnego. I ująć zbrodniarza. Najlepiej na gorącym uczynku.
Na wabia puścili Anioła.
Niestety! Jak głosi staropolskie przysłowie „biednemu wiatr w oczy”. To i na Anioła nikt się nie skusił. Może to przez te piórka? A może wyglądał na zbyt chętnego i potencjalny gwałciciel wystraszył się? Może dżinsy źle spasowane albo okulary nieprzetarte należycie?
W każdym razie uczestnicy panelu dyskusyjnego nie znaleźli osobnika, którego mogliby uznać za gwałciciela.
Zrezygnowani i zmęczeni, wracając z kilkoma butelkami „żytka” na komendę, skorzystali z autobusu nocnego.
Wsiedli
Wtem Anioł złapał się za poręcz autobusu i wyprostował się, niczym wyżeł węszący zdobycz.
- Zara, zara… - zagaił – skoro w gwałcie nie chodzi mu o stosunek płciowy, to gwałt ten ma wymiar symboliczny. To on może gwałcić cały czas. Symbolicznie. Nawet w tej chwili.
-Taaa… . Podchwycił Dzielnicowy – dobra koncepcja. Uniwersalna, a rozumienie świata powinno mieć charakter globalny i uniwersalistyczny
Komendant popatrzył się na towarzyszy podejrzliwie. Chłopaki nic sobie nie robiąc jednak z Komendanta, snuły rozważania dalej
- To co, to jak temu zaradzić? Jak z nim walczyć? – Anioł nie mógł zapomnieć o celu wyprawy
-No – dodał konstruktywnie Dzielnicowy
- No jak to jak – tu nieoczekiwanie włączy się Komendant – trzeba walczyć ze złem. Z nieprawością. Z oszustwem. To jasne, jak słońce.
W akcji
Zapadło kłopotliwe milczenie: niby cele, także pośrednie, jasne, ale … jak je realizować?
Wtem, z daleka, z głębi autobusu, dobiegł ich głos:
- Bileciki Pana poproszę – kontroler zabrzmiał profesjonalnie
-Eeeee – kontrolowany też tak zabrzmiał
-Nie ma Pan?
-Eeeeeee….
I tu Anioła olśniło. To było to. To tu czaiła się nieprawość. Zło, rozpusta i pijaństwo. Jednym słowem – „gwałciciel”. W wymiarze symbolicznym. Trącił łokciem i Dzielnicowego i Komendanta za jednym ruchem. Bo wymach miał już obszerny. Ich spojrzenia spotkały się i Anioł znalazł w nich to, czego szukał. Zrozumienia.
Dzielnicowy podszedł do kanara i delikwenta. Z wprawą i rutyną machnął im czymś przed oczami, co Anioł zidentyfikował jako karta rabatowa w Piotrze i Pawle.
- Dzień Dobry. Panom i Paniom. Policja. Jakieś problemy są?
- Eeeeee- kanar stracił profesjonalizm
-Eeeeeee – kontrolowany go naśladował
-Znaczy dokumentów nie ma. I biletu – Dzielnicowy był bezlitosny – To wysiadamy – zwrócił się do kontrolowanego. A Panu – to powiedział do kanara – dziękujemy
-Eeeee – kanar też podziękował
In concreto
Złapać gwałciciela to jedno. Ale podjąć właściwe działania prewencyjne, by zapobiec jego atakom w przyszłości – to druga sprawa. Właśnie ta kwestia zdawała się teraz dręczyć, przynajmniej niektórych członków panelu.
- I co teraz – zagaił Komendant patrząc się na opartego o słupek przystanku „gapowicza”
- Eeee. Symbolizm już mamy za sobą – stwierdził Anioł – może coś … in concreto? Żeby ta złość i plugawość skończyła się.
- W rzeczy samej, mój Aniołku – Dzielnicowy oblizał się z lubością – w rzeczy samej
-No? – Komendant nic nie rozumiał
- Azaliż twoja matka Aniołku – dopytywał się Dzielnicowy – to zła kobieta była? Zimna suka
- W rzeczy samej. Znaczy – poprawił się - a zaliż, jak chcesz sobie - A Twój ojciec, Panie Władzo, to pierdoła i gambeta była – zaciekawił się Anioł rozpinając rozporek
-Już nikt, nigdy przez tego pana zgwałconym nie będzie – Dzielnicowy powiedział dobitnie, ścigając jedną ręką dżinsy z wierzgającego gapowicza, a druga sposobią wazelinę.
Komendant odwrócił się z obrzydzeniem.
- Choć - pomyślał – chłopaki mogą mieć rację
Bo szkoda by było, żeby taki symboliczny wymiar doświadczeń gwałciciela miał zmarnować się. I nikt by z tego nie skorzystał.
Z takiego potencjału |
|
Komentarzy:
0
|
|
Wiara, Nadzieja, Miłość
2010-01-29
|
Wiara, nadzieja i miłość są fundamentem duchowym rozwiniętego społeczeństwa. Podstawowe wartości, najważniejsze uczucia. Są one podobno najwyższymi cnotami: pozwalają nam żyć w komunii z Najwyższą Ideą. To te uczucia są przyjętym w społeczeństwie wyznacznikiem rozwoju osobowości.
Choć zarazem bywają najbardziej ukryte, niedostrzegalne.
Wiara
Wiara to takie…przeświadczenie graniczące z pewnością, że coś jest prawdą. To dzięki wierze potrafimy przetrwać najgorsze dni. Myślimy: „kiedyś będzie lepiej”, „zapanuje spokój, miłość, wierność i wzajemność”, „dobrobyt i braterstwo”.
Wiara to też przyjęcie bożej prawdy i ideałów wskazanych przez Boga, bez względu na okoliczności. To właśnie ten rodzaj przeświadczenia pozwala nam na odrzucenie, w imię realizacji jej wskazań, najsilniejszych więzów niewolących jednostkę. Zwłaszcza, że wymiar indywidualny wiary, tj. wewnętrzne przekonanie o trafności sądów i wartości, jest wzmacniany przez kontrolę społeczna grupy, deklarującej te same wartości i sądy.
To dzięki wierze i zdolności mobilizacyjnej wiary nastąpiły takie zmiany jakościowe w życiu społeczeństw, jak rozwój oświeconej kultury judeochrześcijańskiej, rewolucja bolszewicka, ekspansja „demokracji” na tereny Afganistanu i Iraku, czy syjonizmu na obszarze Gazy. Bez silnego wewnętrznego przekonania jednostek i grup społecznych, jak też wzajemnej kontroli, nie byłoby możliwe „spotkanie w Beziers”, niemiecka polityka narodowościowa podczas II wojny światowej, czy „chińska rewolucja kulturalna”.
I dlatego niektórzy z nas nie są do końca przekonani, że wierzyć, to znaczy „wierzyć, że Bóg jest dobry, i ufać Mu, kiedy się nic nie rozumie i kiedy się cierpi”.
Nadzieja
Hej, Ty!
Co to za światełko w sercu, które niesiesz z sobą przez życie? To, co świeci coraz jaśniej. To nadzieja? Czy inny ułuda?
Nadzieja, czyli oczekiwanie na spełnienie się czegoś pożądanego. To ona jest naszą opoką, wspiera duchowo i emocjonalnie, dowartościowuje człowieka. Tak, to ona chroni przed nieszczerością, zakłamaniem, oszustwem.
To nadzieja osadzonych pozwalała realizować imperatywy wiary w obozach zagłady. Imperatywy ustanowione przez Rasę Panów. Nadzieja pozwalała w pokorze znosić swój los osobom wiedzionym na Sybir. Nadzieja była przyczyną, dla której „szli z bagnetem na czołgi żelazne”, jak też walczyli w Powstaniu Warszawskim.
I jest bardzo potrzebna społeczeństwu, jak i jednostce. Bo to właśnie nadzieja wprowadza w życie nauki Darwina: tak dobrze, że Bóg przestaje przy niej być okrutnikiem, a staje się jedynie nikczemnym kłamcą.
Bez nadziei trudno byloby snuć rozważania o wierze.
Miłość
Wiara, nadzieja i miłość… Niczym trzy gwiazdy jaśniejące na niebie naszego życia duchowego. Bezbłędnie prowadzą nas do Boga. I życia wiecznego. Choć tworzą tryptyk, to szczytem tryptyku jest miłość. Bo jak powiedział św. Paweł w hymnie z Pierwszego Listu do Koryntian: «Tak więc trwają wiara, nadzieja, miłość — te trzy: z nich zaś największa jest miłość»
Co to jest, ta „największa”?
Przyjmuje się, że to głębokie przywiązanie do kogoś lub czegoś, gorące namiętne uczucie. Jest oparciem i pomaga wytrwać w obietnicach. Kochamy, bo pragniemy, aby ktoś to uczucie odwzajemnił. Osoba, Ojczyzna…. Obojętne kto, czasami.
Co innego, niż miłość do ojczyzny i chęć walki była bezpośrednią przyczyną aktów ludobójstwa? A co było przyczyną fatalnych pojedynków amantów? Dlaczego zginęli Romeo i Julia? Co się stało z Izoldą i Tristanem? Z Heleną? A biedny Kordian? A Wokólski? A Scarlett, Giaur, Werter? Cóż się z nimi stało? I dlaczego?
To wszystko przez jedną skazę serca. Jedną odmienność zachowania. Tyle młodych istnień skazanych na zagładę w imię pielęgnowania archetypu.
Ale nie zawsze tak być musi, jak przedstawione zostało w literaturze i historii.
Być może takie tragedie są obok nas. Może Twoim sąsiadem jest Werter - Onanista. Albo Izolda - Nimfomanka. Wokólski pedant. Tristan - narkoman. Romeo - pedofil. Julia-froterystka.
Być może, Czytelniku, jesteś w stanie im pomóc. Zapobiec. Uratować.
Pomożecie?
Jak wspomniałem, człowiek, w który wie, któremu wpojono, co to wiara, nadzieja i miłość, łatwiej sobie idzie przez życie. Łatwiej, bo bezrefleksyjnie. Ma gotowe konstrukcje myślowe. Szablony.
Jest bardziej wytrwały, lepiej radzi sobie z ekstremalnymi sytuacjami.
Też dlatego, że nie przeżywa tych „ekstremalnych sytuacji” wiele.
Zwykle na pierwszej się kończy.
Ale jest Bohaterem, Kochankiem, Amantem, Jezusem.
Zawsze przegrany i zawsze uwielbiany.
Jak to w judeochrześcijanskiej kulturze.
Jest Ikoną.
I Miernotą
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Dylematy - dać, czy nie dać
2010-01-26
|
Zdarzenia, które nas spotykają w codziennym życiu mogą być zarówno inspiracją naszych działań, jak też źródłem rozterek, niepokojów i dylematów.
Rodzaj przyjętych przez nas zachowań zależy od tego, czy decydujemy się na to, żeby działać pod wpływem pierwszego impulsu, czy też, wręcz odwrotnie: zanim cokolwiek zrobimy, poddać potencjalne zachowanie analizie.
Ba! Żeby samo zachowanie! To nawet nie zachowanie jest przedmiotem analizy w istocie. Zastanawiamy się nad odbiorem naszego zachowania w społeczeństwie, nad kreowaniem wizerunku, nad przestrzeganiem norm. Nad tym, co dobre, a co złe.
Tymczasem takiego działania nie sposób uznać za emanację człowieczeństwa, wyraz naszego „Ja”. Bo działań swoich nie podporządkowujemy impulsowi płynącemu serca, z zasymilizowanych i przyjętych wartości, lecz podporządkowujemy je wynikom pobieżnej analizy. Pobieżnej, więc wnioski będą zwykle błędne. Ze uzasadnione? Każda bzdurę można dobrze uzasadnić, to kwestia ilości „pracy myślowej” zużytej na to działanie.
Weźmy taki codzienny dylemat: „dać, czy nie dać”.
Msza Święta
Co niedzielę zadajemy sobie to pytanie, oczekując pod koniec mszy świętej, na księdza z tacą. Wpierw analizujemy z grubsza: Czy zasłużył? Czy przyłożył się do kazania? Czy rozpoczął o czasie? Czy był trzeźwy? Czy przygotował się?
Potem drążymy temat: Czy jego postawa, jako kapłana, zasługuje na ofiarę? A postawa jako człowieka? Czy realizuje wzorce, o których mówi w kazaniu? Czy, kiedy chodzi „po kolędzie”, to pije alkohol? Czy jest w stanie odwiedzić wszystkich oczekujących w zapowiedzianym terminie?
W końcu nastaje pora pytań ogólnych. O sens ofiary, o miejsce kościoła w życiu współczesnego człowieka, o oczekiwanej i rzeczywistej roli kapłana. O laicyzację społeczeństwa, względnie o równouprawnieniu wyznań. Też o to, czy ktoś nas pytał, czy chcemy należeć do tego kościoła. A w szczególności, czy chcemy zrzucać się na tace, co niedzielę. Czy umowa społeczna wiąże nas w tym zakresie.
Potem rozglądamy się dookoła. Patrzymy na ludzi, którzy wysupłują ostanie resztki renty, zarobek ze skupu butelek, przychód z tytułu świadczenia nierządu. Żeby zasilić Kościół.
I….. dajemy.
I jak potem czujemy się z tym?
Ubodzy
Albo taki żebrak pod kościołem, czy koło dworca. Patrzymy: biedny człowiek. Nic dziś nie uzbierał. Pewnie mu smutno. I zimno. Minus 35 w końcu. Wyciąga rękę. Ta ręka trzęsie się. To ze wstydu, z emocji, z zimna, czy z choroby? Sam już nie wiesz. Rozglądasz się dookoła. Mówisz do ludzi: „On potrzebuje pomocy, jest chory. Trzeba mu coś dać”. Tu nie ma dylematu „dać, czy nie dac”, zdawałoby się. A jednak…
Nikt nie zwraca uwagi. A Ty dostrzegasz po chwili, ze to nie żebrak. Tylko nurek, trol. Pewnie pijany. I narkoman. Taaak! Teraz już wiesz: pijany narkoman! Bił żonę i dzieci, to go wyrzuciła z domu. Dobrze mu tak. Ludzie dawali mu pracę, kiedy był bezdomny. Na plantacji truskawek we Włoszech. Nie chciał, a mógłby pracować. To i dobrze mu. Nie będziesz go żywi własną „krwawicą”. Odejmował od ust dzieciom. A minus 35 to w Białowieży, tu jest ledwie minus 22.No i są noclegownie. I więzienia.
P…ony zbok, pedofil. Zakała. Ach, żeby móc mu jeszcze przykopać. Ale są kamery…
I… odchodzisz.
Dobrze Ci z tym
Sukces
Albo ten Szef. Prawdziwy Szef. Facet. I Szef. On wie, jak osiągnąć sukces. Jak mieć władzę. Pieniądze. Jak dbać o swoich ludzi. On wie, czego potrzebuje kobieta. Taka jak…. Ty! I jeszcze ta świadomość, jak pasujecie do siebie: jego osiągnięcia i Twoje aspiracje.
Że chudy? Garbaty? Fafluni się? Nic to, miłości nie można poskromić! Tu nie ma dylematu: „dać, czy nie dać”!
Ze ma żonę, dzieci?
Nic to! Przecież nie w nich się zakochałaś!
Ze masz męża? Że ślub, przysięga? Co Ty, to…. Przeminęło z wiatrem. Złym.
Zapłaczesz najwyżej, jak Basia przy Musialskim na wieść od Pułkownika.
I powiesz sobie, jak Cię mama uczyła: „Nic to!”
Wybrałaś! Co?
I jak się czujesz?
Dobrze Ci z tym?
Dlatego nie zastanawiaj, rób swoje. Jeśli będziesz płakać, to za to, co zrobiłeś/zrobiłaś. A nie nad tym, czego nie zrobiłeś/zrobiłaś. Bo sprawiedliwym będzie to, kiedy za zbrodnię będzie kara. Po cóż karać się bez zbrodni? W przeciwnym razie, cokolwiek zrobisz, i tak dasz d… . Przynajmniej z jakiegoś punktu widzenia, będzie można to przyjąć.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Bezpieczeństwo w związku
2010-01-19
|
Kiedy Go poznałam był takim miłym chłopakiem. Szczupły, zadbany. Gotowy wszystko zrobić dla swojej dziewczyny: dla mnie.
Gotowy do pracy, do budowy domu i zasadzenia drzewa. Żebym tylko była szczęśliwa. Albo tylko ja tak myślałam, że jest gotowy.
I tak pięknie uśmiechał się do mnie.
Co jeszcze mnie w nim urzekło?
Na pewno nie pieniądze!
Zresztą one należały do jego ojca, a nie do Jacka. Jacek nie dbał o kasę. Kiedy jego koledzy w pogoni za mamoną zostawiali dziewczyny i wyjeżdżali z kraju, by pracować "na zmywaku", on dbał tak o swój wizerunek Polaka-mężczyzny, jak o opuszczone dziewczyny. Żadnej z moich koleżanek nie pozwalał się nudzić i rozpamiętywać "utraconej miłości". Żadna z nich nie płakała w jego towarzystwie i pragnęła tylko, by chwile z Nim spędzone trwały jak najdłużej. By ten, co wyjechał, już nie wrócił.
Jacek miał w sobie tyle empatii i był tak uczuciowy!
Jacek był znakomitym instrumentalistą: świetnie grał na gitarze, flecie i waginalne. Znał fajne knajpki w okolicy, miał samochód i rower. Dzięki temu znalazł pracę w służbach specjalnych. Był tak sprawny fizycznie, że potrafił przylizywać własnym językiem brwi. Zresztą długo i z upodobaniem ćwiczył tą umiejętność, przy każdej nadarzającej się okazji.
Wybrał mnie.
Byłam tak bardzo dumna, że mnie.
Na początku było wspaniale. Naprawdę
Ale po miesiącu Jacek zaczął się zmieniać. Tłumaczyłam sobie, że to dla niego nowość, bo jeszcze nigdy nie był tak długo z jedną dziewczyną. I że wszystko ułoży się.
Ale na przekór wszystkiemu nie układało!
Właściwie, to z dnia na dzień było tylko gorzej!
Tak bardzo starałam się. Żeby osłodzić mu zmianę jakościową i stałe przebywanie z jedną osobą starałam się trafić w jego gust kulinarny. Wyglądało, że nawet mu smakuje, bo zjadał wszystko. Tak, że żeby nasza sunia nie była głodna, musiałam jej odkładać porcję jeszcze przed obiadem.
Niestety, Jacek nigdy nie powiedział, że mu smakuje! Zamiast słów uznania dla kucharza, wydawał paszczą dziwne odgłosy. Tak głośno, że z mieszkania obok przychodził sąsiad i pytał się, czy wszystko w porządku.
"-Nic nie jest w porządku" - chciałam krzyczeć. Ale wtedy pojawiał się Jacek i drapiąc się po kroczu uspokajał sąsiada. Sąsiad uśmiechał się ze zrozumieniem, kiwał głową i także zaczynał drapać się.
Koegzystencja.
Jacek przestał mówić sam z siebie, że mnie kocha.
A nie, czasem mówił: zwykle wtedy, kiedy po raz trzydziesty kończył oglądać swój ulubiony film "Conan Penetrator".... Że ja, ja i tylko ja.
Chyba przyznacie mi rację, że trudno wierzyć w zapewniania o miłości w takich okolicznościach, co mu regularnie mówiłam.
Chyba działało, bo zamykał się w łazience, by przemyśleć moje uwagi. A kiedy wychodził, to już nie był ten sam człowiek: radość i miłość do świata biły z niego.
No i ta deska od toalety. Czy tak trudno po sobie opuszczać? Tłumaczyłam, rozmawiałam, perswadowałam... Wszystko na nic! Naprawdę tak trudno nauczyć się jedynej właściwej pozycji dla deski. Po serii rozmów i kolejce wizyt u psychologa małżeńskiego zaczął patrzeć się na mnie dziwnie. Ale zrozumiał. Bo deskę opuszcza. Z trzaskiem i hukiem. Trudno do tego przywyknąć, bo chodzi do toalety kilka razy w nocy. Nabawiłam się przez to nerwicy, ale nie wydaje się, by o to dbał.
Może udałoby mi się łatwiej przejść do porządku nad tymi jego ułomnościami, gdyby nie to, że Jacek cały czas przypominał mi o nich swoją obecnością. A raczej znakami swojej obecności. Ścielę łóżko: pod łóżkiem, jak to Jacek nazywa, "jeż". Czyli przepełniona popielniczka. Podlewam kwiatki w doniczce - też "jeż". Jacek mówi, że na południu Stanów Zjednoczonych uprawa tytoniu to dobry interes. A on ma pociąg do pieniędzy.
Tłumaczyłam, rozmawiałam, perswadowałam. Że wojna secesyjna, że wyzysk, rasizm, dorobek pokoleń i pot niewolników. Że pieniądze to nie wszystko.
Podziałało! Jacek patrzy na mnie spode łba, ale już nie hoduje jeży. Papierosy gasi na parkiecie, kiepy rozciera nogą: tak bym nie widziała. A potem robi mi awanturę, ze nie sprzątam i że paprochy na podłodze.
No i ten porządek. Otwieram szafę, a tu atakuje mnie śmierdząca koszula. Sięgam po świeże bułeczki - skarpetka. Stara. Podobno po to, żeby bułeczka nie straciła ciepła. Jacek nie zadbał jednak o to, by nie straciła pierwotnego zapachu.
Tłumaczyłam, rozmawiałam, perswadowałam. Mówiłam: "spójrz na mojego Tatę. On potrafi. To i Ty powinieneś się nauczyć". Podziałało.
Jacek nie rozrzuca brudnych ubrań. On ich nie pierze, bo je wyrzuca. I nienawidzi wszystkiego, co wąsate (jak mój tata i moja mama).
Jacek przestał chodzić do pracy. Przestał nawet o niej myśleć. Jacek też nie myśli już o sadzeniu drzew. Ani o budowie domu. Mówi tylko, że tak bardzo chciałby zapewnić mi i moim rodzicom, bezpieczeństwo. Obsesyjnie pragnie naszego wspólnego szczęścia i chce nam wybudować małą, fajna i przytulną piwniczkę. Żebyśmy byli bezpieczni i nikt nie mógł nam nic zrobić.
I żeby Jacek też poczuł się bezpieczny.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Jesteś nieudacznikiem
2010-01-14
|
Ile to już razy słyszałeś/słyszałaś słowa, które sam wypowiadałeś lub wypowiadałaś: „Od jutra nie palę!”, „Nigdy więcej taniego wina w bramie! Nigdy! Jaki obciach!”, „Jezu! Teraz już nie mam wyjścia: zabiję się!”, „Rzucam tą sukę! Niech kogo innego sobie stręczy!”
„Mój Boże kochany! Ile można?! Mam pięćdziesiąt lat… I cały czas, przy mocniejszym filmie z ręką przy lędźwiach. Od jutra Koniec!”. Albo: „ Żyję, jak nędzarz! Muszę więcej zarabiać! Jutro zacznę nowe życie! Na pewno!"
I co?
I nic! Za każdym razem nic. Jesteś nieudacznikiem?
Bo miałaś scysję z kasjerem w sklepie. Wiesz, z tym, który dał Ci, dwa tygodnie temu, kiedy niespodziewanie obudziłaś się obok niego rano, numer swojego telefonu. Nie zadzwoniłaś... Musiałaś? A ten nowy kolega, który stanął w Twojej obronie, akurat miał fajki. Uśmiechał się oralnie i mówił przyzwalająco: „Skosztuj moich, jedyna”. Bardzo tego potrzebowałaś.
Bo spotkałaś kolegę. Tego, co zawsze stał w bramie. Teraz siedział na ławce, nie miał siły stać. Strasznie go sponiewierało. Nie mogłaś go tak zostawić z dwoma jeszcze nienapoczętymi winami. Pomogłaś… Jak w kościele uczyli.
Bo szkoda rodziców, siostry, znajomych. Także tych jeszcze nie poznanych. No i tyle jeszcze rzeczy do załatwienia jest. I za wcześnie może na to... samobójstwo? To jeszcze trochę, jeszcze jeden dzień. A potem na pewno To zrobisz!
Bo jak ją rzucę, to co Ona zrobi? Będzie płakać… Ona mnie kocha, choć nie wie o tym. I potrzebuje jeszcze. Tam jej trochę czasu, żeby się nauczyła samodzielności. Kochana… A że zdradza? Że bije? Że wrzeszczy? Że doprawia mi potrawy trójtlenkiem arsenu? Nieważne. Kochana… Będę pić więcej mleka, to nie zadziała.
Bo dla prawdziwie inteligentnego człowieka pieniądze nie są ważne! One są dla tych ubogich duchem ważne. Co się nie różnią od świń prawie. Są inne wartości: miłość, przyjaźń, dobre serce. To one są ważne. No i trzeba mieć czas, żeby je kultywować! A nie zarabiać nędzna mamonę! Tym bardziej, że „pierwszy” był wczoraj!
Uwierz w siebie!
Może powinnaś pomyśleć, czego naprawdę chcesz. A jak pomyślisz, to – zadecydować.
Tak po prostu.
Fajki można rzucić, ale… Jeśli miałabyś też rzucać – przez to – możliwość poznania „nowego kolegi”, to może nie warto?
Wino. Czy chęć – bezrozumna i nieuzasadniona – życia w abstynencji powinna pozbawiać Cię możliwości realizacji Twoich altruistycznych skłonności? Że metoda zła? A która dobra? I komu o tym decydować?
Albo to samobójstwo. Skoro nikt nie jest w stanie orzec, czy życie jest – czy nie – warte trudu, by je przeżyć, to czemu na Ciebie przerzucono ciężar odpowiedzi? W trudzie i znoju. I jak dzwon w głowie huczy ta „myśl”, że jeśli ktoś nie popełnia samobójstwa, nie znaczy, że wybrał życie”. To znaczy tylko, że nie potrafi się zabić. A zresztą… no wylicz, kto będzie po Tobie płakać. Może zrobi Ci dobrze sama myśl, że masz się zabić? W każdym razie podejmij decyzję! Jakąś. By zdążyć, przed pierwszym wagonem zbliżającego się pociągu!
Że ją rzucić? To nieludzkie! Nie powinieneś tego robić! Nigdy! Ale też nie pozwalam Ci rezygnować ze swojego życia. Z rozwijania dobrych cech. Miłości. Empatii. Zrozumienia i Czułości. Z Człowieczeństwa. Dlatego poznaj inną. Ale nie rzucaj tej Pierwszej! Nie krzywdź jej. Bądź dla Niej Człowiekiem, jako i Ona dla Ciebie była! Uśmiechaj się do Niej cały czas. Z miłością. I staraj się zrozumieć, nie porzucając swojego dążenia do dobra. Które rozwijasz. Z Pierwszą, Drugą. Z dziesiątą.
Podobno sercem nie można służyć za pieniądze, ponieważ sercem służy się za darmo. Problem jednak w tym, że niewiele osób o tym wie. A Ci, co wiedzą, nie zdradzają tego. Więc zadecyduj: chcesz żyć dniem dzisiejszym, czy żyć chwilą? W społeczeństwie, czy samotnie. Chcesz pracować, czy żebrać?
Kiedy wybierzesz odpowiedź, która Cię zadowala – po prostu Uwierz w Siebie!
Albo uwierz mnie.
Przeczytaj też:
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Gest
2010-01-14
|
Podczas prezentacji kandydatek mówiła, że jej pasją jest medycyna. Została nawet starościną roku, co nakładało na nią obowiązek koordynowania działań koleżanek i kolegów. Nie wspominała natomiast nic o fotografii.
Jak donosi Dziennik Łódzki, 19-letnia Justyna M., wicemiss województwa łódzkiego, która studiuje – w wolnych chwilach - fizykoterapię na Uniwersytecie Łódzkim, odkryła nową pasję. Fotografię. Bo przez wiedzę do samorealizacji można.
Żeby łączyć, zapewne, naukę z przyjemnością, podczas zajęć z anatomii w prosektorium zrobiła sobie i kolegom oraz koleżankom, serię radosnych zdjęć. Tak, by powspominać w zimowy wieczór miłe chwile spędzone razem.
Panie Boże chroń mnie od przyjaciół, bo od wrogów obronię się sam.
Ktoś, zapewne równie radosny, jak Justyna, wysłał te fotki do władz uczelni. A żeby pomóc zdobyć Justynie sławę, umieścił je także w sieci. Na Naszej Klasie też umieścił, bo to medialny portal.
Niestety!
Twórczość młodej miski (wymiary 90x60x89) nie spotkała się ze zrozumieniem ze strony władz uczelni. Justyna dostała naganę. A prokuratura poszła nawet dalej – zastanawia się nad postawieniem jej zarzutów o zbezczeszczenie zwłok.
Jeżeli panowie prokuratorzy uznają, że w tym przypadku doszło do przestępstwa, to Justynie M. może grozić nawet do 2 lat więzienia. A na pewno długi i wyczerpujący proces. Czy Justyna jest w stanie zaproponować panom prokuratorom takie wyjaśnienie nurtujących ich kwestii, które zadowoli obie strony? Czy osoba tak młoda i tak niedoświadczona podoła ciężarowi odpowiedzialności, który wrzuciło na nią życie? Zwłaszcza, że Justyna M., aktualna Miss Pabianic i Wicemiss Województwa Łódzkiego, uchodzi za niezwykle delikatną i wrażliwą kobietę.
Odrazę organów ścigania może budzić zwłaszcza fotografia, na której panna Justyna (jak wspomniałem wymiary 90x60x89) trzyma rękę nieboszczyka ze środkowym palcem wyciągniętym w obelżywym geście.
Może, gdyby dobór fotek w donosie był inny?
Symbol strachu
Trwają spekulacje, co do genezy gestu nieboszczyka.
Przykładowo stwierdził prof. Kazimierz Szewczyk, kierownik Zakładu Etyki i Filozofii Medycyny UM uważa, że nieboszczyk sam tego palca nie wyciągnął. Że ktoś mu pomógł.
Innego zdania są komentatorzy zdarzenia. Ci, dla odmiany, twierdzili, że podczas sesji zdjęciowej panowała atmosfera pewności, co do tego, że fotki zostaną dostarczone organom ścigania. No i tej atmosferze poddał się spontanicznie nieboszczyk wyrażając niewerbalnie uznanie dla sposobu prowadzenia postępowań.
Jeszcze inni widzą w tym geście odpowiedź Panny Justyny na propozycję prokuratorów, co do załatwienia sprawy.
Otwarta wciąż zdaje się być kwestia, czy prowadzone w wyniku „informacji towarzyskiej” dochodzenie pozbawi zdrową emocjonalnie i pełną szacunku dla ludzi i ludzkich szczątków i jakże piękną kobietę, szans na bezkonfliktowe wchodzenie w dorosłość?
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Rewolucja tożsamości - tekst gdzieś odrzucony:)
2010-01-14
|
Myślę, że w każdym człowieku, w każdym członku społeczeństwa drzemią jakieś uniwersalne doświadczenia, wspólne dla wszystkich. Takie doświadczenia, które przeżył też Anioł Miłości.
Dlatego budując solidaryzm społeczny warto podzielić się tymi przeżyciami, by istniała, wśród członków społeczeństwa, świadomość wspólnego dziedzictwa. Tylko, czy potrafimy działać dla "Dobra Wspólnego"?
Anioł nieraz zastanawiał się, czy nad jego życiem nie ciąży jakieś fatum. Bo jakoś to wszystko było nie tak. Niby poznawał nowych ludzi, ale jak tylko poznawał, to przestawali mówić mu "cześć", czy choćby "dzień dobry" na ulicy.
Niefart Anioła związany był często z alkoholem. No i brakiem akceptacji niezależności i wiary w wolność jednostki. Na dowód tej wiary Anioł nosił kurtkę z wężowej skóry (This is a snake skin jacket. It is the symbol of my individuality and believe in personal freedom).
Kiedyś Anioła zaczęło suszyć. Wskoczył w wężową skórkę i poszedł po kumpla z kamienicy obok. Też intelektualisty, jak Anioł. Drzwi do klatki zamknięte, nie dało się otworzyć z kopa.
-"Gerda" - mruknął Anioł tylko.
Użył domofonu, a słysząc znajomy głos zagaił: "Łachudro wciągaj barchany na dupę i idziemy na browar"
Okazało się że głos należał do ojca kupla. Dlatego był znajomy. Do tego czasu: potem już nie był znajomy.
Zawistnik ten ojciec.
Czasem Aniołowi udawało się zyskać poczucie asymilacji. Ale to głownie dzięki miłości. Wszechogarniającej, potężnej.
To było w podstawówce jeszcze. Anioł musiał pić na dyskotece jakiś wstrętny kompot. Szczęśliwie kumpel przemycił pod kurtką trochę wódki. Wspaniała atmosfera alkoholowa. I miłości, bo Anioł zabrał na stryszek szkoły koleżankę, żeby porozmawiać o płytach. Wszystko było wspaniale, nawet biustonosz udało mu się odpiąć. I wtedy..... prawie eksplozja w żołądku. Sprint do kibla. Prawie udało mu się trafić. Anioł był twardy, pozbierał się. Ciężko mu było wrócić do narzeczonej. Bo wszędzie wymiociny. I do tego prawie nowe, specjalnie włożone na imprę - w wymiocinach.
- "Mogę umyć zęby" - zaproponował wielkodusznie to, co niewykonalne Anioł
- "Jesssooo! Nie trzeba, kochanie" - odparła wybranka.
Tak samo wspaniale było, kiedy pojechał z dziewczyną na majówkę. Było słonko, piwko. Love and peace raczej niż drugs and rock'n'roll. Postanowił zacieśnić więzy przyjaźni z dziewczyną: pójść nad pobliską rzekę na spacerek. Za rączkę. Kiedy przeszli pod wiaduktem kolejowym Anioł wpadł na pomysł, że fajnie byłoby „się” pokochać. Tak na łonie przyrody, niezwyczajnie. Bo zawsze ktoś może nadejść. Zobaczyć. Złożyć doniesienie na prokuraturę. Albo przyłączyć się. Kiedy już Anioł zbliżał się do końca, stosując pozycję podpatrzoną u jamników sąsiadki, jakieś 4 metry od niego ujrzał „wędę”. A potem i wędkarza. W krzakach, ubranego w moro. Wędkarz był przemiły: uroczo uśmiechał się rozradowany. Aniołowi, kiedy tak klęczał za partnerkę, niczym przed ołtarzem, żadne pomysły nie przychodziły do głowy. I tylko dziewczyna odwzajemniła zainteresowania wędkarza i zapytała:
- "No i jak biorą?"
Kiedyś Anioł był na imprezie. Na imprezie tych "lepszych". Spodobała mu się koleżanka. On jej się spodobał. Nie znali rozkładu domu, gdzieś tam, „na warszawskiej saskie kępie”, ale w końcu trafili do łazienki, przylegającej do drugiego salonu. Żeby umyć ręce. Marmur, marmur, kryształy, marmur. I lustro na całą ścianę. I wanna. Ogromna, jak basen. Jakoś tak wyszło, że Anioł zdjął koleżance stanik.
- "Ciepło jest" - powiedział - "Mogłabyś się zgrzać".
A potem to juz nie było, co zdejmować: taką miała kreację. Anioł zdążył zagaić tylko, zanim wkroczył w świat niekończacych się orgazmów partnerki, powiedzieć: "Pani Robinson, próbuje mnie pani uwieść".
Takich orgazmów, które spotyka się niekiedy u Żydówek.
Szczęśliwie nie wiedzieli - wtedy -że to lustro, to było weneckie. Orgazmy mogłyby być słabsze. Bo nie każdy od razu rodzi się aktorem.
Z tym myciem rąk, to Anioł miał obsesję. Pamiętał, jak obraził się na niego najlepszy kumpel. Kolega był wyjątkowo nieśmiały. Zawsze pukał do drzwi pokoju Anioła. Anioł też chciał mieć wizerunek grzecznego i kulturalnego człowieka w oczach wszystkich otaczających go ludzi. Zdołał wyrwać rękę z majtek dziewczyny. Wszystko po to, by wykonując imperatyw savoir-vivru, który wyniósł z domu, po chwili podać dłoń kumplowi w serdecznym uścisku przywitania. Dziewczyna zaś, nie znając wcześniej kolegi, a wyczuwając intencje Anioła, dodała - tak od serca: "myślę, że to początek pięknej przyjaźni".
I kolega się obraził.
Anioł potrafił zdobywać sympatię kobiet. W sklepie, który odwiedzał kilka razy dziennie, pracowała urocza brunetka o niebieskich oczach. Ilekroć tam wpadał po flaszkę, ten cud natury pachniał innymi perfumami. Anioł posiadał dużą zdolność zgadywania rodzaju perfum. Szybko stał się ulubionym klientem. A może nawet czymś więcej.... Pewnego dnia wpadł w dość dobrym nastroju - bo po dwóch winach - do sklepu, spojrzał brunetce głęboko w oczy i zaczął wymieniać znane mu marki, które odrobinę przypominały zapach sklepu. Niczym wytrawny psycholog patrzył uważnie na lica damy, by, jak zawsze bezbłędnie trafić. I "trafił"... Może nawet dobrze, bo Niewiasta z zażenowaniem stwierdziła "tym razem się pan pomylił to ... odświeżacz powietrza...."
Pachniała przecież tak świeżo.
Aniołowi było bardzo ciężko po śmierci jego ojca, Józka. Cały czas o nim myślał. Nawet, kiedy zapraszał gości. Nie pomagali mu znajomi, którzy, w niewiedzy dzwonili czasem i pytali, czy mogą rozmawiać z Józiem.
Jak wczoraj
Anioł miał wyuczoną formułkę: "Jest mi bardzo przykro ale on niestety nie żyje"
W słuchawce cisza, za chwile jakieś pojedyncze jęki:
"- Ale eeeeeee, jeszcze dziś..... Nie, tylko nie to! .... to nie może być prawda!"
- " Bardzo mi przykro że dowiedziała się Pani tego w ten sposób"
Dobrze, że opamiętanie przyszło w porę. Anioł wrócił do pokoju siostry i powiedział cicho
- "Józiu, to do Ciebie chyba".
I Józio poszedł do telefonu.
Matka Józia już nie dzwoniła więcej.
Józio też już nie przyszedł. Choć siostra czekała.
Anioł poradził sobie z traumą, będącą następstwem przywołanych przeżyć. Choć miały one, zapewne, wpływ na rozwój jego osobowości.
A, czy Czytelnik sobie poradził?
Poradzi
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Jesteś nieudacznikiem?
2009-12-29
|
Ile to już razy słyszałeś słowa, które sam wypowiadałeś lub wypowiadałaś: „Od jutra nie palę!”, „Nigdy więcej taniego wina w bramie! Nigdy! Jaki obciach!”„ Jezu! Teraz już nie mam wyjścia: zabiję się!”, „Rzucam tą sukę! Niech kogo innego sobie stręczy!”, „Mój Boże kochany! Ile można?! Mam pięćdziesiąt lat… I cały czas, przy mocniejszym filmie z ręką przy lędźwiach. Od jutra Koniec!”. Albo: „ Żyję, jak nędzarz.! Muszę więcej zarabiać! Jutro zacznę nowe życie! Na pewno!!”
I co?
I nic! Za każdym razem nic. Jesteś nieudacznikiem?
Bo miałaś scysję z kasjerem w sklepie. Z tym, który dała Ci dwa tygodnie rano telefon. A nowy kolega, który stanął w Twojej obronie, akurat miał fajki. Uśmiechał się oralnie i mówił przyzwalająco: „- Skosztuj moich, Jedyna”. Bardzo tego potrzebowałaś.
Bo spotkałaś kolegę. Tego, co zawsze stał w bramie. Teraz siedział na ławce, nie miał siły stać. Strasznie go sponiewierało. Nie mogłaś go tak zostawić z dwoma jeszcze nienapoczętymi winami. Pomogłaś…Jak w kościele uczyli.
Bo szkoda rodziców, siostry, znajomych. Także tych jeszcze nie zapoznanych. No i tyle jeszcze rzeczy do załatwienia jest. I za wcześnie może na to .. samobójstwo? To jeszcze trochę, jeszcze jeden dzień. A potem na pewno To zrobisz!
Bo jak ją rzucę, to co Ona zrobi? Będzie płakać…. Ona mnie kocha, choć nie wie o tym. I potrzebuje jeszcze. Tam jej trochę czasu, żeby się nauczyła samodzielności. Kochana… A że zdradza? Że bije? Że wrzeszczy? Że doprawia mi potrawy trójtlenkiem arsenu? Nieważne. Kochana… Będę pić więcej mleka, to nie zadziała.
Bo dla prawdziwie inteligentnego człowieka pieniądze nie są ważne! One są dla tych ubogich duchem ważne. Co się nie różnią od świń prawie. Są inne wartości: miłość, przyjaźń, dobre serce. To one są ważne. No i trzeba mieć czas, żeby je kultywować! A nie zarabiać nędzna mamonę! Tym bardziej, ze „pierwszy” był wczoraj!
Uwierz w siebie!
Może powinnaś pomyśleć, czego naprawdę chcesz. A jak pomyślisz, to – zadecydować.
Tak po prostu.
Fajki można rzucić, ale…. Jeśli miałabyś też rzucać – przez to – możliwość poznania „nowego kolegi”, to może nie warto?
Wino. Czy chęć – bezrozumna i nieuzasadniona – życia w abstynencji powinna pozbawiać Cię możliwości realizacji Twoich altruistycznych skłonności? Że metoda zła? A która dobra? I komu o tym decydować?
Albo to samobójstwo. Skoro nikt nie jest w stanie orzec, czy życie jest – czy nie – warte trudu, by je przeżyć, to czemu na Ciebie przerzucono ciężar odpowiedzi? W trudzie i znoju. I jak dzwon w głowie huczy ta „myśl”, że jeśli ktoś nie popełnia samobójstwa, nie znaczy, że wybrał życie”. To znaczy tylko, ze nie potrafi się zabić. A zresztą… no wylicz, kto będzie po Tobie płakać. Może zrobi Ci dobrze sama myśl, że masz się zabić? W każdym razie podejmij decyzję! Jakąś. By zdążyć, przed pierwszym wagonem zbliżającego się pociągu!
Że ją rzucić? To nieludzkie! Nie powinieneś tego robić! Nigdy! Ale też nie pozwalam Ci rezygnować ze swojego życia. Z rozwijania dobrych cech. Miłości. Empatii. Zrozumienia i Czułości. Z Człowieczeństwa. Dlatego poznaj inną. Ale nie rzucaj tej Pierwszej! Nie krzywdź jej. Bądź dla Niej Człowiekiem, jako i Ona dla Ciebie była! Uśmiechaj się do Niej cały czas. Z miłością. I staraj się zrozumieć, nie porzucając swojego dążenia do dobra. Które rozwijasz. Z Pierwszą, Drugą. Z dziesiątą.
Podobno sercem nie można służyć za pieniądze, ponieważ sercem służy się za darmo. Problem jednak w tym, że niewiele osób o tym wie. A Ci, co wiedzą, nie zdradzają tego. Więc zadecyduj: chcesz żyć dniem dzisiejszym, czy żyć chwilą? W społeczeństwie, czy samotnie. Chcesz pracować, czy żebrać?
Kiedy wybierzesz odpowiedź, która Cię zadowala – po prosu Uwierz w Siebie!
No zrób coś!
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Upadek mitu Świętego Mikołaja
2009-12-16
|
Jeżeli istnieje sposób, żeby wyrwać się z tego bagna – na pewno go znajdę. Żeby prezenty roznosił kto inny. Taki wstyd! To nie może się więcej powtórzyć! Co pomyślą ludzie. Co pomyśli Romek? Czy zostawi to zdarzenie w nim piętno na całe życie?
Od zeszłego roku nic się nie zmieniło. Znowu. Gówniane obietnice! Sanie bez resorów. Zdezelowane. Kubrak wystrzępiony. Broda sparszywiała. Cięcia… Mało ludzi wierzy w Mikołaja, niby. To nie wypracował zysku. No i renifery leniwe. Reniferzyca w ciąży: co rok to prorok. Kiedy znalazła okazję? Nieważne. Zawsze znajduje. Nawet nie mogę jej teraz wyrzucić z zaprzęgu, bo do inspekcji pracy pójdzie. Ze dyskryminuję ją… ciężarną.
A inny renifer „zygzakuje”. Pijany. Też ma zawsze powód. Albo go zdradza, albo wrzeszczy na niego, albo nie zdradza i pilnuje. Czy tak, czy siak zalany w pestkę. Tylko dzięki dyszlom i kolegom zachowuje jakoś kierunek. No i ten worek… Ile to waży? Co za ludzie: na kij komuś ciupaga na święta. Albo gumowy mastodont? Wibrator udarowy? Latarka na baterie słoneczne? Pojebusy jakieś to zamawiają. I te kawały... No powiedzcie, co to jest: gruby, czerwony i jak wchodzi, to sprawia przyjemność? I co pomyśleliście? Że Mikołaj? G...o prawda!
