MrinMapi
Dodatkowy tekst
Wyślij SMS o treści: Kocham Cię
na numer ?
 
Statystyki
Liczba osób które odwiedziły mojego bloga:
 
10641
Liczba osób które skomentowały mojego bloga:
 
50
Liczba osób które wpisały sie do Ksiegi Gosci:
 
2
<< Lipiec 2014
PonWtŚrCzwPiąSobNie
123456
78910111213
14151617181920
21222324252627
28293031
Księga gości
 