Niby tych reniferów powinno być trzynaście. No ale tego wiecznie pijanego musiałem się pozbyć. Strach by było, gdyby inspekcja pracy przyłąpała go "w stanie". Teraz jest Comet, Błyskawiczny, Fircyk, Amorek, Tancerz, Pyszałek, Złośnik, Profesorek, Rudolf Czerwononosy. Że nie ma dwunastu? No tak. Tej w ciąży też się pozbyłem. Żeby w ciąży pracowała? Co by inspekcja pracy powiedziała? A pozostałe? Jakby to powiedzieć... Na wyżywieniu Mikołaja też zrobili cięcia. Musiałem sobie jakoś radzić. Tylko, cholera, ciężkostrawne są bestie. I mam złe wiatry cały czas.
Mówię prawdę: do niczego jest. Gdyby nie to, że znam "z urzędu" adresy wszystkich niegrzecznych dzieci, to nie wyrobiłbym dłużej. Kojfnął na serce, albo na co... A tak, to mam ochotę wpaść do niegrzecznego chłopca - już adresik jest. Chcę wpasć z niegrzeczną dziewczynką? Też. I tak pójdzie na konto tatusia, który przebiera się za Świętego Mikołaja, żeby zrobić dzieciom... prezent.
Już drugi tydzień powożę w szczególnie trudnych warunkach. Kwalifikowanych. Zaklinowałem się przez ten worek w kominie. I jakiemuś „ostrożnemu” debilowi włączył się alarm. Wygarnął do mnie z dubeltówki. Z soli szczęśliwie. A nieszczęśliwie, że w tyłek. To powożę na stojąco, jak na filmach o Św. Mikołaju. Mój Boże, a chciałem temu popaprańcowi położyć pod choinkę prezent od żony. Dmuchaną lalkę. I pozew o rozwód z jego winy. Teraz nawet się nie dowie, czemu odeszła. Będzie sobie musiał radzić sam. Bez lalki.
No i nie mogę się teraz nawet porządnie wypróżnić przez tą sól. Chce się, a nie mogę! Bo boli. Taka "mikołajowska" sprzeczność. Ale dziś jest jeszcze gorzej. Bo… się chce, brzuch boli i tyłek boli. To nawet nie wybór z dwojga złego. Lecz trojga. I siarczysty mróz. Minus 30. A "toi-toiek" nie ma. Zamarzły. Dobrze, że mam „śliwowicę”. A zabrałem reniferowi, co mi tam. Po co mu teraz, w krainie wiecznych łowów? A innym nie dam, bo będą łachudry pić w czasie pracy.
Teraz chodzą trzeźwe, ale wściekłe. I patrzą "od miski". A ja – na odwrót. Właściwie, jak tak sobie łyknać tego zacnego trunku, to nie jest źle. Tylko s… się chce. Choć boli.
Do kogo dzisiaj? Zaraz, zaraz… A do Romka, przyjaciela dziatek… A to on już w domu? Siedzi? No tak: czeka na Świętego Mikołaja. Ale go poniosło… w Alpy. Żebym tylko dojechał, bo jak nie to odbyt mi odmrozi na tym wietrze. No to chlup w ten głupi dziób! Za Romeczka. Żeby mu się wiodło w życiu! I za dobrą przemianę materii. Fajne filmiki nakręcił. Romeczek, Romeczek – pokaż zadeczek. To na drugą nóżkę. I na trzecią – Romeczka. Sztywną, he, he! Ale zgrywus z niego. Ale grzeczny to on nie był, oj nie był. Zamiast tego wycofania wniosku o ekstradycję, co mu wiozę, to powinien dostać… Rózgę. Albo pęk rózeg. Świntuszek.
Zresztą cholera go wie, jak on taki: może i z tych rózeg miałby swoją przyjemność? To lepiej może mu nic nie dawać. Albo niech mu da wokalista Placebo-ueh! Cheers - za wszystkich homoseksualistów! I to chyba on sprzedawał bimberek moim zwierzom. Niegrzeczny. Wbrew ustawie o wychowaniu w trzeźwości. Przestępca prawie! - Gadaj renifer: to od niego macie gołdę? I bezczelny jaki. W liscie do Świetego Mikołaja napisał, że niby nie jest dzieckiem i prezent to on by chciał. Ale nie ode mnie. Tylko od mojej wnuczki.
O jest! Super, wszyscy śpią! To ja teraz mu dostarczę ten prezent. Co my tu jeszcze mamy? Aaaa... pychotki. Viagra od wujka z Austrii. Palce lizać. Nagroda w Cann, Bentley, zegareczek za 100 Euro. Znaczy sto tysięcy. Oj nie zasłużył, nie zasłużył... To ja mu może dorzucę coś od siebie. Za zdrowie Romeczka!
Święty Mikołaj rozejrzał się po salonie. Zobaczył uroczy kominek, w którym wesoło buzował ogień. Na środku stał familijny stół. Przygotowany do tych Jedynych Świąt W Roku.
- Ze Swarzędza - poznał.
Okazały świerk syberyjski, jako choinka. Po drugiej stronie - palma.
Do palmy ciągnęło Świętego Mikołaja umiłowanie tropików, banana i słów piosenki: "na czekoladę chęć". Do choinki natomiast świąteczna "mikołajowska" powinność. Wybrał choinkę. Pociągnął jeszcze łyk śliwowicy, żeby nabrać odwagi dla spełnienia marzeń zatroskanych rodziców. Chwiejnym krokiem zbliżył się do donicy, omijając siedliska niebezpiecznych igieł. Zdjął spodnie, kucnął. Naprężył się. Oczy zamgliły mu się tajemnym "mikołajowskim" blaskiem...
Epilog:
Roman już schodząc ze schodów poczuł, że w tym roku Swięty Mikołaj przyniósł mu coś niezwykłego. Z niedowierzaniem zbliżył się do świerka. Zdumiał się. Po chwili doszedł do siebie. A że z natury byl niegrzecznym chłopcem i artystą w jednym, prezent sprawił mu ogromną frajdę
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Razem
2009-12-09
|
Mam 32 lata. Nie jestem brzydka. Nawet zostałam, w swoim czasie, Miss Ziemi (...). Taka polska blondynka. Potem skończyłam studia, SGH w Warszawie.
No i jednocześnie filologię romańską: z zainteresowania. Tak w ogóle to mam przyziemne fascynacje: lubię gotować, lubię – choć to teraz passe - dbać o mojego mężczyznę. Lubię podawać mu ciasto w czerwonych wargach i często kłaść się do łóżka, ubrana tylko w zapach… feromonów. No i lubię dzieci. Chciałabym mieć, ale na razie nam nie wychodzi. Choć staramy się od pięciu lat. Podobno to on ma kłopoty. No to znalazłam pracę. Wprawdzie w Krakowie, ale to też ładne miasto. W sumie dobrze, że mnie zatrudnili, bo, jak mówi mój narzeczony, kobiety nie nadają się do wszystkich zawodów.
Chyba mnie tu lubią w pracy, bo zrobili mnie koordynatorem pracy trzydziestu osób. Dziewczynę. Ta praca, to tylko przy okazji. Tak zarabiam. Nawet nie tak mało. Na mnie i na mojego chłopaka. On znowu jest bez pracy. Piąty rok, odkąd poznaliśmy się, ma – oczywiście z przerwami - problemy zawodowe. Ale takie życie, trzeba sobie pomagać.
Choć muszę powiedzieć, że czasem mi ciężko. Rozumiem praca. Nie może znaleźć: bywa. Rozumiem – dzieci: nie od razu wychodzi. Ale czemu pije? Czemu wraca, nieraz po trzech dniach. A potem mówi, że powinnam się cieszyć, że w ogóle wrócił. Czemu, kiedy wraca, to zamiast otworzyć sobie drzwi, zasypia w krzakach pod blokiem? Albo na wycieraczce. Sąsiedzi dziwnie na mnie patrzą, a jego w ogóle udają, że nie znają. Pewnie, że nie: przecież to wstyd.
I też z tego powodu narzeczony robi mi potem wymówki. Że to przez mnie. Moja wina, że go unikają. Nastawiłam ich przeciwko niemu. Podobno ta dziewczynka – córka sąsiadki - z którą został zamiast mnie przez trzy godziny, kiedy musiałam iść do pracy, wszystko sobie wymyśliła. A najlepszy dowód, że sąsiadka nie złożyła zawiadomienia na policji. Bo jakby to była prawda, że kazał jej…., to by poszła, prawda? Uderzył mnie za to, że tak o nim pomyślałam. Teraz sobie myślę, ze w sumie to miał rację: bezpodstawnym oskarżeniem odarłam go z męskiej godności. Zasłużyłam na karę. Tylko czemu ta kara powtarza się co tydzień: przecież przeprosiłam. I czemu tak mocno? Czasem nawet makijaż nie pomaga i muszę, zanim pójdę do pracy, zgłaszać się na oddział, by odessać krew.
No i te zawistne suki, moje podwładne. Że niby, jak poszedł ze mną na przyjęcie integracyjne, to przystawiał się do nich. Fakt, wyszedł wcześniej. Z Jolą. Ale dlatego, że Jola źle się poczuła, sama go prosiłam, żeby odprowadził. Zresztą Jola sama mówiła, że jej nie molestował i że nie ma go u niej.
Potem narzeczony powiedział mi, że nie wracał, bo zabłądził. Co w tym dziwnego? Zdarza się, takie teraz te osiedla budują. Trudno znać wszystkie drogi.
No a ja bezrozumnie zrobiłam mu awanturę o to, że nie wrócił przez trzy noce do domu i że spędził ten czas z Jolą, której nie było trzy dni w pracy. A Jola przyniosła zwolnienie lekarskie… Tak łatwo skrzywdzić człowieka. A osobę najbliższą, jeszcze łatwiej. Dobrze, że mnie uderzył. Zasłużyłam sobie na to.
A potem, gdy pytałam, kiedy znajdzie sobie pracę. Bo mnie zrobili managerem. Dostałam dodatek za biegłą znajomość dwóch języków obcych. I proponowali szefowanie oddziałowi w Kolonii. To dostałam, oprócz tego dodatku i propozycji awansu, w psyk.
I słusznie, przecież mieliśmy zakładać rodzinę. Sama mówiłam. Znów uderzyło mi do głowy. A jak zakładać rodzinę na obczyźnie. Jak wychowywać dzieci? Bez babci, bez dziadka. W obcej kulturze.
Miał rację. Znowu. Myślałam tylko o sobie. Znowu.
Teraz siedzę w domu sama. Już trzeci wieczór. Nie ma mojego narzeczonego. I nie ma Beaty. Drugiej koleżanki, do której nie przystawia się i którą poznał na imprezie integracyjnej. Powiedział, że po tym, co chciałam zrobić, to musi odreagować.
Więc siedzę i łykam. Prozac. Trzeci dzień.
Czasem mam go dość, ale gdzie ja znajdę faceta, który mnie zechce, skoro wszystko to, co kobieta może dać mężczyźnie, oddałam jemu? To co mogę dać innemu, oprócz pustych słów nie popartych żadnym dowodem? Że XXI wiek? A co? W XXI wieku, nie ma kobiet, które potrafią kochać? Są: ja taka jestem.
Że się pomyliłam?
Nie ma takiej możliwości.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Gniew
2009-12-09
|
"There's nothing you can do that can't be done Nothing you can sing that can't be sung Nothing you can say but you can learn how to play the game It's easy..."
Godzina 16:
Kobieta spojrzała na zegarek
- Zjedz jeszcze malutka - matka pogłaskała po głowie piętnastolatkę - tak mało jesz. Bo pomyślę, że Ci nie smakuje to, co Ci gotuję – popatrzyła groźnie.
Malutka bez słowa zabrała się z zapałem do opróżniania szóstego talerza zupy.
Godzina 16:30
- Kocham Cię mamusiu – powiedziała, jak tylko skończyła – Mogę już iść się pobawić… lalkami?
- Oczywiście, malutka – mama zgodziła się z czułością. Ze zniecierpliwieniem spojrzała na zegarek.
Godzina 16:45
Trzask otwieranych drzwi wejściowych.
- Dzień dobry kochanie – męski głos zabrzmiał z czułością i pożądaniem – Tak się stęskniłem…Jak minął dzień?
- Jak minął? Jak minął?! Ty gruba świnio! Ty sk…synu! Cały dzień siedzę w domu, zajmuję się p…dolonym bachorem, gotuję j……bany obiad, a Ty się, k….wa pytasz jak minął dzień? Rozpłodowcu niemyty! Która, no która jest godzina, pytam się? Która?!
Mężczyzna odruchowo spojrzał na zegarek w kuchni. Potem jeszcze raz. I żeby upewnić się na swój.
- O której kończysz pracę?!! O której miałeś być w domu?! Milczysz brudna świnio? To ja Ci powiem: kończysz o 16:00. Teraz jest za piętnaście piąta!!! Za piętnaście. Qwa, za piętnaście! J...bańcu! A o której miałeś być, nie wiesz? Spakowanie się i wyjście z pracy – 16:05. Dojście na przystanek – 16:15. Autobus jest o 16:17. Przyjazd na przystanek 16:23. Dojście z przystanku do bloku – 16:28. Wejście na piąte piętro, nawet, jakby winda nie działała – 16:30! Miałeś być o 16:30. Równo! Punkt! I ani minuty dłużej. A byłeś o 16:45!!! Qwa, z kim ja żyję! Co za popapraniec! Przecież Ciebie nie można traktować poważnie! To co robisz jest poniżej wszelkiej krytyki! Jak możesz traktować tak przedmiotowo ludzi, którzy Cię kochają?! Jesteś niewiarygodny! Jak ja mogłam wyjść za Ciebie?! Jaka ja byłam głupia!!! Przecież masz dziecko! Jak możesz mu to robić?! Czekałyśmy na Ciebie razem. Niepokoiłyśmy się… Obiad już prawie zimny… Może coś Ci się stało? Może miałeś wypadek? Tak starałam się z tym obiadem… Mała zjadła sześć talerzy zupy, tak jej smakowało…
Dziewczynka wyjrzała ze swojego pokoju i przyglądała się rodzicom. Milczała.
-Kochanie! Córeczko! Prawda, że Ci smakowało, malutka? – dopytywała się kobieta, przytulając dziewczynkę - Nie bój się ojca. Już nigdy więcej ten pan nie skrzywdzi! Obiecuję Ci!.
Nic nie mówi, maleństwo. To znaczy, że tak. Smakowało jej. A Ty pewnie znowu zostałeś z tą lafiryndą sekretarką?! Albo z inną! A ja tu nie daję sobie rady, tyle mam na głowie! Dla Ciebie zupełnie już nic nie znaczę. Traktujesz mnie jak rzecz. Jak przedmiot! No powiedz s…synu, gdzie byłeś! Nawet zakupów nie zdążyłam zrobić przez Ciebie!
- Zakupów? - mąż powtórzył z niedowierzaniem.
- Tak. Nie ma mleka, masła, jajek, mąki, cukru, octu, cytryn. Moich lekarstw: psychedryny, diacetylomorfiny, psylocybiny, kaspanolu, kodeiny, tebainy. Ziółek dla mamy: sporysz, pokrzyk wilcza jagoda, bielunia, wawrzynka wilcze łyko, ibogi. No i peyotla, przede wszystkim.
- Coś jeszcze? – mężczyzna był troskliwy.
- Chyba wszystko – kobieta zdawała się uspokajać. – A - przypomniała sobie – alwaysy. Extra de large modrzew – sprecyzowała - No nie traktuj mnie, jak rzecz! – kobieta postanowiła wyegzekwować odpowiedź na uprzednio zadane pytanie - Traktujesz mnie jak... mięso. Jak przedmiot! No powiedz w końcu s….synu, gdzie byłeś!
- Ależ… Kochanie… Posłuchaj – mąż zdawał się być zakłopotany. Przecież dopiero teraz jest 16:45. Zegarek w kuchni śpieszy się – dodał – Wiem, wiem. Miałem go przestawić. Ale wczoraj siedziałem do późna, bo musiałem dokończyć projekt na dzisiaj rano. Przepraszam.
- Nie przestawiłeś - zabrakło jej tchu - Jesteś niewiarygodny! Jak ja mogłam się z kimś takim związać?! Nie można na Tobie w ogóle polegać. W ogóle! Wprowadziłeś nasz wszystkich w błąd. Przez cały dzień. – kobieta zdawała się mieć uzasadniony żal. Spojrzała na córkę, która wciąż obejmowała: - Mam rację córeczko? - upewniła się.
Dziewczynka odwzajemniła spojrzenie matki i wyzwoliła się z jej ramion. Ze sciany zdjęła replikę szabli sarmackiej. Ostrej jak brzytwa, bo sporządzonej przez nieprofesjonalistę. Uśmiechnęła się do mamy: tak jak matka zwykle uśmiechała się do niej. I powiedziała:
- Nie masz. Trzeba w końcu to skończyć. Nie masz racji, mamo. Ani dzisiaj, ani wczoraj. Nie potrzeba, żebyś gotowała ojcu. Ani mu sprzątała. Ani prała. Nic nie potrzeba. Nie jesteś już mu potrzebna. Ja to zrobię. Wszystko, co trzeba! Wszystko! – dorzuciła z zadowoleniem patrząc zimno na reakcję matki.
Ojciec też uśmiechnął się. Prawdziwa córka. Wzięła go w obronę. Znalazła miejsce w rodzinie stosowne do wieku i dojrzałości. A pomyśleć, że szykował dla niej, austryjackim wzorem, dobrze izolowaną „piwniczkę”…
- Jesteś kochana. Nieodrodna córa – wyszeptał do ucha córy z uczuciem, o istnienie którego nie podejrzewał siebie – Powiedz tatusiowi coś miłego – zaślinił się obmacując wzrokiem jej nastoletnie krągłości, a w myślach sięgając znacznie głębiej.
- Gruba świnio? Ty s…synu? - dziewczynka, wznosząc szablę do cięcia, nadal wpatrywała się w ojca z tym samym uśmiechem zadowolenia, jaki miała przed chwilą zwracając się do matki. Nie wiem jednak, o czym myślała. Ani co jej się przypomniało w tym momencie.
- Nieodrodna córa – wyszeptała bezgłośnie głowa tocząca się do pojemnika na śmieci.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Przepracowanie
2009-12-09
|
Jeżeli Bóg istnieje, to zrobię wszystko. Żeby cofnąć czas. Żeby to nie zdarzyło się. Żeby oni żyli. Jeśli...
Na pętli autobusowej – tej przy parku – nic nie zmieniło się od tego czasu.
Szyby na przystankach powybijane. Walają się odłamki szkła. Dalej rosną te same krzaki.
Te, spoza których napastnicy mnie zaatakowali.
Staram się nie chodzić tamtędy samotnie. Nie mogę. Boję się. I zawsze płaczę.
Wysiadam przystanek wcześniej. Idę do domu okrężną drogą: dwa kilometry poprzez zaułki Ochoty. Byle dalej od tamtego miejsca. Żeby nie przeżyć deja vu.
Raz w tygodniu jednak wybieram się w tamto miejsce. Specjalnie. Spaceruję po pętli, żeby oswoić lęk. Tylko do tamtej wiaty, obok tych krzaków nie zbliżam się. Wydaje mi się, ze tam wciąż są ślady krwi na chodniku. Odłamki czaszek, fragmenty mózgu i płaty krwawej skóry.
Wtedy zwykle nic nie pomaga: rozklejam się i płaczę. Nad sobą i nad nimi.
Nawet nie mam komu powiedzieć… No bo komu? Policji? Ich rodzinom? Mojej żonie?
Co to da.
Nic.
To niech tak zostanie, to moje sanktuarium.
I mój cotygodniowy rytuał.
Nadgodziny
To było w 2002 roku. W grudniu. Prawie dokładnie siedem lat temu. Wtedy też padał taki sam ulewny deszcz. Jakby niebo płakało nad losem nieznanych ofiar. Przepracowania. Od kilku już dni wracałem z pracy do domu kolo dziesiątej wieczorem.
Cóż, koniec roku.
I prawie co dzień spotykałem przed sklepem chłopaków. Zawsze czekali. Na wino.
Czasem im coś dałem: żeby za późno nie byli w domu. I żeby mama albo dziewczyna nie niepokoiły się.
Rozmawialiśmy też czasem.
O życiu: że ciężko jest.
O sporcie: ze dużo bogatych frajerów na ulicach.
O dzieciach: że jakaś jest podkuta. Z nim, a on nie pamięta, żeby miał z nią coś wspólnego. A koledzy dodają, ze gdyby pamiętał, to by nie zgodził się na nic.
O siłowni: że bez niej byłoby ciężko i smutno
Tylko żona, jak jej opowiadałem o tych przyjaźniach, trochę się denerwowała:
- Zwariowałeś Aniołku? Przecież to ordynarne dresy naładowane sterydami i somatotropiną. Chodzące prącia. Widać, że czekają na jelenia. Nie gadaj z nimi - ostrzegła
- Kochanie. A bo to oni jedni chodzą w dresach i na siłownię To nie musi oznaczać, że są źli: tak im się ułożyło
Pałą go!
Niedziela, dziesiąta wieczór. Nawet w dzień święty pracodawca nie odpuścił. W kościele nie byłem. Tylko mszy przez radio wysłuchałem.
Prawie płakałem wracając autobusem do domu. Wiedziałem, że następnego dnia pracodawca też raczej nie odpuści.
Wysiadłem z autobusu z ciężkim sercem. Pod sklepem nikogo nie było.
-Cóż – uśmiechnąłem się sam do siebie – przecież poprzedniego dnia dałem im dwie stówki. Pewnie balują.
Przeszedłem na druga stronę wiaty i skierowałem się do domu. Skrócikiem. Tam koło krzaków.
Wydawało mi się, że ktoś wyszedł za krzaków i zachodził mnie od tyłu.
Z przodu, w półmroku, pojawiło się dwóch byczków. W kominiarkach. Jeden z bejsbolem.
Gdy dotarło do mnie, że to nie halucynacje wywołane przepracowaniem, zacząłem przeraźliwie krzyczeć: - Ratunku! Policja! Czego ode mnie chcecie?! Zostawcie mnie!
Nie panowałem nad sobą. Nie żebym się ich bał. Miałem dość. Z jednej strony, od piętnastu dni, przez czternaście godzin dziennie, tylko kurs otwarcia i zamknięcia, rachunek początkowy i końcowy… Z drugiej – taka nieoczekiwana sytuacja, jak wyżej. Jak zapowiedź losu.
Usłyszałem: „Ucisz tego wyjca! Pałą go!”.
Szarpnąłem głową i uderzenie ześlizgnęło się po ramieniu.
Potworny ból.
Już sam fakt, że ustałem po uderzeniu bejsbolem, powinien powiedzieć wszystko starym wyjadaczom barowych zaułków: czas spierdzielać na najwyższe drzewo. Gdyby do tego zwrócili uwagę na powierzchowność i strój starszego księgowego, niezadowolonego z miejsca zajmowanego w hierarchii i tłumiącego drzemiące w nim instynkty przywódcze na treningach streetboxingu i siłowni, to powinni, jako doświadczone karki, królowie pigułki gwałtu i ekstazy, obliczyć swoje szanse w nadchodzącym mordobiciu.
Nie zrobili tego.
A ja nie pomyślałem o skutkach.
Po tym, jak dostałem bejsbolem, to nie czułem już nic.
Byłem tylko wściekły i skoncentrowany. Jak maszyna. Rozpętało się piekło. Ktoś krzyczał. W oddali dochodził odgłos sygnału karetki pogotowia. Ktoś zawołał już ambulans?
Napastnicy próbowali się wycofać. Biłem na oślep, tym co było pod ręką. W powietrzu latały kamienie, deski z ławek, śpiące kaczki i obudzone z zimowego snu wiewiórki. A może to byly niedźwiedzie?
Próbował uderzyć drugi raz bejsbolem. Tym razem przechwyciłem i skróciłem dystans. Po dwóch kolankach na worek i front kicku przestał trzymać się kurczowo drewna. Dokończyłem cegłówką, bo kij mi się wyślizgnął z ręki.
Potem podniosłem: muszę nadmienić, że na sprzęcie nie oszczędzali - kij był solidny. Złamał się dopiero na drugim napastniku. Na jego szwie czaszkowym. Albo na tym miejscu, gdzie kiedyś był ten szew.
Trzeci miał coś łapie. Usłyszałem trzask iglicy. I nic.
Zanim przeładował, wyrwałem mu pistolet z ręki. Low kick, font kick na worek. Parę razy. Sprowadziłem pacjenta do parteru. Przestałem go uderzać trzymanym cały czas w dłoni pistoletem, dopiero wtedy, kiedy przestałem identyfikować to, w co uderzałem, jako twarz człowieka. Teraz był to raczej kotlet schabowy.
Z odłamkami kości.
Policzyłem.: było ich trzech.
- Niezła jatka- zdążyłem pomyśleć
Ale potem zauważyłem jescze jednego! Pod drzewem stała bez ruchu czwarta postać. Jeden z nich pewnie.
A jak nie jeden z nich, to znalazł się w złym czasie i w złym miejscu.
Entliczek, pentliczek, czerwony stoliczek… na kogo wypadnie?
Przeładowałem narzędzie, które jeszcze przed chwilą służyło mi za tłuczek.
Teraz użyłem je zgodnie z przeznaczeniem. Znów niewypał.
Czwarty zaczął uciekać. Sam nie wiem, jak to by się skończyło, gdybym nie miał w teczce mojej krócicy. Dwustrzałowej. 20 mm.
Bez zezwolenia, bo replika modelu sprzed 1850 r. Złożyłem się. Padł.
Zawsze trafiam: nabijam siekańcami.
Rachunek sumienia
Kiedy myślę o tym zdarzeniu, nie wiem, czy dobrze zrobiłem. Może, gdybym nie zaczął krzyczeć? Gdybym miał przygotowane pieniądze? Zegarek? Laptop? Komórkę? Może nic by mi nie zrobili?
Może gdybym ich przeprosił, że więcej od nich zarabiam? Ze mam żonę. Wprawdzie blondynkę, tj. głupią, ale jednak legalną.
Gdybym to wszystko wyjaśnił, to odpuściliby mi. Nie czuli by do mnie takiej złości. I niechęci. Bo kto by chciał być uwiązany. I do tego z blondynka? Debil chyba, albo niedorozwój.
A teraz sam nie wiem, co robić.
Policja poszukuje sprawcy bestialskiego mordu na czwórce młodych ludzi.
Czy ktoś mi uwierzy, że nie chciałem? Że tylko szedłem do domu?
Że byłem zmęczony i – być może – źle zareagowałem.
Ze to tylko przemęczenie pracą. Obrona konieczna chyba. A nawet jeśli nie konieczna, to na pewno Obywatelska.
Żyłby ten czwarty. Emeryt na specerze z pieskiem, jak się okazało. Kiedy myślę o osamotnionych dzieci zgładzonych „karków”, to łza serdeczna kręci mi się w oku. Będą teraz patrzeć na ten świat piękny oczyma smutnymi. Bo bez ojców. I bez pamięci. Niczyje.
I jak tu nie wierzyć w koło czasu?
|
|
Komentarzy:
1
|
|
***
2009-11-23
|
Mecz piłki kopanej Polska - Słowacja.
Rywale grają beznadziejnie.
Nasze Orły strzelają bramki Słowakom...
Zagadka
Na łące leży facet, na plecach ma plecak, wokół latają muchy.
Pytanie: Co jest w plecaku?
Odpowiedź: Spadochron.
----------------------------------------------------------------------------
----
Spytałem dziś żonę:
- Wczoraj w nocy, gdy się kochaliśmy, udawałaś...?
- Nie - odpowiedziała - naprawdę spałam.
----------------------------------------------------------------------------
----
Modlitwa kobiety przed posiłkiem:
"I spraw, Panie Boże, by te wszystkie kalorie poszły w cycki!"
----------------------------------------------------------------------------
----
Gra wstępna jest bez sensu. To tak jakby trąbić przez 15 minut przed
wjazdem do garażu.
----------------------------------------------------------------------------
----
Facet powinien być jak bajka - mieć dobry koniec.
----------------------------------------------------------------------------
----
- Zenek, ty flegmatyku jeden, jak chcesz zostać fotografem? Dlaczego
zdjęcie ślimaka jest nieostre?
- Poooruszył się ...
----------------------------------------------------------------------------
----
Jeśli ożenisz się z miss to tak, jakbyś kupił Mercedesa klasy S.
Masz pewność, że produkt został sprawdzony przez co najmniej pięciu
specjalistów.
----------------------------------------------------------------------------
----
Ostatnio pojawiła się możliwość płacenia komórką za przejazd
pociągiem do Wołomina. Jeden przejazd - jedna komórka.
----------------------------------------------------------------------------
----
Gdyby nie Radio Maryja człowiek nigdy by się nie dowiedział jak wiele
pieniędzy potrzeba do życia w ubóstwie.
----------------------------------------------------------------------------
----
Podawanie wysokości pensji w wartości brutto jest jak podawanie
długości członka razem z kręgosłupem.
----------------------------------------------------------------------------
----
Japońscy uczeni skrzyżowali buraka, marchew, groszek, ziemniaka i ...
świnię. Wyszedł obiad.
----------------------------------------------------------------------------
----
Kynolog odwiedził znajomych, którym niedawno urodziły się trojaczki.
Długo przyglądał się maleństwom, po czym wskazując palcem:
- Ja bym zostawił tego.
----------------------------------------------------------------------------
----
- Kocha pan swoją żonę?
- Oczywiście! A co ona gorsza od innych?!
----------------------------------------------------------------------------
----
Kobieta jest przeciwieństwem psa.
Pies wszystko rozumie, ale nic nie może powiedzieć...
----------------------------------------------------------------------------
----
Zauważyłem, że jeśli światło w kiblu wyłącza się z
dźwiękiem"Eeee" to znaczy, że ktoś tam jest.
korbaczeska jest offline
Co jest najczęstszą przyczyna śmierci wśród dzięciołów?
- Wstrząs mózgu.
Co to jest: zarośnięte, spocone i lata miedzy majtkami...?
- Bosman!
Jaka jest różnica między dziewicą a emerytką ?
- Żadna. Obie czekają na pierwszego.
Co to są mieszane uczucia?
- Gdy teściowa spada w przepaść twoim samochodem.
Jak nazywa się emeryt pod prysznicem?
- Wapno gaszone.
Papież tego nie używa, a mąż daje żonie?
- Nazwisko.
Kto powiedział: Ostrożności nigdy za wiele?
- Zięć, zamykając na kłódkę trumnę z teściową.
Kto jest najlepszym matematykiem na świecie?
- Kobieta: dodaje sobie urody, odejmuje lat, mnoży dzieci, dzieli łoże.
Czy kobieta po 70-tce może mieć prostopadły do ciała biust?
- Tak, jak zmywa podłogę.
Idzie strapiony i zafrasowany facet przez las. Nagle na drogę
wyskoczyła
mała zielona żabka i mówi ludzkim głosem:- Czym się tak martwisz ?
- A, bo życie jest do dupy. Dom się wali, żona brzydka, auto w rozsypce,kasy brak... Ogólnie lipa.
- Nie martw się. Idź do domu a wszystko będzie OK.
Facet wraca, patrzy a tu chata pięknie odstawiona, żona piękna jak
Cindy Crowford, pod bramą garażu stoi Rolls-Royce Phantom, a w skrzynce na listy wyciąg z konta, który po prostu powalił go na kolana. Jak już doszedł do siebie, postanowił podziękować żabce za to, co dla niego zrobiła i wrócił się do lasu. W tym samym miejscu spotkał żabkę i mówi:
- Żabko, jak mogę Ci się odwdzięczyć za twe dobre serce ?
- Nigdy nie kochałam się z nikim...
- Rozumiem, ale ty jesteś żabką. Jak to możemy zrobić ?
- Mogę zamienić się w kobietę. Jednak większość mocy
czarodziejskiej zużyłam na dobry uczynek dla ciebie, więc mogę przemienić się najwyżej w 12-13 letnią dziewczynkę.
- Rób żabko, co chcesz. Zawdzięczam Ci tak wiele, że nie będzie mi
to przeszkadzać.
- ... i tak to było , Wysoki Sądzie a nie tak, jak gada ta gówniara.
Romek Polański
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Wakacje: nad morzem i w Tatrach
2009-11-23
|
Stoi Baca nad potokiem ze spuszczonymi galotami i onanizuje się.
Przechodzący turysta widząc to pyta:
-Baco a co Wy robicie?
-A nic takiego-odpowiada Baca.
-Tylko wysyłam dzieciska nad morze.
Lotnisko w Nowym Jorku. Facet wchodzi do windy, a za nim _kobieta_ w mundurku, mini spódnica, żakiet, stewardeska jakaś. Facet podniecony tą sytuacja mówi:
- Hello, do you fly USA Airways?
_Kobieta_ nie odzywa sie, tylko patrzy na niego zdziwiona. Facet pomyślał no to co, spróbuje jeszcze raz:
- Flugen Sie Lufthansa ja..?
Kobieta bardziej zdziwiona patrzy na niego i nic nie mówi. No trudno -- pomyślał facet... ale próbuje jeszcze raz:
- Volare sinora Alitalia?
Wtedy kobieta mówi:
- A w mordę chcesz Palancie!?
- Aha, LOT!
Autentyk czyli Wspomnienia Taternika:
"Podczas jednego z obozów wspinaczkowych w Tatry pojechaliśmy w rejon Morskiego Oka.
Dotarliśmy pod scianę. Nasz instruktor (jako, że byliśmy przygotowani na wyprawę pod
każdym względem) zaproponował, żebyśmy sobie strzelili po jednym - "żeby nam się
ściana trochę położyła - będzie się lepiej wchodzić". Towarzystwo nie namyślało się
długo i zaczęli "kłaść ściany" dosyć intensywnie, z czasem flaszki zaczęły topnieć
jedna po drugiej i skończyło się na kompletnym uboju. Gdy grupa ocknęła się równo ze
świtem zauważyli, że brakuje wśród nich prowodyra libacji - instruktora..."
I tutaj następuje wersja GOPR-owców:
"Zapieprzamy gazikiem, wyjeżdżamy zza zakrętu a tu jakiś facet na środku drogi
idzie na czworaka, wbija haki w asfalt i asekuruje się liną..." |
|
Komentarzy:
0
|
|
Miłość Ci wszystko...
2009-11-23
|
On: dres pełną gębą, a raczej szyją
Ona: panna dresa, oczywiście tipsy nienaganne, pasek zamiast spódniczki,
itp.
Ona: -Misiu, no ale dlaczego uderzyłeś mnie w twarz ?
On: -Jebłem ci, to ci jebłem. Na chuj drążysz temat.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Białe szaleństwo źr. int
2009-11-23
|
Był sobie człowiek imieniem... nieważne. Miał on biuro turystyczne, które kochał nad życie. Jednak lata płynęły, a obroty spadały.
Aż tu nagle - eureka! Przyszedł pomysł na hit totalny: Sezon narciarski w Alpach! Pozostało tylko nakręcić reklamę.
Facet wynajął więc (za ciężkie pieniądze) znaną agencję i czekał na efekty.
Po tygodniu dostał taśmę z gotowym spotem: Szeroki plan z ogromną górą piasku. Z wierzchołka zbiega biały gość w garniturze i w goglach. _Przyspiesza_, pędzi, wreszcie skacze i... przypieprza głową w ceglany mur u podnóża góry. Odjazd _kamery_ - wokół dziesiątki Murzynów uchachany do granic możliwości. Koniec filmu. Facet nie zastanawiał się długo - łap za telefon i dzwoni do twórcy "dzieła":
- Co to k*rwa ma być?!
- Jak to co? _Narty_ w Afryce!
- A gdzie tu do ch**a ciężkiego są narty?!
- Tu jest taka...metafora...
- Jaka znowu metafora!?!
- No... "białe szaleństwo".. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Wszystkie... wszystkie
2009-11-23
|
Wszystkie kobiety są wredne, ale niektóre mają duże cycki.
>
> Kobieca definicja słowa "już" zawsze zawiera zwrot "jeszcze tylko..."
>
> Kobiety nie można zmienić. tzn. można zmienić kobietę, ale to niczego nie
> zmienia.
>
> Jeśli laska ma króciutką spódniczkę, to facetowi powiewa czy jej torebka
> pasuje do butów.
>
> Ziewając mężczyzna pokazuje swoje złe wychowanie, kobieta swoje
możliwości.
> >
> > Kobietę znacznie łatwiej rozebrać wbrew jej woli, niż ubrać zgodnie z jej
> > życzeniem.
> >
> > Niekiedy kobieta traktuje faceta jak budzik. najpierw go nakręci, ale
> > skończyć nie da.
> >
> > Uszczęśliwić kobietę można bardzo szybko, tylko jest to bardzo kosztowne.
> >
> > Jeśli zaprosiłeś dziewczynę do tańca, a ona się zgodziła, to się tak nie
> > ciesz. najpierw będziesz jednak musiał z nią zatańczyć.
> >
> > Kobieta, która przynosi rankiem piwko na kaca jest nie tylko mądra, ale i
> > piękna!
> >
> > Biust - ozdoba czy ciężar? gdyby ozdoba - kobiety nosiłyby go na wierzchu,
> > gdyby ciężar - na plecach.
> >
> > Kobiety mają dwa rodzaje pretensji: nie mają co na siebie włożyć i mają za
> > mało miejsca w szafie.
> >
> > Gdy mężczyźnie źle - szuka żony. gdy mężczyźnie dobrze - żona jego szuka.
> >
> > Jeżeli spotkałeś kobietę swoich marzeń, to o pozostałych marzeniach możesz
> > śmiało zapomnieć.
> >
> > Jaka jest różnica między mężczyzną a kobietą? kobieta wymaga wszystkiego
>
od
> > jednego mężczyzny, a mężczyzna wymaga jednego od wszystkich kobiet
> >
> > Sekret szczęśliwego mężczyzny:
> > - Po pierwsze: bardzo ważne jest to, by znaleźć kobietę, która potrafi i
> > lubi gotować, a jej hobby to pranie i sprzątanie.
> > - Po drugie: bardzo ważne jest to, by znaleźć kobietę, która dobrze
> > zarabia i potrafi cię utrzymać.
> > - Po trzecie: bardzo ważne jest to, by znaleźć kobietę, która bardzo
> > lubi częsty i wyrafinowany seks, a do tego nigdy nie boli jej głowa.
> > - Po czwarte: bardzo ważne jest, aby znaleźć kobietę, którą będziesz
> > szanował.
> > - Po piąte: bardzo ważne jest to, by znaleźć kobietę, z którą możesz
> > rozmawiać.
> > - Po szóste: bardzo ważne jest, aby znaleźć kobietę, która zostanie
> > twoim przyjacielem.
> > - Po siódme i najważniejsze: bardzo ważne, a wręcz najważniejsze jest
> > to, by te kobiety nigdy się nie spotkały i nie dowiedziały o sobie. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Futro
2009-11-23
|
Mój tata, Andrzej, był bokserem. Zwyciężał wszystkie walki. Przed czasem. Był tak dobrym bokserem, że miał problemy ze znalezieniem partnerów do walki.
Bano się go. Żeby nie wyjść z wprawy musiał szukać okazji do walki na ulicy. Ale nawet tam nie było mu łatwo: szybko zdobył sławę lokalnego pogromcy i znowu wszyscy zgadzali się z nim. Żeby wyrównywać szanse dawał więc swoim przeciwnikom fory. Najczęściej walczył po alkoholu, bo wtedy osłabiał mu się refleks.
Co z tego, kiedy i tak zawsze wygrywał. Zaczął więc po pijaku atakować przeciwników, którzy mieli przewagę liczebną. Na próżno: wprawdzie dłużej to trwało, lecz nie uniemożliwiało mu odniesienia kolejnego zwycięstwa. Potem doszły profesjonalne „ustawki” z kibicami wrogich i zaprzyjaźnionych klubów piłkarskich. Najczęściej w parku, obok warszawskiego ZOO. Tam, tuż przy wybiegu dla niedźwiedzi brunatnych, gdzie spokojnie.
Niestety! Wkrótce nawet kibice klubów piłkarskich – nawet ci spod żylety – zaczęli patrzeć na Tatę z bezbrzeżną miłością. Pokochali go tak mocno, że z trudem dali się namówić na ostatni sparing. Tam gdzie zawsze, a nawet w lepszym miejscu. Bo w opustoszałym wybiegu dla niedźwiedzi.
Walka trwała, nawet, jak na tatkę w stanie upojenia, długo. Bardzo długo. W końcu wyszedł i prawie bez słowa poszedł w kierunku domu. Zostawił nawet wino. Powiedział tylko: „Stary już jestem. A ten w futrze nieźle walczył”.
Od tej pory ojciec już nie wychodzi na dzielnicę. Nie bije się. Siedzi w domu głównie. I tylko kiedy matka raz w roku, na Wszystkich Świętych, wyciąga futro z norek, w ojca złe wstępuje i przypomina sobie dawne czasy.
Czasy chwały.
Albo może i więcej teraz: bo bije za te wszystkie niepowodzenia, które go spotkały w życiu.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Ostatnia niedziela
2009-11-23
|
Jaś jutro wyjeżdża uczyć się za ocean. Bo angielski trzeba znać. Zresztą i tak nie dostał promocji do następnej klasy, więc i drugi powód wyjazdu znalazł się: tam łatwiej z nauką. Wykształcenie jest jak niedopita butelka wódki – zawsze może się przydać, to Jasiowi rodzice wpajali od małego.
Szkoda tylko, że Malgosi nie wpoili pragnienia wiedzy - myśli czasem Jasiu. Tak szybko poszła do pracy - martwi się.
- To gdzie lecisz? – zainteresowała się Małgosia.
- Tego to nawet Air France nie wie...- Jaś zawahał się, bo z geografii nie był mocny – Do Ameryki – przypomniał sobie.
- Wrócisz? - dopytywała się z niepokojem i z zaczerwienionymi oczami.
- Do Ciebie, na pewno - zapewnił Jaś żarliwie – Dla mnie tylko Ty istniejesz – dodał od serca. Zupełnie zresztą bez powodu, bo to było jasne.
Zastygł w bezruchu. A przed oczami przewijały mu się obrazy wspaniałych chwil spędzonych razem z Małgosią. To, jak się poznali. Ukradkowe spojrzenia. Pierwszy wspólny spacer. Wiosną. Po stawie pływały dwa piękne łabędzie. I Marzanna. Piękne nogi Małgosi. W kozaczkach aż do stringów. Jak wybrała go sposród innych chłopaków. Jak przychodziła do niego do szpitala, kiedy wpadł pod spychacz na budowie. Wspólne kolacje we dwoje. No i ten pierwszy raz. Z Małgosią.
Jasiu miał samolot o szóstej rano. Już o szóstej. Ogarniało go przerażenie, że bez Niej. I to obezwładniajace przeczucie, że już tylko kilka godzin będą razem. Coraz mniej i mniej czasu im pozostało.
Jaś spojrzał Małgosi głęboko w oczy. Widział tam, zresztą jak zawsze, dwóch, rodzeństwo syjamskie: strach i oddanie. Przez głowę przebiegały Jasiowi myśli, których celem była tylko Małgosia.
Mówił - w myslach - do Małgosi: Kocham Cię jak wiśnie w sadzie, ślimaki w czekoladzie, jak tlen po atomowej zagładzie. Jak mój własny zapach w miejscach, gdzie chadzam sam.
Dziękuję Ci, że jesteś. Zamykam powieki i pogrążam w marzenia. Śnisz mi się Ty Kochanie Moje. Dzięki Tobie mój świat jest piękny. Moje życie ma sens. Każdego ranka, gdy wstaję wiem, że mam Ciebię i mam wszystko zarazem, bo nie potrzebuję nic więcej. Tylko Twojej miłości. Twojego pięknego uśmiechu. Twojego pięknego spojrzenia. Serce stale mi pęka Tęsknie za Tobą I nie mogę udawać Tak jak kiedyś Nienawidzę Cię, ale Kocham. Nie mogę przestać o Tobie myśleć To prawda, to błąd:zakochałem się w Tobie. A teraz łzy same lecą. One są dla Ciebie. Kolejna noc przepłakana i nie przespana dla Ciebie. Tak bardzo chcę, by tak jak wtedy było nam. Dobrze. Analnie, oralnie i wirtualnie. Platonicznie i cynicznie. Na maksa i w sposób przerywany. Widzę ten obraz wyraźnie, więc czekam na kaźnię.
Nagle kropla przelała czarę. I pomyślał wprost:
- No ile można? Na co ja czekam?
A na głos powiedział, werbalizując myśli swe i wyrzucając z gardłą potok mowy, jak karabin maszynowy: - Serce stale mi przez Ciebie pęka! Wiesz, jak to udreka? Tęsknie za Tobą, bo jestem sobą. I nie mogę udawać, z życia kawałki skrawać. Nie mogę przestać o Tobie myśleć i serce mi krwawi. Czy to Cię zaciekawi? To prawda, zakochałem się w Tobie... Teraz łzy same lecą.. Czy Cię podniecą? One dla Ciebie... Kolejna noc przepłakana i nie przespana. Kochana. I chcę tak jak wtedy było, by stało się milo... Widzę ten obraz wyraźnie, gdyż mam wyobraźnię... Jak przytulasz mnie i całujesz usta me. Tak Ciebie chcę... Dlaczego los tak sprawił, bym krwawił. Lecz mogę dać Ci jeszcze jedną szansę... Nie wdając się w niuanse - Małgosiu, kochajmy się. Kochaj mnie namiętnie tak jakby świat się skończyć miał. Nie moge już wytrzymać, ciało Twe zaczynam wyginać, do wargi się schylać. Bo Twój zapach jest dla mnie jak narkotyk. Jak... zapach heroiny. Dobry jak dotyk. Nie kręcą mnie już inne dziewczyny. Ani pingwiny, biseksy i lateksy.
- Małgosiu - kontynuował Jaś bardziej romantycznie - wyobraź sobie, że lecimy razem w samolocie. Ja, Ty i Spike Lee. I ten samolot nagle zaczyna spadać. Wszyscy zginą za parę minut. I my też zginiemy. I wtedy zaczynamy się kochać. Teraz też kochajmy się tak mocno, jakby potem już nic nie miało być. Jakby nic nie było ważne. To co było i to co bedzie. Jesteśmy tylku my. Tu i teraz. Bądźmy wreszcie razem... Tyle czekaliśmy.
Małgosia patrzyna Jasia z niedowierzaniem, zaskoczeniem i nieukrywaną dumą. Po tym wszystkim co razem przeszli jeszcze dziś w nocy. Wreszcie. Kiwa głową w nieodganionym zachwycie. Mysli: "Mój dzielny Mężczyzna". Zgadza się. Kochają się. Długo. Potem jeszcze raz i jeszcze. Ijeszczeraz ijeszczeraz.
Potem chytry Jaś znowu mówi, że tak im już niewiele czasu razem pozostało. Tak niewiele. Pyta sie, kiedy się potem zobaczą? Któż to wie? Może nigdy? Może ona zapomni o nim? Znajdzie innego. Może samolot spadnie. A może go porwą. A może na lotnisku zabiją go paralizatorem. Jak Huberta w ... Kapsztadzie. Patrzyw oczy Małgosi i mówi: - co będzie jutro, nie wie nikt. Zróbmy to jeszcze raz. Może ostatni- Jasiu był nienasycony, niczympingwin po pobycie wśród nieosiągalnych misiów koali.
- Kochajmy się znowu - w oczach Jasia płonie ogień miłości - kochajmy się tak, żebu już nic poza nami nie zostało.
Lecz Małgosia patrzy na Jasia zimnym wzrokiem. Jest zmęczona po szóstym razie. Może dlatego jej wzrok staje się jeszcze zimniejszy.
W koncu mówi:
- Ty jutro lecisz: może spadniesz, a może nie. Któż to wie. A ja musze iść do pracy. Muszę jakoś wygladać. I zrobić makijaż. Postaraj się nie zbudzić mnie, jak będziesz wychodzić. Dobranoc+ Po czym zajęła pozycje uniemożliwiającą powtórny rozkwit miłości i zaczeła sposobić się do snu.
Bo Małgosia jest - jak to kobieta - pamiętliwą istotą. I ma przed oczami: kilka skrobanek, ktorym poddawała się z przewidywalną systematycznością, co roku, od pewnego czasu. Widzi, jak leczyła się z syfilisu. Jak musiała tłumaczyć się przed szefem w swojej pierwszej pracy, z przyczyn odmiennego stanu szefowskiego przyrodzenia. Jak musiała sprzedać pierścionek zaręczynowy matki i obrączki ślubne rodziców, żeby pokryć szkody, które Jaś wyrządził spychaczem. Jaś oczekiwał tego, bo przecież odpalił spychacz, by jej zaimponować. Jak było jej wstyd, kiedy na zaręczynowym przyjęciu, najpierw upił się z jej kuzynem. Potem zniknął z jej serdeczną przyjaciółką w pokoju i zamknął drzwi na klucz. A kiedy wrócił, to znowu zaczał pić w sposób nieumiarkowany ogłaszając wszystkim dookoła, ze po alkoholu miewa problemy z erekcją, za co bardzo przeprasza kolezankę i wszystkich obecnych. Po czym zwymiotował na stół. Przy wszystkich. I te wszystkie pieniądze, które mu dawała na cotygodniowy detoks, a które przeznaczał na coś całkowicie odwrotnego.
Małgosia jednak patrzy się na Jasia z miłością.
I z tąże miłością, ktorej oczekiwać mozna od polskiej dziewczyny tylko wtedy, kiedy pracuje na emigracji, mówi mu:
-Dobranoc kochany. Śpij dobrze. Jutro musisz wcześnie wstać. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Orgazm
2009-11-23
|
Kiedy spotykam atrakcyjne dziewczyny to odczuwam podniecenie. Potem, podczas gry wstępnej z moją narzeczona, która nie ustępuje urodą Heidi Klum, jestem podniecony. Ale potem pożądanie opada i następuje problem z orgazmem.
Co robić?
Chyba znalazłem rozwiązanie, które - z gorącym sercem, a czystym i nieskalanym sumieniem - polecam Czytelnikom.
Spóźniłem się do pracy dziś.
Cóż: za późno wstałem, dziewczynie zebrało się na seks, a pies narobił na środku pokoju. Zawsze jej się zbiera na miłość, kiedy za późno do domu wróci dnia poprzedzającego. Musiałem wybrać: wybrałem „miłość” z narzeczoną. Bo nie wypadało mi wybrać nic innego, jeśli miałem zachować image „ubóstwiającego”. I dotychczasowy status materialny.
Nic też dziwnego, że w takich warunkach, tj. głodny, w „psiej atmosferze” i pod presją czasu (bo „spóźniony”) zmarnotrawiłem na tą czynność nieco więcej czasu niż było zwykle konieczne w takich sytuacjach. Nie pomoga projekcja Edyty Górniak za młodu w rozwiązłych pozycjach.
- Byłeś wspaniały – doceniła mnie jednak narzeczona – Kocham Cię – dodała oczywistość.
- Ja też Cię kocham – odpowiedziałem patrząc jej szczerze i głęboko w oczy. Miło, że mając porównanie z moim szefem, to jednak mnie preferuje. Orgazm, k…wa.
Wyszedłem z domu w dzikim pośpiechu i niemej wściekłości: głodny i śmierdzący. W pracy cisza. Nikogo nie ma. Może pomyliłem godziny? A może miejsca?
Z tyłu dobiegł mnie szept:
- Stary, uważaj! – "Wielbłąd" zakonspirował się między kserokopiarką a skanerem – Projekt nie zrealizowany w terminie. Szef wściekły – szeptał ze zgrozą - Zrobił zebranie. Karne – dodał – Po premii będzie.
Byłem w bojowym nastroju, bo dziś rano sprostałem wspomnianym trzem wyzwaniom, godnym prawdziwego mężczyzny. Czas zatem jeszcze na jedno. Choć prawdę mówiąc, w tym nastroju nie uważałem, że ten pokurcz – mój szef – powinien być wyzwaniem dla mnie. No ale cóż – obowiązków prawdziwego mężczyzny się nie wybiera.
- O, kogo tu mamy? – zagaił pokurcz – A która to godzinkę mamy, kochanieńki – zainteresował się obelżywie. Debil jakiś. Zegarka nie ma?
- Ósma piętnaście – poinformowałem życzliwie.
- Uuuu, biedny nasz kolega. Nie dopilnował punktualności – balas wydawał się być skłonny podzielać niedole losu bliźniego– spóźniliśmy się… Autobusik nie przyjechał? Tramwaj gumę złapał? Talib zaatakował – dociekał gnom.
Postanowiłem kontynuować epokę szczerości i męskości – tak rzadko spotykana między prawnikami – i wyjaśniłem:
- Jechałem do pracy. A z góry, z gzymsu spadła na mnie mała sówka. Taka mała: tyci, tyci. Była wycieńczona.
Zauważyłem niedowierzanie pomieszane z wściekłością na twarzy szefa: - To widać było po dzióbku – wskazałem na źródła moich sądów – Musiałem jej pomóc. Odwiozłem ją do weterynarza. To dlatego nie byłem na czas.
- I to przez sówkę nie wykonał, Pan i Pana podwładni, projektu – troll zdawał się jednak nie wykazywać zrozumienia.
- Aaaa nie – w ostatnim zrywie przed defekacją ze strachu, wskazałem – przez narzeczoną. – Bo wczoraj zabrała akta przez pomyłkę, kiedy szła wieczorem do biblioteki. I strasznie je zniszczyła. Nie dało się nic zrobić. Takie... poklejone były - dodaem znacząco.
Kurdupel popatrzył badawczo. Wykrztusił z lekka zaróżowiony:
- Proszę do jutra zlecić sporządzenie kopii i dokończyć projekt!
Orgazm, k…wa! Orgazm!
Czyli jednak można połączyć prawdziwą miłość w związku z poczuciem satysfakcji w życiu społecznym.
PS. Szukam zmienniczki.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Opowieść o prawdziwej przyjaźni
2009-11-23
|
Padał deszcz. I było zimno. Jak zawsze w Wielki Piątek. Łopata wbijała się ze złowieszczym zgrzytem w zziębniętą ziemię. Porcja ziemi za porcją ziemi...
Otwierałem jej w ten sposób drzwi do drogi w ostatnią podróż. Dla niej. Tak daleko od naszej Alei Róż, gdzie skakaliśmy w życia obłoki.
Dlaczego tak musiało się stać? Dlaczego ona?
Była taka młoda. Przecież mogła jeszcze żyć. Miała tylko czternaście lat. A teraz na wpół lodowate ciało, w którym, jeszcze niedawno szalała żądza życia. Z resztką jej zapachu. Teraz już jednak tak… zimnego.
Rozrzucam korale wspomnień, a łzy nieposkromione spływały mi po policzkach. To mój dar dla niej. Bezgłośnie, bo poczucie winy zmieszane z bólem dławiło mi gardło.
Dlaczego Ona, a nie ja?
Ostatni dotyk, ostatnie spojrzenie. Niech zapadnie noc na dnie mojego sarkofagu wspomnień.
Nic więcej.
Znałem ją od dziecka. Patrzyłem, jak dorasta, bawi się. Na jej fascynacje i pasje. Nigdy bym nie przypuszczał, że coś może nas łączyć. Bo różnica wieku, wartości, doświadczenia. Ja byłem raczej rozsądny, stonowany. Tak, miałem inne partnerki. Nawet dużo. Miałem kasę: raz więcej, raz mniej. Więc zmieniały się. Jak to kobiety. Ale zawsze podchodziłem do związków rozsądnie i z namysłem.
Ona była inna: spontaniczna, żywiołowa. Bezinteresowna - jak żadna inna. Zawsze pod wpływem chwili i wrażeń. Jednak czekała na mnie. Miałem być pierwszym. No i stało się. Może dlatego, że zawsze starałem się ją zrozumieć? Nigdy nie pokazywałem swojego niezadowolenia.
Tak… Chyba dlatego.
Potem zawsze już byliśmy razem: krok w krok. Nawet do biblioteki chodziliśmy we dwójkę. Śmiali się z nas, ale co tam! Głupcy!
Pamiętacie swój pierwszy raz? To drżenie rąk ze zdenerwowania, ten strach, to podekscytowanie? Pamiętacie kiedy to było? W jakim miejscu? Jaka była wtedy pogoda...? Wiem, wiem… Nie mówcie. Czasem był to samochód podczas burzy. Czasem w domu, a za ścianą byli rodzice. Czasem łąka, polana w lesie. A czasem zwyczajny hotel lub akademik. Nie wspominając oczywiście o namiocie. Czasem nie było miejsca odpowiedniego tak długo, że to miejsce przestało być istotne: bo z tym partnerem nie chciało się już przeżyć tego „pierwszego kroku”. Rzadko jest idealnie. Żadna nowość.
Z nami też nie było idealnie. Stare obszczymury, koczujące na działkach zaczęły nas podglądać, jak próbowaliśmy się kochać. Jakiś hydraulik, zbieracz złomu i emerytowany policjant z wnukiem. Zaczęli się śmiać z nas. A hydraulik to nawet chciał się przystawiać do Niej. I grozili, że zawołają policję, bo podobno takie rzeczy wyprawiamy, że „nie sposób nie zawołać”. Szantażowali nas.
Uciekliśmy do domu. Rodzice właśnie wyszli i już nam było… Jak w niebie. Stało się. No prawie, jak w niebie, bo Ona była jeszcze bardzo młoda. Bolało ją, a i ja nie chciałem jej zrobić krzywdy. Może gdybym uważał cały czas byłoby inaczej? Podobno prawdziwi przyjaciele nie stają się kochankami. A jak stają się kochankami, to przestają być przyjaciółmi.
W naszym wypadku ta prawda nie sprawdziła się. Wykorzystywaliśmy każdą okazję, żeby być razem. I nigdy nie mieliśmy siebie dość: ani ja, ani Ona. Wszędzie i zawsze razem.
Aż do zeszłego piątku.
Wyszedłem pobiegać, jak zawsze rano. Ostatnio przygotowuję się do zawodów street boeingu, więc zwiększyłem dystans do dziesięciu kilometrów, żeby nabrać trochę wytrzymałości. Bardzo chciała iść ze mną, a ja nie potrafiłem jej odmówić. Po siódmym kilometrze zacząłem przyśpieszać. Mówiłem jej: „szybciej malutka, szybciej. Wiem, ze potrafisz”. I potrafiła. Przyśpieszała za mną, a nawet wyprzedziła.
I wtedy właśnie - upadła.
Usiłowała się podnieść, lecz nie dała rady. Pytałem się jej: - „Co Ci jest kochanie? Co się stało? Co mogę zrobić?” Na próżno: nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Chrapliwie oddychała, patrząc na mnie z bólem.
Mogłem ją tylko wziąć na ręce i prosić, by ktoś jej pomógł.
Na nic to się zdało.
Weterynarz powiedział, że to zawał. Że czternaście lat to i tak dużo, jak na goldenretrivera. I że pomóc jej może tylko zastrzyk. Nazwał go, mrugając filuternie, „błoga śmierć”. Choć od tych wydarzeń miną już rok, ja wciąż ją widzę. Jak podbiega do mnie, obwąchuje i zalotnie łasi się. Ból stał się mniejszy, a serce, choć popękane, bije nadal.
Kupiłem drugiego goldenretrivera. Ma już dwa lata.
Niebawem okaże się, czy będzie tak dobrym przyjacielem, jak jego poprzednik.
Czy tak dobrze będzie mnie rozumieć
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Maraton
2009-11-23
|
Jak siła i moc sprawcza drzemie w każdym z nas nie sposób dowiedzieć się, dopóki nie nastąpi Czas Próby. Rzadko jest tak, by jednostka była bezwartościowa i nie mogła niczego zaoferować otaczającym ją ludziom.
Pytanie jednak, czy zawsze powinna ofiarować to, co uważa za godne ofiary - w pierwszym tylko odruchu.
Akademik. Impreza. Dużo panien, dużo kolesi. Wszyscy piją. Dużo.
Anka i Aśka też. Anka ma zmartwienie. A Aśka pije, żeby dotrzymać towarzystwa. Jak to przyjaciółka. Pierwszy, drugi, trzeci, czwarty drinio. Anka już nieco zmęczona jest życiem. Myśli sobie: jeszcze trochę, jeszcze żeby zapomnieć. Stukają obcasy w obłąkanym tańcu. Obok niej tańczy ten nieznajomy z Wydziału Prawa. Ten, który zawsze jej się podobał, a do którego wstydziła się odezwać.
Jeszcze jeden taniec, jeszcze jeden drinio i będzie w porządku.
- Pójdziemy do mnie – zagaja Nieznajomy.
- Lepiej do mnie – Ania, bełkotliwym głosem, przyjęła zaproszenie – koleżanki nie ma. Tylko jeszcze jeden drinio, poczekaj.
- Łaaał byłeś boski! – Ania nie szczędziła Nieznajomemu komplementów. Już eksplodowałam, a Ty robiłeś to i robiłeś. Jak cyborg… Zrobisz to jeszcze?
- Poczekaj. Pójdę po fajki. Zapalimy.
- I po drinia – upomniała się z pijackim uporem Anka.
- A to tu masz. Mojego. Nie piłem. Tylko uważaj, bo mocny - Nieznajomy okazał się dżentelmenem.
Do Nieznajomego, jak tylko wyszedł z pokoju, podszedł kolega:
- Stary, i jak było? Dała ci?- dopytywał się.
- Słuchaj, zajebiście – Nieznajomy, podobnie jak Anka, nie szczędził pochwał – Nawaliła się i idzie na maksa. Napalona jak norka. Tylko, że ja już mam dość. Nie dam rady. No zawody na wycieńczenie - wyznał ze skruchą.
- To dobra - zażartował kolega – Ty idź. A ja zastąpię. Kumple sobie pomagają – dodał ze zrozumieniem.
Nieznajomy popatrzył na kolegę badawczo. I szybko zdecydował:
- Dobra. Sześć dych. I zanieś jej drinia. Prosiła – poinformował.
Kolega Nieznajomego wydawał się zadowolony. Zarówno przed wejściem, jak i po wyjściu. I podobnie, jak Nieznajomy miał dość… nie dał rady udźwignąć brzemienia oczekiwań. Dobra nowina rozniosła się wśród męskiej części uczestników imprezy. Wszyscy chcieli pomóc. Przed drzwiami do pokoju Anki ustawiła się kolejka. Z driniami. Nikt nie dbał, czy Anka potrzebuje jeszcze drinia, czy nie. Czekał Adaś z Nauk Politycznych (miał do okazji „polityczne” podejście – dbał, jak skorzystać), Wiktor ze Stosunków Międzynarodowych (pozbawiony był zahamowań i uprzedzeń), Alek z Psychologii (interesował się życiem wewnętrznym), Marek z trzeciego roku Akademii Medycznej (w związku ze specjalizacją chciał sobie – jak potem mówił – tylko pooglądać) i Paweł z Filozofii (w celu rozważania teorii bytów) wraz z Piotrem z Iberystyki (lubił „na Hiszpana”).
Ostatni wyszedł Sławek – informatyk w akademiku. Zamykając drzwi od pokoju Anki mruczał do siebie ni to z podziwem, ni to z obrzydzeniem: „maraton, prawdziwy maraton”.
Anka, kiedy obudziła się rano, zauważyła pewne odmienności w stanie odzieży i ciała względem tego, co normalnie obserwowała po przebudzeniu. Nie wspominając o znaczącym wzroście popularności wśród męskiej części mieszkańców akademika, o którym mogła przekonać się zmierzając do toalety.
Aśka opowiedziała przyjaciółce przebieg zdarzeń, kładąc nacisk na słowa Anki:
„Aśka, jest zajebiście! Chodź do mnie, ale zajebioza! Będziemy się wszyscy bawić na maksa”.
Teraz Anka „ma zgryz”: złożyć zawiadomienie o popełnieniu przestępstwa i oczekiwać niepewnego – dla niej – wyroku Sądu, czy może cieszyć się nabytą popularnością.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Prawo-jazda
2009-11-23
|
Zeby służyć społeczeństwu nie wystarczy wola jednoistki. Do służby trzeba zostać powołanym. Bo tylko niektórzy z nas maja wystarczające kwalifikacje moralne i osobowościowe. Tacy, jak Anioł.
Biznes z Biurem Podróży, w którym Anioł oferował tak "dobra", jak "złą" podróż, kręcił się wyśmienicie. W całej dzielnicy Anioł zawierał z podwórkowym i szkolnymi dilerami umowy franchisingowe, gdyż okazało się, że odkrył niszę w rynku. Niezwykle dochodową. Każdy chętny – od trzynastu lat wzwyż - dostawał, za niewygórowaną cenę, pastylkę lub nieco proszku, który zabierał go w daleką podróż.
Działalność zakończyła się jeszcze lepiej niż zaczynała i przebiegała, ponieważ, w momencie, kiedy Anioł realizował zyski i rozważał udanie się po zakup nowego towaru i rozszerzenie asortymentu, do siedziby biur wtargnęły służby mundurowe i zabezpieczyły partnerów biznesowych Anioła. Zastosowały zarazem standardową technikę polskich służb, tj. „areszt wydobywczy”, co dawało Aniołowi 10 do 20 lat swobody zarządzania gotówką kumpli.
Współpracownicy, zgodnie z naukami praskiej ulicy, milczeli, ponieważ „kumpli się nie kapuje”, a nazwisk żadnego z polityków, o których dopytywały się służby, ani Zdzichu, ani Wiesiek, nigdy wcześniej nie słyszeli. Służby natomiast o funflach z kasyna - Piskowskim, czy Kunskim – z niewiadomych powodów słuchać nie chciały.
Zawiłe ścieżki życia
Nie miał zatem z kim Anioł prowadzić działalności, a na samotną aktywność nie miał ani ochoty, ani cierpliwości.
Szybko zaczęły męczyć Anioła Miłości problemy egzystencjalne: co robić w życiu, dokąd się udać? Był już po czterdziestce – może się ustatkować? Może nie ożenić, ale związać? Z dziewczyną. No i zacząć uprawiać jakiś zawód. Może już nie tak dochodowy, jak z Biurem Podroży, ale jakiś taki bardziej… godny. Zawód zaufania publicznego. O dużym prestiżu społecznym. Taki Krok dalej w CV familii.
- Może policjant?- zastanawiał się na głos Anioł: jak popił często mówił do siebie. Bo to była jedyna osoba, która go bezgranicznie akceptowała. Szybko jednak wzdrygnął się, jak przypomniał sobie opowieści dzielnicowego o ciągłych kontrolach trzeźwości funkcjonariuszy i uciążliwych sposobach unikania tych kontroli, względnie weryfikowania wyników.
- Sędzia tez nie, bo chodzi w wełnianej sukience i w lecie z majtów musi strasznie śmierdzieć śledziem – Anioł Miłości dalej snuł rozważania, co do drogi życiowej
- A może adwokat- rzuciła myśl mamuśka, która ocknęła się na chwilę z pijackiego letargu i z zapałem mierzwiła szczecinę porastającą jej uda – On Ci zawsze pomagał, mój Aniołku – rozczuliła się.
-No jak, matka? Przecież to studia trzeba mieć. A mnie z technikum prawie wyrzucili – Anioł skwapliwie podchwycil ideę, choć zdawał się – na pozór - być sceptyczny. Niech nie myśli sobie za dużo.
Mamuśka zafrasowała się na chwilę. W zamyśleniu wzięła butelkę Okęcia, odgryzła szyjkę i nalała sobie kufelek winka. Wypiła i o d razu jasność na nią spłynęła:
- To zrobisz synu te… studia. Czas najwyższy. A pieniądze jeszcze masz? – zainteresowała się – Bo trzeba mieć. Na studia i na aplikację potem. No i na winko, żeby oblać - zawsze była zapobiegliwa
- No mam, mam. Utarg z dwóch miesięcy. Z milion euro tego będzie – wyjawił przez roztargnienie – No i jeszcze zostało sześćset kilogramów tego złota, co dziadek zabezpieczył z getta.
- To pójdziesz do Łazowskiego – zadecydowała ostatkiem sił seniorka – Aplikacje zrobisz, a ….-tu zabrakło jej słów – czeladnikiem będziesz u mecenasa Kielca. Tego wiesz, posła – wyjaśniła oczywistość.
Lokata kapitału
Anioł Miłości był człowiekiem czynu. Kiedy po tygodniu skończyło się wino i wstępnie wytrzeźwiał, zaczął się szykować do załatwiania interesu. W głowie huczały mu słowa Ministra Edukacji, że wykształcenie to dziś najlepszy biznes, najlepsza lokata kapitału. To dawało Aniołowi do myślenia, bo nic nie daje takiej władzy nad ludźmi, jak
zabobon. Postanowił dobrze ulokować cześć funduszy zarobionych na dilerce i działalności przodków w gettcie.
Bez zwłoki wydezynfekował kolońską strategiczne miejsca ciała, przełożył majtki na świeża stronę, opalił nad gazem zarost. Pogładzi się po policzkach sprawdzając szorstkość. Spojrzał się krytycznie w lustro. Czegoś mu brakowało.
- O Qwa – jęknął – jasne. Goła klata.
Otworzył szafę. Wybrał odświętny sweterek, co go dostał od wuja Kononowicza. Naprężył przed lustrem członki sprawdzając, jak leży ubranie. W sumie nieźle było, z jednym tylko członkiem miał, jak zawsze na kacu, kłopoty.
Zaczął spokojnie oddychać i liczyć oddechy. Miał swój stary sposób: Wyobraził sobie łąkę. Pojedyncze kępy traw spowite nieśmiele promykami słońca. Wyższe łodygi pieszczone delikatnymi podmuchami wiatru. I ją…. Kozę. Łaciatą. Z dużymi, ciężkimi piersiami. Piękną. Dorodną. Drobiącą kozio kroczki, niczym edyta Górniak na scenie. Kozę, Która równie pieszczotliwie skubała trawkę, jak kręciła zachęcająco kuperkiem.
- Jesteś Małgośka – szepnął do siebie rozmarzonym głosem Anioł. Delikatnie wsunął rękę pod pasek spodni. Wnet poczuł rozkoszne mrowienie i poprawę w stanie kończyn. Był gotowy. Do wyjścia.
Szybko obrzucił wzrokiem swoją pakamerę, dokonując w myślach rozrachunku, co jeszcze powinien zrobić.
– Chajs – mruknął do siebie – Je bunny chajs. Spod szafy wyjął jedną reklamówkę Marks&Spencer. Zważył w ręce.
- Chyba starczy na czesne - mruknął do siebie.
Budynek robił wrażenie. - To tu - pomyślał - wiara w autorytety powoduje, że błędy
autorytetów stają się wzorcami.
Może to spowodowało, że jak tylko wszedł do środka przez oszklone drzwi, bezbłędnie znalazł drogę do sekretariatu Rektora: zawsze, siódmym zmysłem, odziedziczonym po przodkach, potrafił wyczuć alkohol.
W walce o wiedzę
- Dobry – ściskając reklamówkę z przepustka do elity narodu zagaił przyjaźnie do zaskoczonej sekretarki, poprawiającej właśnie zmierzwione włosy łonowe. Zdawała się propagować hasło, zgodnie z którym najbardziej dziwacznym ze wszystkich zboczeń seksualnych jest zachowanie wstrzemięźliwości. – Ja uczyć się chcę- zakończył gajenie porównując w myślach sekretarkę z kozą Małgośką. Skrzywił się z niesmakiem, bo porównanie wyszło niekorzystnie. Dla sekretarki.
- Dzień dobry – dziewczyna zręcznie zatuszowała zmieszanie –Oczywiście. Mamy wolne miejsca – wyjaśniła. Tylko u nas płacić trzeba. Za każdy semestr pięć tysięcy – rzekła taksując znak towarowy Kononowicza i oceniając Anioła w miejscach, gdzie jego przydatność jako reproduktora uwidaczniała się najbardziej.
- A dobra – ucieszył się Anioł – to ja wezmę …. dziesięć semestrów - szybko obliczył na kalkulatorze. – I jedną magisterkę. Na miejscu – dodał.
- A magisterkę od razu? – Pani się zafrasowała tak bardzo, ze odruchowo zabrała się za mierzwienie, którego poniechała, ponownie – To…. Z Rektorem trzeba osobiście – zadecydowała.
Drugie drzwi w sekretariacie otworzyły się
-Co się dzieje Pani Anetko – zainteresował się dystyngowany Pan z niedopiętym rozporkiem, przez który zdawał się wyglądać desygnat przeciętnego polskiego parlamentarzysty.
- Aaa…. Pan chciał odebrać dyplom – dziewczyna uprościła sprawę – No, egzaminy zdać wszystkie w jednej sesji. Eksternistycznie – mrugnęła okiem
-AA! Eksternistycznie – Pan spojrzał życzliwiej i uśmiechnął się kordialnie – to zapraszam. To lubię. Do mnie. Nauka to poważny interes. Poważna inwestycja w samego siebie. A poważne interesy trzeba robić przy poważnej atmosferze.
Anioł wszedł do środka. Otoczył go swoiski zapach znany z dzielnicy: przetrawionego alkoholu, starych petów i skarpetek.
- Pan siada – padło zaproszenie – Whisky, łosoś, orzeszki, czy kalafior?
- Eee, może być czysta. I z dwie kostki cukru, żeby zagryźć – zamarzył Anioł
- To rozumiem, swojak – ucieszył się Rektor nalewając do kubków – No i?- rozpoczął dyskusję
- Adwokatem chcę być i studia potrzebne- wyłuszczył Anioł
- Znaczy z aplikacją razem?- Rektor dociekał – A patron jest?
- No jest i będzie – wyjawi Anioł – mecenas Kielce. Poseł
-Poseł? a znamy, znamy. Nie widzę problemu z aplikacją – Rektor stał się jeszcze bardziej rzeczowy i życzliwy. Egzaminy razem... To będzie 50 tys. Plus dodatek 100 tys za eksternistyczny tryb i 25 tys – koszt podręczników. Praca magisterska w trybie eksternistycznym – 100 tys. plus koszty napisania. Razem 275 tys.
- A aplikacja? – Anioł zawsze był skrupulatny, kiedy myslał o przyszłości
- Ja wiem, ze poseł – tłumaczył się Rektor – ale my nie możemy wszystkiego za darmo zrobić. Egzamin wstępny – tyle, ile na rynku: 150 tys. końcowy – tyle samo. Koszt aplikacji, ze względu na osobę posła Kielce, z którym łączą naszą uczelnię więzy sympatii.... to będzie prezent od naszej uczelni. Z prośbą oczywiście – tu Rektor zastrzegł się – o pamięć przy dalszej praktyce.
-To będzie – Anioł wyjął kalkulator – 600 tys.?
- Tak, dokładnie – Rektor skwapliwie podchwycił skrupulatność wyliczeń nie prstując niewielkiej omyłki
Aniol wyjął dwie paczki z reklamówki i resztę, z wyraźnym żalem, położył reklamówkę na biurku.
-To kiedy mam przyjść po dyplom?- lubił kończyć sprawy za jednym posiedzeniem
- A nie, niech Pan się tym nie martwi – Rektor był bardzo kordialny – Indeksy, papiery ukończenia, prace i dyplom prześlemy pocztą. Za dwa tygodnie. Za kolejne dwa, po wpisie na listę adwokatów, prześlemy legitymację adwokacką
-To miesiąc razem – Anioł zaniepokoił się – tak długo? Oj nie staracie się w tej szkole. Nie staracie – zasępił się.
- A tak - Rektor pokrecił z dezaprobatą głową – wie Pan, ci biurokraci. Za grosz nie potrafią się poznać na wartości człowieka. Tylko papierki i papierki.... Gdzieś tu umknął człowiek. Ale my się nie damy, człowieka zawsze znajdziemy- Rektor popatrzył na reklamówkę z rozczuleniem.
Na własny rachunek
Mecenas Kielce patrzył na Aniola Milosci z aprobatą równą tej, z którą patrzył na niego uprzednio Rektor: Anioł miał solidne zaplecze, gruntowne wykształcenie, wrodzone maniery służebnika społeczeństwa. Ba! Nawet wiek - kilka lat po czterdziestce - zdawał się być idealny na rozpoczęcie długiej i owocnej kariery profesjonalnego pełnomocnika, nie wspominając o otwarciu pierwszej kancelarii. Tuż obok Mecenasa Kielca, bo jako doświadczony patron, chcial mieć adepta z takim zapleczem finansowym i bagażem doswiadczeń, jakie miał Aniol Miłości - przy sobie. Anioł miał ta cechę charakteru, która predystynowała go do roli wybitnego prawnika, że bez trudu był w stanie każdemu obiecać wszystko to, czego namiastki nawet, inna osoba nie byłaby w stanie - dać.
Bez wątpienia to był nieoceniony nabytek, który dobrze rokował na przyszłość polskiej Palestry!
Niepokój mecenasa budziło - oprócz tego, że Anioła przejmie korporacja radców prawnych -tylko wykształcenie Anioła Miłości. Nie żeby brak wiedzy, czy solidność tego wykształcenia: to było poza sporem. Anioł dysponował bowiem niepodważalnymi papierami uczelni o niekwestionowanej renomie, pod którymi podpisał się sam profesor Byrz (…) ykowski. Zresztą sam Rektor wspominał o Aniele, jako o wyróżniajcym się studencie i przyszłości Państwa. O tym, który był tak dobry, ze wysyłanie go jako stypendysty „Fullbrighta” mijało się z celem. Mecenas Kielce aplikacji nie kwestionował też, ponieważ Anioł odbył ją pod jego kierunkiem. Że krótka? Niektórzy potrzebują więcej, a niektórzy mniej nauki - jak mawiał posel-mecenas Kilece- to nie kmunizm. Od dwudziestu lat mamy wolną Polskę. Dla każdego tyle, ile potrzebuje, a nie po równo.
Mecenasa nurtowało co innego: jak Anioł da sobie radę, skoro środowisko, po tak błyskawicznej aplikacji, nie miało okazji go poznać. Mogą myśleć, ze to prowokator. Albo od Ziobry. I dlatego mecenas załatwił Aniołowi tą kancelarię naprzeciwko siebie.
Tak to już jest, że nieszczęścia chodzą parami, więc, jak tylko Anioł otworzył kancelarię, przybyli do niej tez pierwsi klienci
- Dzień dobry - zaczał dystyngowany nieznajomy - Jestem Władysław Jagiełło. Mecenas Kielce, mój dobry znajomy, polecił mi Pana Kancelarię
- Dobry - Anioł Miłości zrewanżował się uprzejmością - Pan siada. Czym mogę służyć?- zainteresował się Anioł - wódka, wino, piwo?
- Hmmm- Jagiełło wydawał się skonsternowany - Ja właściwie w innej sprawie. Ale może na poczatek, rzeczywiście, żeby się dobrze rozmawiało... Może whisky?-poprosił
- Maryśka? - zawołał Anioł do szczerbatej dziewicy wydłubującej sobie właśnie resztki wkładki mięsnej drugiego śniadania z zębów - whisky i czyściocha! Ino szybko, gorąca rybko!
Maryśka była przygotowana na najdziwniesze życzenia gości Anioła Miłości. Dlatego oprócz pudełka wazeliny, prezerwatyw z kolcami i kajdanek, miała w szufladzie "towary specjalne" - jak to nazywała. Miedzy innymi suszoną whisky, tj. herbatę, którą wpierw parzyła, a potem mieszała ze spirytusem technicznym marki Royal, uzyskiwanym od znajomych Czeczeńców. Tym razem sprawa trunku była prostsza niż zazwyczaj, ponieważ Maryśka dysponowała zapasem zaparzonej herbaty z poprzedniego jeszcze dnia.
- Wyśmienita – delektował się Jagiełło - jaka to? Nie piłem jeszcze- dopytywał się
- Earl Grey Whisky - Anioł nie szczędził wiedzy, jako i mu nie szczędzono. - Siedmiokrotnie oczyszczana, a mikstura podgrzana i poddana blendingowi - wyjawił tajemnicę produkcji
- Taak...- cmoknął z zachwytem klient- No, ale do sprawy -dodał. Jestem spadkobierca króla Polski. Pan wie? - zapytał
-Noo. ...- Anioł w trudnych chwilach nie odkrywał kart
- No nie w linii prostej i nie z ostatniej dynastii - sprecyzował - ale jestem. To coś mi się należy z tego powodu? - chciał się utwierdzić w słuszności swoich żądań
- Noo...- Anioł zwykł powielać taktykę, jeśli była skuteczna
- I kiedy, podczas pobytu w szpitalu na Sobieskiego w Warszawie uznałem, że jestem człowiekiem najnormalniejszym pod słońcem, to ogarnął mnie strach i całą zimę spędziłem na czytaniu tomisk z zakresu psychiatrii. I wyszło mi, że wszelkie moje problemy wywodzą się z tego, ze nie uregulowałem swoich spraw. Rodzinnych. Spadkowych. Majątkowych. Pan wie, co to znaczy?- Jagiełło bardzo chciał spotkać bratnią dusze.
- Nooo..... - Anioł patrzył na klienta z miną szczeniaka
- No widzę, ze Pan wie - ucieszył się Jagiełło - To powie mi Pan, jak ojcowiznę odzyskać? Ja nie robię tego dla pieniędzy, tylko dla zasady. To i nie chcę całości, co mi się nalezy. Wie Pan, dżentelmeni nie dbają o pieniądze. A ja jestem dżentelmenem. Chciałbym może Mazowsze, Małopolskę no i....- tu zawahał się - żeby na wakacje pojechać nad morze. Jodem pooddychać. Może Gdańsk, Sopot i Juratę, co? Bez Gdyni, bo to robotnicze miasto, a ja proletariatu nie lubię. Krnąbrny jest.....Pomoże Pan?
- Noooo..... Tak - Anioł bezbłędnie wyczuwał odpowiednie momenty
- To co trzeba zrobić?- Jagiełło był w gorącej wodzie kapany
- Pan? - Anioł był zdziwiony, bo rola klienta była sprecyzowana w jego świecie - Pan to tylko zapłacić. A ja? - zastanowił się - to trudna sprawa. Skomplikowana. Bo wiele pokoleń było. A i majątek duży: nikt nie lubi oddawać dużego majątku - wyjaśnił. - W ogóle to trzeba napisać wniosek o stwierdzenie nabycia spadku. To ja napiszę, a Sąd zbada - poczuł przypływ solidarności z klientem, bo Państwo wyrządziło mu tyle krzywdy w życiu: począwszy od przymusowej edukacji w szkole podstawowej, poprzez przymusowe leczenie, a skończywszy na nakładani wysokiej akcyzy na alkohol. A nic tak nie jednoczy jak wspólny wróg.
- A ile trzeba płacić? - zainteresował sie klient
- A wie Pan... - Anioł był ostrożny - Sprawa trudna i skomplikowana jest. Bardzo trudna. Niech Pan zbiera pieniądze. Jak wygramy, to myślę, ze jakieś 25 procent wartości przedmiotu sporu dla mnie - wyjawił Aniol - No ile takie Mazowieckie, czy Małopolskie może być warte - zastanawiał się Anioł - - Miliard, dwa miliardy?
- Strasznie dużo - Jagiełło trochę się wzburzył. Nie zdawał sobie sprawy z wartości dóbr, bo, jak wskazał, był dżentelmenem.
- Majątek wielki, to i koszta wielkie - Anioł uznał za stosowne uciąć dyskusję - Na początek wystarczą jakieś srebra rodowe, biju... No i wdzięcznosć - dodał
- A jak przegram- niepokoił się Jagiełło?
- Bóg mi wybaczy. To jego fach.- rozwiał wątpliwości klienta Anioł. W takiej właśnie sytuacjach diabeł go kusił, żeby uwierzyć w Boga. Lecz nie miał siły, by tym samym mózgiem myśleć i wierzyć. – Zresztą ja nie przegrywam – dodał – najwyżej nie wygrywam. Tego natomiast, co przy okazji sobie pomyślał, nie wypowiedział na glos.
Zajął się wirtualnym liczeniem korzyści, które miała mu przynieść sprawa.
Tak … Regent Prezydent Anioł Miłości, to było to.
No bo kto, jak nie on?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Bad mistake
2009-10-28
|
Sierżant Mariusz O., teraz żołnierz VI zmiany Polskiego Kontyngentu Wojskowego, wiedział, że Miejscowi mu to pamiętają. I są mu za to wdzięczni.
Za to, jak w czasie misji w Ajiristanie, w północno - zachodniej części prowincji Ghazni, kiedy był żołnierzem I zmiany Kontyngentu, znalazł na pustkowiu wycieńczonego bojownika talibskiego.
Bojownik, a właściwie chłopak jeszcze, bo nie skończył szesnastu lat – jak się potem okazało – miał złamane nogi i ranę postrzałową brzucha. I dziecięcą, rozkoszną bliznę na policzku. Patrzył na Marka, bo wiedział, co go spotka. Wzrokiem prosił o łaskę: żeby to nie trwało zbyt długo, żeby nie męczyli, żeby tylko kula w łeb.
Mariusz popatrzył na młodego taliba. I jeszcze raz popatrzył. On tak przypominał mu syna, którego zostawił w Polsce.
Mariusz gwałtownie poderwał się na nogi. Wziął saperkę. Gwałtownie wbił w twardą ziemię i wykopał dziurę. Nie bacząc na przerażony wzrok Pasztula, wrzucił do dziury jego kałasza. Potem granaty, bagnet i tetetke. Zasypał.
Za pomocą radiotelefonu wezwał śmigłowiec sanitarny.
Popatrzył jeszcze raz, na koniec, głęboko w oczy nic nie rozumiejącego Pasztula. I powiedział:
- Zabiorą Cię do szpitala. Tam wyleczą. Wrócisz do swoich - pomilczał przez chwilę i dodał, jakby na usprawiedliwienie - Mam syna w Twoim wieku.
A swoim podkomendnym wyjaśnił:
- Wy, morda w kubeł. Jak dwa tygodnie temu zastrzeliłem wahabita… taki wiecie brodaty był, w kubraku. No i coś taszczył… jak dla mnie - pewnie bombę... To potem odwołali nam Wigilię i powiedzieli, że w tym roku znowu będzie bez Św. Mikołaja… To co, chłopcy? Jak tego byśmy odstrzelili, to by było bez Nowego Roku?- sierżant zadał pytanie retoryczne.
Pasztun zdawał się rozumieć. Tak, jak zresztą reszta żołnierzy. Oczy zaszkliły mu się łzami wdzięczności. Pokonując ból, pełen psiej wdzięczności, schwycił dłoń Mariusza O. i przytulił do piersi. Niczym dłoń ojca, którego stracił zbyt wcześnie, by dowiedzieć się, co to życie w pokoju.
Ostatkiem sił, łamiącym się głosem wykrztusił:
- �ż�ł�ż�Łكون �ż�Żا�ż�Śما ممتنين لك. ص�ż�Żيقي. �ż�Żا�ż�Śما. �ż�Łينما. . كنت الوفا�ż�Ą
(Zawsze będę Ci wdzięczny. Mój przyjacielu. Zawsze. Gdziekolwiek Cię spotkam).
Wszystkich żołnierzy bolało rozstanie tych dwojga, choć wiedzieli, że spotkali się dopiero przed chwilą. A tych obydwu dręczyło pytanie: czy kiedykolwiek się spotkają?
Została im tylko nadzieja na wybryk losu.
VI zmiana była ciężka. Dla każdego z misji, nie tylko dla Sierzanta Mariusza O. Wyżyna Haradżat to nie było miejsce dla dzieci: do sierżanta powoli to docierało. Prowiant kończył się, wody czystej nie było. Łączności też. Wszędzie tylko skały i wiatr. Dziesiąty dzień szli za tą grupką Talibów.
Weszli do jakiejś wioski. Stanęli na placu.
Nagle, jak na komendę, z otworów okiennych wyjrzały na światło dzienne lufy. Czego tam nie było: i kałasze i M-16, i obrzyny i skałkówki. Nawet bazooka.
Z drzwi od głównego budynku wyszła jakaś postać. Dziwnie znajoma.
Mariusz przyjrzał się bliżej.
- Nieeee, to niemożliwe - pomyślał – tyle czasu… Ale oczy te same, wiek ten sam. Nawet blizna na policzku ta sama.
Poznał. I natychmiast rozkazał:
- Chłopaki, jest w porządku. Opuścić broń!
A sam szybkim krokiem ruszył do postaci. Jednocześnie mówił:
- ابني. كنت �ż�Łع�ż�ąف �ż�Łن نلتقي. �ż�Źي�ż�Żا كيف كنت. كذلك. الكثي�ż�ą من الوقت ، وقلبي لم تتغي�ż�ą.
(Mój synu. Wiedziałem, że się spotkamy. Jak dobrze, że jesteś. Jak dobrze. Tyle czasu, a moje serce pozostało bez zmian.)
Mężczyzna spojrzał na sierżanta. Gwałtownie cofnął się. Podniósł kałasza do biodra, nacisnął spust i władował serię w brzuch zbliżającego się sierżanta.
Sierżant przewrócił się. Leżał na plecach łapiąc okruchy życia i chrapliwie walcząc o każdy oddech.
Patrzył na Taliba ze zdziwieniem i zaskoczeniem.
Talib zmienił magazynek, zbliżył się i strzelił sierżantowi w głowę.
I w tym samym czasie dotarło do sierzanta: to nie był ten sam Talib!
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Futro
2009-10-28
|
Mój tata, Andrzej, był bokserem. Zwyciężał wszystkie walki. Przed czasem. Był tak dobry, że miał problemy ze znalezieniem partnerów do walki.
Bano się go.
Żeby nie wyjść z wprawy musiał szukać okazji do walki na ulicy. Ale nawet tam nie było mu łatwo: szybko zdobył sławę lokalnego pogromcy i znowu wszyscy zgadzali się z nim.
Żeby wyrównywać szanse dawał więc swoim przeciwnikom fory. Najczęściej walczył po alkoholu, bo wtedy osłabiał mu się refleks.
Co z tego, kiedy i tak zawsze wygrywał.
Zaczął więc po pijaku atakować przeciwników, którzy mieli przewagę liczebną.
Na próżno: wprawdzie dłużej to trwało, lecz nie uniemożliwiało mu odniesienia kolejnego zwycięstwa.
Potem doszły profesjonalne „ustawki” z kibicami wrogich i zaprzyjaźnionych klubów piłkarskich. Najczęściej w parku, obok warszawskiego ZOO. Tam, tuż przy wybiegu dla niedźwiedzi brunatnych, gdzie spokojnie.
Niestety! Wkrótce nawet kibice klubów piłkarskich – nawet ci spod żylety – zaczęli patrzeć na Tatę z bezbrzeżną miłością.
Pokochali go tak mocno, że z trudem dali się namówić na ostatni sparing. Tam gdzie zawsze, a nawet w lepszym miejscu. Bo w opustoszałym wybiegu dla niedźwiedzi.
Walka trwała, nawet, jak na tatkę w stanie upojenia, długo. Bardzo długo.
W końcu wyszedł i prawie bez słowa poszedł w kierunku domu. Zostawił nawet wino.
Powiedział tylko:„Stary już jestem. A ten w futrze nieźle walczył”.
Od tej pory ojciec już nie wychodzi na dzielnicę. Nie bije się. Siedzi w domu głównie.
I tylko kiedy matka raz w roku, na Wszystkich Świętych, wyciąga futro z norek, w ojca złe wstępuje i przypomina sobie dawne czasy.
Czasy chwały.
Albo może i więcej teraz: bo bije za te wszystkie niepowodzenia, które go spotkały w życiu.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Dzień babci
2009-10-12
|
Skończyła lepić pierogi. Odgarnęła kosmyk włosów, który uparcie przesłaniał jej widok. Jeszcze tylko herbata dla wnusia i będzie wolna. Dwie łyżki cukru. Ha, mały jest przekonany, że trzy. Tak ja prosił. No ale po co ma truć się od dziecka?
- To ja idę – zawołała przy drzwiach – Herbata na stole, pierogi ugotuje Ci mama. Jak przyjdzie. Nie czekajcie, wrócę dziś późno – dodała
- Musisz już iść? – szczupły dziewięciolatek miał oczy sarny, która zamierza się rozpłakać
- Muszę – mimowolnie zacisnęła doń na framudze, bo zawsze się stresowała, kiedy nie mówił całej prawdy wnuczkowi - Zaproponowali w firmie, ze mogę dorobić, jak odejdę na emeryturę. A pieniądze są nam potrzebne – zdradziła z wyraźną i przekonywującą niechęcią i smutkiem.
- Może pójdę z Tobą – zapytał z tajoną nadzieją – coś pomogę, albo co.
-Nie, nie tym razem – Babcia była stanowcza – To nudna praca biurowa, przekładanie papierów, liczenie segregatorów, ilości spinaczy zużytych i niezużytych. Jak to księgowa. Idź się lepiej poucz albo pogłaszcz psa. Albo polep sobie ludziki z plasteliny – Babcia zawsze miała dobre pomysły na interesujące spędzenie jesiennego popołudnia. – Zresztą pierogi wzięłam tylko dla siebie – usprawiedliwiła się dodatkowo, usiłując jednocześnie zakryć ciałem odciśnięty w drzewie framugi ślad jej dłoni.
*********************************************************************************************************
Babcia była wdzięczna Firmie: nienawidziła nudy i marazmu. A z chwilą przestąpienia przez próg zaczynała odczuwać małpią ekscytację.
- Dobry – przywitała się portierem – ja na szkolenie. Zzzz – zawahała się i szybko rzuciła okiem na kartkę trzymaną w dłoni – … z „informatycznych technik manipulacji” – dokończyła na tym samym wydechu.
- Sala numer 666. Zajęcia zlecone przez Ministerstwo Sprawiedliwości – portier zawiesił głos - Nowy system resocjalizacji – popatrzył na nią z żalem. Przyzwyczaił się do niej. Jak to nieprofesjonalista.
***************************************
***************************************
Przekroczyła próg. Drzwi zamknęły się samoczynnie. Słychać był szczęk przesuwanych automatycznie rygli. Dwudziestu facetów.
- Dzień dobry. Nazywam się Esmeralda Kawałek. Będziemy tu przerabiać „informatyczne techniki manipulacji” – zażartowała.
- Bardzo nam miło uczestniczyć w zajęciach – zrewanżował się żartem zbok z pierwszej ławki, wstając zarazem – Czy zobaczy Pani, jak działa mój komputer? – zapytał się, jak na dżentelmena przystało
-Dobrze – babcia zbliżyła się nieporadnie. Dokuczał jej ten artretyzm
Zbok błyskawicznie zrzucił spodnie i wymachując przyrodzeniem zagaił– Niezły sprzęt, co lalunia?
- Przepraszam, wzrok mam słaby – babcia wydawała się zmieszana wzrokową nieporadnością. Wyciągnęła szybko rękę, schwyciła komputer i dynamicznie przybliżyła do oczu. Fakt ten zbok oznajmił donośnym okrzykiem, które wcale nie ucichło tak szybko, jak się pojawił.
- Fajny sprzęt, kolo. Rzeczywiście, rośnie w oczach. Tylko zasilanie się naderwało – babcia była w dalszym ciągu zmieszana swoją nieporadnością. Tym razem ruchową.
- Jest tak chłopaki - postanowiła wyjaśnić sytuację – przysłało was tutaj Ministerstwo, w ramach terapii i resocjalizacji. Ja jestem prowadzącą zajęcia. Co więcej, ja jestem jedyną osobą, która zna kod, by z tej Sali wyjść. Musicie mnie przekonać, bym wam podała ten kod. I zaliczyła zajęcia….
- A zajęcia z komputerów?– jeden był ciekawski-
Babcia przybliżyła się do niego, uśmiechając czule. Stanęła obok.
- Spójrz tu, na klawiaturę – poprosiła
-Tu?
-- Nie, troszkę dalej. Weź nachyl się – poprosiła dalej. Po czym schwyciła ciekwskiego za kark i zaczęła – w rytm uderzeń głową o klawiaturę - zadawać pytania: „kto tu prowadzi zajęcia?, kogo trzeba słuchać?, kto ma rację?”. Po dwudziestu uderzeniach przestała: miała zasadę – nie biła nieprzytomnych.
- O czym to ja mówiłam, moje dzieci kochane….. A jest tak: przysłało was tutaj Ministerstwo, w ramach terapii i resocjalizacji. Ja jestem prowadzącym zajęcia. Co więcej, ja jestem jedyną osobą, która zna kod, by z tej Sali wyjść. Musicie mnie przekonać, bym wam podała ten kod. I zaliczyła zajęcia. Wrócić na łono sprawiedliwości jest łatwiej, niż pić wódkę. Bo wódce niektórzy rzygają. Podstawową techniką manipulacji jest przemoc, właśnie przerobiliśmy ją w praktyce. Jakieś pytania?
- Przecież to nieludzkie, pobiła Pani do nieprzytomności człowieka. Z premedytacją.
Babcia zbliżyła się:
Jak Pan nazywa się?
- Radek Polanowski – odpowiedział dumnie pytający
- Za co?
-- Za stosunek z trzynastolatką. – zaczerwienił się - Ale za jej zgodą- dodał – liczyła na karier aktorska- wyjaśnił jeszcze.
- No tak. Właściwie ma Pan rację- zafrasowała się babcia – znaczy za niewinność. – Drugą zasadą, o której chciałam powiedzieć, jest reguła wzajemności . Od małego nas uczyli że należy za wszystko dziękować. Bo jak nie to może się to wiązać z przykrymi emocjami. W sklepach bardzo często stosuje się na przykład darmowe próbki, nie są rozdawane po to by ktoś się mógł "najeść", ale po to by poczuł wdzięczność i w ramach podziękowań zrobił zakup.
- Zatem zapraszam Panów do zakupów w sklepie Pana Radka – babcia dokończyła z zadowoleniem – On jest już wielkim reżyserem i na pewno chciałby zostać wielkim aktorem, trzeba mu pomóc. Liczę na Panów, Kto pierwszy pomoże Panu Radkowi, dostaje zaliczenie zajęć, bez konieczności uczestnictwa w dalszych zajęciach.
Nastąpiło pospolite ruszenie. Bo każdy chciał przyłożyć się do realizacji zasady wzajemności.
Tylko Babcia, obserwując wydarzenia na Sali i dokumentując je skrzętnie aparatem wyciągniętym z przepastnej torebki, mówiła szeptem do siebie: „nigdy nie zrozumiem tej zasady”..
******************************8
*******************************
- Cześć Babciu! Już wróciłaś? – dziewięciolatek był wyraźnie zmieszany
-A cześć wnusiu. Udało mi się szybko dzisiaj załatwić. Wiesz, budynek idzie do służby zdrowia, to wszystko oddajemy na makulaturę. Nie ma potrzeby liczyć, tylko od razu wieziemy i palimy na wysypisku. Takie tam akta, faktury… - babcia przerwała, bo rzuciła okiem do przedpokoju. Zatrzymała się – Ktoś jest u Ciebie?
- A tak, jest Małgosia przyszła z Jarkiem. Tym wiesz, ministrantem, co u księdza Zbyszka służy do mszy- wnuczek się zaczerwienił jeszcze bardziej – my działamy w kółku teatralnym i teraz wiesz, robimy przedstawienie o tym …… no… Polanowskim, co pedofilem był. Żeby się wczuć w sztukę to musieliśmy wrócić do korzeni wydarzeń i zrobić wizję lokalną: żeby zrozumieć.
- Małgośka, koniec próby, ubieraj się!- wrzasnął wnuczek.do roznegliżowanej trzynastolatki.
I dodał:
- Bo to wszystko dla Ciebie babciu, z okazji Dnia Babci- zaczerwienił się jeszcze bardziej.
- "Kochane maluchy" - pomyślała babcia
- "Kochane maluchy" - pomyślała trzynastolatka
- "Kochany teatr" - pomyśleli wnuczek z kolegą
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Miłość ojcowska
2009-10-09
|
To wyjątkowy dzień, bo miedź o 20 % w górę, a złoto na szczycie od trzech dni.
Wiesiek doradca inwestycyjny działał w zespole, gdzie Każdy wiedział jak znaleźć to, co potrzebuje: wolumen, kurs otwarcia i odniesienia. Błyskawiczne transakcje kupna i sprzedaży.
Nie , jeszcze nie teraz. Jeszcze chwilę.
Zysk na banku 26 %, podwójne widły. Strata na Orlenie – wyszły transakcje na papierach wartościowych. No i te cholerne kontrakty: gra na spadki chłopaków z pejsami. W rocznicę upadku Goldmana!
Wiesiek doradca rozgrzewał się, lubił to. Dotknął nogą miecza pod biurka. Katana. Dal 50 tys. za niego. Jego też lubił.
Te chwile zwłoki. Oczekiwania drażniącego jądra.
Nie , jeszcze nie teraz. Jeszcze chwilę.
Wszedł kierownik:
-Mam dwie wiadomości: dobrą i lepszą. Od której mam zacząć? Od dobrej? Ok.; dostaniecie po 15 tys na osobę premii w tym miesiącu za wyniki.
- A lepsza? Mamy przejęcie, trzeba przypilnować. Zostajecie dziś dłużej. Do odwołania. 50 proc z tego, co zarobicie to wasze. No i catering na koszt.
***
Wiesiek makler ucieszył się.
Jeszcze chwilka, jeszcze, żeby chociaż kasę dostać.
Będzie mógł kupić synkowi wymarzonego quada. Nareszcie…. Mały tak bardzo go chciał.
- A, jeszcze jedno – szef zatrzymał się – nadzoruje wszystkich Najlepszy. To jest Wiesiek Doradca, on nigdy nie zawodzi. Pilnuje porządku do końca.
Wiesiek uśmiechnął się z miłością: przed oczami pokazał mu się ukochany synek. I quad, i praca, gdzie był tak potrzebny. Ze znowu dziś o trzeciej wyjdzie. W nocy. I znowu pojawił się synek. Uśmiechnął się do niego. Dziś ma urodziny. Zadzwonił i powiedział mu tą tajemnicę. I czeka na tatę. Tatuta, tak go nazywał. I tak bardzo chciał mieć tego quada. …
Pierdolona kupa złomu!
Wiesiek wyciągnął miecz w tym samym momencie, kiedy wstawał. Nie tracąc impetu „zdekapityzował” szefa. Kopniakiem umieścił głowę w torbie na drugie śniadanie. Na potem? Korzystając z zaskoczenia, jakie wywołała wśród współpracowników jego postawa, przeszedł pomiędzy ich biurkami ze sprawdzonym skutkiem, którego doświadczył szef. Przeżył chwilę rozterki przy blondwłosej sekretarce szefa, takiej miej „cielęcince”, lecz…. . Poczucie sprawiedliwości zwyciężyło i jednym ruchem ręki uniemożliwił jej dołączenie do licznego grona kobiet pokrzywdzonych przez małżeństwo.
Nie ucichły jeszcze odgłosy, które zdawały się być wyrazem kontestacji jego zachowania, kiedy wypadł z zakrwawionym mieczem na ulicę.
W pędzie boskiego wiatru biegł przed siebie, korzystając jednak z nadarzającej się okazji zaprowadzenia sprawiedliwości.
Wiosłował mieczem poprzez ludzką ciżbę, bez zbytniej dokładności, finezji, czy estetyki. Ucięta głowa, odrąbana ręka. Sztych w tętnicę udową. Próba przerąbania przez obojczyk. Raz udało mu się – na przejściu dla pieszych, blisko domu – spróbować uderzenia, o którym czytał w mądrych księgach: zaczyna się od obojczyka. W drugą osobę miecz wchodzi na wysokości klatki piersiowej – trzeciego żebra. Kończy się na biodrze osoby trzeciej. Tylko ten kłopot z wyplątaniem klingi z jelit tej „trzeciej” popsuł mu nieco satysfakcję z dobrze wykonanej roboty. Raził zmysł perfekcyjności doradcy inwestycyjnego.
W windzie spotkał jeszcze sąsiadkę – tą wredną, której pies szczekał. Dawno jej nie widział, lecz wspomnienia odżyły i skorzystał z okazji. Nie miał miejsca na zamach, więc konwencjonalnie zarżnął ją nożem. Psu przegryzł gardło. Miał jeszcze odrobię czasu, więc pozwolił sobie na chwilę spontanicznego seksu, na który od dawna czekał.
Punktualnie o dziewiętnastej stanął przed drzwiami mieszkania. Zdążył. Na urodziny syna. Poprawił fryzurę, wypluł kawałki sierści psa, które przylgnęły mu do ust. Miecz schował pod marynarkę. Pełen oczekiwania i nadziei zadzwonił:
- Kto tam- poznał glos żony
- Ja- wyjawił
-Jaki ja? – żona nie zrozumiała
- Ja … Wiesiek doradca – przedstawił się tak, jak zwykle to robił
- Aaa.. Tyyy .. No nie spodziewałam się- żona była chyba ucieszona
- Nie?- zdziwił się – urodziny syna przecież…
- No tak, ale przez ostatnie trzy lata nie pamiętałeś. Odkąd kupiłeś tą kawalerkę blisko pracy, to w ogóle rzadko Cię widywałam. Szczerze mówiąc – zona zawahała się – ostatni raz dwa lata temu
- Jak ten czas leci – Wiesiek usiłował zamaskować zmieszanie – Maly zadzwonił – wyjaśnił
-- A, to co innego – żona przyjęła to do wiadomości – wejdź. Ale wiesz, żeby małemu nie było przykro, ze nie ma taty.. no wstyd przed kolegami, to poprosiłam Tomka „Kola”, tego z CBA, żeby udawał tatę. No i udaje. Już chyba dłużej niż rok. Dobrze udaje, bo termin mam na siódmego – wyjaśniła żona
-Tata! Tata, nareszcie jesteś – rozległ się glos w przedpokoju –Bałem się, ze już nie przyjdziesz – szczerbaty ośmiolatek był wyraźnie wzruszony
-Witaj synu- powiedział kordialnie Wiesiek – quada nie udało mi się kupić, ale mam dla Ciebie coś specjalnego
- Co – zaciekawił się maluch
- A zobacz – Wiesiek podał synowi torbę sniadaniową
- Nie mogę – jęknął maly z zachwytem – głowa!
-Prawdziwa – wyjaśnił ze znawstwem Wiesiek – Będziesz mógl koleżanki straszyć, albo co…
-Koleżanki?- super zachwycał się mały
- I w kręgle grać – dodał - tylko musisz zakonserwować solą, żeby much nie zalęgły się. Bo będzie śmierdzieć i agent Tomek sobie pójdzie – zagroził.
- Pójdzie? – ucieszył się maluch – Tatusiu kocham Cię – przytulił się calym ciałkiem do zakrwawionego Taty
- Ja też Cię kocham – odpowiedział Wiesiek - nie wiedzieć czemu wbardzo wzruszony |
|
Komentarzy:
0
|
|
Chuć i Bezduszność
2009-10-06
|
Nadszedł czas próby Wymiaru Sprawiedliwości. Albowiem, zatrzymana w 2007 roku przez CBA Beata Sawicka stanęła w końcu przed sądem. Znikoma wiarygodność zarzutów korupcyjnych zostanie potwierdzona w postępowaniu przed sądem.
Wreszcie ujawnione zostały okoliczności tej ciemnej sprawy. Bo agent CBA nie tylko nakłaniał ją do wzięcia łapówki! On także "przekroczył granicę intymności, obsypywał mnie pocałunkami" – jak ujawniła w końcu w sądzie. Gdyby ta okoliczność była znana prokuratorowi wcześniej, kto wie, jak zakończyłaby się sprawa: może do Sądu wpłynąłby też akt oskarżenia przeciwko agentowi CBA o naruszenie nietykalności cielesnej lub nawet o gwałt. Okoliczność ta jest możliwa, zwłaszcza ze względu na obecny stosunek posani do sprawcy.
Beata Sawicka to uczciwa kobieta. Przyznała, że niektóre fakty opisane w akcie oskarżenia wydarzyły się naprawdę.Niektóre jednak tylko. W świetle wyjaśnień, które złożyła, niewątpliwym jest, że to agenci CBA chcieli jej wepchnąć … pieniądze. Choć, jako prawdziwa kobeta nie lubiła takiego "wpychania". Zwlaszcza pieniędzy. Tym samym zamierzano wmieszać ją - kobietę, posłankę - w aferę korupcyjną.
To właśnie temu politycznemu celowi służyć miało „pogłębianie znajomości” z Tomaszem P,.: wspólne obiady, kolacje. Tomasz był przedsiębiorcą budowlanym. I chwalił się, że nie wstydzi się swojego interesu: przeciwnie, ma powody do dumy.
Pani Beata, w końcu szanowana żona i matka – wiedziała o tym, bo cieszyła się także mandatem zaufania narodu - nie mogła spodziewać się podstępu. ona takze zdawała się być pod wrażeniem przedsiębiorczości młodego biznesmena i jego preżnie działającego interesu. Tomka spotkała zresztą w porządnym miejscu, gdzie przebywają ludzie z elity. W miejscu niedostępnym dla zepsutej części społeczeństwa: na kursie dla członków rad nadzorczych spółek skarbu państwa.
Wprawnym, kobiecym uchem usłyszała - w odpowiedniej do tego chwili - to, co miała usłyszeć: że na korytarzu ktoś skradał się do zwartej grupy z kursu dla członków rad nadzorczych. Spółek Skarbu Państwa. Tomek przyszedł, jak po swoje: podszedł, przedstawił się i poprosił o papierosa"
Pani Barbara, niczym Telimena, zaprosiła Tomka na zwiedzanie. Sejmu. Polubili się bardzo, więc on poprosił ją, by pokazała jak mieszka.
I pokazała neszczesna niewiasta. Jak mieszka. W jej pokoju - tam obok Łazienek, w domu poselskim - pili wino i jedli suchy chleb. Rozmawiali, oglądali kolekcję płyt Pani Barbary. Agent CBA dostał nawet książkę „Warto być przyzwoitym” Profesora Bartoszewskiego. Profesor wiedział, ze warto.
Pani Barbara spotykała się z Tomkiem w różnych lokalach. Tam tańczyli. Bo Tomek właśnie ukończył kurs salsy. Dobrze mu się z Barbarą salsowało.
Może za dobrze, bo Tomek raz przekroczył granicę intymności. Niczym drań ostatni prawił zamężnej w końcu kobiecie, posłance narodowi, a matce dziecku, komplementy. Mało tego, obsypywał pocałunkami. I ślinił się. Chociaż Pani Barabara, w końcu porządna kobieta, mówiła mu „nie”. Więcej, prosiła go, by tego nie robił. Bo jest mężatką i ma dorosłe dziecko. No nie chciała przekroczyć granicy, spoza której by nie wróciła. I dlatego prosiła, by także on jej nie przekraczał.
Tomek nie potrafił jednak uszanować woli kobiety. On był jak ten niwierny biblijny Tomasz: wszystkiego musiał spróbować, wszystkiego dotknąć paluszkiem. Prawił, że niby "nie interesują go młode kobiety, tylko doświadczenie i dojście do sukcesu". Niby, że jako mężczyzna nie potrafi być wobec niej obojętny.
Może myślał, ze jak kobieta mówi "nie", to znaczy "tak"? A jak mówi "tak", to po prostu szczera jest? Smak odmowy i gorycz porażki musiały zapaść Tomkowi w pamięci.
I stąd ta sprawa w Sądzie. Miejmy nadzieję, ze Sąd okaże się Sądem. I agent Tomek z Agencji zajmie miejsce Pani Barbary z Agencji.
Bo ona będzie już wtedy – gdzie indziej.
oczywiście podobieństwo do zdarzen opisywanych w mediach jest przypadkowe. i autor za skojarzenia Czytelnika - nie odpowiada
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Biuro podróży
2009-09-29
|
Anioł Milości miał dość. Przez całe życie kierował się naukami wyniesionymi z domu, kościoła i podwórka. I co? I nic: w świecie nikt go nie doceniał. A przynajmniej nie tak, jak sobie to wyobrażał. Nikt go nie kochał. Nikt go nie pragnał. Nikt mu nie zrobił prezentu na wigilię, nie wysłał kartki na imieniny. Nawet laski na walentynki, kiedy wiadomo – po nazwie święta – że wszyscy się kochają.
Jak tylko w niebyt społeczny odeszła aniela aktywność w obronie wiary, czy w obronie porządku publicznego, to już nikt na Anioła nie zwracał uwagi. Bardzo go to bolało. Czuł się jak… opozycjonista z lat 80-ych, jak Lech Wałęsa, czy Anna Walentynowicz. Albo jak Jacek Kurski. Bo kto, jak nie anioł szykował bimber na akcje różnego rodzaju, kto walczył z prostytutkami, odmawiając skorzystania z ich usług?
Nie dzielnicowy, nie Zbigniew Ziobro, nie Chuck Norris ani Steven Seagal. Tylko On, Anioł Miłości
Anioł postanowił pomyśleć o sobie. Kim by tu zostać, co by robić w życiu? – takie myśli zaczęły mu chodzić po głowie, odkąd stuknęła mu czterdziestka. Może by zostać dozorcą - myślal - albo chociaż profesorem na uniwersyteciea? Miałbym wtedy mieszkanie służbowe, pobierałbym opłaty za otworzenie bramy. Albo nie, wiem – krzyknął do siebie, kiedy, po raz kolejny wdepnął coś o konsystencji ciasta, lecz o zapachu zgoła do ciasta nie przystającym - rakarzem! Futro sprawiłbym Czarnej Jolce. Z Bernardyna – rozmarzył się- No i skórzane majtki, takie jak na filmach. Z szarika może – zaczął się już na poważne zastawiać. – albo chociaż ze spaniela. No zawsze świeża wędlina w domu by była. Sucha "perska" z kiciusia sąsiadki, albo kabanosy z tego długiego jamnika sklepikarza. A jakby znowu odcięli to przyłącze, "na krótko", które zmajstrowałem, to świeczki możnaby robić. A potem nawet sprzedawać. W seksszopie, czy w 1001 drobiazgów. I na wycieczkę do Grecji by było, Jolka zawsze chciała tam pojechać: pod palmy i na drinki - „sex on the beach”, czy "swallow it".
- Qwa! Qwa! Qwa! – wykrzyknął na ulicy Anioł -Po co pies, jak można założyć biuro podróży?
–No…, faktycznie niepotrzebny – odpowiedziała przechodząca matka z wózkiem. Trochę zakłopotana, bo co odpowiedzieć na tak postawione przez nieznajomego pytanie na ulicy. I to tak, by nie narazić się dzielnicowemu?
– Foczko ty moja kochana! Rację masz, na choj mi pies w Grecji. Albo w Kambodży. Albo w Nikaragui – Anioł prześcigał się w wymyślaniu egzotycznych miejscowości i tras wycieczkowych. – Do dzieła, będziesz ty jeszcze kochać wujka – rzucił obiecująco na pożegnanie!
Prace ruszyły raźno, bo plan Anioł miał – jak zawsze – gotowy. Lokal też był: wspaniały, obszerny blaszak na parkingu. Kiedyś służył jako garaż dla żuka, ale odkąd żuka kibice wrogiego klubu zniszczyli, blaszak stał pusty.
Marnotrawił się garaż. Nie po bożemu to było, a sytuacji nie ratowaly odwiedzajace go "galerianki", bo sex uprawiały także "nie po bożemu" raczej, zeby nie angazowac się emocjonalnie. I żeby głupie myśli o rodzinie nie chodziły po głowie, co wyznały Aniołowi po jednym z takich spotkań.
Szkoda, żeby tak blaszak stał bezużytecznie, bo przecież w miejscu dla prowadzenia biznesu był pierwszorzędnym. To tu, na parkingu, spotykali się wszyscy bardziej majętni mieszkańcy okolicy~: Zenek Wędkarz, Zdzisiek Taksówkarz, Marceli Alfons, Zenon Dostawca, Leon Zawodowiec. Przynajmniej dwa razy dziennie: rano i wracając z pracy. A czasem jeszcze, jak jechali do sklepu.
Anioł przytargał do blaszaka – z pobliskiego śmietnika – dwa piękne fotele i kanapę, mało sparszywiałe. Przy okazji przytargał, z tego samego miejsca, zestaw plastikowych naczyń, kubków i sztućców: prawie nie używanych. Do promocji firmy zamierzał włączyć czynnik psychologiczny – poczęstunek. Ze wzmiankowanego futrzaka lub - jeśli zdolności kulinarne trenowaneu znajomego Wietnamca pozwola - z bezdomnego pierzaka. Biurko – żeby firma wyglądała na poważna musiało być. „Zaadoptował” je z pobliskiej szkoły. Nie miał wyrzutów sumienia” było takie… bezdomne. To znaczy, było prawie nieużywane. Anioł bardzo dobrze zapamiętał kazania ojca Leszka, funfla z podwórka, na których bywał w piątki wieczorem: wtedy kiedy miasto traciło swoją pracowitą twarz i nabierało kształtów bardziej znośnych dla Anioła – kształtów pijanej mordy.
Spodziewając się tłumów klientów, Anioł pomyślał o ich wygodzie. I przysposobił profesjonalną, ekologiczną poczekalnię. Znaczy ściągnął ławkę, tą zieloną, spod wejścia do klatki. Nie, nie spod swojej klatki, taki nie był, szanował sąsiadów. Spod przychodni. A, niech się przyzwyczajają do ziemi – pomyślał tylko o przesiadujących onegdaj na tej ławce, w kolejce do geriatry, staruszkach.
Pozostała reklama. A do tego, niezbędna był pomoc Zdzicha
Bo Zdzichu był najlepszym specjalistą od PR i marketingu na dzielnicy. Nikt tak wiarygodnie, jak on nie tłumaczył policjantom powodu pobytu Anioła i kumpli w okolicach miejsc rozbojów, gwałtów. Nie wspominając już o tym, jak pięknie tłumaczył ofiarom rozbojów, ze powinny oddać nie tylko pieniądze ale też inne wartościowe przedmioty – nie wyłączając obrączek. Nota bene równie przekonywujący był, kiedy wyjaśniał gwałconej piętnastolatce, ze to wszystko dla jej dobra i że „Bóg tego chce”. I że ona też może począc małego Jezuska, jeśli tylko nie bedzie sie zbyt mocno wyrwała. Drugi Roman P. prawie.
– Trzeba, Zdzichu, żeby hasło było krótkie i chwytliwe. Tak, żeby każdy chciał pojechać – Anioł przedstawił biznesplan
– Może tak: „Dyskretna konsultacja ginekologiczna w Czechach. 3 tys, dwa dni”- Zdzichu jeszcze nie wiedział, do czego zmierzał Anioł
– Może być… Ale widzisz, mnie tu bardziej chodzi o taka…. Egzotykę i tajemniczość. Blichtr i Splendor- nakierowywał Anioł
– Zara, zara.... Już wiem: "Wakacje w Kambożdy: co ktoś włożył, my wyjmiemy. Niespodzianki gratis"- Zdzichu był popędliwy
– No prawie – Anioł zaczynał czuć potrzebę chwili. Może....”Wyjazd we dwoje Turystyka przedmałżeńska w Tajlandii”. A dla nestorów: „Szlakiem dziadów. Rozkosze zimy na kresach Syberii. Zwycięzcy – powrót gratis”. Dla przybyszów zza Odry byłoby, może - „Wypoczynek na plażach Normandii: powtórka z rozrywki”, czy „Stalingrad raz jeszcze – spróbuj rozkoszy dziadów”
I może coś dodać takiego… z dreszczykiem, żeby było. Ale dla rodzin, nawet z dziećmi małymi: żeby każdy mógł korzystać. Nie zamykajmy się na żadnego klienta – sugerował Anioł
–Może tak- Zdzichu, po drugiej szklance bimberku wzmocnionego spirytusem salicylowym był pełen wigoru – „Wycieczki rodzinne do Charleroi: śladami Marca Dutroux”. I jeszcze „Madeleine i Twoja córeczka: na wycieczce pokażemy Ci, co je łączy”.
Rozplakatowanie i rozsypanie ulotek, przy opisanym nakładzie pracy, to była tylko formalność. Aniołowi pomogli w tym gimnazjaliści z pobliskiej szkoły za dwa litry bimberku i obietnicę skorzystania z podróży oferowanej przez Biuro.
Do wymyślenia pozostała nazwa tylko
–Zdzichu, jak je nazwać – niepokoił się nie na żarty Anioł - może "Dream Tour"?
– Nie – oponował Zdzichu – jakoś tak obleśnie jest. Może raczej, tak, żeby pokazywało egzotykę podróży „Mokro i wilgotno”, albo „Mała Thai”. Albo, tak bezpośrednio - "Rozkosz w blaszaku" – tu oblizał się obleśnie
– Musi być krótko i tajemniczo – Anioł był uparty. –Qwa, Zdzichu schlałeś się, wylewasz na stół. Pokory trochę - grzmiał Anioł - Ja nie mówie, że jestem jakis lepszy: w końcu razem pracujemy już kilka godzin - starał się Anioł moderować atmosferę pracy i forme uwag - Ale wybieraj – „Podróż w nieznane”, czy może - „Podróż w nieznane” – przedstawił ultimatum, licząc na stan Zdzicha
– No to już niech będzie -- Zdzichu wyraźnie wahał się – no nie wiem, które wybrać, qwa. Qwa, może jednak lepsza będzie ta, no „Podróż w nieznane” – taka mistyczna nazwa jest - zataił powód swojego niezdecydowania.
Nazajutrz po południu, kiedy prace, w najdrobniejszych detalach, zostały ukończone, nadszedł wielki moment. Chwila otwarcia. Pierwszy raz. Inicjacja biznesu.
Pamiętając o pomocy, którą przy organizacji przedsięwzięcia, wyświadczyli gimnazjaliści, dla nich Anioł przeznaczył pierwszą ofertę podróży biura. Gimnazjaliści mieli też sprawdzić, jakość świadczonych przez biuro usług..
- Wejdźcie chłopaki- Anioł holdował zasadzie „gość w dom, bóg w dom”- Siadajcie. Bierzcie szkło. Jak nie starczy, to tam jest plastik. Zdzisiek, parchu kochany, polej!
- Zara, zara - stękał Zdzichu - Dajcie przejść. Qwa, nie pij z gwinta, szczylu – Zdzichu pilnował porządku – Tu masz, na! – kurtuazyjnie podał szklankę. Kiełby chce? – zatroszczył się o catering
- Dobra chłopaki- włączył się Anioł – gdzie chcecie jechać – Bahamy, Seszele, Majorki – gdzie?
- Ja bym chciał na Karaiby, na czarne dziwki – precyzyjnie wskazał niski blondas o aryjskiej urodzie członka HJ
- Zdzichu! – rozkazał Anioł – podaj faję! Karaiby, Karaiby… to będzie to- Anioł wyciągną trochę suszu z pudełeczka pod biurkiem i zaczął nabijać faję.- Będzie jazda – powiedział blondasowi – zmieszane z włosami łonowymi Naomi Cambell. Wyciął jej prywatny fryzjer, tuz po stosunku analnym z 50 cent.– Co jest, qwa! Nie smakuje? Pal szczylu, zara będziesz na Karaibie! – instruował Anioł.
- Albo na wyspie Man - dodał Zdzichu
- A ja bym na Kretę chciał – poprosił inny pryszczaty młodzieniec
Anioł zastanowił się przez chwilę. Po czym powiedział – dla ciebie to samo będzie. Kreta ma podobny klimat. Dodam tylko tytoniu więcej, bo to bliżej. Szkoda marnować dobrego towaru na bliską podróż – dodał
- No to ja - trzeci zdawał się być bezczelny - chcialbym na... Księżyc. Jak Neil Armstrong - nie był za mocny w historii podbojów kosmosu
- Podróż na ksiezyc - Anioł zafrasował się mocno. Zdzichu, co trzeba, żeby odlecieć na ksiezyc?- spróbował pomocy
- Na księzyc? Na księzyc, to chyba tylko na kwasie można. Ale czekaj. Ja tu mam - wyciągnął z kieszeni zmietą chustke - dwa 'barty". Zerwiemy mu parę szyszek bielunia i odleci, ze hej! Na ksieżyc, albo jeszcze dalej może! Na Marsa.
Biznes zdawał się mieć duże szanse powodzenia. Przynajmniej w dniu otwarcia. I kto wie, może Anioł zdecydowałby się na biuro podróży całodobowe, gdyby nie to, że chłopaki -gimnazjaliści musieli wstać następnego dnia z rana, by wyjść z domu w kierunku gimnazjum. W końcu obowiązek to obowiązek. Nawet szkolny. Zaś organizacja powrotu gimnazjalistów z dalekich podróży, choć zdawała się być wliczona w cenę, nie była mocną stroną Anioła. Obawę żywił zwłaszcza, co do powrotu gimnazjalisty z ksieżyca. Cóz, trzy szyszki bielunia zmieszane z LSD, mogą narobić zameszania w młodym jeszcze umyśle ucznia: przy nich nawet wariacje z wywarem z peyotla wydawały się byc niewinną literacką fanaberią Aldousa Huxleya.
Tego samego zresztą zdania był tez dzielnicowy, który postanowił swoją obecnością uświetnić zmierzch "dnia otwarcia" interesu Anioła. Bo reklama interesu, tak żywa wśród nastoletnich ćpunów, dotarła także do dzielnicowego.
Musiał, jako czynnik oficjalny, zainterweniować.
Lecz już po drugim machu wiedział, to co nieodganione pozostało dla większości "prokuratorskich" ofiar mafii sycylijskiej: jak połączyć należyte wykonywanie obowiązków służbowych z poczuciem lojalności względem Anioła.
I w miejsce art. 58 ust. 1 ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii Dz.U. z 2005 Nr 179, poz 1485 (Kto, wbrew przepisom ustawy, udziela innej osobie środka odurzającego lub substancji psychotropowej, ułatwia albo umożliwia ich użycie albo nakłania do użycia takiego środka lub substancji, podlega (...)) znalazł inny przepis, który znakomicie nadawał się do zastosowania w sprawie.
W myśl tego, co wykoncypował, zgodnie z art. 112 kodeksu wykroczeń (Dz.U.z 2007 r. Nr.109, poz 756 j.t.) Kto trudniąc się handlem okrężnym (obwoźnym, obnośnym) środkami spożywczymi lub używkami nie przestrzega wymagań sanitarnych albo wprowadza do obrotu środki spożywcze zabronione w takim handlu,
podlega karze grzywny.
- Tak z dwa, trzy gramy będzie grzywna - uznał Dzielnicowy - tego "karaibskiego" towaru. Co Naomi jest znakiem towarowym...:)
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Powołanie
2009-09-24
|
Wąpierze jest to istoty, najczęściej żywiące się ludzką krwią. Są prawie nieśmiertelne. Mają ludzką postać i charakterystyczne wydłużone kły. Potrafią regenerować się, czytać w myślach, przewidywać przyszłość, lewitować.
Wąpierze podobno wyginęły. Tylko w Tatrach zostało kilkadziesiąt sztuk w kilku stadach Ze względu na licznych wrogów naturalnych i problemy z doborem partnerów umożliwiających zróżnicowanie genotypu, ich populacja kurczy się.
Teraz zajmują się głównie hodowlą krów (z tatrzańskich łąk) i owiec oraz wyrobem przysmaków ludowych: kaszanki, tatara, zup na bazie krwi bydlęcej. Służą też konsultacjom przy produkcjach filmów grozy.
***
Śnieżyca szalała. Ksiądz ledwie usłyszał walenie do drzwi kaplicy.
W progu widniały dwie sylwetki. Jedna postać z trudem stała, rozpaczliwie starając się zachować godność..
-Niech będzie pochwalony – zagaiła ta w lepszej kondycji
- Na wieki wieków – odpowiedział ksiądz
- Widzi ksiądz, jak się nagle rozszalało? Znalazłem tego na drodze. Jak leżał, pod śniegiem już. Nie mogłem zostawić, skonałby
- Wiadomo synu – ksiądz okazał kapłańskie zrozumienie – Nic się nie martw, pomogę. Bo ja księdzem jestem, to i lekarzem bywam nie tylko dusz. Akademię Medyczną skończyłem. I przysięgę – tu ksiądz zawahał się –Hipochondryka składałem też. Znaczy Hipokratesa. A ty idź się wykąp w gorącej wodzie i coś zjedz.
- Ale proszę księdza – znajomy nie chciał odejść – proszę uważać na niego. To wąpierz, tak mi powiedział. Niewiele ich zostało.
-Acha, rozumiem – ksiądz się trochę zafrasował – Nic się nie martw dam sobie radę. Tylko pomożesz mi trochę
Wąpierz był tak osłabiony, że osunął się na podłogę kaplicy, rezygnując z godności i wąpierzej dumy.
- Zemdlał. Trzeba go przenieść na coś płaskiego- rozkazał ksiądz
A widząc pytające spojrzenie przybysza, dodał: - zastrzyk muszę mu zrobić.
- Dawaj go tu, na ołtarz. Mszy nie ma, to się nikt nie obrazi – uznał klecha
- Jak Samarytariusze – przybysz był zadowlony
-O tak, dobrze – ksiądz komenderował. -T y teraz poczekaj, a ja strzykawkę przyniosę i coś mu wstrzyknę. Na wzmocnienie, he, he – dodał. I zniknął w pomieszczeniu obok.
Nie było go przez dłuższą chwilę. Z pomieszczenia dobiegał odgłos szczęku szklanych buteleczek, mieszania płynów i wciągania płynu przez strzykawkę.
Kiedy ksiądz wyszedł, dzierżył w ręku ogromną strzykawkę.
-Gość ważny, to i strzykawka wielkość urzędową posiada- wyjaśnił – Teraz trzymaj go za rękę, żeby nie wyrywał się. A ja mu iniekcję zrobię.
Przybysz schwycił bezwładną rękę wypierza i przytrzymał. Wydawało się, ze bez sensu, ale…. Jak tylko kapłan wbił igłę w żyłę i zaczął naciskać tłoczek, w wąpierza jakby złe wstąpiło. Jeśli to oczywiście możliwe było w przypadku wypierza. Niby zemdlony, a wyprężył się i usiłował wyrwać. Straszliwy jęk wydobył mu się z gardła, z wolna przechodząc w coraz cichszy pisk. Wreszcie szamotanie ustało, odgłosy wszelakie też. Tylko z odtwarzacza na zakrystii dobiegał odgłos kolędy „Lulajże Jezuniu”.
***
-Proszę księdza, co się stało – Przybysz zdawał się być zaniepokojony
- Ano nic. Woda święcona, to naprawdę był wypierz. A nie wierzyłem ci- przyznał się kapłan.
I dodał: - No ja leczę tylko chrześcijan i tylko chrześcijan mogę pochować. Nie było czasu na sakramenty przed leczeniem, to dodałem trochę wody święconej do środka na wzmocnienie.
-Bo widzisz synu – kapłan zdobył się na poufałość - Powołanie jest tajemnicą Boga i … tajemnicą wolności człowieka. I musisz wiedzieć, że wolność Boga, który daje powołanie jest pierwsza. Za nią dopiero idzie wolność człowieka. I wąpierza. Powołanie może być zawsze przyjęte tylko w wolności. I ja tego wąpierza uwolniłem od pokus doczesnych, by mógł zakosztować: wpierw wolności. A potem – być może powołania.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Savoir vivre
2009-09-24
|
Savoir-vivre w pracy jest równie potrzebny jak wiedza, inteligencja czy umiejętności negocjacyjne. Czasem nawet bardziej, bo, w nowoczesnej firmie jest niezbędny zwłaszcza podczas kontaktu z klientami i innymi osobami spoza firmy. Użyteczny zwłaszcza na wyjazdach integracyjnych i podczas pracy w nadgodzinach.
Szef
Prosząc pracownika (pracownicę) do gabinetu szef może odpowiedzieć na „dzień dobry” tylko skinieniem głowy. Nie wstaje.
Chyba, że chce się przywitać z pracownikiem przez podanie ręki lub chce złożyć życzenia z jakiejś okazji.
Oczywiście szef może podać rękę przez biurko. Choć czasem wychodzi spoza niego.
Szef może rozmawiać z pracownikiem (pracownicą) siedząc, nawet gdy pracownik stoi.
Szef może też poprosić pracownika (pracownicę), aby usiadł (usiadła) – z drugiej strony biurka (gdy jest to rozmowa służbowa). Nawet, gdy przed biurkiem nie ma krzesła. Szef może też prosić, by pracownik położył się (położyła), gdy jest to rozmowa prywatna. Bo dobry szef dba o dobry relaks.
Jeżeli wchodzącym pracownikiem jest kobieta, a szef jest mężczyzną i chce ją „uszanować” wstaje i prowadzi ją do miejsca (stolik, kanapa), przy którym siadają i rozmawiają.
Takie zachowanie pojawia się tylko wtedy, gdy szef jest mężczyzną i chce „uszanować” kobietę. Jeśli nie chce, nie jest to więc błąd z punktu widzenia savoir vivre. Za płeć należy się w Polsce tzw. jeden honor, który zobowiązuje do większego szacunku i delikatności.
Kobieta szef nie jest zobowiązana do dochowania tych kanonów.
Pracownik
Schludny wygląd, pogodny nastrój oraz nienaganne maniery pracownika to najważniejsze elementy, które budują na wizerunek instytucji. Ze sposobu traktowania przez pracownika kontrahent i szef mogą wnioskować, czy ich obecność jest mile widziana.
Pozytywny odbiór pracownika przez szefa i kontrahenta, a tym samym pozytywny odbiór firmy, może przełamać „pierwsze lody”, a tym samym poprawić nastrój podczas negocjacji.
Przede wszystkim pracownik (pracownica) powinni okazać odwiedzającym biuro klientom szacunek tym celu należy być ubranym czysto i stosownie.
Innymi słowy, jeśli przychodzisz do pracy w dżinsach, traktują Cię jak dżinsy. Gdy przychodzisz w garniturze, traktują Cię jak garnitur... Jeśli przychodzisz ubrany (ubrana) seksownie – traktują Cię, ja….ciacho.
Wizerunek zewnętrzny ma ogromne znaczenie w obcowaniu z ludźmi: zarówno przy inicjacji kontaktów, jak i na dalszych etapach.
Nie należy szefowi i ważnym kontrahentom, mówić „nie”. Jeśli jednak zdarzy się to, należy przeprosić. W przypadku pracowników, na przykład tak: „Przepraszam za moje agresywne zachowanie, postaram się, aby to się nie powtórzyło”; w przypadku pracownic – tak: ”Przecież kobieta nigdy nie mówi nie. A jak mówi nie, to kłamie. Chyba nie uważa mnie Pan za mężczyznę, albo za osobę nieszczerą?”
No i wizytówki.
Są trzy typy wizytówek: służbowe, służbowe z telefonem prywatnym, tylko z imieniem i nazwiskiem, ewentualnie funkcją.
W pracy, żeby zachować dobry smak, należy w kontaktach z kontrahentami używać tych drugich. Te tylko z imieniem i nazwiskiem są zarezerwowane dla szefa. Natomiast „służbowe” – dla pracowników znajdujących się niżej w hierarchii.
Zachowanie wskazanych reguł zachowania i znajomość oczekiwań szefów, zapewni każdemu pracownikowi korporacji możliwość w miarę szybkiego i „bezbolesnego” awansu, jak też ugruntowania zdobytej pozycji – także pod rządami zmieniającego się kierownictwa.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
I nie opuszczę Cię aż do śmierci
2009-09-16
|
Mój Jedyny!
Czy pamiętasz, jak spotkaliśmy się? Od razu wiedziałem, że będę z Tobą.
Byłeś taki … otwarty i bezpośredni. Chciałeś dostać wszystko od razu.
To uczucie było po prostu widać.
Ludzie na przystanku patrzyli się z zaciekawieniem, ale Ty miałeś to za nic!
Prawdziwy mężczyzna, który wie, czego chce. I wie, jak to dostać.
Przyznaj się, to właśnie podoba się w tobie kobietom. Ta nieokiełznana namiętność. I ten samczy upór.
Może gdybyś poczekał, aż alkohol wywietrzeje? Może, gdybyś dal namówić się na spacer?
Może wtedy byłoby wszystko inaczej?
Albo chociaż żebyś wylał piwo na inną, a nie na Anię. Na koleżankę. Tą z mniejszą popularnością. Więc może o lepszym zdrowiu.
Wtedy innej pomagałbyś suszyć koszulę.
Może byłaby…rozsądniejsza? Rozsądniejsza, nawet nie „trudniejsza”, czy „z zasadami”, to by wystarczyło.
Może wtedy założyłbyś prezerwatywę. I nie bylibyśmy już razem.
Aż do śmierci.
Twoja na zawsze -
-Dwoinka Rzeżączki
PS. Jak tam Twoje ropne wycieki z cewki moczowej, pieczenie i ból przy oddawaniu moczu?
Czy leczyłeś się w porę, czy też zaraziłeś swoją dziewczynę? A może doprowadziłeś do stanów zapalnych i powstawania ropni. A u Twojej Dziewczyny do zapalenia jajowodów i w konsekwencji do bezpłodności, a także zmiany odległych narządów, nawet serca. Lepiej z nią pogadaj, bo w niektórych sytuacjach - jajowód pęka. Co więcej, przerwanie naczyń krwionośnych może wywołać krwotok. Nie wiedziałeś? A potem – zgon. No powiedz, nie daj się prosić. Chyba, ze już nie lubisz tej swojej dziewczyny. Albo zmieniłeś.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Pech
2009-09-16
|
Ten tydzień był chyba najgorszy w moim życiu. Zaczął się – jak zwykle – w poniedziałek. Jednocześnie to był pierwszy dzień na nowym stanowisku pracy. Awans był spełnieniem moich marzeń. Byłem przekonany, że błyskawicznie rozwiążę wszystkie problemy i sprawdzę się w działaniu.
Nie wszystko jednak przewidziałem!
Współpracownicy nie wywiązywali się ze swoich zadań. Analizy nie zostały przedłożone, raporty nie wysłane, a zamówienie o sprzęt komputerowy dla mnie – nie złożone. Skandal i horror: sam nie wiem, co bardziej!
Około szesnastej, doprowadzony do rozpaczy, poszedłem do Dyrektora Działu HR i Zaopatrzenia - naczelnego inseminatora Kadr.
Zrobiłem karczemna awanturę:
- „Co Pan sobie wyobraża, w takich warunkach nie można pracować!” – gromiłem parcha
Dyrektor zamilkł na chwilę. Spojrzał na mnie z góry i rzekł dobitnie:
- Ja się w Pana sprawy nie wtrącam, to i Pan niech pilnuje swojego miejsca!
Po czym kontynuował przewracanie kartek.
Glos w gardle przemienił mi się w gulgot, a potem zamarł zupełnie. Wróciłem do pokoju.
Skulony na krawędzi krzesła przeczekałem do piątku, choć łatwo nie było maskować nieróbstwo.
W końcu poszedłem do Naczelnego Szefa, mojego Promotora, żeby po męsku załatwić sprawę. Czyli ze skargą.
Skargi jednak nie złożyłem. Niespodziewanie okazało się, że otrzymałem samodzielne stanowisko pracy i sam za wszystko odpowiadam.
Wyszedłem trzaskając drzwiami.
Ch..j Ci w d.pe, je..bany parchu!
Znów ten p.rdolony pech!
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Misja
2009-09-15
|
W historii społeczeństwa miłość była siłą stwórczą najpiękniejszych obrazów, wzruszających utworów, zachwycających książek, najcudowniejszych piosenek. Była też powodem desperackich posunięć, samobójstw, wycofania się, pozostania zgorzkniałym i zamkniętym w sobie. Albowiem – ponieważ miłość tak buduje i tworzy, jak ma moc odbierania życia i niszczenia. Anioł jednak nie uląkł się wielkiego ryzyka i zdecydował się na tą miłość, bezgranicznie jej zaufał.
Dla Anioła Miłości miłość była jak woda morska im więcej jej pił tym bardziej był spragniony. Zadawał sobie pytanie, jak mógł się zadurzyć, bo przecież wiedział, że spośród wszystkich wymyślonych przez człowieka sposobów zadawania bólu sobie samemu najgorszym jest miłość. Dlatego unikał jej jak ognia, wyłączając te krótkie chwile samozadowolenia, które doznawał dzierżąc kolorowe pismo, gdzie druk dostrzegalny jest po szóstym czytaniu. Zupełnie jak przesłanie w Biblii.
Źródło bożej miłości
A jednak pojawiła się w anielim życiu Czarna Jolka. I od razu, jak się pojawiła przedstawiła mu pełne spektrum tego uczucia: miłosne uniesienia i wspólne śniadania. Lecz zarazem nieustanne awantury -zakończone udanym seksem, pomówienia i zdrady. Aniołowi nawet czasem było wstyd nie tyle z powodu tych zdrad, co z powodu podmiotów, z którymi był zdradzany. Nie wspominając o miejscu – małżeńskim łożu. Kogo to łoże nie widziało, stało się najbardziej uczęszczanym miejscem spotkań publicznych na Kamiennej. Odwiedzali je wszyscy sąsiedzi z bloków okolicznych, będący w wieku prokreacyjnym. Nawet inkasent, listonosz, dzielnicowy, śmieciarz, dostarczyciel ze sklepu. Pełny przekrój społeczeństwa. Anioł sam już nie wiedział, czy cieszyć się, czy gniewać, kiedy Czarna Jolka mówiła mu, że „ma największego z całej kamienicy”: komplement to, czy obraza. Miłość była taką chorobą Anioła, z której nie pragnął się wyleczyć: nie chciał wrócić do zdrowia, a jak cierpiał z jej powodu, to nie szukał lekarza. Może tylko z czasem decydował się na seks małżeński, tylko z samego rana: żeby być pewnym, że będzie pierwszym.
Anioła bolało bardzo, lecz nie potrafił ani rysować, ani śpiewać, ani pisać. Nie był skłonny do wyrzeczeń i desperackich posunięć, nie mówiąc o samobójstwie. Nie robił więc nic, by wyrazić swój ból. Czasem, kiedy widział listonosza wychodzącego z sypialni Jolki i zapinającego spodnie, przechodziła mu może przez głowę myśl o zabójstwie tegoż. Ale z drugiej strony – po co, dlaczego? No i kogo? Jolki? – Nie. Listonosza? Ale mało to dziewczyn? Mało listonoszy, potencjalnych zagrożeń? Anioł wybrał inne rozwiązanie. Zmienił obiekt miłości. Miał kolegę, Lecha, o mikrej posturze, lecz o wielkim sercu i duchu. Lechu pokazał Aniołowi, jak kochać Boga.
U źródeł wiary
Lechu wyglądał na całkowicie oddanego swojej pasji. Był chorobliwie blady, miał zmęczone oczy, w których widać ciągły głód, zmęczenie światem, trochę okrucieństwa i nieśmiertelność pragnień. Miał długie, prawie przezroczyste paznokcie. Kiedy chodził, mimo mikrej i ciężkiej postury zarazem, wydawał się płynąć w powietrzu. Czasem wydawało się, ze nie ma duszy, ze istniej tylko dzięki z powodu satysfakcji z realizacji swoich marzeń. Jednocześnie dalsi znajomi określali go jako osobnika przebiegłego i wyniosłego, o niebywałej sile i mądrości. Bliżsi go nie określali, ponieważ, za wyjątkiem Anioła, nie miał bliższych. Taki samotny drapieżnik, który sam tworzył rzeczywistość: taką, jak mu odpowiadała.
Lech założył, już kilka lat temu, wspólnotę religijną „Prawdziwych chrześcijan”. Do sprawy podszedł z rozmachem, a zaczął od reklamy: Wykupił artykuły w prasie informujące o organizacji, a na Mieście rozpowszechniał ulotki: „Jesteś młody, piękny, bogaty, a nie masz celu w życiu? Zgłoś się do nas, pomożemy”, „Myślisz o samobójstwie? Zadzwoń, zabijemy Twoje życie doczesne, a teraz prowadzimy nabór”. Już po kilku tygodniach wspólnota liczyła kilkuset członków i miała solidne podstawy ekonomiczne działania. Lech zrezygnował nawet z obsadzania kilku stanowisk niezbędnych do działania wspólnoty, ponieważ wszystkie czynności wykonywały wolontariuszki. Stąd wycofał już opłacone ogłoszenia, ze poszukuje „ukraińskiej hostessy na zmianę nocną” oraz „wykwalifikowanej gosposi z ukończoną szkołą podstaw rękodzieła”. Do sporządzania hostii do komunii i pędzenia wzmocnionego wina na potrzeby tejże – bo Lech postanowił wrócić do korzeni chrześcijaństwa i udzielać komunii pod postacią „chleba i wina” – Lech zatrudnić do pomocy nikogo nie chciał, uznając sposób przygotowania sakramentów za chroniony tajemnicą nowo powstałego Kościoła.
Wśród meandrów wiary
Lech popatrzył się z troską na przyjaciela: - Sam widzisz, ze nie każda jest jak Maryja Zawsze Dziewica Matka Nasza Jedyna.
– To ona zawsze dziewica była? – odrętwienie na chwilę opuściło Anioła, jakby dostrzegł swoja szansę w życiu – To ciężko jej było – stwierdził ze szczerym smutkiem, myśląc zapewne o oszałamiającej karierze Czarnej Jolki, odkąd uświadomił jej możliwości w życiu.
– Trzeba Anioł, alleluja, alleluja, alleluja i do przodu... siać, siać i siać. Do znudzenia. Nawracać, pomagać, wiarę szerzyć. Wzór dawać i właściwe uczynki pokazywać. A czasem, jak trzeba karać. Bo my zrodziliśmy się – ja i ty - kiedy krew ukrzyżowanego Joszua Jedynego, zmieszała się ze łzami Magdaleny i wsiąkły w Ziemię. To my, Aniele, jesteśmy Karzącą Ręką Boga Jedynego, który zsyłał męki na grzeszników, To dzięki nam mają się opamiętać i wyrazić skruch. Napomnienie jest bowiem aktem miłości. My jesteśmy jak hrabia de Montfort, który działając z polecenia papieża Innocentego III w jednym tylko miasteczku Béziers wymordował piętnaście tysięcy mężczyzn kobiet i dzieci. Miał serce tak oddane Bogu, że uczynił to pomimo tego, iż niejednokrotnie ludzie ci chronienia w kościołach i sanktuariach. On wiedział, że Bóg, niezniszczalny w swojej miłości, odróżni heretyków od wiernych których przecież tam nie brakowało. Bo Bóg pozna swoich. - Anioł – Lech już trochę zawodził po trzecim winie, wzmocnionym do komunii – czy Ty wiesz, jak wielka musiała być wiara hrabiego, jak wielka ufność pokładana w Bogu? W całej historii chrześcijaństwa nie ma bardziej imponującego przykładu zdania się na wyroki Boże: dlatego musimy naśladować hrabiego!.
Anioł poczuł przypływ solidarności z Lechem - Ja też już nie mogę się na to wychowanie seksualne patrzeć –czytał w myślach przyjaciela - Jak ono jest wprowadzane w Polsce: rękami wierzących. To jest normalny instruktaż. Dzieci się instruuje, jak robić samogwałt, jak sobie robić dobrze... bez Boga. Spotykasz taką gorącą szesnastkę, czy siedemnastkę, pomagasz jej… a ona potem z mordą do Ciebie, ze orgazmu nie miała! – Anioł był naprawdę oburzony
- Tak, mój Aniołku: w rzeczy samej, w rzeczy samej – potulnie zgodził się Lech - Szatan potrafił mamić wielkich świętych, nawet czasem mnie. Pokazuje mi się pod postacią Matki Boskiej czy Jezusa…. Co dopiero mówić o dzieciach, którym ukazuje się pod postacią Kaczora Donalda i Harry’ego Pottera, czy podręcznika do wychowania seksualnego?
- Bezapelacyjnie – Anioł zawsze wiedział, do kogo należy flaszka - Niech już lepiej szczeniaka czyta „Main Kampf” Hitlera niż „Harry’ego Pottera”, czy te zboczone podręczniki. Po czym dodał: - Gdy Pan Jezus był malutki nigdy w domu nie pił wódki. Ale już nie jest malutki, to napijemy się jeszcze za Jezuska. Żeby urósł jeszcze – uśmiechną się do swoich myśli.
Akcja
Aniołowi obudził się następnego dnia późno, koło dziewiętnastej bo położył się późno, ale za to z zapałem do działania. Bo musiał, bo misję miał realizować z Lechem. Ewangelizacyjną i nawróceniową. Anioł był tak rozpalony żarliwością swej wiary, że nie bał się wkroczyć na podwórka Pragi z krzyżem i z mieczem, a w sutannie: jak się umówili wieczorem z Lechem. Nie bal się też dlatego, że ”na rozruch” obalili z Lechem po butelce wzmocnionego wina komunijnego. A zagryźli specjalnie na tą okazję przyrządzona hostią. – Sam robiłem – zachęcał Lechu – weź więcej, nie bój się. To sprawdzona receptura wujka Alberta Hofmanna. Ze sporyszem, będzie jazda. Ewangelizacyjna – dodał.
******
- Widzę – wrzasnął anioł – tam jest diabeł, pod latarnią!
Pod latarnia stała odstawiona w czerwoną, obcisłą spódniczkę, czterdziestka, czekając, wydawałoby się bez celu.
- W Boga wierzysz?- zagaił do białogłowy Lechu – sakramenty przyjmujesz, w modlitwach uczestniczysz?
Czterdziestka chwilę zastanowiła się. Po czym lica jej rozjaśnił uśmiech, obnażający ubytki w uzębieniu i rzekła tak: - Jak byłam mała, to przychodził do nas taki…… wysoki ksiądz. W sutannie. Brał mnie na ręce i tak gładził po pupce. Teraz jestem duża, ale czasem tak bardzo chcę, aby tamten ksiądz znów mnie przytulał i głaskał po pupie.
Oblizała spierzchnięte wargi i badawczo zapytała: - pięćdziesiąt?
- Ty wstydu nie masz – oburzył się Anioł – pięćdziesiąt? Od sług bożych?
Podniósł do góry krzyż i zaczął intonować „In nomie patris, et fili, et spirytus…” . Zarówno Anioł , jak i Lechu zauważyli, że z krzyża wytrysnęły strugi białego światła i spowiły czterdziestkę o niepełnym uzębieniu. Czterdziestka wydawała się nic nie dostrzegać.
Lechu postanowił ratować akcję więc zaintonował: „Bierz mój miecz, pokaż na co Cię stać. Bo ja jestem po to by brać. Jakbyś nie wiedziała, to grę wstępna odprawiam walecznie Skutecznie, bezpiecznie Jestem tu i teraz i będę wiecznie. Czy chciałabyś zobaczyć działa ten miecz twardy jak skała! Czy naprawdę byś chciała?”
Czterdziestka uśmiechnęła się życzliwie – Poeta znaczy? Poeci mają u mnie gratis – przypomniała sobie Zenka, który pił, bil i nie płacił. Ale był artystą i kochał. Jako jedyny. I na ulicę nie wysyłał.
Lechu popatrzył się na Anioła, a Anioł na Lecha. Poczuli to samo. Że Bóg udzielił im swojej władzy tylko na określony, krótki czas, kiedy byli na misyjnej wyprawie. Do osiągnięcia celu. A cel został osiągnięty, bo wysłannicy nowej wiary spotkali się z życzliwym przyjęciem u nawracanych. Czy warto zatem było kontynuować misję? Zwłaszcza wobec ubytków w uzębieniu i słabnącego działania sporysza? Musieli wracać też z tego powodu, ze była pełnia. W tym czasie, w okresie pełni, Lechu odczuwał potężne swędzenie dziąseł, w okolicach górnych siekaczy. Odczucia te były spotęgowane, ponieważ, wbrew przypuszczeniom „czterdziestki” jej kariera biologiczna nie dobiegła końca, czego nie była jednak świadoma. Z punktu widzenia Lecha lepiej jednak było nie niweczyć skutków akcji ewangelizacyjnej.
Nastał czas powrotu. Jednak zarówno Anioł, jak i Lechu postanowili wracać regularnie, by obserwować zasiane ziarno wiary: jak rośnie. Dopiero, gdy zobaczy się tą roślinę po pewnym czasie, można zobaczyć różnicę. Podobnie z Królestwem Bożym, propagowanym przez Lecha, Anioła i wielu im podobnych wśród nas. Nie widać zbliżania się tego królestwa z dnia na dzień, natomiast widać to wyraźnie, kiedy porównamy obecny wiek z poprzednim.
Bo przy badaniu stosunku Państwa do Kościoła, ewolucji tych stosunków – majątkowych i politycznych - widać wyraźnie, że każdy liberał jest durniem, a każdy dureń - liberałem.
|
|
Komentarzy:
1
|
|
Dżuma
2009-09-09
|
Aniołowi marzyło mu się jakieś wybitne dokonanie. Po to, by otrzymać medal od Prezydenta Miasta, błogosławieństwo od biskupa. Może jakaś ulica jego imienia. Może jakaś główna nawet: „Aniol Miłości street”. I tablica pamiątkowa- „Aniołowi Miłości w podziękowaniu za uratowanie miasta – mieszkańcy”.
A potem seraj i czterdzieści dziewic. Każda o urodzie wokalisty Placebo.
Anioł Miłości wiedział o tym, że, by zaprowadzić porządek w Mieście, niezbędna jest organizacja działania. To znaczy współdziałanie w większej grupie, praca z doświadczonymi mentorami i prowadzenie systematycznych i przemyślanych działań. Nie mógł pozostać biernym, bo czuł takie ZŁO w powietrzu: takie realne i takie namacalne.
Właściwe działanie nie było trudne dla Anioła, ponieważ inteligencję miał wrodzoną. Po mamusi, która potrafiła swoją inteligencją omamić kazdego chłopa. Myśleć też umiał pierwszorzędnie, a kojarzyć fakty ponadprzeciętnie.
No to skojarzył.
W średniowieczu wymierały całe miasta i wioski z powodu różnego rodzaju zaraz; a według szarego człowieka z powodu ZŁA. Spośród chorób ZŁA najbardziej zapadała Aniołowi w pamięci dżuma i ….
- Jak to było – usiłował sobie przypomnieć – Ku..a? Ch..j? Jakoś tak chyba. Błyskawicznie odpalił kompa, zalogował się wpisując swój ukochany pseudonim, który nadali mu przyjaciele z baru „Pod błękitną ostrygą” – „Rolins”. Jako przedstawiciel nowoczesnego pokolenia posiadł umiejętność błyskawicznego gromadzenia potrzebnej mu wiedzy.
Szybko ustalił potrzebne fakty. Że do zakażenia dochodzi zwykle w wyniku pokąsania przez pchły (głównie pchły szczurze) uprzednio zainfekowane w wyniku pokąsania szczurów, wiewiórek, piesków preriowych lub innych małych ssaków..
- No i zarażonych ludzi – dopowiedział sobie Anioł, wyobrażając dokładnie to, co powinien sobie wyobrażać. Zakonotował jeszcze, że po około pięciu dniach infekcja objawia się regionalnym powiększeniem węzłów chłonnych
W służbie społeczeństwu
Anioł przeraził się: nie miał wiele czasu. Doczytał o ubiorze ochronnym i o antidotum na ZŁO. Wzbogacony wiedzą przysposobił maską w kształcie dzioba, gdzie umieścił wonne olejki tłumiące fetor rozkładających się zwłok: bo na wszystko chciał być przygotowany. Natarł się octem siedmiu złodziei (ocet winny, w którym przez 12 dni moczy się bylicę piołun, rutę zwyczajną, rozmaryn lekarski, szałwię lekarską i inne zioła zawierające olejki eteryczne, o silnych właściwościach bakteriobójczych) i zjadł pół kilograma "driakwi ubogich" (czosnek pospolity). Z niekłamanym zadowoleniem przeczytał, że spożycie dużych ilości alkoholu powinno mu pomóc, gdyż organizm przesycony alkoholem jest mniej podatny na zakażenie. Z miejsca odszpuntował dwie butelki wina marki Tur. Dwie następne (żelazną rezerwę), marki Żubr, upchał za paskiem. Doczytał, że w ciągu wielkiej epidemii w XVI wieku dżuma zabiła co najmniej 75 milionów ludzi, za szerzenie epidemii obwiniano Żydów… i wiedział, co robić: musiał wyeliminować każdą osobę o wyglądzie gudłaja, buszującą, o podejrzanych porach, w śmietniku. W śmietniku, bo to siedlisko insektów.
Dumnie wyglądał Anioł ze srebrnym naganem za pasem i obrzynem dziadkowej dubeltówki, którą zapomniał zdać po śmierci przodka. Podobnie zresztą, jak zapomniał zgłosić zejście dziadka to w ZUS, co umożliwiało mu pobieranie, do tej pory, godziwej emerytury i zapewniało standardy życia przystające do szanowanego mieszkańca warszawskiej Pragi.
Zadzwonił do kumpla, który już miał doświadczenie w najtrudniejszych akcjach. Kumpel był sprawdzony, ponieważ od dłuższego czasu polował w śmietnikach na Rumunów, nurków i bezpańskie koty.
– Zdzichu? Tu Anioł. Robota jest do zrobienia. „Żydostwo” rozpleniło nam się w śmietnikach. Żyć nie dają, dzieci straszą. No i zarazę mogą na ludzi roznieść. Jaką? No tą, przez pchły. Czekaj zapomniałem, jak to było. Czekaj.. Yyyy. Już wiem ch…ja można złapać, znaczy nie ch..ja, a dżumę. No bądź człowiekiem, społeczeństwo niczego się nie spodziewa, nie można dziatek śpiących snem niewinnym tak zostawić.
Towarzysze broni
Stawił się Zdzichu na wezwanie Anioła, bo jako członek organizacji „niewidzialna ręka” był niezawodny, niczym rosyjska maszyna do szycia. Razem – wespół zespół – rozpoczęli patrole.
- Ty Zdzichu – mówił Anioł bełkotliwym już głosem – musisz być uważny bardziej. Choć młody jesteś to kiepsko widzisz już. Brodę przecież miał, nie widziałeś? Uciekłby… Na oczy chorujesz?
– Nie choruję. To po wczorajszym jeszcze – wycharczał Zdzich. Zabraliśmy gówniarzom na podwórku papierosy. Jak zajarałem, to do tej pory przemawia do mnie babcia świętej pamięci. No mówię Ci, syf straszliwy! Żeby młodzież tak się niszczyła- splunął z pogardą.
– No dobra, już dobra – Anioł zarechotał – po to pracujemy we dwóch, żeby nikt nam nie uciekł. Widziałeś jak dostał? Między oczy. Srebrną kula. Z tego świecznika, co go zabraliśmy z cerkwi. Poświęcona znaczy była nie raz.
– A skąd wiesz, że to „Żyd” był– Zdzichu był dociekliwy – Przecież brody nie miał.
– Co ty, głupi – Anioł wydawał się być zaniepokojony nierozgarnięciem Zdzicha – przecież zgolił. Widać było, że się golił niedawno.
– Ale w kapciach? „Żyd” w kapciach? W śmietniku? – Zdzich grabił sobie jeszcze bardziej
– A w czym miał chodzić, w kaloszach? Ciepło dziś przecież. I oczy miał takie, żydowskie – Anioł kontynuował dedukcję. A widziałeś skaleczenie? Widziałeś? – dopytywał się – Tam wyraźnie widać, ciałka krwi miał spiczaste. Jak drut. I czosnkiem śmierdziało od niego. Ja to Ci powiem, ze gudłaja, roznosiciela dżumy i mordercę dziatek nienarodzonych, to ja poznam na pierwszy rzut oka. Niektórzy zlewają się perfumą, żeby zapach czosnku zabić: to ich po perfumach poznaję wtedy, normalnie. Normalny człowiek nie zlewa się tak mocno. Niektórzy golą się. Tak, jak ten, którego zdjąłem za Ciebie: świeżo ogolonego też od razu poznam. Niektórzy ubierają się jak hippisi. Niektórzy nawet mają dzieci: dla niepoznaki i żeby zmiękczyć serce. Ale ja mam nosa, każdego znajdę i wywęszę. Każdego.
Wydawało się, ze Zdzisiek chciał coś powiedzieć, ale nagle, niczym pies myśliwski węszący zdobycz, przystanął i wysunął nos na wiatr.
– Uczysz się – mruknął z zadowoleniem Anioł – chociaż sam niczego nie widział. Ani nawet nie czuł. – Młody jest, to może niuchać- Anioł sam nie wiedział czemu, ale ta myśl wydała mu się zboczona.
Zdzisiek, wciąż wietrząc, bez słowa wyciągnął Aniołowi zza pasa dziadkowego obrzyna. Z trudem podniósł do ramienia, bo też zaaplikował sobie dwa wina Tur. Zapobiegawczo, przed bakcylem. Złożył się, padł strzał. A razem ze strzałem padł strzelec. Taka to była machina, ten obrzyn. Tego – że strzelec też padł - nie było już widać, bo kłęby dymu spowiły okolice: Anioł sam robił naboje, a używał sprawdzonego już przez przodków prochu czarnego, o sprawdzonej, niszczycielskiej mocy.
- Zdzichu, Zdzichu - zaskomlał Anioł – żyjesz?
– O to ty Aniołku… Czyli w niebie jestem – rozrzewnił się Zdzisiek i usiłował jedną ręką obłapić kompana, a druga włożyć mu do rozporka.
– Zabierz te witki – Anioł był zimny z przyrodzenia. Unikał zresztą amorów wśród znajomych, a swoje potrzeby sam zaspokajał. Jak Clint Eastwood albo Chuck Norris. – Chodź zobaczymy kogo położyłeś.
Na ołtarzu przypadku
Podeszli ostrożnie, jak to na polowaniu: nigdy nie wiadomo, czy strzał był celny i czy przeciwnik wyeliminowany. Ostrożność przede wszystkim.
– Ty, patrz Anioł! Jaki rosły gudłaj- gorączkował się Zdzisiek nad truchłem ofiary. – Patrz ma gudłajowską, podręcznikową brodę, garbaty nos, odstające uszy. No i włosy długie – w takich loczkach. Też gudłajowskich. A ile insektów tam być musi, cale mrowie – rozpędził się Zdziś -I jak tamten pierwszy, w kapciach był. Może to jakaś nowa sekta – snuł dalej domysły.
Anioł patrzył tylko ponuro. I patrzył. I patrzył. W końcu odezwał się: - To Wiesiek Wędkarz, spod siódemki. A w kapciach, bo śmieci szedł wynieść. Tam jest worek. Nie doszedł do pojemnika.
Po czym dodał – Nic to. Nic to, Zdzisiek. Lepiej raz się pomylić, niż raz nic nie zrobić: liczy się dobro naszego Miasta. Taki to już nasz psi obowiązek: my nadstawiamy karku, kto inny cieszy się owocami naszej krwawicy. A wszystkim nie dogodzisz, choćbyś chciał. Wiem to, bo kiedyś grałem w niemieckim filmie. I odszedł na stronę zostawiając zaskoczonego, a przepełnionego podziwem Zdziśka.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
W życiu piękne są tylko chwile
2009-09-08
|
Życie jest bardzo krótkie. I bardzo ciężkie - w tych czasach. I dlatego ważna w nim jest przyjaźń: ta cudowna więź łącząca dwoje lub więcej ludzi oparta na wzajemnym zrozumieniu, wspólnych doświadczeniach. A gdy połączona jest z wzajemną miłością, sens istnienia jest spełniony.
Fundamenty solidarności
Znali się od samego początku. On i on. Donald i Jarek. Dobry i dobry. A nawet lepszy. Przyjaciele z „naprzeciwka”, z przedszkola, z klasy. I tak lubili się, prawie kochali. Wiadomo! Prawdziwa przyjaźń nie zdarza się często. A tu jeszcze rzadziej, pomimo tego, że nawet geniusz potrzebuje towarzystwa. Więc wydawała się oczywistą być zażyłość, choćby z racji miejsca zamieszkania – „naprzeciwko”. Może w myśl zasady: „Nie opuszczaj starego przyjaciela. Nowy będzie mniej wart.”
Pierwsza szkoła. To było niesamowite, jak śnieżne kule rozpryskują się o okna pokoju nauczycielskiego. A śnieżki Jarka wraz z szybą. Szkoda może, że Jarek nie pamiętał, że to jego śnieżki były. I szkoda, że za szyby płaciła Donalda mama – bezrobotna wdowa, zakażona wirusem HIV. A nie mama Jarka: żona szanowanego adwokata, która z sukcesem leczyła kolejną niepłodność. Może gdyby się zapytali Jarka, to inna byłaby decyzja ojca Dyrektora? Ale Jarek właśnie miał urodziny: nie wypadało psuć święta. A i Jarek nie był skory do reminenscencji: bo – jak mówił - w życiu ważne są tylko chwile. Szczęścia.
Ta klasówka nie była trudna. Donald zrobił ją „z marszu”. Mało tego! Podyktował rozwiązania Jarkowi. Widać lepiej podyktował, niż sam napisał: miał ten zmysł oralny, który wiódł go potem od sukcesu do sukcesu. Smutno się tylko zrobiło Donaldowi, że dostał „cztery”:. A Jarek – 5. Plus. Za to samo. No cóż, już wtedy zaczynał rozumieć: w życiu piękne są tylko chwile. Dla każdego inne.
Matura była łatwiejsza! Dla Donalda. Cóż z tego, kiedy złapali go na podawaniu ściągi Jarkowi. Znaczy: na ściąganiu. Ale Jarka nie złapali. Bo nic nie podawał: nie mógł, nie nauczył się. I może dlatego maturę zdał na piątki. A Donald – nie zdał na piatki. W ogóle nie zdał. Szczęśliwie, ani szkoła, ani nauka nie tworzy wartości człowieka. A w życiu ważne są tylko chwile. Ułudy.
Ona
Donald maturę zdał później. Niewiele z niej zapamiętał, choć zdawał już drugi raz. Może dlatego, że trenował intelektualnie myśląc o byłej dziewczynie, która go zostawiła. Dla Jarka, teraz już studenta pierwszego roku prawa, który wszystkie egzaminy zdał w zerowkach. I nawet nie powiedziała Donaldowi, dlaczego. Tylko jego siostrze. Zresztą to oczywiste, że człowiek, bez wykształcenia uniwersyteckiego, to jak bydlę. Ola – bo tak się nazywała była - zerwała gdyż Donald nie myślał o życiu na poważnie, czego objawem był wynik matury. No i traktował ją, jak psa: nie to, żeby bił. Wymagał, by była wierna. Pomimo tego, kochała go jednak w dalszym ciągu. I kto wie, ile by się męczyła, gdyby Jarek jej nie pomógł odnaleźć siebie i nie powiedział Donaldowi, że ona z nim nie chce być. Dlatego może też Donald tak wzmocnił swoją prawą rękę i ani forhend, ani backhand nie były mu straszne.
Przyjaźń Donalda i Jarka wytrzymała tą próbę bez trudu. Może dlatego, że nauczyli się, jak prawdziwi przyjaciele, dzielić wszystkim. Też Olą, która uprzednio już kilkakrotnie nie mogła się zdecydować. A że teraz padło na Donalda? Cóż, wiele zyskuje, kto k*** traci. A Jarek też wiedział swoje: że czasem trzeba dokonać małej zdrady, by się uchronić przed dużą: przed zdradą wspólnej przyjaźni.
Istota miłości
Tak naprawdę, to obaj nie wiedzieli, że Ola nie jest szczęśliwa. Ola, żeby zachować dobre samopoczucie i zdrowie, potrzebowała tylko trzech facetów: ich dwóch, których mogłaby wzajemnie zdradzać i – na boku - jakiegoś nastolatka, którego mogłaby wyuczać, zażywając eliksiru młodości, przyprawiając rogi Jarkowi i Donaldowi oraz dowartościowując się zarazem.
Obydwaj – Jarek i Donald - wiedzieli – choć zataili to przed Olą - że, by się ożenić, potrzeba kobiety, z którą człowiek nie tylko chętnie by się przespał, ale jeszcze miał ochotę na wspólne śniadanie. U nich natomiast było tak kiepsko z apetytem, zwłaszcza jak Ola była pod ręką.
Co innego, jak nie była pod ręką. Wtedy Miłość, każdego z nich, karmiona wspomnieniami o Oli była znacznie silniejsza, od tej właśnie przeżywanej. A Ola stawała się czymś biologicznie tak różnym od kobiet całego świata: białych, czarnych i żółtych spotkanych przez nich na różnym etapie życia. Jak różna jest przyroda amazońskiej dżungli od przyrody ogródka Babci Zosi. Ola wtedy była wtedy taka… pełna kobiecości. Zwłaszcza, że doskonale wiedziała, jak nadużywać tej kobiecości, we wspomnianej konfiguracji.
Służba publiczna
Donald postanowił coś zrobić ze swoim życiem. Coś pożytecznego dla wszystkich. Nie, nie chciał zostać politykiem, nawet radnym. Miał czyste serce i sumienie, a wiedział, że polityka ma się do moralności jak prostytucja do dziewictwa. Owszem znał, z telewizji, prostytutki, które potem zdawały się być dziewicami. Ale jednocześnie wiedział, że nie będzie tak przekonywujący jak one, więc zrezygnował z ubiegania się o urząd w wyborach.
Postanowił i dzieła życia – swojego - dokonał: w czasie, kiedy Jarek kończył studia – magisterskie oraz, następnie, doktoranckie – a potem aplikację sędziowską (bo na radcowską się nie dostał) i kurs prowadzenia ciągnika rolniczego, został żołnierzem. A z czasem funkcjonariuszem SPAP, czyli Samodzielnego Pododdziału Antyterrorystycznego Policji. Może dlatego, że dotarło do niego to, iż ludzie nic nie rozumiejący, ale mający prawo głosu, są w każdym społeczeństwie wielką armią?
Właśnie z ramienia SPAP-u, w okresie bezpośrednio następującym po aksamitnej rewolucji, Donald był zwiastunem nowego ładu w ojczyźnie. Wraz z kolegami, byłymi opozycjonistami, począwszy od 1993 r. wypisywał na murach „precz z PZPR”, „jesień wasza, wiosna nasza” i wspierał działania młodzieży z KPN. Nadto kolportował wśród kolegów zakazane przez dowództwo pisma, nie wyłączając „Cats” i „Twoje imperium”. Wśród znajomych szerszego kręgu natomiast szerzył inicjatywę obywatelską propagując udział w życiu społeczeństwa, począwszy od najniższego szczebla, w myśl zasady „myśl globalnie, działaj lokalnie”. To stąd był taki udział funkcjonariuszy Policji – różnego szczebla i różnych jednostek – zarówno w dziennikarstwie obywatelskim, jak i w programach typu „Polish kicz porno”.
Przez meandry i zakola zainteresowań
Na co dzień Donald brał udział w likwidowaniu wiejskich bimbrowni i ich zapasów, fabryczek amfetaminy, przetwórni sporyszy oraz wielu agencji towarzyskich, rozsianych na terenie całej Polski. Zycie było kolorowe i różnorodne, nabierało barw. Wreszcie mógł zapomnieć - w oparach alkoholu i brown sugar, w ramionach szybkich kobiet o lekkim prowadzeniu i zapachu kokainy – o kilku epizodach z wczesnej młodości, które ukształtowały jego osobowość.
Dlatego Donald wydawał się być, jako funkcjonariusz Policji i członek społeczeństwa w ogóle, człowiekiem zrealizowanym w życiu. Jednak tak naprawdę wciąż brakowało mu czegoś do szczęścia. I czekał na to swoje szczęście. Zwłaszcza, że Ola mieszkała akurat u Jarka.
A kto czeka, to…
Jarek już wyniósł – z doświadczenia życiowego – że świat to skrzyżowanie rzeźni z burdelem. A w takim miejscu każdy, każdego spotka – w okolicznościach typowych dla tego miejsca.
Kiedy wracał w piątek z pracy, nabuzowany pozytywną energia kokainy, zobaczył nagle, jak ze srebrnego BMW wysiada – tam, tuż za osiedlowym śmietnikiem – mężczyzna. Jarek. Potem kobieta. Ola. Spojrzeli na niego, Jarek powiedział coś do Oli. Roześmiała się tak, że Donald aż zachwiał się uderzony pięścią rozpaczy i odrzucenia.
A potem odwrócili się i poszli. Tak po prostu,
Sprawiedliwość
Donald odzucił butelkę wina, choć na wpół tylko opróżnioną, którą starał się ukoić uczucie rozdygotania nabytego na służbie. No nie mógł tego tak zostawić. Bez zastanowienia podbiegł do BMW-icy. Wpierw wybił szybę. Potem przedziurawił opony: ciężko szło, bo ręce drżały. Ale udało się, bo Donald umiał dopiąć swego. Na koniec śrubokrętem wydrapał ogromne serce na masce, oczywiście przebite strzałą. I podpisał się: „zawsze będę Cię kochał, Olu! Donald.” Wiedział, ze Kobieta jest plagą, z jaką mężczyźni muszą żyć, jest straszliwą pokusą o mózgu suki i o naturze złodziejskiej – lecz nic nie mógł poradzić na to.
Płacząc ze szczęścia i zrealizowania w życiu, wrócił do domu, odpalił kompa i napisał do Jarka mejla, ostatniego na dziś: „Tylko skończony kretyn potrafi tak prosty temat miłości tak zagmatwać, tak pomieszać, wypowiadać się zupełnie nie na temat, w dodatku głupio, samemu sobie przeczyć. Skoro ocena jest zawsze subiektywna, to czemu uważasz, że nie ma ludzi złych? Szczerze mówiąc nie obchodzi mnie czy jesteś gówniarzem, czy nie. Wiem natomiast, że umysł masz na pewno gówniarski.” Po czym dodał: „Nigdy nie mogłem zrozumieć skąd się biorą pedały! Przecież nie mogą się rozmnażać! A jednak istniejesz, ch…ju!”.
Nacisnął „send”, beknął i zaczął tkliwie myśleć o wyzwaniach nadchodzących w przyszłym dniu.
Jak zawsze wiedział, że w życiu piękne są tylko chwile.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Społeczeństwo obywatelskie według...
2009-08-18
|
Społeczeństwo obywatelskie to takie społeczeństwo, w tworzeniu, którego bierzesz udział każdy jego członek. Żeby społeczenstwo móc nazwać obywatelskim, to powinno ono takie współdziałanie umożliwiać. Jak u Anioła.
Dzielnicowy poprosił o pomoc. Podobno przestępczość wzrosła i trzeba zaradzić. To samo powiedział ksiądz w niedzielę. Anioł Miłości przejął się, ponieważ zakochany w Bogu był od dziecka. Nawet miał obrazek. Z Jezuskiem. A w nocy przyszedł do niego biały króliczek. I powiedział, żeby poszedł za im to mu pomoże: Anioł miał wybrać pigułkę - białą albo czerwoną.
- Trzeba pomóc – wyłuszczył sprawę chłopakom – Nie może tak być, żeby kościół księdzu sprejowali. Albo dzielnicowego denerwowali: chodzi, jak niedopity. I się czepia.
- No, ale jak chcesz pomóc – zaciągnął się popularesem Czarny – z chawiry mam nie wychodzić, czy co?
- Patrole obywatelskie będziemy robić. I porządek zaprowadzać. Miłość szerzyć – wyjaśnił Anioł – Weźmiemy pick-up. Fajfus będzie kierował, a ja z Czarnym będziemy wypatrywać bandytów. Zaczynamy jutro, w niedzielę.
Chłopaki stawiły się skoro świt, o godzinie 11.
- Q...wa, nie da rady - rozczarował się Anioł – na parkingu nie ma pick-upa.
-To może weźmiemy Żuka? Tam stoi jeden- Czarnemu spodobała się idea szerzenia miłości. Tylko trzeba paliwa nalać – dodał i rozdał każdemu po butelce Delicjusza.
- Czekaj, czekaj – Anioł by czujny i wyciągnął z reklamówki pięciolitrowy karnisterek – Ja tu na tą okazję napędziłem specjalnego trunku. Z dziadkowego przepisu.
Chłopaki spojrzały z wdzięcznością, bo moc tego trunku była znana na całej Kamiennej: nic tak nie potrafiło sponiewierać. A i Dar Anioła, którym dysponował Anioł i Jego rodzina, był sławny na całą Pragę.
- Tego, korzenia tego, dałem dużo, dwie działki- Anioł podkreślił zalety. – No i dosypałem z pół kilo tego proszku, Amfetaminy - co go zabraliśmy tym z Audi. Z Pruszkowa, no wiecie, co ich do Wisły potem wrzuciliśmy. No co, zmarnować się miał? – zaperzył się Anioł
***
To po przodkach Anioł dostał ten Dar. I kultywował go, jak przedtem ojciec. Dokładniej Dar pochodził od dziadka. W czasie okupacji i kryzysu zawieruchy wojennej, dziadek zajmował się zaopatrzeniem tak ludności miejscowej, jak wojsk okupanta, nie wspominając o członkach oddziałów bohaterskiej Armii Ludowej i Armii Krajowej. Był jak Front Zjednoczenia Narodowego, albo Międzynarodówka raczej, gdyż wszystkie te grupy społeczne były złaknione wyrobów dziadka. Bo dziadek robił bimber, najlepszy na warszawskiej Pradze. Najlepszy, bo miał najlepszy zacier: z ziemniaków, co je podlewał wyselekcjonowanym ekstraktem z tłustego nawozu, pieczołowicie wybieranego co tydzień z szamba Plebanii.
Zacier dziadek udoskonalał cały czas. A to dodał cynamonu, a to brokułę, a to starych jabłek, co nie chciały zejść na straganie. I cały czas dokładnie pilnował temperatury, spluwając do kociołka, kiedy była za wysoka. Raz dodał korzenia, którym mu stary kitajec zapłacił za bimber. Szur-szur, Zeń-szeń, czy jakoś tak. I od tego się zaczęło. Zacier chodził, jak zwykle – wyśmienicie. Przez parownik i skraplacz – także.
Kiedy dziadek spróbował pierwszą szklankę stwierdził: takie sobie. Nawet żałował przez jakiś czas, że dodał. A jeszcze bardziej żałował, że dał butelkę wódki za suszony wiecheć.
W to, co działo się potem, jak bimber zaczął działać, długo jeszcze nie mógł uwierzyć. Nie chodziło nawet o to, że poczuł się młody, bo tak zawsze czuł się po szklaneczce nowego wyrobu. Ani o to, że zatęsknił za babką – bo to też mu się jeszcze zdarzało po pijaku. Dziadek był, jak na mieszkańca warszawskiej Pragi, oczytany. I wiedział, że już radzieccy naukowcy udowodnili – w czasach wielkiego głodu - że niektóre korzenie i liście pobudzają sprawność zarówno fizyczną jak i umysłową, poprawiają sprawność fizyczną i pozytywnie wpływają na gruczoły płciowe tak u mężczyzn jak i u kobiet. Nie wspominając o księżach katolickich.
Po drugiej szklance od razu poleciał i dał babce przez łeb – wszystko już wiedział. Nawet nie zapytała za co – też wiedziała. I spojrzała na niego, od miski tak I z taką, miłością, bo już myślała, ze przestała się podobać.
Dziadek odkrył zalety trunku pędzonego na korzeniu od kitajca dopiero z biegiem czasu. Bo nie chodziło tu tylko o prymitywne czytanie myśli, czy jurność: na tyle tężyzny w sobie miał, by wydusić od każdej kobiety, czy mężczyzny – przychylność, czy interesującą go prawdę. Dziadek, zorientował się, a umiejętności te systematycznie rozwijał poprzez codzienny trening, że trunek pozwala mu na lewitowanie oraz telekinezę. Nie wiedział dokładnie, jak to się nazywa, ale o to chodziło. I w sytuacjach nadzwyczajnych - na teleportację. A w sytuacjach zagrożenia, kiedy odpowiednio się skoncentrował i natężył, to potrafił strumieniem ektoplazmy tryskającym z palców, obezwładnić każdego przeciwnika. A nawet czołg, jak dowiódł tego w Powstaniu Warszawskim, kiedy zabłąkał się po pijaku na pole walki.
Anioł sam nie wiedział dlaczego, ale zasadzka na bandytów, zastawiona na parkingu, na którym wsiedli do Żuka, zdawała się przynosić natychmiast rezultaty. Może to wybór miejsca, może zimna kalkulacja, a może wpływ jakiś tajemniczych właściwości trunku z dziadkowego korzenia, o których nie wiedział.
- Ty, Anioł, może ta? – Lewy po drugim litrze bimbru wzmocnionego proszkiem, palił się do akcji zza kierownicy Żuka.
- Ta może być. Podejrzanie wygląda – ocenił Czarny przemieszczający się obiekt. Też wyglądał na gotowego do akcji.
-Nie, zostaw ją. To wnuczka Zenka- Anioł był moderatorem akcji – Za młoda na bandytę, ma dopiero czternaście lat
- Może to bandyta przebrany za czternastolatkę? Trzeba wszystko sprawdzić- Lewy był człowiekiem czynu.
-Wszystkiego nie damy rady, trzeba wybierać najbardziej podejrzanych – Anioł łyknął z blaszanki.
Zapadła cisza, przerywana od czasu do czasu odgłosami siorbnięcia z blaszanego baniaka.
- Ten! – Czarny już wysiadał dzierżąc w dłoni bejsbola – Cały zamaskowany na czarno, czarne okulary, czarny jupiterem i sukienka. Jak nic pedał albo transwestyta. Albo nawet szpieg.
- Ten? –Lewy sobie coś przypominał – A tak to pedał. Ale to nowy wikary u nas. Sługę bożego będziesz bić, bezbożniku?- popatrzył się z pogardą
Blaszanka był prawie już pusta, kiedy….
-Tam – ryknął Anioł- bandzior się czai!
-Gdzie?- zabełkotał Czarny
Odpowiedź nie była potrzebna, bo teraz już każdy z członków patrolu musiał zobaczyć, jak przez środek parkingu przemierza postać: nie dość, że obca, to jeszcze w szaliku Widzewa.
Czarny - z ulubionym bejsbolem, Anioł - z nunczaku i plecaczkiem (takim, jaki nosił Pomysłowy Dobromir) oraz Lewy - z baniakiem błyskawicznie dobiegli do intruza w gotowości do interwencji.
I zainterweniowali: tym, czym każdy władał najlepiej:
- Nie będziesz, żulu małych dzieci krzywdził – krzyczał Lewy okładając kibica Błaszakiem;
-To za to, k…sie, że Zdziśka okradli w Irlandii- Aniol okładał łebka nunczaku. – A to za proboszcza – dokopał mu z glana.
- Miło było wygrywać z Legią? – Czarny miał naturę badacza – A teraz Ci miło, ładnie pachnie sosnowy bejsbol? A dzieci toczyć w beczkach nabijanych gwoździami, to fajnie było?
W szale sprawiedliwości, chłopaki nie zauważyły, że bandzior nie wracał z meczu sam… Tylko trochę się oddalił. Od grupy.
Ani Lewy, ani Czarny nie potrafili skutecznie przeciwstawić się bezmiarowi otaczającego ich zła. Siła nienawiści a niesprawiedliwości powaliła ich kopniakami między nogi i nauczyła szacunku dla silniejszego. Nie żeby nie walczyli, nie. Walczyli. Tylko krótko.
Co innego Anioł. Ten Niezapomniany i Niezastąpiony Anioł.
Nie chciał robić wrogom krzywdy. W końcu to też ludzie. Może się nawrócą na ścieżkę dobra, jak Winnetou? – przypomniał sobie kazania proboszcza, po korzeniówce.
Niestety, jego zamiaru szerzenia dobra przez miłość, a potem przez refleksję nad uczynkami i dobrotliwą perswazję – który, jako członek pokolenia JP2 – posiadał i pielęgnował, nie udało się zrealizować. Bo na drodze ucieczki Anioła stanął mur. Ten do fabryki Polleny, za wysoki, żeby przejść.
Nie miał wyboru, musiał walczyć!
Zawrócił i w błyskawicznym pędzie Anioł – teraz już Gniewu i Sprawiedliwości - wpadł między bandziorów. Jednym uderzeniem ręki zmiótł trzech z prawej strony, drugim uderzeniem – czterech z lewej. Kopnięciem odesłał do krainy niebytu kolejnych kilku. Z czachy przywalił wodzowi, a nunczaku – jego dziewczynie. Dobił sukę łokciem i poprawił, jak go uczono, kozikiem pod żebro.
Cóż z tego! Przeciwników było zbyt wielu. Odnosił wrażenie, ze po każdym jego uderzeniu – mnożą się.
- Skoro tak, to trzeba działać bardziej radykalnie – pomyślał – Dziadkowa ektoplazma!
Poczuł podniecenie, jak zawsze, kiedy korzystał z tego sposobu walki. W końcu trunek dziadka był zrobiony z korzenia, który tak właśnie działał.
Lewą ręką zrobił magiczny znak, którego nauczył się od funfla z podwórka – Geralta, a prawą wyciągnął w kierunku najbliższej grupy napastników. Silne mrowienie błyskawicznie rozprzestrzeniło się we wszystkich członkach. Grupa bandziorów zawahała się i przystanęła niezdecydowana, a przerażona. Skoncentrował się jeszcze mocniej i zrobiło mu się jeszcze przyjemniej. Odpłynął na chwilę. Kiedy wrócił, czuł wszechogarniające odprężenie. I wilgoć w okolicy kroku:
-Qwa, miał być strumień ektoplazmy, a nie ejakulacji. Zacier zły?
Nie miał czasu analizować procesu produkcji bimbru i ewentualnych błędów. Jeśli chciał z tego wyjść, musiał spróbować jeszcze raz.
I znów: znak, wysunięta prawica, naprężenie i…. Tym razem udało się: części składowe najbliższej grupy bandziorów walały w promieniu dwudziestu metrów. Tu ręka, tam noga, a tam – czasem – cały bandzior. A po stronie Anioła – koszty silnego naprężenia, czyli inaczej skutki defekacji: zapach i brudne spodnie.
- Jak nic, zły zacier – wykombinował Anioł – resztę trzeba będzie załatwić konwencjonalnie.
Z nieodłącznego plecaczka wyciągnął kałasza z nasadką do miotania granatów i wbił powiększony magazynek talerzowy. Nie chciał robić rzeźni granatami, dlatego oddał najpierw siedemdziesiąt ostrzegawczych strzałów, celując w głowy i tułowia wyszczególnionych bandziorów.
Nie udało się ich jednak zniechęcić!
Wtedy dopiero przyszła refleksja: może nie powinien połykać czerwonej pastylki od białego króliczka, który przyszedł wczoraj do niego? Tylko białą..
Tylko, czy ta refleksja nie przyszła za późno?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Znowu wydał wyrok
2009-08-18
|
Uczestnicy sporu: Hej, Wysoki Sądzie! Czekamy na wyrok. Już godzinę. Możemy poczekać na zewnątrz, jak trzeba się jeszcze zastanowić.
Sędzia. Z dwudziestoletnim stażem ...Nie ma potrzeby, już wiem, co zrobić. – Woźny! Zamknąć salę. I żeby nikt nie przeszkadzał. Dwóch strażników do środka: Pan Wiesiek i Pan Zdzisiek.
Woźny: Zrobione!
Sędzia – do siebie:…., a tu, to przeklęta rudera. No i ten motłoch z pozwami. Nic nie widza: tylko moja racja i moja. Byle do przodu, po trupach. Bo racja musi być po ich stronie. A po co się śpieszyć, do czego? Nie lepiej na łąkę, do lasu, do motylków. Albo nad jeziorko? Ja im pomogę. Jeden ruch długopisem, jeden zawijas – i po krzyku. I każdy będzie szczęśliwy i każdy będzie kocha i każdy będzie myślał o innych
Uczestnicy sporu Wysoki Sądzie, czekamy. Jaki wyrok?
Sędzia – do siebie:...a tu to tylko brudna rudera. I ten motłoch. I czego, i czego , i czego tam chcą? Nie lepiej żeby zostało tak , jak jest? Nie lepiej kochać, cieszyć się? Przecież, jak jeden wygra, to drugiemu będzie smutno. Po co to komu. Nie lepiej na spacer, karmić łabędzia, karmić wiewiórkę. Wiewiórki syna, wiewiórki córkę? Może chodźcie – teraz się poprzytulamy, a potem Chyc – do mamy! Do cycka matczynego przytulić się. Ona zrozumie, mateńka. I każdy będzie szczęśliwy i mama będzie szczęśliwa.
Uczestnicy: Jezu! To świr! Wypuście nas! To skandal! Otwórzcie drzwi!
Woźny – trzymając drzwi: …a tu to tylko brudna rudera. I ten motłoch. Sędzia wie, co gada. I czego, i czego , i czego tam chcą? Nie lepiej żeby zostało tak , jak jest?, jeden z drugim wrzeszczy i wrzeszczy, bo wyroku chcą. I te drzwi szarpią, rozbijają okna, byle prędzej do domu, do betów, do tłustych garów….., no i po co ten pośpiech świnko w stringach, z zadartą sukienką. Taka napalona i się śpieszy: bo ma springi i pozew wniosła. A tutaj jest przecież Pan sędzia, dwóch strażników. No i ja jestem… Załatwimy według kolejności wpływu. Laleczko, laleczko! Nie szarp się. Łuuups pięścią w twarz: odpocznij sobie od tego pospiechu, rozgardiaszu, nerwówki. Tu jest Pan sędzia, dwóch strażników i ja jestem. Miło jest. Kameralnie.
Uczestnicy sporu: Qwa! Co tu się dzieje? To jest proces sądowy. Niech ktoś nam pomoże! Ratunku!.
Sedzia: ... a tu, to przeklęta rudera. No i ten motłoch z pozwami. Nic nie widza: tylko moja racja i moja. Byle do przodu, po trupach. Inie widzą, jak ciężko ktoś pracuje, żeby im pomóc. I ciągle chcą tylko „po swoje, po swoje”. I wygrać, i żeby komuś było przykro…No jakże to? Po co to? Po co to wszystko? A ja mam dla nich jeszcze pistolet. I amunicje mam też… No nie uciekaj Pan, i tak trafię. Zdzisiek, odsuń się, żeby ciebie nie postrzelił. Żyje? To dostrzel go!
Prezes sądu: Znowu strzelałeś na sali sądowej?
Sędzia: Sam wystrzelił, jak zaatakowali mnie uczestnicy. Sam.
Prezes sadu: Naprawdę? Później mi opowiesz, jak to się stało. Teraz mamy obiad. Z przewodniczącym Krajowej Rady Sadowniczej.
Sędzia Nie chcę jeść. Chce z powrotem akta sadowe. I sale. I uczestników sporu. I Wieśka, Zdziśka. I woźnego. Tego napakowanego.
Prezes sądu Nie jestem pewien, czy mogę… To już sześć trupów w tym tygodniu na rozprawach, które prowadziłeś.
Sędzia Chcę sądzić!! Sądzić. Jestem sędzią!!!
Prezes Sądu: Pańscy powód i pozwany nie żyją. Znowu!
Sędzia: Chcę sąąąądzić!
Prezes Sądu: No dobrze, odroczymy publikację w tej drugiej sprawie na 14.00 i zaraz po obiedzie usiądziesz na sali? Teraz dobierzcie się w pary i schwyćcie za ręce. Za mną – na stołówkę!
Sędzia do Prezesa: Proszę wstać! W imieniu Rzeczypospolitej Polskiej …
Prezes Sądu: Jeszcze sądzisz? Ciężka sesja? Może pytanie do Trybunału Konstytucyjnego zadasz. Albo do ETS?
Sędzia: Skazany! I jeszcze raz! I jeszcze! Kara dożywotniego pozbawienia wolności!
Prezes Sądu: Dobra. Niech będzie. Potem mnie skaż.. Pamiętajcie – kto się nie będzie chciał poddać karze, to sprząta stołówkę!
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Obudź się! Wszystko w Twoich rękach
2009-07-28
|
Każdy człowiek ma potencjał i prawo do godnego życia. Dzięki takim ludziom, jak Anioł Miłości wiemy, że najbiedniejsi z biednych mogą pracować na rzecz własnego rozwoju.
W Polsce całe społeczności tkwią w nędzy, bo nie wiedzą, na czym polega prowadzenie skutecznego biznesu w dzisiejszych czasach. Czy nie wiedzą, ze trzeba się tylko obudzić?
Anioł Miłości splunął na krawężnik: przez szczerbę. Albowiem skiny zęba wybiły. Nie dość, że nie chciały mu zapłacić skiny za kurs, to potem jeszcze stawiały się i prosiły, żeby nie zabierać im fleków i glanów i komórek. Miał wtedy Anioł zabawę z tymi skinami.
Miał też Anioł słabość do młodzieży, więc nie zabrał komórek: rozumiał, jakie one są ważne dla młodych. Ale właśnie przez tą słabość do dziatek chciał odebrać, co mu się należało za kurs. W naturze. Zaczął od skina – przywódcy, bo był najbardziej męski. I miał taką charyzmę w pośladkach. Jak…. Fredi Mercury. Trochę fikał przy grze wstępnej, stąd ten ząb
Potem mówili niby w sądzie, że gwałt, że uszkodzenie ciała, że naruszenie nietykalności cielesnej.. Ale jaki tam gwałt: Aniołowi było przyjemnie, a że tamten nie potrafi korzystać z życia, to jego sprawa. Przechodniom się podobało, bo bili brawo. A jeden to nawet chciał się dołączyć. No to gdzie tu gwałt? Chyba w marzeniach sędziny. Niespełnionych, bo jej to by nikt nie chciał gwałcić. Nawet za pieniądze. Co jej zresztą Anioł powiedział, stąd kara za obrazę Sądu.
A może to nie byli skini, tylko buddyści? – teraz tak się zastanowił - Ch…j wam w rzyć – mruknął do siebie Anioł - to łyse i to łyse. Po szóstym browarze to mnie już bez różnicy, czy skin, buddysta, czy Hare Kriszna. Zadumał się nad losem i przeznaczeniem: - Może i jeden wybili, ale i tak sobie radzę. Otworzył zębem butelkę królewskiego i ruchem nabytym podczas czterdziestu lat socjalizacji, gdzieś na warszawskiej Pradze, przelał zawartość do przełyku. A potem drugą butelkę. Bo Anioł myślał o przyszłości: cała noc dziś w taryfie. I nie wiedział, czy będzie okazja się napić. A bez paliwa nic nie pojedzie.
Anioł nie miał wyboru, musiał tak robić.Bo stary z domu wygonił. Niby, że cztery dychy na karku i czas się usamodzielnić. To Anioł wsiadł do taryfy, żeby zarobić na pól litra chleba i do chleba. Ale wiedział, że zawsze może liczyć na kolegów. Bo prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie.
- Wiesiek – tak wołali Anioła funfle z ulicy - Chodź, klienta mam dla Ciebie! – Czarny trzymał jakiegoś krawaciarza za klapy – Zawieziesz go – tu Czarny przerwał na chwilę, żeby się zastanowić – do Zakroczymia.
– Ale ja nie chcę do Zakroczymia - wyrywał się krawaciarz.
– Cicho mendo – gasił zarzewie konfliktu interesów Czarny – mam Ci kichy kosą wypuścić?
Tu anioł nie wytrzymał, bo był na krzywdę ludzką wrażliwy okropnie.: - Dawaj go tu do bagażnika, bo mi tapicerkie pobrudzi albo z samochodu ucieknie. Jak ten ksiądz, co go potem w Wiśle wyłowili. Tylko za kurs weź najpierw. Ile to będzie, do Zakroczymia? To pewnie daleko – anioł zachmurzył się, bo obciążony pracą był niemiłosiernie.
–Ile? – Czarny się zastanowił – 20 kilometrów, to chyba z cztery tysiące. Bo to i godzina szczytu i korki. I transport w przedziale dla VIP- zarechotał.
– Ale Wielmożni Panowie – krawaciarz usiłował zatrzeć niemiłe wrażenie, które zrobił na początku. – Ja mam tylko dwa. To może…. Ja wam dam te dwa i zrezygnujemy z transportu – wyraźnie usiłował się wykpić
– O nie! – Czarny znał życie – jest zapłata, to jest i usługa. Na transporter się składasz parchu, to transport będzie – orzekł. Dawaj kase, bo żyletkie wyjme i urode ci popsuje. Czy obrączka i sygnet może być? Komórka? Może. Trzy tysiące razem będzie. My ci i tak na renkie idziemy. Kto wie, czy nie kradzione. Ty z nas paserów nie robisz? Bo my uczciwe przedsiębiorcy. A tysiąc kiedy? Nie masz.. A to zdarty k...s! To co uczciwych przedsiębiorców fatygujesz?
Anioł zaczerwienił się. – To może…- zagaił nieśmiele starając się wrócić do ulubionej formy płatności – … może w naturze. Jak Bóg przykazał, w walucie boskiej.
– Ty to Wiesiek nie kombinuj. Jak zarobisz, to sobie fikołki porobisz. Interesu to Ty nie psuj! Rabat damy klientowi. Bo płatne od ręki. A jak Pan – Czarny odwzajemnił się kurtuazją, którą przyswoił z filmu z "Kroniki filmowej" – będzie bawił w pobliżu, to zapamięta firmę i może jeszcze raz skorzysta z usług. A teraz – Czarny zakomenderował – do bagażnika parcha.
To prawda, nie każdemu się udaje prowadzić skuteczny biznes, jak Aniołowi. Na przykład 19 kupcom z KDT przedstawiono zarzuty naruszenia nietykalności cielesnej funkcjonariuszy publicznych w celu udaremnienia egzekucji komorniczej. Niektórzy z kupców kupcy nawet przyznali się do winy. Strach pomyśleć, jakie metody musiały stosować organy ścigania, skoro tak szybko osiągnęły ten znakomity wynik.
Kupcom bowiem nie straszne były, podczas próby przejęcia hali Kupieckich Domów Towarowych, starcia z uzbrojoną policją i ochroną. Nie straszne były ani kamienie, ani nawet gaz łzawiący. Niczym Wołodyjowski rzekli tylko: „Nic to!” i poszli bronić swoich mało atrakcyjnych stoisk handlowych.
A tak, na marginesie: wydaje się Wam, Czytelnicy, że wskazany model robienia interesów nie jest stosowany w „cywilizowanym” świecie? To przypomnijcie sobie, ile razy tłumaczyliście, ze już macie telefon, sześć kart kredytowych, kablówkę i nie używacie produktu x…. Czy to są inne metody?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Jak zostać Dziennikarzem Obywatelskim
2009-07-24
|
To naprawdę nic trudnego. Wystarczy słuchać się wskazówek starszych kolegów
Wiadomo, oni wiedzą, co ludzie lubią czytać. Na przykład „Opodatkowanie biegłego sądowego podatkiem VAT” nie wzbudziło ich ciekawości. Z żalem przebijającym z treści komentarza stwierdzili: „No jednak odrzucam. Jednak publicystyka to nie to samo co przeklejanie pracy dyplomowej ze studiów dla prawników. Tu się do ludzi pisze normalnych...”
Realizując postulat uczciwości dodam, że niektórzy byli zainteresowani: „ok.”
Nie zainteresowała ich także tematyka zwolnień podatkowych („Ulga odsetkowa na zakup mieszkania - państwo pomoże?”).
Bezlitośnie uznali: „Żałuję, że nie jesteśmy serwisem prawnym. Czy nie dałoby się pisać artykułów z większym uwzględnieniem poziomu wiedzy naszych czytelników na ten temat?:-)Pozdrawiam serdecznie.”
Podobny los spotkał tekst „Masturbacja jako sposób na życie? Przegląd poglądów i technik płci pięknej”. Jednak w dalszym ciągu nie wierzę w brak zainteresowania Redakcji tematem. Myślę, że powodem rozstrzygnięcia były inne względy. Nie zmniejsza to jednak mojego bólu. I niedosytu wiedzy wśród Czytelników.
Redakcja nie chciała upowszechnić wśród Czytelników Interii wiedzy o tym, „Jak stać się prawdziwym Polakiem”. Dlaczego? Nie wiem… Może spisek?
Zasugerowała natomiast zmiany w tekście: „Znamy się" nie od dziś, więc ja aprobuję. Myślę jednak, że za dużo tu dygresji jak dla przeciętnego naszego czytelnika. Wymieszanie ironii z nutką erotyczną i historycznych wstawek też chyba nie służyłoby mu w znalezieniu właściwej ścieżki interpretacji. Chyba ten temat trzeba opracować "na poważnie". Za dużo drażliwych punktów.”
Zmian dokonałem i tekst wyszedł wyśmienicie: był nijaki.
Planowałem zapoczątkować serię „biograficzną”, wzorem Czesława Suchcickiego, czołowego dziennikarza Interii: ma się tą intuicję. Napisałem nawet pierwszy artykuł: „Zbyt niedojrzały, żeby być z Tobą”. Taka historia nieszczęśliwej miłości: żeby Czytelnicy nie popełniali moich błędów.
Niestety, tekst też okazał się niedojrzały, ponieważ „(…) nie ma przesłania”. Oraz „(…) w pewnych momentach bardzo zabawne, choć balansuje na granicy dobrego smaku. W innych zaś przekracza ją niestety...”
Cóż powiedzieć – to cały ja.: za dużo, za mocno, za szybko. Męska Janis Joplin. Dobrze, że Redakcja nie wie, co robię w czasie wolnym….
Usiłowałem wrócić do tematu spędzania wolnego czasu i reaktywować tekst „Masturbacja jako sposób na życie”, z którym, ze względu na doświadczenia – i przemyślenia” byłem mocno związany.
Niestety, pasji mojej znowu nikt nie chciał podzielić!
Nie wszyscy byli równie otwarci i transparentni! Nawet w Wolnej Polsce i w Wolnej Prasie: „nie chcę tego Panu znowu obcinać. Proszę postawić tezę, a potem ją udowodnić, zachowując jednorodną stylistykę. I niech ona będzie publicystyczna!”
Zmieniłem więc konwencję, następstwem czego był artykuł „Masturbacja – cienka czerwona linia” Kiedy czytałem recenzję – „Proszę mi wytłumaczyć, czemu ma służyć ten tekst? Zlepek pseudonaukowych twierdzeń podanych prawniczym żargonem ("powoduje rozkosz u wykonawcy") oblanych jakąś taką ludową rubasznością... ;-)” – miałem wrażenie, że mit o Syzyfie powstał na podstawie moich własnych przeżyć.
Usiłowałem też wskazać Redakcji na psychologiczne aspekty rozwoju człowieka. I znowu fiasko – „Ewolucja samoświadomości” okazała się tylko próżnym blichtrem z rzeczywistością tkwiącą w genetycznie zaprogramowanym maraźmie: „Stylizacja gwarowa Panu nie wyszła”.
A myślałem, ze po prostu przelałem na papier to, co czuję…
„Nic to!” powiedziałem sobie, niczym Pan Wołodyjowski – Basi chyba.
I z miejsca nawiązałem do tematyki „rodzinnej”, bo z nią skojarzyły mi się słowa „Pułkownika”. Wszak larum grają, inni piszą, a ja nic? Za koń – za przeproszeniem – nie chwytam? Na szablę nie wsiadam?
Zatem wsiadłem, ale…powiem krótko: „Rodzina i miłość” nie spodobała się, bo „(…) na 360-kę trochę za słabe dramaturgicznie... może jakby jeszcze kot z psem sypiał...?”
Gdzież zrozumienie dla ideałów „wolnej miłości”, nieobcych dla naszych Rodziców? Gdzie „Woodstock” XXI wieku? Koncepcji kota i psa, tudzież ich wzajemnego… mimo wysiłków, nie potrafiłem rozwinąć. Temat zarzuciłem, do czasu znalezienia chętnego kota. I psa.
Wróciłem do psychologii.
„W poszukiwaniu samego siebie” trzeba było dopracować, bo: „aa:Sorry, studiować budowę kału, to mogą studenci medycyny, wątpię by zainteresowało to zwykłego czytelnika. Brawo za oryginalność, ale temat jest po prostu...gówniany:)
kbb: Sądzę, że artykuł będzie niezrozumiały w swej wymowie, natomiast zostanie oceniony jako, powiedzmy, niesmaczny. Nie każdy musi znać Freuda i fiksacje, jak również problemy alternatywnego ukierunkowania dążeń seksualnych:) Natomiast każdy może je poznać, a nawet być może powinien, jednak aby spojrzeć w ten sposób na tekst, trzeba by wyjaśnienie do redakcji uczynić fragmentem wprowadzającym tekstu, może lidem. Ja z takim wyjaśnieniem puszczę... ale jak wiesz, decyzja jest tu dwuosobowa, więc gwarancji nie daję. Pozdrawiam Przy okazji - http://interia360.pl/pomoc/artykul/homoseksualisci-w-on-i-ona-czyli-zaznaczamy-kategorie,18741”
Zrozumiałem uwagi, zagadnienia redakcyjne nie były mi – całkowicie – obce. Choć tekst nie był o „kale”….
.Poprawiłem tekst we wskazany sposób.
I tu jednak, zamiast sukcesu – kolejne „pozdrowienia”:
„zz: Bez urazy, wiem, że lubisz szokować MM, ale tym razem przesadziłeś. Rozumiem intencje, ale skatologiczne i werystyczne opisy rytuałów Jolanty wywołują szczere mdłości już przy próbach zredagowania. Doceń moją życzliwą i przyjacielską opinię: odrzucam. Napisz artykuł, a nie opowieść pisaną patykiem w kupie! Masz talent, potrafisz stworzyć klimat, tym razem jednak stworzyłeś klimat klopa. Tylko bez obrażania się, użyj poczucia humoru. Inne uwagi mogę wysłać mailem na Twoje życzenie. Oceniała: zz. Skądinąd będąca pod urokiem innych Twoich tekstów.
xx: Przy całym szacunku dla Pana wiedzy o Freudzie ( nie wiem czy dobrze odmieniłem ), nie jest to tekst na portal dziennikarski, a i na bloga raczej tez nie. Pisanie w takiej formie?...Hmmmm może jakiś specjalistyczny portal? Lubie Pana teksty, nawet te kontrowersyjne, ale ten nie jest nawet kontrowersyjny. Pozdrawiam”
No cóż… Ja też pozdrawiam.
Ze swojej „strony”
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Nałóg
2009-07-24
|
Zgodnie z art. 5 ustawy z 9 listopada 1995 r. o ochronie zdrowia ..., zabrania się palenia wyrobów tytoniowych poza pomieszczeniami wyodrębnionymi i odpowiednio przystosowanymi: 3. w pomieszczeniach zakładów pracy oraz innych obiektów użyteczności publicznej.
Niestety, przyzwolenie społeczne dla wprowadzenia tego zakazu nie jest duże, podobnie, jak przyzwolenie społeczne dla zakazu sprzedaży papierosów dla nieletnich. Tylko 52,73 proc. sprzedawców sprzedałaby wyroby tytoniowe nieletnim. (Zakaz sprzedaży papierosów nieletnim to fikcja).
Dlaczego? Bo społeczeństwo wie, jak trudno jest rzucić palenie. Nawet przy założeniu, że palacz robi to codziennie.
Weźmy Zygmunta. Ja zawsze spotykałem go rano. W toalecie – jak zawsze. Zygmunt często tam wpada. Zresztą – kto nie bywa w toalecie?
- Cholerna robota - zagaił - Za gorąco na zewnątrz, znowu muszę jarać w kiblu. A już się prawie odzwyczaiłem.
Zaciągnął i zakaszlał sucho, niczym grzechotnik na Malowanej Pustyni w Arizonie.
- To palenie mnie wykończy – dodał.
- Może rzucisz? - zapytałem go, przypalając Camela. Bez filtra, bo mocno żyję, to lubię mocne.
- Nie da rady, dziewczyna w ciąży - Zygmunt był wyraźnie zmartwiony. - Muszę teraz długo pracować – zacharczał zalotnie.
- Fajki rzucić - wyjaśniłem - Dziewczynę zostawić. Niech gotuje.
Zygmunt zaczął się wsłuchiwać w szum strumienia analityka z sąsiedniego pisuaru.
- Nie da rady, próbowałem już - poinformował z rozmarzeniem. Ale wtedy wszyscy częstują. Mówią: "weź nie krępuj się", "jesteśmy kumplami", "ty mnie częstowałeś". No… nie chcę robić im przykrości, biorę. A potem trzeba się rewanżować. Znaczy też kupować. A jak kupiłem i poczęstowałem, to co z resztą? Przecież nie wyrzucę. No i paliłem coraz więcej, nawet trzy paczki – tak mnie częstowali. A przecież zdrowie trzeba szanować. No, nie oddam całej paczki za jednego fajka, rozumiesz stary?
Zrozumiałem.
Biedny ustawodawca. Biedny producent. Biedna dziewczyna. No i biedny Zygmunt. Dobrze, że nie odstawiał jeszcze alkoholu – wtedy miałby problemy!
Co do mnie, to jestem słabego zdrowia: trzech paczek dziennie nie wytrzymam. Więc dla ostrożności nie rzucam, będę palił dalej. Tylko nie tytoń - też z ostrożności. Salvia Divinorum, wtedy mi się lepiej z Zygmuntem rozmawia.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Kiedy przyjdzie noc
2009-07-21
|
Ta noc była najgorsza w moim życiu. Pierwsza noc po urlopie. Po dwudniowej podróży miałem spać, jak dziecko.
Miałem.
Bo co piętnaście minut dzwonił telefon, z numeru zastrzeżonego, z prośbą o skorzystanie usług firmy x. Albo y, albo z.. Albo, bo chcą spełnić wszystkie moje życzenia.
Prosiłem, żeby dali mi spokój.
Nic z tego. Telefony wydawały się być nieuchronne. Jak zapowiedź losu…
Skulony pod kołdrą, w oczekiwaniu na „nieuniknione”, przesiedziałem, drżąc czy to ze strachu, czy z podniecenia – byle do rana. Dźwięk dzwonka telefonu z regularnością zegara atomowego wpierw gwałcił ciszę, potem przeszywał moje serce, a następnie burzył mój zdrowy rozsądek i poczucie własnej wartości.
Więc znękany odbierałem: „Nie, nie potrzebuję”, „Mam już rachunek bankowy”, „Nie chcę, żebyś przyjeżdżała, jestem chyba gejem. I sam sobie radzę”., „Francuski bez za 150? Chyba w Bevery!”, „Nie chcę nowego samochodu. Naprawdę Jeep jest fajny, ale Toyota mi wystarcza”, „Nie mam problemów z erekcją, wiagra nie jest mi potrzebna”.
Koło piątej nie wytrzymałem: „Nie, nie chcę przedłużki do penisa, ani konta w mbanku. Do każdego dzwonicie z propozycjami? Ze spełniacie życzenia wzorowych abonentów. Co może Pani dla mnie zrobić? Kocha mnie Pani? Nie? To niech Pani znajdzie mi choć jedną osobę, która mnie kocha. A potem dopiero zadzwoni z propozycją przedlużki lub nowego rachunku bankowego. Wtedy może skorzystam. Albo skorzystamy. He, he”.
I odłożyłem słuchawkę.
Telefon umilkł. Wreszcie zasnąłem.
Obudziłem się po południu. Podrapałem się po tyłku i podciągnąłem spodnie od piżamy. Podszedłem do okna. Z wrażenia podrapałem się jeszcze raz, powtarzając rytuał, który miał mnie zakorzenić w egzystencji. Nie pomogło. Pierdnąłem. Trochę lepiej, ale i tak niezbyt dobrze.
Za oknem widać było aqua park, na którym szalały dzieci sąsiadów. Zenek spod piątki, ten, co kupował od licealistek lody „amerykańskie, oryginalnie kręcone”, siedział rozparty lubieżnie na ławce. W tym samym czasie pięć klonów Naomi C. częstowało się lodami. Za nowym budynkiem z napisem „Moulin Rouge”, widniał tor wyścigów konnych. Przy bramie głównej gości witał Wiesiek: do tej pory jedynie stały nabywca kuponów lotto w systemie „chybił trafił”. Witał częstując, sądząc po butelkach - Moët & Chanson, a nie „Dorato”, które zwykł pijać.
Z klatki schodowej dochodziły mnie dziwne odgłosy. Wyjrzałem przez Judasza. To Jolka, pięćdziesięcioletnia smakoszka wina Tur, woluntariuszka na Pigalaku, półleżąc, rozchylała w uśmiechu wargi, przed dobrze zbudowanym giaurem.
Nagle spojrzała w wizjer i skinęła do mnie, jakby wiedziała, że jestem za drzwiami, pokazując na paczkę, którą trzymała w dłoni.
Otworzyłem drzwi i przyjąłem prezent. Rozwinąłem papier. W środku, było lustro.
Obok – gustowny bilecik: „Szanowny Panie! Przepraszamy za opóźnienie w realizacji zlecenia. Znaleźliśmy za to miłość Pana życia: wierną, oddaną i dozgonną. Liczymy na dalszą współpracę. Jeśli zechciałby Pan założyć nowy rachunek, także dysponując przedłużką, proszę zgłosić się do Pani Genowefy w dziale analiz.”
Nie czekałem dłużej. Ubrałem się i poszedłem do operatora sieci, by złożyć reklamację. Zwłaszcza wobec dysproporcji realizacji mojego zlecenia w zestawieniu ze sposobem realizacji zleceń sąsiadów.
Bezskutecznie. Okazało się, że nie zapłaciłem rachunku za ostatni miesiąc, w związku z czym możliwość korzystania z rozmów przychodzących została wyłączona.
|
|
Komentarzy:
2
|
|
Les avantages de les etudes de langue francaise :)
2009-07-10
|
 |
|
Komentarzy:
0
|
|
Bądź sobą!
2009-07-10
|
 |
|
Komentarzy:
0
|
|
Tak, do Ciebie - raz jeszcze!
2009-07-10
|
 |
|
Komentarzy:
0
|
|
2009-07-10
|
Lato. Dwóch chirurgów, anestezjolog, instrumentariuszka. Pracowali, jak zawsze, na najwyższych obrotach. Każdy znał swoje miejsce. Jak perfekcyjny mechanizm, jak doskonały balet.
- Już niedługo, jeszcze tylko trochę, jeszcze jeden. I… koniec roboty.
- Pieprzona robota - westchnął drugi – znowu wierzga
- Co chcesz - odpowiedział straszy chirurg – Każdy chce żyć. Daj mu więcej tego halotanu, nie możemy czekać. Akord to akord. - Jak nie starczy potem dla Ciebie, to postawię Ci piwo – starszy był miły – Albo wino. Tanie.
Rozeszli się w przeciwnych kierunkach stołu,
- Ależ wierzga to bydlę! Silny jest. A podobno przywieźli go z utrzymującym się krwawieniem z rany pooperacyjnej – zagaił starszy – Jak to pozory mogą mylić...
- No tak, chustę mu zaszyliśmy – wyjaśnił drugi - Tej, co Mariolka nie mogła znaleźć. Żółtą tą.
- Prawda Mariolka? - chciał zawstydzić siostrę - Daj tu jeszcze jedną.
Opodal leżała sterta wczoraj przywiezionych nowych chust chirurgicznych. Mariolka dała dwie – na wypadek, jakby jedna nie wystarczyła.
- O, k...wa serce ustaje - mruknął niechętnie któryś z mężczyzn. – Daj tu defibrylator szybko.
- I jak tu, cholera, w takich warunkach pracować? - zdenerwował się drugi. - Masz to cholerstwo, tylko uważaj, bo izolacja się przetarła i kopie - po czym odszedł na bezpieczną odległość.
- Poczekaj, po co go męczyć – włączyła się Mariolka. - Jak silny to przeżyje. Załóż tylko dren do jamy otrzewnowej, żeby stołu nie pobrudził. Bo domyć potem nie można.
Pacjent zaczął drżeć. Rękami machał nieskoordynowanie, jakby coś chciał powiedzieć.
- Wariat, cholera – zdenerwował się starszy chirurg – Nie znam migowego. Mówiłem daj mu halotanu. Jemu, pacjentowi, a nie sam się szprycuj – wyjaśnił, jakby otumaniony anestezjolog nie zajarzył od razu - Salę przecież nam ciul jeden rozpindrzy. No albo mu od razu przy..ol!
Jego kolega, uchylił maseczkę i splunął w kąt sali...
- Temu to już nic nie pomoże. Nawet halotan - stwierdził. – Zabrać go i niech poczeka na OIOM, aż procesy życiowe ustaną. Potem – kostnica, jak zawsze.
- Dobra – powiedział drugi. – Daj tylko go zaszyję, żeby ładnie wyglądał. To ważne dla rodziny. Ja zresztą lubię haftować, bo się na chirurga plastycznego uczę teraz - A ty Mariolka wieź następnego – zaszczycił siostrę - Kogo mamy?
- Motocyklista. Uraz wielonarządowy, jak Zientarski. Hi, hi – zachichotała zalotnie – Ale biedniejszy. Do tego wstrząs hipowolemiczny z rozwijającym się zespołem wykrzepiania wewnątrznaczyniowego z utrzymującym się krwawieniem do jamy otrzewnowej – z drenów asekuracyjnych około 2500 ml krwi.
- To on jeszcze żyje – zainteresował się anastazjolog – Batman jaki, czy co? A może ma jakieś środki jednak? Finansowe.
- Dobra, zaczynamy - starszy był bezlitosny – Randkę mam o 16. Dawaj pavulon - dwie jednostki! Będzie szybciej z tym!
- Może poczekamy, aż zaszyjemy tamtego – zapytał drugi – Bo jakoś macha reką cały czas. – Może przeżyje.
- Ty to lubisz się upierdolić - skwitował starszy - Dzisiaj nie może być znowu obsuwy. Akord to akord. Jak ja mówię, ze nie przeżyje, to nie przeżyje! Założysz się?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Jak kasowałem bilety
2009-07-03
|
W społeczeństwie obywatelskim wszystko jest blisko obywatela. Nie umiesz – nauczymy! Nie potrafisz – pomożemy! Nie dasz rady – nic to, są inni! Nie masz – damy, albo pożyczymy, albo umożliwimy nabycie.
Jak w autobusach komunikacji miejskiej: nawet, jak nie kupiłeś biletu, to zawsze możesz to zrobić u kierowcy – bezpośrednio po rozpoczęciu podróży.
Kiedyś rozpocząłem podróż. Z żoną. Weszliśmy do autobusu, a za nami trzech Panów. My do kierowcy, oni za nami: fajnie tak razem.
Trudno się dopchać do tego kierowcy. Nam to jeszcze, ale tym Panom za nami – to jeszcze trudniej: choć młodzi, to grubi byli strasznie i na śmierdząco się spocili.
-Bilety dwa chcieliśmy kupić – zagaiłem przyjaźnie do kierownika autobusu.
- Nie mogę, zaraz będę jechać – orzekł. I mrugnął przyjaźnie do trzech Panów. Znajomi pewnie. - Na następnym może sprzedam – dodał kordialnie
Pomrugał jeszcze do drugiego i trzeciego szczególnie, zamknął drzwi i pojechał.
Panowie poczekali parę sekund, po czym najgrubszy zwrócił się do mnie:
-Aaa, bileciki do kontroli.
-Nie mam, przecież słyszał Pan, chcę kupić dopiero – wyjaśniłem zaniepokojony
- No tak – posmutniał – Słyszałem. No to dokumenciki tylko. Bo jak kierowca nie może sprzedać, to nie zwalnia to podróżnego z odpowiedzialności za jazdę bez biletu – wyuczona miał formułkę.
- No tak – ja też posmutniałem – ale kierowca celowo mi nie sprzedał, bo nie istniały okoliczności, które mu to uniemożliwiały. Po za tym było to działanie celowe, bo widziałem, ze witał się z Panami, zanim rozpoczęliście kontrolę biletów. W takim wypadku uważam, ze działanie Panów jest bezprawne i nie okażę Panom dokumentów. Też z tego powodu, ze nie macie prawa mnie legitymować.
Panowie posmutniali jeszcze bardziej. Ten najgrubszy wydawał się nawet być w głębokiej depresji. Popatrzyli po sobie z bezbrzeżną rozpaczą, a porozumiewawczo.
- Patrz parcha! – oznajmił ten najszczuplejszy. – Człowiek chce dobrze, wytłumaczyć ćwokowi po dobroci, a tu, jak nie przyp. , to k…s nie zrozumie. Zaj… mu od razu i nie gadaj z prymitywem, Zenek!
Chłopaki miały opanowaną strategię, specjalnie na taką okazję. I przećwiczoną ze staruszkami, jak wnosiłem ze środków masowego przekazu
Zenek nie czekał, schwycił mnie za krawat. Drugi usiłował wykręcić rękę, choć dał mi czas, bym – jeśli zechcę - zaintonował pieśń Jana R. „Polaków biją”. Trzeci – ten najbardziej śmierdzący - zaszedł od tyłu. Zwolennik przygody analnej?- przemknęło mi przez głowę.
Nie zaśpiewałem pieśni Rokity, ale okazję wykorzystałem. W końcu staram się wyławiać takie sposobności każdego dnia.
Chwyt za krawat zelżał po mae-geri na gedan (krocze). Pierwsze kopnięcie nie weszło mi czysto, więc poprawiłem drugim, wolniejszym, ale za to bardziej miażdżącym i precyzyjnym.
Ćwiczę ta technikę codziennie od piętnastu lat: w dążeniu do samodoskonalenia i realizacji misji miłości i pokoju między ludźmi. Taka medytacja w ruchu,: full contact. Bez ochraniaczy, żeby nie pozbawiać się doznań i czujności. Dokończyłem gyaku – precyzyjnie na podbródek, by nie trafić w zęby i nie poranić sobie pięści odłamkami tychże. Upierdliwa robota z wydłubywaniem później.
Ten, co usiłował wykręcać rękę był podatny na de ashi barai (duże podcięcie zewnętrzne). Musiał być – wyćwiczyłem swoje 120 kilo mięśni właśnie w tym ruchu. Zresztą przy mojej masie i szybkości to myślę, że wszystko byłoby skuteczne. No i miał strasznie wrażliwą krtań. Może za wrażliwą? Nie szukałem odpowiedzi.
Drzwi autobusu zamknęły się już, więc trzeci nie miał gdzie uciec. A ja nie lubię marnować okazji: w końcu nie po to praktykuję – też na ulicach. Choć myślę, ze trochę udawał. Przewrócił się niemal, jak Grzesiuk w kacecie… Po taki lekkim „małaszu” na jodan (głowę)?
Nie miałem czasu sprawdzić, czy symuluje, bo żona syczała ze złością:
-Taaak? To on nazywa się „bilet”? I to jego miałeś skasować? Tego co uciekał też?
No nie dała sobie wytłumaczyć, że to wszystko to przecież w obronie koniecznej. Że nie zachodziła żadna okoliczność uzasadniająca pogląd o przekroczeniu granic; że nie miał miejsca eksces intensywny, ani ekstensywny. Że to przecież misja społecznikowska. W interesie społecznym i ogólnym.
Dziwne są te kobiety…
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Serce czlowieka
2009-07-02
|
Nigdy nie byłem „zabawowy”. Jestem pracoholikiem i cały mój wolny czas spędzam najchętniej w pracy: w mojej korporacji. Praca i dążenie do sukcesu są wystarczająco ciekawe, by skupiać na nim wszystkie swoje wysiłki. No, może czasem tylko, dla oderwania się od rzeczywistości przykopałem – spontanicznie – babci, która nie chciała ustąpić mi miejsca, czy rzuciłem kamieniem w gołębia. Takie tworzenie własnej osobowości bez pomocy autorytetów: poprzez działanie.
Self made man.
Nie byłem świadomy potencjału, który we mnie drzemie.
Pierwszy raz „to” dało o sobie znać, kiedy wracałem z pracy w sobotę o 23, po wydłużonym tygodniu pracy. Owocnej, bo udało mi się rzucić na szefa działu – którego byłem zastępcą – podejrzenie niegospodarności i działania na szkodę firmy.
Pierwsza spostrzegała to babina w windzie. Spojrzała na mnie i…. jakoś tak odsunęła się ode mnie.
- „Świnia!” – powiedziała i wybiegła z kabiny przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Jej niechęć przypisałem następstwom celnego kopniaka sprzed tygodnia. Przy myciu jednak coś mnie zastanowiło..
Ale nie, wszystko było w porządku: ręce, nogi, tułów. Może tylko trochę zmężniałem od tej pracy.
Głupie próchno – pomyślałem o babinie i poszedłem spać. W końcu już niedługo do pracy. I może na nowe stanowisko.
W poniedziałek podczas lunchu, kiedy tłumaczyłem Prezesowi, że wyniki firmy zależą od właściwego kierownictwa poszczególnymi Departamentami, zorientowałem się, ze on mniej mnie słucha, a bardziej na mnie patrzy. Z podziwem i uwielbieniem.
Szybko pobiegłem do damskiej toalety, bo tylko tam było lustro obejmujące całą postać. Zobaczyłem osobę w powłóczystych szatach o pociągłej, szlachetnej twarzy, delikatnym zaroście, długich włosach i – przede wszystkim – świetlistej łunie nad głową. Wsunąłem rękę do kieszeni, gdzie wymacałem garść monet.
Lepiej niż kameleon – pomyślałem sobie. - Wystarczy o czymś intensywnie pomyśleć i ….- tak sobie wykoncypowałem.
Nie zwlekając, od razu pomyślałem sobie o moim obecnym szefie, który zresztą mnie zatrudnił, kiedy byłem na bezrobotnym. I szlag mnie trafił! Ten dupek nie dość, ze zarabiał więcej, to jeszcze był obiektem pożądania żeńskiej części personelu. I miał dom na przedmieściach, apartament w Juracie, BMW. A do tego wakacje spędzał w Hotelu Kempiński w Chorwacji i przymierzał się do kupna awionetki!
Bezwiednie zacisnąłem pięści, a z gardła wydarł mi się nieartykułowany ryk. Spojrzałem w lustro i… wszystko jasne. Z odbicia spoglądał na mnie Juliusz Cezar. Właściwie to nie wiedziałem kto: odbicie zmieniało się na przemian – z Cezara w Mika Tysona. A potem znowu – w Cezara.
Bingo- pomyślałem - a w sercu zabrzmiała melodia walki.
Puściłem wodze wolności intelektualnej i zacząłem wspominać!
Mój kolega zza biurka ożenił się z najlepszą laską z biura, choć mówiłem jej, że on z każdą z biura spał. Szef Departamentu, mój przyjaciel, dalej był szefem, choć podałem, ze intratne kontrakty dla firmy załatwia dzięki związkom homoseksualnym, gdzie odgrywał rolę nieprzystająca do szefa. Sąsiada uniewinnili z zarzutu spowodowania wypadku, chociaż wyraźnie zeznałem w sądzie, ze wjechał na skrzyżowanie na pomarańczowym!
- Dość!- ryknąłem do odbicia. -Są rachunki krzywd, których nie można przekreślić!
Wykonując nieokiełznany imperatyw, wywaliłem kopnięciem Bruca Lee drzwi od toalety i popędziłem przed siebie. Przeskakiwałem samochody niczym zdobywca złotego medalu na olimpiadzie w biegu przez płotki. Wyprzedzałem pojazdy, niczym gepard skrzyżowany z Benem Johnsonem. Czułem wewnętrzną harmonie. Harmonię ducha i ciała.
Już nic nie mogło mi przeszkodzić, to był mój czas! Czas sprawiedliwości. Teczki zostały rzucone!
Wbiegłem do Kampinosu. Jeszcze nie wiedziałem po co, ale wiedziałem, ze tam musze być, by zrealizować Plan Boży. Biegłem i biegłem, nie bacząc na chłostające mnie gałęzie i wiążące mi nogi paprocie. Nie ujdziesz mi sprawiedliwości.
Wyskoczyłem na polanę i….. poczułem straszliwe gorąco pod łopatką. Potem usłyszałem huk, a na końcu poczułem paraliżujący ból, który podciął mi nogi.
Chciałem rzucić się na zbliżających się sprawców, ale nie starczyło mi sił. Zamiast ryku z ust moich wydobył się skowyt.
Zdążyłem tylko usłyszeć:
- Te ojciec! U ciebie kiepsko nie tylko z męskością, ale też z oczami. Żeby z pięćdziesięciu metrów nie odróżnić dzika od zwykłej świni?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Jak brałem udział w konkursie
2009-06-29
|
Przeczytałem, że co miesiąc Redakcja I 360 będzie ogłaszać temat i wybierać trzy najlepsze materiały Dziennikarzy Obywatelskich. Dla każdego, kto wykaże się żyłką dziennikarską. Miałem tylko tropić absurdy, ludzkie przywary i opiewać piękno naszego kraju. A w zamian dostać nagrodę: zestawy ciekawych publikacji książkowych, filmów DVD i płyt z muzyką. No nic prostszego.
Zaczęło się obiecująco, bo temat dobry: „Moja Polska 1989-2009”
Komputer mam w pracy. To zacząłem z miejsca:
"Lech Wałęsa! To on na tyłach wroga, nie bacząc na straszliwe wprost niebezpieczeństwo (…)”
Bez przesady z tym niebezpieczeństwem. Robotnicy go kochali, a „swojemu” krzywda nie mogła się stać. Bo kto by był w opozycji?
Trzeba inaczej
"Aleksander Kwaśniewski. Przedstawiciel ustroju totalitarnego, którego jedynym celem było zniewolenie i uciemiężenie jednostki został dwukrotnie wybrany, przytłaczającą większością głosów w wolnych, demokratycznych (itd.) wyborach na Prezydenta RP”
Nie. Jakieś takie niekonsekwentne.
Może raczej zacząć od szarych, zwyczajnych polityków. Tych nowej Polski, wybranych z woli ludu, więc uczciwych.
" Poseł Jerzy P. twierdził, ze nie był pijany. Na dowód tego oddał dziennikarce Życia Warszawy dowód osobisty, myśląc, że jest to jego wizytówka”
Nie inaczej.
"Przedstawiciele nowowybranego Parlamentu byli uczulenie na bolączki i problemy zwyczajnego człowieka. Przykładowo Piotr G. kilka lat temu na spotkanie komisji rodziny chciał przyjść z gwiazdą filmów porno Dalilą. Oznajmił, że przyprowadził ekspertkę, gwiazdę filmów porno, która będzie nam doradzała jak uprawiać politykę prorodzinną przy pomocy rozwiniętego seksu "
Z posłami nic nie wyjdzie. Może o dziennikarzach?
"Przedstawiciele profesji dziennikarzy zdają się czuwać nad losem polityków. I troszczą się o nich. Jak w tym wypadku: (…) No wydaje mi, że pani rzeczywiście, mhm, jakby to nazwać. Nie chciałabym powiedzieć, że jest zbyt nachalna, ale, no, po kilku głębszych, wczoraj. No wie Pani , takie „cos tam, coś tam”, to nie jest zwyczajne”.
Żle. Może jednak o posłach.
„Posłowie nie boją się przeciwstawić hegemonii większości w parlamencie. Poseł T. G.-Ł.k sięgnął do folklorystycznej klasyki. I stwierdził, że odmienne zasady stosują wnioskodawcy wobec opozycji, a inne natomiast miałyby ich obowiązywać, w okresie sprawowania władzy przez nich samych. Jego zdaniem relacje między poszczególnymi partiami politycznymi w procesie sprawowania władzy obrazuje dwuwiersz: Gdybyś była moja, kupiłbym ci skrzypce, Ale żeś nie moja - zagraj se na pipce”
Nie, mało patriotyczne z tą pipką i skrzypcami. No co ma pipka do skrzypiec?
„Wolny polski parlament włączył w swoje prace, po raz pierwszy w historii Polski, także kobiety. Przykładem może być Pani Anastazja P., która swoje wspomnienia spisała w bestsellerze: Erotyczne immunitety gdzie opisała swoje domniemane pożycie seksualne z posłami na Sejm II kadencji”.
No nie, seksistowskie.
„Triumf demokracji, o którą walczyły uciemiężone pokolenia od 1945 r. pozwala na zwycięstwo sprawiedliwości, także w drobnych sprawach życia codziennego. Jak w sprawie Anety K. Niezależnie od tego, kto okaże się ojcem dziecka Anety K., to sam fakt przeciwstawienia się wszechmocy Państwa, będzie ważnym etapem w procesie ujawniania opresyjnej sytuacji kobiet w naszym kraju. Ta kobieta będzie symbolizować walkę z podległą sytuacją kobiet, oczywiście związana z historią. Też z historią komunizmu, gdzie zmuszano kobietę do walki na wielu frontach: w domu, w pracy, w kościele.”
Nie mogłem zdecydować się, który z artykułów napisać. W następstwie tego, nie miałem co wysłać do I 360.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Kubuś Puchatek dla dorosłych: wiara, nadzieja miłosć.
2009-06-26
|
Kubuś Puchatek, Prosiaczek, Osiołek Kłapouchy, Sowa Przemądrzała, Mama Kangurzyca i Maleństwo, Królik oraz jego liczni krewni i znajomi to przyjaciele Krzysia którzy wraz z nim przeżywają śmieszne i dziwne przygody w Stumilowym Lesie i nie tylko… Niektóre z nich miały tez przychody w chatce Puchatka
Co z tym miodem?
Po wczorajszych figlach z Prosiaczkiem, Sową i Mamą Kangurzycą był bardzo obolały. A jak sobie przypomniał, co wyprawiali na polanie, odezwał się kac moralny ze zdwojoną intensywnością.
A zaczęło się niewinnie, od miodku. A myślał, że wszystko kontroluje. Do tej pory zadawał sobie pytanie, jak się znalazł w chatce z powrotem i co stało się z Sową i Mamą Kangurzycą potem? A co z Prosiaczkiem?
Kubusia, misia o bardzo małym rozumku, przestał w końcu dręczyć ból egzystencjalny, a zaczął – fizyczny. Zaczęło go ssać w dołku.
W jaki sposób zdobyć miód? – to tylko było ważne.
Miś próbował wspiąć się na wysokie drzewo – tak do pszczółek i ich zapasów.
No nie udało się, trzy razy się spingwinił, zanim się poddał.
Prawdziwy przyjaciel zawsze Ci pomoże
Zrezygnowany postanowił zwrócić się o pomoc do Krzysia: on zawsze dysponował zapasami miodu, którego udzielał przyjaciołom za niewielką opłatą. Wprawdzie u Puchatka kiepsko ostatnio było z gotówką, ale zawsze jakoś się dogadywali z Krzysiem a to przyniósł mu leśnych jagód, a to grzybków o silniejszym działaniu, a to naskubał dobrej trawy. Albo, po prostu, zrobił mu przyjacielską przysługę – jak to starzy przyjaciele.
Puchatek, drżącymi łapkami starał się oporządzić zmierzwione, po wczorajszym i po dzisiejszym, futro. Nie mógł się pokazać u Krzysia, jak ostatnia łachudra, bo Krzysio był estetą. Nie było łatwo wylaszczyć się, bo sierść skołtuniona od zaschłego miodu, suchej trawy i liści.
Love of my live
Wysiłek jednak opłacił się, ponieważ chłopczyk zgodził się i razem udali do chatki misia, by dokonać transakcji.
Bo Krzysio nie lubił, ot tak, na polanie. Mówił, że go krępuje, że ktoś może nadejść nagle. I nie może się wyluzować, stąd ta chatka, zamiast na łonie przyrody: jak Adam i Ewa pod jabłonią.
Żeby nie było, że przychodzi z gołymi rękoma, to Krzychu pokazał Kubusiowi butelkę miodku, którą dzierżył w ukryciu za pazuchą. Potem Krzyś dał Kubusiowi balonik; tak na dobry początek. A Puchatek odwzajemnił się Krzysiowi, śpiewając mu – do ucha – nową mruczankę.
Żeby się jeszcze bardziej rozluźnić zjedli sobie chlebek z miodkiem i śmietanką. Potem pili trochę kakao i zapalili faję. Z nową trawą Puchatka. W końcu, jak zrobił się nastrój, zaczęli się mieć ku sobie i przytulać się.
Ślepa furia
Nagle, z komórki rozległo się jakieś chrząkanie. Kubuś przestraszył się bardzo. Natomiast Krzyś, jak to Krzyś, postanowił sprawdzić, co to było. Podszedł cicho do drzwi od komórki, nasłuchiwał trochę, po czym silnym kopniakiem otworzył komórkę.
A tam …. nagi Prosiaczek, bezwstydnie rozwalony, z rozchylonymi nogami drzemał z nosem wetkniętym we wczorajsze bokserki Puchatka. Obudzony nie zachował się jak przyjaciel, tylko jak ostatnia świnia!
- Elo bejbe, dołączysz się do nas? – zagaił lubieżnie.
Kubuś nie czekał na rozwój wypadków:
Uczepiwszy się balonika, wzniósł się ponad wierzchołki drzew. Jakby przeczuwał wybuch szału Krzysia, który wrzeszcząc – „sk..łeś się, sierściuchu”, zaczął strzelać do niego z karabinu.
Złość nie sprzyjała celności strzałów, co jednak Krzyś nadrabiał zapałem i ogniem seryjnym, na który przestawił karabin, więc Kubuś, popychany łagodnymi podmuchami wiatru i kolejnymi porcjami ołowiu, trzymając się kurczowo balonika, oddalił się w kierunku krainy mlekiem i miodem płynącej, zwanej też krainą wiecznych łowów.
Co z Krzysiem?
Ciągle Cię kocham
Krzyś nie wiedział, co go bardziej bolało: zraniona duma, zdrada przyjaciela, czy rozdarte serce.
Skamieniał w jednej pozycji – pod chatką na deszczu - a łzy płynęły mu po policzkach. I sam nie wiedział, czy to łzy, czy deszcz. Płakał nie tylko z bólu, płakał też po stracie przyjaciela: kto z nim teraz będzie chodził do chatki? Czy ktoś zgodzi się jeszcze?
Wtedy doszło go znowu to chrumkanie. ..
Krzysio wiedział, jak zawsze, co robić. I wiedział, ze tak nie postępuje przyjaciel, tylko, co najwyżej świnia..
Podszedł do otworu wejściowego komórki, w którym zwisały smętnie, na jednym tylko zawiasie, zgruchotane kopnięciem drzwi. Przeładował karabin, poczekał, aż muszka zgra się ze szczerbinką na bokserkach Puchatka, pod którymi majaczył się zarys ryjka.
…..Kiedy naciskał spust czuł to samo mrowienie w stopach, które do tej pory czuł tylko z Puchatkiem…..
Epilog
Nie, nie chciał, żeby tak to się skończyło. Jego Puchatek mógł przecież jeszcze wrócić.
Krzysio wyciągnął – z pewnym trudem - truchło Prosiaczka na zewnątrz. Tam go wypatroszył i zdarł skórę.
Wykroił, co lepsze kawałki szynki, które przygotował do wędzenia. I uwędził, tak, jak mama uczyła – w dymie jałowca. Skórę natarł solą i złożył do kamiennego gara.
Resztę wyrzucił: „forget me not chciałeś być, wieprzu. No to będę pamiętał”
A szynkę powiesił tam, skąd ją zabrał – w komórce.
- Niech Puchatek ma coś do tego miodku, jak wróci – mruczał do siebie stawiając butelkę na stole.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
"Kasia" (źr. int)
2009-06-20
|
 |
|
Komentarzy:
0
|
|
Serce matki (źr. int.)
2009-06-20
|
W pewnej rodzince byl taki zwyczaj, ze rodzice co dwa, trzy dni wyjezdzali do znajomych na noc, wiec jedyny syn mial cala chate wolna przez caly wieczor i noc. Wiec skwapliwie z tego korzystal sprowadzajac sobie swoja dziewczyne i razem figlowali korzystajac z nieobecnosci starszych. Az pewnego pieknego dnia znajomych nie bylo w domu i rodzice z kwitkiem wrocili z powrotem i przylapali mlodych w lozeczku.
Chlopak przylapany na "goracym" uczynku pomyslal sobie: "O, cholera, mam za niedlugo mature, mialem dostac samochod, uwazali mnie za takiego porzadnego. A tu co?"
Dziewczyna sobie mysli: "Aj, mialo byc fajnie, mial mnie przedstawic rodzicom, mialo byc milo, kolacja itp., a tu mnie jak ostatnia kurwe poznali."
Ojciec sobie mysli: "Moja krew! Dobrze synku, dobrze, calkiem niezla dupa!"
A serce matki: "Jak ta szmata nogi trzyma! Przeciez mu niewygodnie!"
ps. Odpowiedź na pytanie, które dręczyło "syna" podczas wizyty u matki dziewczyny:
Co trzeba zrobić aby kobieta (teściowa) jeszcze godzine krzyczała po orgaźmie (córki)?
Wytrzeć członka w firankę !
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Pod napięciem: Bovine spongiform encephalopathy - inaczej
2009-06-18
|
Wielkie wynalazki i wielkie dokonania są dziełem ludzi niezwykłych, albo dziełem ludzi znajdujących się w niezwykłym stanie świadomości. Takim, który predestynuje ich do wielkich dokonań i wielkich poświęceń. Dlatego nie wolno marnować – ani lekceważyć – żadnego stanu świadomości, który pochopnie możnaby określić pogardliwie „odmiennym” lub przejawem aberracji społecznej.
Jola męczyła się już piąty dzień. A tu taka ważna robota do zrobienia. Nie miał ją kto zastąpić. Jak zwykle, kiedy potrzeba. Nie wiedziała , co się dzieje. Miała okropne zawroty głowy. Tak okropne, że nie była w stanie wytłumaczyć ich sobie teorią Kopernika. Na przemian męczyła ją biegunka i zaparcia.
No i wyglądała okropnie: cała opuchnięta. Ręce, nogi, twarz. Jak świnka. I jak ona cały czas by jadła. No i więcej ważyła.
Do tego gigantyczne wzdęcia rezonujące w pokoju i ekstremalne bóle brzucha.
A te wypryski – ropne – na twarzy?
Drugi Kuwejt prawie.
No szkoda gadać, bała się gdzieś wyjść. Cholerne muchy! Zresztą i tak najchętniej cały czas by spała.
A tu, nie mogła rano. Bo nie dość, że do pracy, to jeszcze szef i chłopak. I do kina i na kawę.
No i wszyscy ją atakowali. Po prostu mieli niekontrolowane ataki złości i furii.
Jola musiała to znosić. Ale co nacierpiała się, to jej: płaciła za to nastrojami depresyjnymi. Na przemian to płakała, to usiłowała się bronić: przez atak.
A najgorsza była ta zdzira, zza biurka. Tak na nią patrzyła, jakby Jola zabiła jej matkę. Za co?
Taka wydawała się sympatyczna, jak ją przyjmowali. Delikatna i krucha. Niewinna, a wyrozumiała i cierpliwa. A teraz? Demoniczna bestia, nie panująca nad sobą i łaknąca krwi. Wulgarna, zmienna, humorzasta , pyskata.
Żmijsko wredne!
W południe było już bardzo niedobrze. Głowa okropnie bolała, brzuch również.
Może zwolnić się z pracy. A może od razu wezwać pogotowie: te dwie myśli ciągle kołatały jej po głowie.
Na razie wzieła 1 xanax 0,5 miligrama, by się porządnie wyspać, choćby tak na biurku. Odpocząć i obudzić się w lepszej formie.
No schwycić w końcu tą zdzirę zza biurka za rude kudły, żeby się tak do dyrektora nie uśmiechała.
Jola wiedziała, jak to zrobi: przyczai się, jak dyrektor pójdzie do toalety ….i wtedy!
Zasnęła głęboko jednak.
Cholerny xanax – pomyślała od razu jak się obudziła. Czujna.
Wyczuła intuicyjnie – a ten zmysł jeszcze jej nie zawiódł w sytuacjach krytycznych – że Dyrektora nie ma.
Nie marnowała czasu:
- Nie powinnaś jeść tyle czekolady, bo będziesz gruba i będziesz mieć pryszcze – zasyczała, jak zygzakowata nad strumieniem w Bieszczadach, patrząc Wrednej Rudej prosto w oczy.
- Do średniej w pokoju nie uda mi się dobić – Ruda była bezczelnie obiektywna. - A wiesz - dodała z innej już beczki – że mycie to nie to samo, co wietrzenie? Chociaż, jak się ma wiatry, to też wychodzi się, z pokoju pracy, do łazienki. Jak myślisz?
Dalej poszło już łatwo.
Od słowa do słowa. Od gros mots do czynów. Aż do darcia wzajemnego darcia kłaków, z bezpośrednim skutkiem „wykłaczenia” ogólnego.
I pomyśleć, że gdyby nie nadmierna aktywność lub produkcja estrogenów oraz niedobór progestagenów w drugiej fazie cyklu…. Że gdyby nie nadmierne pobudzenie wydzielania wazopresyny i aldosteronu. Wreszcie, gdyby nie będące następstwem działania powyższych substancji obrzęki jelit wraz ze wzdęciami, uczuciem pełności i rozpieraniem brzucha oraz następstwami psychofizycznymi, to….. .
To: 1. Szef, wychodząc z toalety nie usłyszałby żadnych odgłosów z sekretariatu; 2. odważyłby się wrócić do siebie do gabinetu; 3. zawarłby z przedstawicielem banku niekorzystną – jak się potem okazało – umowę opcji. I znalazłby się w sytuacji zakładów mięsnych D., czy przedsiębiorstwa K.
A tak, umowa opcji nie została podpisana, a umowa gwarantująca cenę dolara amerykańskiego wyliczona w oparciu o kurs złotego sprzed 1,5 roku – nie została renegocjowana.
Zarówno Jola, jak i Ruda, kiedy wydobrzały i kiedy doszły do siebie po „sprzeczce”, zostały upomniane za zachowanie w miejscu w pracy, a adnotację o tym wpisano do akt osobowych. Zostały także zobowiązane do naprawienia szkód materialnych, tj. odkupienie połamanego krzesła, dwóch wazonów i zastawy.
Nawet to jednak nie przesłoniło satysfakcji Joli i Rudej, jaką poczuły, kiedy dowiedziały się, ze kolejne przedsiębiorstwa upadają, a ich, niezależnie od wzrostu cen miedzi, jest w znakomitej kondycji finansowej.
Bo to dzięki nim było.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Walcz z seksizmem!
2009-06-09
|
Jak Jola. Ona nie pozostała bierna. Nieuzasadniona nierównosć w społeczeństwie była przyczyną jej poczucia krzywdy od najmłodszych już lat. Pierwszy krok już uczyniła: zdała sobie sprawę z tej nierówności. Drugi też: wyraziła swoje wątpliwości. Pomoże?
Jola była dogłębnie przekonana o dyskryminacji kobiet. A jak nie być? Kobieta pracuje, pierze i gotuje. Kobieta poswięca się dla jakiegoś typa. Wychowuje dzieci.
Nawet podczas seksu zwykle leżała "na dole".
A poród? To prawie robienie kupy. Publiczne!
O seksiźmie też była Jola przekonana. Wszechogarniającym i wszechmocnym. A wszystko to przez chłopów! Bo ją wykorzystywali. Zmuszali do gotowania. Zakładania spódniczek. Uśmiechania się.
No i do tego - nie zawsze miała orgazm! A oni mieli. Jola uważała, że nawet natura sprzysięgła się przeciw kobietom.
Ale chała!
Jola nie miała zatem wyboru, była dla niej jedna droga: emncypacja! Euforyczny sprzeciw wobec seksizmu i patriarchatu. Zerwanie ze zniewoleniem jednostki - kobiety. Po prostu "New Age" - era matriarchatu. Nowa jakość życia i pożycia. Gdzie dzieci spokojne, a kobiety tłuste i dowartościowane. Gdzie chłopy pracują. I kochankowie też. Jola słyszała, ze są takie kraje, gdzie kobietę się szanuje. Wyrównuje historyczne deficyty. Głód ucvzuciowy i potrzeby.
Na przykład na parkingach przy niemieckich autostradach w kolejności od wejścia znajdują się:2-3 miejsca dla niepełnosprawnych - szerokie, wielkie, wiadomo dlaczego. A zaraz za nimi - 2-3 miejsca “tylko dla kobiet”��Ś Nie dla matek z dzieckiem, tylko dla kobiet. Też szersze niż normalnie. Reszta miejsc parkingowych już normalna, taka, jak powinna być.
Żeby tak w Polsce było, że mężczyzna całuje dłoń kobiety jako wyraz szacunku. Zdejmuje kapelusz w windzie. Puszcza przodem do restauracji. I nie pokazywali takich złych filmów, gdzie mężczyzna wpycha się przed niewiastę: jak na tym westernie z Clintem.
No chamiszcze!
I żeby tak chłopy byly miłe dla pań. Ta k w ogóle: podsuwali krzesła, patrzyli się w ... taki ciepły sposób. I żeby pamiętali o imieninach, gwiazdce. No i o dniu kobiet też. A nie tylko o "walentynkach", które kojarzą im się z tym, na co wskazuje nazwa.
Prymitywy po prostu. Jak psy! Tylko o jednym. |
|
Komentarzy:
0
|
|
W poszukiwaniu samego siebie
2009-05-20
|
Wiele osób błędnie sądzi, że musi codziennie dokonywać prozaicznych i niewdzięcznych czynności. Jak mycie rąk. Jedzenie. Picie. Oddawanie stolca.
Taaak: robienie kupy.
Na ten aspekt codziennej egzystencji Jola zwracała zwłaszcza uwagę. Jak nie zrobiła, to narzekała.
Na zbyt małą częstotliwość skutecznych posiedzeń w toalecie, na to, że zatruta. Albo nawet, że w ogóle wszystko źle! I dużo waży – dużo za dużo. I gruba – grubo za gruba. Kaszalot, po prostu. Tłusty.
A wszystko dlatego, bo, w mniemaniu Joli, kompulsywność wypróżnień jest mniejsza, niż wystarczająca do dobrego samopoczucia i dobrej samooceny.
W dążeniu do perfekcji
Wydawałoby się, że Jola, dorosła dziewczyna, powinna wiedzieć, że za normę uważa się nawet dwa wypróżnienia tygodniowo.
I wystarczy, po co więcej?
Ale nie dla Joli! Ona jest perfekcjonistką. I dobrze się kontroluje, w każdym aspekcie życia. To dlatego dba o systematyczne, najlepiej codzienne, wydalania zużytych resztek pokarmowych.
Złośliwi mogliby powiedzieć, że to dlatego zużywa pokarm: by wydalać.
Dla Joli nie ma nic gorszego, niż nieregularne wypróżnienia.
Ta nieregularność to nierzadko przyczyna depresji. Histerii. Autoagresji. Niejedna muszla nie wytrzymała temperamentu Joli.
Depresja zaś ogranicza częstość wypróżnień. A brak wypróżnień nasila – znowu - depresję. Histerię. Autoagresję. Powoduje reakcję łańcuchową.
Być sobą i być ciekawym świata
Dobrze, ze Jola nie ma porywczego charakteru, bo od tego byłby tylko krok do codziennego stosowania leków przeczyszczających. A tak, to Jola ma tylko swoją ulubioną toaletę na Uczelni, gdzie kameralnie spędza czas „na wykładach”.
Te chwile samotnej medytacji sprzyjają przemyśleniom. No i nowym doznaniom sensorycznym. Jola analizuje wygląd stolca: czy cienki, czy kulkowy; jasny czy ciemny; kleisty czy raczej „związany”.
Jak coś nie odpowiada normie, to Jola ma gotową receptę: do akcji wkracza instrumentarium leków przeczyszczających, czopków i lewatyw. Oczywiście nie za dużo, by nie doprowadzić do „zespołu jelita” i melanozy jelita grubego. Jola wie, ze melanoza może być krepująca: bo to odkładanie się brązowego pigmentu w błonie śluzowej jelita. Kto by to chciał mieć brązowe Jelito? Do blondynki nie pasuje.
Od „per rectum” do samoświadomości
Czasem Jola odwiedza swojego lekarza. Janka. Uwielbia troskę w jego głosie, te pytania o sposób żywienia, czy pije alkohol. I te ukochane, finalne, badanie „per rectum”, które daje jej tyle satysfakcji psychicznej. Raz zrobił jej sigmoidoskopię i wlew kontrastowy. No i wysłał na kolonoskopię.
Tą ostatnią zrobiła dwa razy, żeby się upewnić. Teraz już wie: kolonoskopia bardzo jej się podobała. Była taka …niebanalna. Zwłaszcza przy spuszczaniu – przez odbyt - powietrza z nadmuchanych jelit. Niby krępujące, a tu nikogo nie raziło. Kameralnie tak było. Janek potrafił budować atmosferę.
Sama nie wiedziała, czemu przestała do niego przychodzić. Może to przez te nalegania na badania „per rectum”? A może dlatego, ze Jola szybko nauczyła się obserwować swoje ciało. I sama już badała – a potem oceniała bez pomocy Janka - sprawności ruchów perystaltycznych jelita grubego. No i prawidłową koordynację ruchową konieczną do ewakuacji stolca. Nauczyła się relaksować i rozluźniać mięśnie dna miednicy i zwieraczy odbytu. Defekacja stała się bajecznie prosta. I obfita, bo wreszcie bezstresowa.. Satysfakcjonująca! Choć mechanizm wydalania kału, był zależny tylko częściowo od jej woli, a w części oparty na czynności odruchowej, niezależnej od woli, to siła autosugestii dawała jej złudzenie wszechmocy w tym procesie. Zdawała się, przy wydalaniu masy kałowej, choć to niemożliwe, kontrolować rozciągnięcie bańki odbytnicy. Wpierw zwiotczenie mięśnia dźwigacza odbytu, potem odruchowy rozkurcz mięśnia zwieracza wewnętrznego odbytu i zwiększenie ciśnienia śródbrzusznego. Wiedziała, ze może to osiągnąć poprzez napięcie mięśni tłoczni brzusznej.
Ale żeby od razu potrafić świadomie to zrobić? Była – jak utrzymywała przez długi czas - jedyną osobą na świecie!
W końcu – zwieńczenie wysiłku woli: świadome rozluźnienie zwieracza zewnętrznego odbytu i wylanie mas kałowych z towarzącymi temu efektami dźwiękowymi. A przede wszystkim – z pobudzeniem receptorów zapachowych w nosie. I właśnie w kontestacji tych efektów Jolka upatrywała efektów swojej dojrzałości fizjologicznej, psychosocjalnej i emocjonalnej.
To już nie to!
Odkąd Jola poznała satysfakcję, jaką może dać udane wypróżnienie, a także świadome powstrzymywanie się od defekacji, seks przestał mieć dla niej dawne znaczenie. Teraz mogła stworzyć coś samodzielnie. Już nie musiała czuć się w grze miłosnej biernie, jak „biorca”. Mogła coś kształtować, jak Bóg, według swego uznania.
Zresztą modelowaniu nie podlegał jedynie efekt jej wysiłków. Jola zdawała się krzyczeć całym swoim jestestwem: „teraz Ja”. I decydowała, jak zrobi, gdzie zrobi i co będzie przy tym czuła. Zwykła mawiać – do siebie: „jeszcze trochę, jeszcze nie teraz. Minutkę, dwie”. Aż prawie krzyczała z niecierpliwości, niczym pewna piosenkarka „teraz, teraz, teraz!”.
Była całkowicie niezależną istotą, która kontrolowała wszystko prawie. Żywym dowodem emancypacji.
Fenomen oczarowania
Jola zastanawiała się, co w sobie może mieć ta mieszanina niestrawionych resztek pokarmu (błonnik oraz obumarłe komórki wyściełające ścianki jelit ) w ilości 10% ; woda - 75% oraz bakterie (bakterie symbiotyczne, oraz cholery i duru brzusznego)- 15%, że jest dla niej źródłem tak niezapomnianych doznań. Co takiego jest w tych produktach odpadowych procesu trawienia?
Jola przestudiowała nawet bakteryjne produkty rozkładu substancji zawartych w kale. I stwierdziła, ze to one są przyczyną jego przykrego zapachu. No nie do końca, bo przykrego dla innych, nie dla Joli. Efektem działania enzymów bakteryjnych na aminokwasy, białka i złuszczone komórki nabłonka są putrescyna (zapach rozkładającego się mięsa), kadaweryna (trupi zapach), indol, skatol („czysty” zapach kału), aminy oraz kwasy tłuszczowe o krótkim łańcuchu (zapach spoconych stóp).
Z pewną satysfakcją Jola zakonotowała fakt, że wytwarzanie tych substancji odbywa się także w kieszonkach i szczelinach dziąsłowych, na grzbiecie języka i fałdach błony śluzowej policzków. Czyli blisko tych miejsc, w które uwielbiał ją całować ostatni narzeczony, mimo jego niechęci do całowania w inne, pożądane przez nią, miejsca.
Jola westchnęła z zażenowaniem: „ironia losu”!
Właśnie ten zapach dawał jej poczucie bezpieczeństwa. Może dlatego, że znajomy od dziecka? Albo dlatego, że stały w świecie ciągłych zmian?
No nie wiedziała.
Przez to poczucie bezpieczeństwa w świecie ciągłych zagrożeń był – ten zapach - prawie …podniecający.
Gdyby nie to, że Jolka uznałaby to stwierdzenie za zboczenie, prawie podniecający seksualnie. Stąd nie unikała własnych zapachów. Nawet ekstrmentów.
Takie duże … dziecko
Kiedyś pragnęła mieć dziecko. To było dawno. Bo teraz… po co jej dziecko? Skoro to wszystko, co macierzyństwo, mogła dać – w jej ocenie - udana duża kupa: napięcie, oczekiwanie, ból, radość kształtowania sytuacji. Aż do rozwiązania, finalnej ulgi i satysfakcji z dobrze wykonanej roboty.
Zresztą, w opinii jej koleżanek, sam akt porodu przypomina robienie kupy. Która z matek, rodzących naturalnie, tuż przed rozwiązaniem, nie czuła silnej potrzeby skorzystania z toalety? Przecież to właśnie po pragnieniu skorzystania z WC poznaje się, ze to już! Przy decyzji o porodzie rodzinnym, zaleca się partnerom asystowanie kobiecie przy robieniu kupy: żeby się przyzwyczaił do tego widoku i nie był w trakcie porodu niemile zaskoczony. Zwykłą w końcu fizjologią. Może częściej spotykanym od porodu, lecz wcale nie mniej przyjemną. Znawcy tematu zwracają uwagę na to, ze najlepiej jest rodzić w pozycji na kucającej. Jak przy robieniu kupy w warunkach naturalnych. A na leżąco rodzi się tylko dlatego, że tak wygodnie jest dla lekarza i całej ekipy. Takie robienie kupy na leżąco w asyście lekarza położnej i pielęgniarki.
Jola nie czuje się gorsza od jej dawnych koleżanek. Może nawet trochę lepsza: bo koleżanki podążyły, po prostu, za głosem natury, a ona jednak stworzyła coś własnego, oryginalnego. A przede wszystkim – satysfakcjonującego.
A że inni żyją inaczej. Niech żyją – jej to nie przeszkadza.
Powinno?
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Dla
2009-05-20
|
Ktoóż z nas, mężczyzn, nie miał do czynienia z "mamuśkami". Chyba każdy, bo natura ma swoje potrzeby a "pecunia non olet"" . Prawie nigdy.
Jacek śpieszył się do mamy. Chciał to załatwić, bo umawiał się od tygodnia i ciągle nie miał czasu. Wiedział, że tęskniła. Czuł to w jej głosie.
No i stówka piechotą nie chodzi. A czesne za szkołę capoeira do piętnastego. „chcesz mieć wzięcie – miej prezencje”: to po ta capoeira była.
Mama czekała w Sheratonie. Jak zawsze. Ssała słone paluszki i zagryzała kwaśnymi jabłkami. Jak od wielu lat. Lubiła to: najpierw słone, potem kwaśne, niedojrzałe jeszcze. A potem znowu słone, Aż zaboli. Paluszki. Lizać.
Tak. Lubiła te chwile oczekiwania na… Jacka.
Czy dziś przyjdzie, czy znowu nie? Te Jacki, niepomne na matczyne uczucie. Wredne Jacki. Wyrastają na prawdziwych facetów, trzeba by im przycierać rogów.
Albo doprawić.
Ubrał się jak zawsze w skórę. I spodnie i kurtka. Obcisłe, bo trzeba mieć styl. Może ciasno, ale ze złotem na szyi wyglądał prawie jak Bogart. W Casablance. Jak on palił. A w skórzanych spodniach, jak Leszczyński. Dredów nie zrobił, bo do Bogarta nie pasowały.
Dziś ten wyjątkowy dzień, chciał się tak ubrać. „Dzień mamuśki”: mruczy z zadowoleniem. Uśmiech znika mu z ust tylko na chwilę, kiedy przechodzi koło toalety: toaleta kojarzy się z mamą. Albo z seksem analnym. Albo z analem i z nią. Wspomnienie aktywności może niemiłe, ale dla zaspokojenia potrzeb nastolatka konieczne. Oddał swoje ciało, by zapanowało jego królestwo ducha. Jego idea życia
- Miło było cię widzieć, mała. Czemu, Ze wszystkich knajp we wszystkich miastach na całym świecie weszłaś akurat do mojej? – zapytał z lekką chrypką. Długo ją ćwiczył.
- Bo się za Toba stęskniłam. A Ty myślałeś, że czemu? Z miłości matczynej? – odpowiedziała prawie mową ciała
- Może chciałaś dostać prezent. Mam dla Ciebie zdjęcia – do obejrzenia. Te sprzed dwóch tygodni. Wiesz nie mogłem przyjść, bo najpierw miałem urodziny. Piętnaste. A potem zdjęcia wywoływałem. A nie wszędzie chcieli się zgodzić. Ostre wyszły. Odbitki sama musisz kupić. Ale musisz dać więcej niż „Fakt”. Chyba, że dorobię i jedne sprzedam, a drugie Ci dam.
No dalej, ciesz się będziemy mieli Paryż! Będziemy żyć miłością! Przyznaj się, że trzymanie w tajemnicy naszego uczucia męczyło Cię mamusiu!
Chyba, że nie: wtedy za 10 tys. Możemy dalej się męczyć. Chcesz się pomęczyć. No tak matka – Polka, z balastem przez życie. W porządku, dorzuć do tego kontynuację naszych comiesięcznych spotkań i myślę, że myślę, że to jest początek pięknej przyjaźni. Wierz mi, większej z mojej strony, niż z „Zelmerem”. Nie ma się czego bać, w zeszłym tygodniu skończyłem piętnaście.
Dalej! Powiedz temu łysemu, żeby zagrał to jeszcze raz. Ma takie pianistyczne palce. Przez wzgląd na dawne czasy niech gra. Wiesz co: 'Jak mija czas'.
Co, boli Cię ten czas? To dlatego ja, chciałaś się odmłodzić? Młodzież dziś szybko dojrzewa. A w życiu trzeba sobie radzić.
Ty to wiesz i ja to wiem. W razie czego - zatrzymają podejrzanych. Tych, co zwykle. Zgadnij kogo przy przestępstwie molestowania nieletniego?
Dalej łysy! Zagrałeś to dla niej, to zagraj i dla mnie. Jeśli ona to zniosła, to i ja wytrzymam! Casablancę też wytrzymałem! To co mnie może złamać?
Graj muzyko!
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Sprawa Frania
2009-05-12
|
Zmęczony pięcioletnim onanizmem Franio
Widząc siostrę w kąpieli rzucił się na nią!!!
Początek był dobry lecz skutek żałosny
Dostał wpierdol od ojca i ... syfa od siostry!!! |
|
Komentarzy:
0
|
|
są trzy największe kłamstwa każdego faceta
2009-05-05
|
/1. Zawsze będę cię kochał/
/2. Nigdy cię nie zdradzę./
/3. Weź do buzi, powiem ci, jak będę kończył |
|
Komentarzy:
0
|
|
Cienka, czerwona (…)
2009-05-05
|
No, nic nie poradzę: taki już jestem. Dziewczyny mnie lubią. I nie chodzi o to, że mam 1,88 m wzrostu, czy 108 cm w klacie. Ani o kolor włosów, czy oczu. Podobno nie chodzi też o rysy twarzy. Chociaż niektóre mówią mi rano, że Pierce Brosnan ma zmarszczki, a ja nie. Ani nawet nie chodzi o to, że jestem wysportowany i lubię sporty. Wszystkie: te łóżkowe też. Wielokrotnie. Poza tym iegam, gram w tenisa, w squasha, jeżdżę na nartach i na rowerze. Mam 1 dan w karate. Znam biegle trzy języki obce i skończyłem dwa kierunki studiów. Z wyróżnieniem. Nie chodzi dziewczynom też o rozmiar członka, bo kobiety mają wrodzone poczucie sprawiedliwości. Jak zapewniają - to nie jest winna innych mężczyzn, że natura wyposażyła ich skromniej i maja mniejsze możliwości.
O co chodzi?
No o to, że kobiety kochają przecież za to „coś”. Albo się to ma, albo nie. A ja podobno mam. Bo nawet Brosnan nie działa na każdą tak, jak ja.
Zawsze całuję kobietę w rękę. Zawsze przepuszczam przodem. Daję kwiaty. Nie pozwalam płacić za siebie. Nie irytuję się i nie podnoszę na nie głosu. Daję im absolutną wolność. Jeśli tylko tego chcą, bo kobieta nie zawsze wie, czego chce. Wtedy jej pomagam zdecydować.
I dlatego mnie tak kochają.
Czasem mi ciężko. Bo nie potrafię mówić „nie”. I nieporozumienie gotowe. Dlatego, ze poszedłem z nią na lunch, a z tamtą na kolację. Że z Anią mieliśmy wspólny pokój na szkoleniu, a z Asią spędziliśmy Sylwestra. Bo Kaśka zostawiła u mnie szminkę, a jak przyszła odebrać to znalazła cienie Wiolki. Dobrze, ze znalazła, bo Wiola długo by ich szukała. Bałaganiara i tyle!
No ale co ja mam zrobić z tymi babami, kiedy ja po prostu nie mogę powiedzieć „nie” dziewczynie, kiedy tak na mnie patrzy. Jestem w końcu gentelmanem i nie znoszę odmawiać kobietom.
Wiem, wiem - niektóre mogą się czuć zranione: nawet, jak to nic wielkiego. Bo one wszystkie mają obsesję na punkcie zdrady. Ale przecież, jeśli poświęciłem jednej z nich wieczór - albo nawet całą noc - to nie znaczy, że inne przestały się liczyć. Wręcz odwrotnie - liczą się bardziej: wtedy dopiero mogę je w pełni docenić. Zresztą wiecie, rutyna zabija miłość. Bardziej niż otyłość. A ja nie pozwolę umrzeć żadnej miłości. Więc zawsze musi być "ta inna", "ta druga". Albo nawet "trzecia", "czwarta", czy "piąta". Te "inne" istnieją właśnie we własnym, najlepiej pojętym interesie wszystkich moich kobiet: to dzięki "innym" mogę oddać się, całym sobą, kolejnej wybrance. Lub na powrót, „starej”.
I nieprawdą jest, że kocha się tylko raz. Ze potem nie można. Że nie można kilku naraz. Nawet: czasem kobiet, a czasem mężczyzn. Bo miłość nie jest stanem, uczuciem raz danym. "wreszcie dałam Ci miłość! - Wreszcie? Nie, raz jeszcze".
Przecież zdrada to, "świadome i intencjonalne zawiedzenie zaufania danego przez osobę, które z tego powodu ponoszą straty tudzież uważają, że ponoszą straty". Zdrajca to ten, co przysięga, a potem kłamie. A jak ja mogę zawieść czyjeś zaufanie, skoro nie ukrywam nigdy, że .... tak, czuję się najwspanialej w życiu. I kocham Cię Dziewczyno, bo mi to dałaś. Ale nie ukrywam też tego, że już czułem to wcześniej. Może będę czuł w przyszłości.
Wtedy to okazuje się, jak wiele znaczę dla każdej z Was. Może to dlatego, że - jakby zdarzyła się taka „nielojalność” którejś z Was - nie będziecie mieć będzie żalu do mnie, że z mojego powodu nie mogłyście popełnić jej wcześniej. Przecież, zgodnie z przysłowiem: zdrada "zdrajcy" to nie zdrada: to wymierzenie sprawiedliwości. W interesie ogółu.
Czy jest zdradą jakakolwiek fantazja o podłożu seksualnym o innej osobie. Nie to, że pocałuję, prześpię się.... ale tylko pomyślę. Lub pomyślisz, dziewczyno. A jak pomyślę w kategoriach przyjaźni: żeby spędzić z kimś, tak ze trzy miesiące. Bez seksu. Albo flirt z kimś z pracy ("- Pan ma takie kocie ruchy Panie Zdziśku. -Tylko przy Pani, Pani Irenko. Tylko to ubranie mnie krępuje; - To trzeba zdjąć, Panie Zdziśku; - Umówimy się?"). Dla mnie taka myśl oznacza tożsame zaangażowanie emocjonalne z tym zaangażowaniem przy akcie prokreacji przy blasku świec. Za co mieć do mnie pretensje?
A czy komórki, rozmowa przez nie, to forma zdrady? A niezobowiązujący flirt, ukryty za nickiem "Angelina", z dopasowanym do nicku awatarem, na forum to forma zdrady? A gadu-gadu?
Nie, pewnie nie. Przecież to tylko niezobowiązująca wymiana myśli i słów: w formie pisanej lub - jeśli przez telefon - oralnej. Do zdrady, według niektórych, potrzebny jest efekt: satysfakcji lub przynajmniej podniecenia seksualnego.
No dobra, a strony erotyczne. Nie serfujesz po takowych? Ty może nie, ale wg. badan 80 % internautów - serfuje. Nie ma tu zróżnicowania ze względu na płeć. Nie podniecasz się? Aaaa, Twoje reakcje odbiegają od normy. Podniecasz sie tylko trochę. No tak, rozumiem. To jak to jest: wchodzisz na strony pornograficzne, akceptujesz zawartość serwisu, godzisz się na stan podniecenia... Zdradzasz? Nie. Zatem robisz to dopiero podczas aktu masturbacji. No dobrze, jedno pytanie: zwykłej, czy kompulsywnej? Nie uprawiasz tego procederu. I nikt inny na pewno nie uprawia także, wbrew wynikom ankiet. Rozumiem: kocha się ze mną
I co sobie wyobrazasz?
Dlatego zanim zaczniecie mnie, Kochane, ganić za to, ze wykorzystuję możliwości, jakie dała mi natura i miejsce w społeczeństwie, zdobądźcie się na odrobinę szczerości. Przede wszystkim - względem siebie.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Chrystusowa namiętność.
2009-04-24
|
I. Mieszkam tu odkąd zacząłem pracować. Widzę Cię często, chociaż spotykam tak rzadko. Nigdy nie dotknąłem. Nie wiem jak smakujesz, chociaż w myślach konsumuję Cię, codziennie.
Ty wiesz, że ja na ciebie czekam. Za firanką liczę oddechy do Twojego przyjścia. W rytm uderzeń złaknionego serca. Bo Ty tak głośno mówisz „nie do mnie”, kiedy przechodzisz pod oknem.
Żebym wiedział, że to Ty. Wtedy przechodzą mnie dreszcze. Brakuje oddechu.
I do tego - tak pachniesz….
Jak mam iść drogą, którą wybrałem – bez Ciebie?
Przez całe życie.
Jestem chyba chory: zrobiłem Ci zdjęcie. Z ukrycia. Chory z miłości.
O tym wiem. Lubię na to zdjęcie patrzeć. Przez cały dzień.
Czasem przez całą noc. Czasem otulony w koc. A czasem po prostu patrzeć. I dotykać.
Aż do pierwszej mszy.
Twój zapach krąży mi w krwi. Cały czas go czuję. Jestem pijany tym zapachem. Zakażony, ale chcę tego. Może to prawda, co czasem myślę, że przy moim powołaniu – nie powinienem. Że jestem synem zepsucia.
Tak: zakażony Miłością od poczęcia. To takie proste: mam ją we krwi.
Tak pięknie wyglądasz. I poruszasz się tak… jakbyś czekała na mnie. Czy czekałaś?
Ilu miałaś, ilu kochałaś, ilu trzymałaś w objęciach? Przede mną. Czy jesteś do wzięcia? Czy jesteś niewinna?Żeby móc spędzić ze mną życie.Ze mną, zaślubionym.
Odbijesz mnie Bogu?
Przecież po to przychodzisz po mszy do zakrystii.
Nie pozwolę proboszczowi na Ciebie patrzeć. Z taką niechęcią.
Może kupię nóż. Może powróz. A może pistolet.
I powyrzynam wszystkich w koło,
zostawię tylko nas dwoje: Ty i Ja.
II. Krok za krokiem zbliżali się do siebie: Janusz. K. wikary z parafii w Z. i Jolanta W. absolwentka technikum odzieżowego. Niestety na drodze, już na początku, stanęło im nieporozumienie. Wikary mylnie zrozumiał mowę ciała Jolanty, która złożyła do prokuratury wniosek o ukaranie. I wyjechała na Wyspy: żeby zapomnieć o traumie.
Wikary został sam. Skazany. To takie proste, jak uczucie: został i dostał. Dwa lata w zawieszeniu, bo jego działania było usprawiedliwione zachowaniem pokrzywdzonej. Sąd miał na uwadze też nieudolność oskarżonego wykazaną w usiłowaniu popełnienia czynu, jak też brak erekcji, co wynikało z zeznań pokrzywdzonej.
Wikary nie odwoływał się od wyroku Sądu I instancji. Stracił też pracę w parafii. Substytutem dla jego uprzedniej aktywności stało się przeprowadzanie „tępych prób żyletki” na przedramionach i degustacja napojów alkoholowych, w szczególności młodych win i nalewek dostępnych w sieci sklepów l(…)er p(…)ice.
Joli nie poszczęściło się na Wyspach. Uciekała od wspomnień tak mocno, ze wpadła w pracoholizm. Podczas rozładunku ciężarówki, pod koniec jej szesnastogodzinnego dnia pracy, kręgosłup Joli okazał się mniej wytrzymały od woli i nie zdzierżył obciążenia dwoma workami cementu. Wydarzenie to odcisnęło piętno na rączości Joli i sposobie poruszania. Miała jednak szczęście. Trzykrotnie.
Pierwszy raz wtedy, kiedy pracodawca – który wprawdzie ją natychmiast po wypadku zwolnił i nawet nie przypominał sobie, ze pracowała u niego – po wyroku Sądu odzyskał pamięć i kupił jej i wózek inwalidzki i samochód przystosowany do transportu niepełnosprawnych.
Drugi raz wtedy, kiedy w drodze do Polski nie zachowała odstępu od poprzedzającego ja samochodu, w wyniku czego utraciła energię kinetyczną na jego bagażniku. Jej samochód nie ocalał, ale wózek inwalidzki był w bagażniku, więc nie odniósł poważniejszych uszkodzeń. Jola też nie, bo jak wspomniałem, to była typowa twarda polska dziewczyna, o czym przekonał się i wikary i jej pracodawca. Gdyby nie ten wypadek, może nie spotkałoby jej największe szczęście w życiu, jak mówi.
To trzecie szczęście było wtedy, kiedy wróciła do rodzinnych stron, ustaliła aktualne miejsce zamieszkania wikarego(byłego) i regularnie przejeżdżała obok okna jego mieszkania, „śmiejąc się w głos”. Sygnalizując swoją obecność. Jak przed wyjazdem. Śmiech najlepiej jej wychodził, bo wypadku straciła zęby i mówiła niewyraźnie.
Wikary w końcu wyszedł. A Jolka… Przejechała dookoła niego. Zaszusowała ponownie. I jeszcze raz.
A wikary straci znowu głowę: taki to by wikary!
„Bo Ty tak pięknie pachniesz” – pomyślał tylko – „I nie obchodzi cię to, czy ustoję czy upadnę”.
Od razu jej wybaczył. Wikary wiedział, jeszcze z czasów, kiedy by wikarym, że prawdziwą miłość można poznać po umiejętności wybaczania. On kochał, wiec żyli razem. Za jej skromną angielską rentę, którą lokowali codziennie w młodych winach.
Bo koneserem tych ostatnich Jolka stała się podobnie, jak jej wybranek.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Magiczne słowa
2009-04-16
|
Kiedy kończyłem przedszkole, podarowano mi książę, w której na karcie tytułowej umieszczony był wierszyk. O trzech zaklętych słowach - "proszę, dziękuję, przepraszam".
Pani przedszkolanka radziła nam ich używać przy każdej okazji. A wzmocnieniem jej prośby była książka, która otrzymałem: "Ostatnia walka Dakotów".
Wziąłem sobie te nauki do serca i przez całe moje życie używałem zaklętych słów. I myślę, że doszedłem w ich stosowaniu do perfekcji: to dzięki magii tych słów jestem tam, gdzie jestem i robię to, co robię. No wiesz Czytelniku - władza, prestiż, uznanie społeczne.
Proszę
Pani Aniu, proszę! Proszę tak nie robić więcej. Pani naraża nas wszystkich na straty: Pani niedoróbki naprawiają inni. I tracą czas, który mogliby przeznaczyć, na co innego. Panie Tadeuszu! Szybciej proszę, nie mam dla Pana tyle czasu. To proszę przyjść, kiedy będę miał więcej czasu. Bardzo Państwa prosiłem: dziś zostajemy 3 godz. Dłużej. No przymusu nie ma, ale mi zależy na pracownikach zdolnych do poświęceń. No proszę nie zadawać mi już niewygodnych pytań. Proszę Państwa, nie bądźmy infantylni, ja wiem, co znaczy mieć dzieci: trzeba było się nie decydować na posiadanie potomstwa.
Proszę Bardzo, Panie Prezesie. A to zaszczyt, że Pan przyszedł. Proszę się nie kłopotać, Panie Dyrektorze, ktoś zrobi. Proszę Zdzisiu, szofer Cię odwiezie. Późno wróci do żony? Do trójki dzieci? No późno. Taka praca. Proszę nie martwić się pierdołami...
Dziękuję
Dziękuję Panu za Pana pracę dla firmy. Ktoś musi odejść, Panu najbliżej do emerytury. Przecież nie zwolnię swojej siostry. Dziękuję Pani Zosiu. Co tak długo? Dziękuję: dwa dni pracy? No nie o to mi chodziło. Proszę poprawić. A właściwie zrobić raz jeszcze. Dziękuję za taką pracę - jak czarnuch. Dziękuję, niech pan zejdzie mi z oczu. No spieprzaj dziadu, bo wezwę ochronę.
Dziękuję, nie mogę Pani przyjąć. Aaa - za francuza, dziękuję. Ale konkurentki były lepsze. Naprawdę jestem wdzięczny, ale tym razem muszę podziękować. Proszę się starać jeszcze - ma Pani adres. Męża Pani ma? Nie? To bez przeszkód. Nie dziękuję, narzeczony mi nie przeszkadza, może zostać.
A dziękuje Panie Prezesie, oczywiście, ze tak. Nie no nie mam nic przeciwko, żeby moja żona Pana odwiedziła. Tak, dziękuje, wiem, ze jest najlepszym prawnikiem, z jakim Pan pracował. Weekend cały? Szansa rozwoju? No tak, dziękuję za stworzenie jej szansy rozwoju i awansu....
Przepraszam
Przepraszam, ale sytuacja firmy nie pozwala na utrzymanie części stanowisk. Dodatki dla reszty? No nie, przepraszam, ale to też już postanowione. Premie dla zarządu? A przepraszam, ale to już sprawa polityki firmy.
Bardzo Państwa przepraszam za wydłużenie czasu pracy, ale jest to niezbędne dla utrzymania dochodowości przedsiębiorstwa.
Ooo, mąż odszedł od Pani? Dowiedział się? Bardzo przepraszam, przykro mi. To może niech pani na razie do mnie nie przychodzi...
Naprawdę bardzo mi przykro, Panie Premierze, ale nie udało się ocalić stanowisk pracy. Walczyłem, rozpadł się mój związek - nota bene - z pracownicą. No nie udało się. Przepraszam, przepraszam, przepraszam.
Mea culpa.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Silni tradycją
2009-04-16
|
Weźmy system średniowiecznych zamków, niegdyś strzegących granicy Królestwa Polskiego: Orle Gniazda. Większość z tych zamków została wybudowana na niedostępnych dla przeciętnego podróżnika stromych skałach: w tych miejscach, gdzie tylko orły - ptactwo najmężniejsze z mężnych, mężniejsze niźli kaczory nawet - zwykły zakładać swoje siedziby. Zamki te były ostoją państwowości i tożsamości narodowej. Rubieżą chroniącą przed zakusami podstępnych a nikczemnych sąsiadów.: tak było już od czasów króla Kazimierz Wielkiego, który wydał polecenie budowy. Orle Gniazda przetrwały do dziś: nie tylko zresztą jako budowle, lecz też w umysłach pokoleń. Jako idea, zespół wskazówek i wzorców zachowań zakorzenione w orlich umysłach rodaków. I pokolenie naszych ojców w trudzie tych orlich umysłow podjęło inny trud - odbudowy: w Warszawie, nad Wisłą.
Arab, Mewa, Kormoran, Albatros, Rybitwa, to o nich będzie ta ballada. I o innych bastionach, które przetrwały prawie 40 lat, które tak samo niekiedy trudno zdobyć, a których nazw z powdów trudów zdobywania - nie pomnę.
Dziś, forty na szlaku orlich gniazd w Warszawie, odwrotnie niż pamięć o nich, zostały nadgryzione zębem czasu i wykruszyły się. Padła twierdza Mewy. Z Albatrosem i Rybitwą też nie za dobrze. Lecz wciąż są inne. I powstają nowe. Z atrakcyjnymi cenami od 4 do 8 zł za kufel. Miejsca, gdzie przy jednym stoliku spotykają się rowerzyści, intelektualiści i studenci. Żebracy i profesorowie: czasem dwa w jednym. Hetero i homo. Onaniści i prawnicy. Politycy i nekrofile. Bo w twierdzach tych można przeżyć ekscytującą przygodę - i na drugi dzień nie wiedzieć z kim.
Tam nikt nie pyta o mieszkanie, czy samochód. Tam są same ładne dziewczyny, a jak są same chłopaki, to też stają się szybko ładne. Tam właściciel twierdzy sam gotuje. I to tak dobrze, że rybka złowiona na wysokości Warszawy nabiera cennego smaku: jakby nie rybki. A Wiesiek Wędkarz snuje swa barwną opowieść o mokrych dokonaniach w odmętach królowej polskich rzek, nie bacząc na obecność słuchaczy.
Przywołane twierdze i ostoje kultury budują nowe obyczaje i nową ojczyznę. Nową wspólnotę. Jakość. I dlatego orli sen o orlich gniazdach wciąż trwa i trwa: niczym film o Titanicu. Na jednym spacerze nad Wisłą w Warszawie można zdobywać - dziś już bez wysiłku - kolejne bastiony. I czuć się wciąż jak panisko, bo jak wspomniałem, za jeden szturm zapłacimy najwyżej 8 złotych. A po boju, któż nie wspomina z rozrzewnieniem, w jaki sposób zostawała zdobywana kolejna twierdza. Jak czasem tylko słabość ciała - bo nie charakteru przecież- uniemożliwiła dotarcie do bastionu „Pod rurą". Jak nieraz służono braterską pomocą dla Zdziśka - taksówkarza: „wstawaj, twoja kolejka. Pij k...wa, szybciej. Bo ostygnie". Jak Zdzisiek wskrzeszony z pijackiej maligny niczym Łazarz, ostatkiem sił, przedzierał się w rytm sztormowych przechyłów, do bufetu.
I te niezapomniane starcia w przepełnionej twierdzy, niczym wojny światów, które mogło spowodować jedno niebaczne spojrzenie. Każdy przeciwko każdemu, wydawałoby się. A jednak, w chwili przybycia suk z bananami, wojna światów zamieniała się radykalnie w zjednoczenie narodowe: już nie było ciemiężców i pokrzywdzonych, panował consensus co do głównych celów. No i duch solidarności przeciwko najeźdźcy.
I kto powiedział, że pałowanie nie służy budowaniu ducha społeczeństwa obywatelskiego?
Nieprawdą jest, że młodzież nie kultywuje tradycji i nie szanuje dokonań przodków. Może trochę zmienił się ubiór, może złoty łańcuch błyszczy niesmiele tu i ówdzie, a biel skarpetki sportowej zaczęła konkurować z blaskiem księżyca - w rozjaśnianiu mroków umysłów. Ale już po czwartej twierdzy ubiór przestaje mieć znaczenie, a tombak różnicować klasowo. Nawet prezentowane techniki walki, te podpatrzone u Jean Claude Van Damme, zdają się przypominać raczej „rzesz k...wa! ja wam dam!".
I jaka tu różnica, jaki brak kultywowania tradycji? W kraju nad Wisłą.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Moja dziewczyna ma naprawdę okrutne ataki jąkania się.
2009-04-15
|
To jest zajebiste, jeśli chodzi o sprawy łóżkowe.
Dopiero, gdy ja zdążyłem skończyć, jej udało się powiedzieć, że atakowałem ją nie w tą dziurkę...
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Rozmawiają dwie mężate psiapsiółki:
2009-04-15
|
- Ja to się jakoś nie mogę przełamać do robienia loda.
- Czekaj, czekaj. Urodzisz trzecie dziecko jak ja, to sama się będziesz prosić. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Kumple rozmawiają pod budką z piwem o kasie, a raczej o jej braku:
2009-04-15
|
- A taki jeden mój znajomy - nawija smętnie jeden - to wygrał kiedyś miliona w Lotka...
- I co on z taką kasą zrobił? - pyta drugi z błyskiem w oku
- Połowę wydał na dziwki, wódę i balety...
- A drugą połowę? - interesuje się inny
- Ach, drugą połowę to jakoś bezsensownie przepierdolił... |
|
Komentarzy:
0
|
|
Wiejskie wesele,rozpierducha,policja przesłuchuje świadka:
2009-04-10
|
-To jak to było?
-Tańczę sobie z panną młodą,a tu z pod stołu wyłazi pan młody,wzrok ma szalony i jeb,pannę młodą z kopa w krocze.
-No tak,to bolało.
-Pewnie! Dwa palce mi złamał!
|
|
Komentarzy:
0
|
|
....
2009-04-10
|
- Spory czas temu miałem takie zdarzenie, byłem sobie w lesie...
- Stary w skrócie, proszę…
- K**wa mam trzyletniego syna!!! |
|
Komentarzy:
0
|
|
Łańcuszek szczęścia
2009-04-10
|
Uśpij swoją żonę (możesz użyć klasycznych środków anestezjologicznych),włóż ją do dużego kartonu, (nie zapomnij o wykonaniu otworów wentylacyjnych)i prześlij ją pocztą do osoby znajdującej się na pierwszym miejscu listy. Wkrótce, twoje nazwisko znajdzie się na pierwszym miejscu listy i otrzymasz pocztą 823 542 kobiet.
Statystycznie, wśród tych kobiet znajdziesz przynajmniej:
0.5 Miss Świata
2.5 Modelki
463 Dzikie nimfomanki
3 234 Ładne nimfomanki
20 198 Kobiet mających wielokrotny orgazm
40 198 Kobiet biseksualnych.
To daje w sumie 64 294 kobiet bardziej napalonych, mających mniej zahamowań, i atrakcyjniejszych od tej zrzędliwej zołzy, którą wysłałeś.
A co najważniejsze, masz gwarancję, że paczka, którą wysłałeś nie wróci do ciebie.
NIE PRZERYWAJ TEGO ŁAŃCUSZKA.
Jeden gość, który wysłał tę wiadomość tylko do 5 zamiast do 9 osób otrzymał z powrotem swoją własną paczkę, ciągle w tej samej niemodnej sukni, w jakiej ją wysłał, ciągle miała ten sam atak migreny i oskarżycielski wyraz twarzy.
Tego samego dnia, międzynarodowa supermodelka, z którą mieszkał od czasu wysłania swojej starej, przeprowadziła się do jego najlepszego przyjaciela (akurat tego, do którego nie wysłał on łańcuszka). W czasie, gdy piszę ten list, gość, który jest o sześć pozycji przede mną otrzymał już 837 kobiet i znalazł się w szpitalu z powodu wyczerpania. Przy drzwiach sali, w której leży czekają na niego jeszcze 452 nierozpakowane paczki.
UWIERZ W TEN LIST!
To jest unikalna okazja, by uzyskać całkowicie satysfakcjonujące życie erotyczne. Żadnych drogich kolacji, żadnych długich rozmów o pierdołach, (którymi zainteresowane są tylko kobiety).Żadnych zobowiązań, zrzędliwych teściowych i niemiłych niespodzianek w stylu małżeństwa.
Nie zwlekaj... prześlij ten list do 9 najlepszych przyjaciół.
P.S. - Jeśli nie masz żony, możesz wysłać odkurzacz; jedna z kobiet, którą ktoś inny wyśle będzie wiedziała jak go użyć.
P.P.S . - Ten list możesz wysłać również do znajomych kobiet, żeby mogły się przygotować na tą wielką przygodę, jaką wkrótce mogą przeżyć.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Przecież to są tylko twoi kumple. Kumple (kaliber 44)
2009-04-09
|
Prawdziwy mężczyzna wie, kiedy czas zacząć kończyć. Po prostu wyszedłem stamtąd. Dość wódy, dość papierochów, dość zapitych ryjów. Dość gangu "muzyki". Uciekłem. Like "refugee".
Ciemno. Na kamiennym grobowcu "osiedla" pustka. Bo śpi "osiedle". Albo co innego robi, żeby była pustka. I to trupie światło latarni. Czy kogoś dziś wskrzesi? Może inaczej: kogo dzisiaj wskrzesi?
Jak dotrzeć do domu? By... .
Najszybciej na piechotę; nic już nie jeździ. Taki kawał drogi.
Słyszę kroki. Głośne kroki. Za mną.
Ale... tam nie ma nikogo. Oprócz wibracji zła.
Kogoś to światło wskrzesiło.
Tylko ten stukot butów: coraz bliżej i bliżej. Tylko ten mleczny blask, od którego tak bolą oczy. Budzi się piekło wspomnień.
Żeby trochę szybciej móc iść niż idę. Choć odrobinę.
Szybciej niż strach. Szybciej niż dźwięk, który mnie paraliżuję. Przecież nie zacznę biec. Żeby chociaż złapać oddech; żeby jeszcze trochę wytrzymać. Nie krzyczeć. Żeby nie przegrać przed walką. Żeby serce wytrzymało.
Nawet nie wiem od czego uciekam. Ale wiem, ze to z ł o mnie goni. I że to ja jestem przeznaczony na ofiarę - tym razem. I że jest nieuniknione. I że śmierć to cos najlepszego, co mnie może spotkać - kiedy już mnie dogoni. Bo że dogoni to jestem pewien. I „osiedle" kamienne też to wie. Dlatego śpi.
Więc jeszcze trochę wolności wyrwę szaleńczym biegiem. Już nie patrzę gdzie, nie dbam o płuca, o serce. Staram się tylko zdusić paroksyzmy strachu. Bo jak nie zduszę, to umrę tu i teraz. Rytmiczny łoskot bębnów. Narasta. Skąd tu bębny. A nie to serce tylko. Z miłości do życia.
Może uda się zgubić pościg. Może w jakiejś klatce. Może znajdzie inną ofiarę. 10 pięter.
Uda się? Chyba się udało!... Znowu ten dźwięk. Za mną.
Drugie. Trzecie. Czwarte. Siódme. Za mną. Bliżej. Coraz. Bliżej. Ósme. Tuz za mną. Dziesiąte. Dziesiąte. Słyszę spocony oddech. Dziesiąte.
Nie ma już gdzie uciekać. Ja nie mam już gdzie uciekać. Może uda się otworzyć okno, może wyjdę na gzyms. Paznokcie ślizgają się po tynku. Nic z tego. Czy ktoś mnie będzie pamiętał? Czy ktoś mnie kochał?
- Stary, k...wa, myślałem, że już Cię nie dogonię! Fajków zapomniałeś! Ale masz przyśpieszenie... To co, po browarku? Konrad ma - czeka na siódmym: nie dał rady już wejść wyżej.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Testament
2009-04-08
|
Czy ludzie, uznani za wybitnych, którzy popełnili samobójstwo - filozof August Comte, malarz Vincent van Gogh, wynalazca Rudolf Diesel i George Eastman, muzycy Robert Schumann i Hugo Wolf, poeci i pisarze Włodzimierz Majakowski, Gerard de Nerval, Klaus Mann, Ernest Hemigwey, Wirginia Woolf, Paul Ceian, Henry de Montherlant, Tadeusz Borowski, Jan Lechoń, Edward Stachura, Rafał Wojaczek, Jerzy Kosiński, Sarah Kane - w dalszym ciągu realizują swoją misję. Czy są powiązani więzami miłości z wyższymi planami i angażują się w realizację wyższych celów w "bożym planie"? I czy w ich przypadku samobójstwo to przejaw wolności, tchórzostwa, czy bohaterstwa?
(...) możliwe, że jestem tu tylko na chwilę (...)
Może śmierć nie jest ani dobra, ani zła. Może jest nijaka, bez wartości sama w sobie. Bo jak ją wartościować, skoro jej nie przeżyliśmy? To byłoby szalbierstwo. Właściwie, kiedy ją porównać z życiem, to śmierć może wcale nie być taka zła. Może tylko czasem niechciana i przedwczesna. Ale nie zła.
Przez to, że przedwczesna czasem myślimy, że śmierć nie jest sprawiedliwa. I że to, w konsekwencji, brutalna, mściwa parodia spełnienia w życiu. Spełnienia, bo nie da się ukryć, że żyjemy po to, by w końcu umrzeć. Memento Mori, kolo.
Chociaż ja to wiem, że nawet, kiedy umrę to.... nadal tu będę. Tak, jak śmierć podatnika nie kończy rozliczeń z fiskusem, ani nie kończy odpowiedzialności następców prawnych względem wierzycieli. Przyjmuje Pan spadek z dobrodziejstwem inwentarza?
Powiem Wam nawet, że będę bardziej będę obecny w waszym życiu, niż kiedy przebywałem z Wami - tak po prostu, na ziemi. Cholera, dlaczego tak późno zrozumiałem, iż mogę istnieć tylko w świecie między ludźmi: to tylko jest ważne dla człowieka. Że cechą istnienia ludzkiego jest ciągła troska o siebie, o innych, o przeżycie, o świat. Troska jest cechą egzystencji ludzkiej. Ale tak naprawdę, kiedy troszczymy się o coś, walczymy - to jesteśmy, w każdym momencie, sami. Bo są wojny - o których nic nie wiemy, giną ludzie, zdarzają wypadki, tragedie, katastrofy, zawody miłosne, samobójstwa - nawet zbiorowe. No i wymierne trzęsienia ziemi na Śląsku, raz na pięćset lat.
I co?
I g***, bo: "to nas nie dotyczy".
A w tym czasie ktoś sam cierpi, sam pozostaje ze swoimi problemami. Pozostaje sam nawet, kiedy tego nie chce, i nawet, kiedy inni tego nie chcą. Właściwie nie sam, lecz osamotniony, bo ten stan nie zależy od jego woli.
Co z tego, że otaczają nas ludzie, mniej lub bardziej życzliwi, skoro jest to anonimowy, obcy tłum. Prawdę mówiąc, raczej mniej życzliwi, niż bardziej. Jesteśmy samotni w wyborach i konsekwencjach wyborów. Przy tym niepewni. No i ta beznadziejność, bo z tłumem źle, ale... bez ludzi też nie sposób żyć. A w duszy świadomość, że życie nie jest warte trudu przeżywania. Co z tego, w jakim momencie umrę, skoro inni będą żyć dalej. Beze mnie. A po nich znowu inni. I tak przez tysiące lat. Moja śmierć nie ma znaczenia. I przez to, w ostatecznym rozrachunku, nie ma znaczenia życie. Zatem jakie znaczenie ma chwila śmierci i jej rodzaj, skoro w momencie spełnienia jest mi to obojętne? To powiedział już Lukrecjusz, że śmierć nas nie dotyczy - chociaż uznajemy ją za najstraszniejsze z nieszczęść. "Skoro, bowiem my istniejemy, śmierć jest nieobecna, a skoro tylko śmierć się pojawi, nas wtedy już nie ma".
A nawet, jeśli ze śmiercią kończy się wszystko, to co? Co w tym złego, skoro nic nas nie będzie już męczyć? I będziemy na swój sposób wolni. Z tego punktu widzenia świadomość, że po śmierci czeka nas życie wieczne ..... w niebie, nie wydaje mi się zachęcające. K...wa: życie wieczne. Ale wymyślili zabawę. Prawie, jak ta w "dwa ognie" w 44 r., ubiegłego wieku!
Kiedy nadejdzie ta chwila...
Dla Ciebie, albo dla osoby, która była dla Ciebie bardzo ważna, bez której nie ma już życia. Odgłos ziemi spadającej na drewniane wieko. Niewypełnialna pustka w życiu. Co wtedy? Czy twój okręt popłynie dalej? Gdzieś tam? Na pewno da radę? Co się stało się z tymi chwilami w życiu. Czasem pięknymi. Co z codziennością, wszystkimi doświadczeniami, radosnymi i bolesnymi, z drobnymi zdarzeniami codzienności i wyjątkowymi doznaniami. Co z przeżytymi wrażeniami, emocjami, uczuciami, troskami. Co z cierpieniem? Czy to wszystko też umarło?
Podobno, jeśli ktoś nie popełnia samobójstwa, to nie znaczy, że wybrał życie. On tylko nie potrafi się zabić, bo śmierć jest mu i tak przeznaczona. Z drugiej strony, myśl, że mamy się zabić, robi nam dobrze. Jak ktoś powiedział, jest wtedy pewna rozkosz w opieraniu się pociągowi do samobójstwa. Taka mała perwersja, na którą stać chyba każdego, kto lubi się nad sobą rozczulać. Tylko, że wtedy może wdać się błąd w kalkulacji. I ktoś może odejść naprawdę.
Jak Kasia, która skakała z okna. Często. A raz mama nie zdążyła przytrzymać i mogą patrzeć tylko na niemy lot z dziewiątego piętra: lądowanie awaryjne na asfalcie nie wyszło najlepiej. Jak Bartek, który zażył nitrazepam z wódeczką w dużej ilości, a rodzice wrócili z wywiadówki trochę później niż zwykle: podobno siwucha była złej jakości, to mu zaszkodziło. Jak Tosia, której chłopak powiedział, że każdy ponosi konsekwencje swoich wyborów i zamknął drzwi w nieodpowiednim momencie. Drzwi miały automatyczny zatrzask, więc Tosia kontynuowała inhalację gazem ziemnym wysokometanowym: jazda na Maksa!
Ani Kasi, ani, Bartkowi, ani Tosi nie chodziło o skutek, który wywołali. Przedobrzyli.
"...I nie mieć już żadnych spraw
i do nikogo złości.
I tylko błagać Boga, by choć raz,
choć jeszcze jeden raz
umrzeć z miłości." (A.Osiecka)
Wymyślamy sobie, jako społeczeństwo, wszystko, co niezniszczalne: Boga, wieczne idee, wieczne wartości i wieczna materia. Tylko po to, by żyć wiecznie: irracjonalnie. Godzimy się nawet na chóralne śpiewy i pienia - byle wiecznie. Ubocznie mogę tylko stwierdzić, ze połowa po roku kolęd poddałaby się eutanazji. Albo chodziła na wagary do piekła, gdzie jest lepsza muzyka podobno.
W rzeczywistości, kiedy przestajemy myśleć, to przestajemy też istnieć dla świata, który znamy i za którym możemy tęsknić. Tak jak i ten świat przestaje istnieć dla nas. Te wieczne byty nie mają żadnego znaczenia wtedy. To świadomość i umysł zakorzenia nas w bycie, który znamy. To w tym bycie istnieje miłość, nie wspominając już o tym, że właśnie w nim istnieją obiekty, które darzymy uczuciem.
Czy śmierć z miłości, motyw wielu samobójstw, wzbudzi uczucie w kimś kto cię kochał kiedyś? Czy wzbudzi je w tobie?
W przypadku miłości tajonej sprawa jest prosta: ta osoba nawet się nie domyśla, co do niej czujesz. Prawie cię nie zna, więc twojego odejścia raczej nie odczuje. Może pomyśli o tobie, kiedy zauważy klepsydrę z Twoim imieniem i nazwiskiem na ścianie.
A Ty? Też nie sprawdzisz, czy wzbudziłeś jakiekolwiek uczucia. A nawet, jeśli wzbudzisz, to co ci z tych uczuć, skoro uzyskałeś spełnienie swojego życia. Nieodwracalnie. Może jesteś bardziej perwersyjny, niż myślę i chcesz się mścić wzbudzając poczucie winy? Śmierć jest ostateczna, więc smaku zwycięstwa nie poczujesz. Dla swojego obiektu dostarczysz najwyżej nowej ceremonii: wizyty na grobie z kolejnymi narzeczonymi, którym Będzie opowiadać, jak mocno kochałeś/aś. Aż się zabiłeś/aś.
Rzeczywiście inni raczej Ci nie dorównają.
Miłość i śmierć odgrywają ogromną rolę w życiu każdego człowieka. Nie zdajemy sobie z tego sprawy, ale są to archetypy naszej kultury i to determinuje nasze ich postrzeganie. Miłość i śmierć przenikają się wzajemnie: bo śmierć chroni od miłości, a miłość od śmierci. Albo miłość prowadzi do śmierci, śmierć zostaje przez miłość pokonana albo też okazuje się od niej silniejsza. Wariacji jest wiele. Która z nich - miłość, czy śmierć - jest silniejsza? Na to pytanie powinny spróbować odpowiedzieć osoby, które przyrzekały, że „nawet śmierć nas nie rozdzieli". A potem przeżyły: śmierć i miłość. Chyba, że kochały tak, że było im dane umrzeć, po stracie osoby bliskiej... z miłości.
Własnej...
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Czas na... (źr. cyt)
2009-04-06
|
 |
|
Komentarzy:
0
|
|
Po katastrofie statku na bezludnej wyspie okazalo sie 100 mezczyzn i jedna kobieta.
2009-04-06
|
Po tygodniu kobieta nie wytrzymala i umarla.
A po uplywie jeszcze jednego tygodnia nie wytrzymymali mezczyzni i pochowali kobiete. |
|
Komentarzy:
0
|
|
Wyraź siebie
2009-04-03
|
Wielu ludzi nie rozumie jak można mieć chęć na rzyganie. A to dlatego, że wymioty niszczą szkliwo. Albo poprzedzają je nieprzyjemne dolegliwości ból głowy: każdy pretekst jest dobry, byle nie rzygać. .
A rzygającym - czy to z przypadku, czy z wyrachowania - współczują tylko. Kompletny brak empatii i zrozumienia
Inni natomiast, dla odmiany, uważają, że rzyganie jest wskazane i przyjemne. I że to dobrze sobie rzygnąć - raz na jakiś czas. A to dlatego, że oczyszcza się organizm, wyszczupla sylwetka. No i kalorii jakby mniej, nie trzeba uprawiać forsownych ćwiczeń
Po co współczuć - mawiają. Lepiej sobie sowicie rzygnąć wkoło.
Forumowiska wypełnione są postami typu:
"Hej mam 17 lat i waże dośc duzo bo az 92kg:/ mam 176cm wzrostu i jestem poprostu gruba. od znajomych słyszalm ze fajnym i szybkim sposobem na schudniecie jest wymiotowanie tyle ze ja za bardzo nie wiem jak sie za to zabrac:/ jesli wiecie cos na ten temat to bede wdzieczna za info"
Ja jednak neguję to podejście do aktu rzygania, jako zachowania towarzyszące schorzeniom psychicznym.
Zresztą w takim wypadku, jak zacytowany, wystarczy pójść do ubikacji na stacje benzynową , a sam zapach wywołuje odruch wymiotny. Potem kucanie nad toaletą zapewnia nową kompozycje wspomagajacych zapachow: jak to na stacji benzynowej No i niezawodne dwa palce w gardło tak daleko aż... No wiecie: niezapomniany fingering, albo nawet fisting - dla wyrobionych
. Tylko, ze ten sposób nie ma nic wspólnego ze sztuką rzygania.
Zdaniem Agnieszki Kręgielskiej, znanej restauratorki warszawskiej o tym po czym - i jak - najlepiej się rzyga decydują indywidualne uwarunkowania, upodobania i motywy.
Niektórym wystarczy kefirek i ogórek kiszony, by wprawić w osłupienie najtwardszych widzów: dla niektórych danie takie to jednak za mało - zaledwie przystawka.
Żądają wódki z pieprzem naturalnym- tak z kieliszek i szczyptę pieprzu. A potem woda z solą: szklanka.
Można spróbować risotto z czosnkiem i krewetkami, zapijane mlekiem, a następnie tanim winem - np. Adam i Bill z serii Bonanza, czy zwykłym Delicjuszem.
Gorzej jest z gustami wyrafinowanymi, bo takowe gusta mogą wiązać się z koniecznością poniesienia znacznych kosztów.
Niektórzy świetnie rzygają dopiero po kalmarach w sosie z opuncji: kultowej potrawie z południa Włoch. Po ich spożyciu przez Polaka zabawa gwarantowana jest podobno przez dwie do czterech godzin. Wiadomo, Polacz lubi duga gr wstępna.
Jeszcze trudniej jest w przypadku osób z tak silnym self monitoringiem, że zwykłe bodźce fizjologiczne są w stosunku do nich niewystarczające i dla spektakularnego efektu niezbędne jest zastosowanie czynników kombinowanych. Ze środków, o których słyszałem - ze względu na cenę i nieskomplikowany sposób przygotowania - niezawodne są gotowane homary. No prawie: cała sztuka polega na tym, by podać je tak przygotowane, by podczas jedzenia można odkryć, że układ krwionośny jeszcze pracuje. Wrażenie jest tym większe, że homary maja układ krwionośny typu otwartego i występuje widowiskowe - zwłaszcza przy niespodziewanym odkryciu - pulsujące workowate serce z ostiami położone po stronie grzbietowej. Widok pulsującego serca w zestawieniu z delikatnym smakiem przegryzanego jeszcze mięsa. Wprawdzie krążąca hemolimfa jest mniej widowiskowa od znanej nam krwi, lecz dla wywołania oczekiwanego efektu - wystarcza.
Czasem ludzie sami przychodzą do znanych restauracji lub w inne miejsca publiczne z intencją zainscenizowania spektakularnego rzygania. I ta właśnie postawa powinna być łączona ze wskazanymi powyżej środkami technicznymi. Paradoksalnie przed aktem powinni spożywać raczej to, co lubią: nienajlepiej rzyga się po kuchni nielubianej. Dlaczego? Bo w takim wypadku rzyganie staje się aktem wymuszonym, nie jest autentyczne. Zwłaszcza przy rzyganiu należy pamiętać o tym, by być sobą. I umieć siebie wyrazić z całą mocą. Bo na tym polega pełnia życia. Nawet przy rzyganiu.
|
|
Komentarzy:
0
|
|
Na ławce w parku siedzą dwaj emeryci:
2009-03-28
|
- Popatrz, jak ta dzisiejsza młodzież ma ciężko w tym kryzysie... Jednego papierosa na pięciu muszą palić...
- No, ale dzielne chłopaki. Mimo wszystko się śmieją... |
|
Komentarzy:
0
|
|
Anioł Miłosci
2009-03-27
|
To jest historia o Aniele Miłości. Zadaniem Anioła Miłości jest budowanie szczęścia w społeczeństwie. I sprawiedliwości i miłości. A także wzajemnego współczucia, solidarności wobec doznanej krzywdy i społecznego oddania. Ten Anioł Miłości może zagościć w Waszych sercach. Tak jak zagnieździł się w życiu Jarka i Mirabeli.
Ten uroczysty dzień
Jarek (lat 21 wtedy, ognisty brunet) i Mirabela (lat 18, blondynka – jałówka, nieprzechodzona podobno w dniu ślubu) byli dla siebie stworzeni. Tak z urody, jak z rozumu. Wiedzieli o tym od pierwszego wejrzenia na dyskotece w Otwocku, więc ze ślubem nie czekali. Po co brodatego diabła z mirabelich stringów wywabiać nadaremno. No a po co uwalniać ducha satanisty z umysłu jarkowego? Żeby szukał, w grzechu, brodatego diabła?
Rodzice sprzyjali zamiarom, bo byli majętni i chcieli podzielić się z młodymi. Młodzi dostali i mieszkanie i samochód; na chleb i do chleba. A Jarek, dodatkowo, „playstation” dostał. A Mirabela – na waciki i wkładki higieniczne, żeby porządnie było.
Anioł Miłości, kiedy dowiedział się o ślubie młodych ucieszył się bardzo ich szczęściem. Chyba nawet bardziej niż pracownicy domu weselnego. Osobiście zstąpił do Kościoła i objawił się w pierwszej – albo drugiej ławce, licząc od ołtarza. Przyniósł do świątyni radość, bo jego ś w i e t l i s t e odwiedziny, to – niczym wizyta księdza – zapowiedzią losu była.
Wszyscy dookoła to wiedzieli. A radowali się tym mocniej, ponieważ wiedzieli, że tata Jarka zajmował się w Otwocku kredytami, tata Mirabeli – samochodami i lekami, Jarek – kiedy nie jechał na ręcznym – wyręczał tatę i pobierał spłaty kredytów, a Mirabela prowadziła małą, kameralną lodziarnię dla najbliższych przyjaciół. Prowadziła w tajemnicy przed Jarkiem, bo on nie chciał, by pracowała przed ślubem. Słowem, żyli w sposób, który w Otwocku przynosi wszystkim największe szczęście i spełnienie.
Anioł też się cieszył, bo chodził z Mirabelą do szkoły. I pamiętał, że ona nie tylko nie chciała się z nim kochać, ale nawet nie chciała dać mu miłości w inny sposób. W przeciwieństwie do innych dziewczyn. Kiedy tak teraz patrzył na młodą parę, to uczucie szczęścia i zadowolenia zagłuszyło w nim zadawniony ból odrzucenia: tak ładnie wyglądali. I dlatego zagłuszało także, bo inni w kościele bacznie przypatrywali się Aniołowi z niemym pytaniem: co teraz, Aniele?
Kochać to nie znaczy zawsze to samo – cz. 1
Anioł też patrzył i patrzył. I podziwiał. A w końcu, kiedy zobaczył, jak młodzi odjeżdżają BMW („siódemką”) tak przykro mu się zrobiło, ze odjeżdżają – i to bez niego – że zaczął wspominać. W samotności i w smutku różne myśli przychodzą czasem do głowy, więc Anioł postanowił upewnić się, czy szczęście trafiło na pewno do odpowiednich ludzi. Był już starszym referentem w urzędzie skarbowym, łatwo mu to przyszło. No przecież nie powinno trafić do nieodpowiednich, każdy to wie. Przynajmniej każdy Anioł. A kto ma to sprawdzić, jak nie Anioł?
Urząd wysłał wezwanie. Do Jarka osobno i do Mirabeli osobno: żeby żadne nie było gorsze.
Skąd macie 300 tys.? Skąd dom? Skąd samochód, Skąd mieszkanie letnie w Cancale? Jakie mieszkanie? A to na 1 Rue Dugeusclin, Cancale Fr 35260. A playstation skąd? A waciki i wkładki higieniczne. Always plus? Czemu takie duże? Mniejsze tańsze. A czemu takie puchate? A czemu tak dużo się zużywa? Można prać przecież. Nie pracujecie? Naprawdę? My długo, a nie mamy takich domów. I nie używamy plus. Skąd pieniądze Z lodziarni? Z rachunku? To wiem, a skąd na rachunku? Od pięciu lat na rachunku? Przedawnienie? Chyba nie… Kto zatrudnił nieletniego? To przestępstwo prawie. A rachunek to była współposiadanie z rodzicami, dopiero potem zniesiono. To co darowizna? Czemu nie złożona deklaracja? To wykroczenie. I z prezentów ślubnych. Goście nie potwierdzają wskazanych wartości. A niektórzy wcale nie byli na weselu. To skąd? A czemu deklaracje od darowizn weselnych nie złożone.? Ja uważam inaczej, ale proszę jest odwołanie. A potem sąd.
Obowiązek Anieli
Aniołowi trochę przykro było, że jego koledzy tak dokładnie musieli badać stan majątkowy młodych. I zadawać takie pytania: młodym, rodzinie, znajomym, sąsiadom, księżom z parafii, sprzedawcom z apteki, marketu, mechanikom, gdzie serwisowali samochód, fryzjerce Mirabeli…. Smutną miał minę i radość przygasła jego. Ale w końcu działał w interesie społeczeństwa i miłości. Nie chciał, ale musiał. Obowiązek. Jak żołnierz, którego posyłają na pierwszą linię frontu. Jak adwokat, co nie chce, ale musi brać… sprawę. Jak strażak, jak piekarz w upalny dzień, jak… . No właśnie, jak prostytutka, której nie podoba się klient. Im więcej się dowiadywał, tym bardziej było mu smutno. I wszyscy sąsiedzi widzieli to, jak mu źle. I im tez było źle: każdy współczuł młodym. Każdy chciał pomóc. W końcu sąsiedzi, trzeba pomóc. Starali się, razem z Aniołem, pomóc Jarkowi i Mirabeli. Co maja mówić, jak się zachowywać: na pytanie kogo mają na utrzymaniu – IV RP, jak się kochają – na urząd skarbowy; kim chcieliby zostać – pracować w urzędzie skarbowym; co jest najważniejsze w życiu – odprowadzać podatki; czy kiedykolwiek nie zapłacili podatku – jeżeli tak się stało, to przez nieuwagę. A w ogóle, to pani, pani referent tak ładnie wygląda – może umówilibyśmy się na … kawę, albo posłuchac płyt. A pan, panie referent, jest taki…. Dżentelmen. Może umówilibyśmy się na lody?
Kochać to nie znaczy zawsze to samo - 2
Kiedy później, po tych wszystkich radach, Anioł robił, nie bacząc na tajemnicę skarbową – dla najbliższych przyjaciół tylko, żeby ustalić dalszą strategię obrony - kserokopie akt, to chociaż wciąż było mu przykro, że tak źle traktują młodych, czuł wewnętrzną satysfakcję i radość. Tak wielką, że trochę się wstydził chodzić w opiętych spodniach, bo wszystko było widać. Wale w końcu pomógł w potrzebie, miał więc prawo do swojego zadowolenia. No i pokazał ludziom, jak naprawdę było z tymi młodymi:
Mirabela, od kiedy skończyła lat szesnaście dorabiała nierządem, a usługi seksualne świadczyła dla siedemdziesięciu, wymienionych w aktach podatkowych mężczyzn i kobiet. Nie ulegało to wątpliwości, bo wszyscy potwierdzili ten fakt, wskazując na fachowość usługodawcy, jako wytłumaczenie znacznej wysokości gratyfikacji. Fakt ten został potwierdzony przez zbieżne opisy miejsc świadczenia usług oraz okoliczności. Powodzeniem cieszył się też, jak to określali, „swojski catering” – mając na myśli przydomową lodziarnię.
Natomiast Jarek… Z Jarkiem sprawa była gorsza, bo zdecydował się, za namowa Anioła, na podobną linię obrony. Dano Jarkowi wiarę, bo fakt ten potwierdziło siedemdziesięciu innych mężczyzn, w sposób spójny i znajdujący odzwierciedlenie w innych w faktach, które urząd brał pod uwagę, przy ocenie sprawy. Wyjaśnienia te znalazły aprobatę wśród mieszkańców Otwocka, którzy, z szybkością błyskawicy, z ust do ust, przekazywali sobie tą wiadomość.
Anioł Miłości zasłużył sobie też na wdzięczność młodych. Wiedzieli to bardzo dobrze, bo dzięki niemu uniknęli utraty majątku. No i ich związek nabrał nowego wymiaru, głębszego. A przede wszystkim stali się sławni, o czym świadczy ten tekst.
Zwłaszcza Jarek.
Pozostaje pytanie jedno tylko: czy Naczelnik urzędu skarbowego, Naczelny Anioł, zaakceptuje projekt decyzji o umorzeniu postępowania z tytułu nieujawnionych źródeł
|
|
Komentarzy:
0
|
|
|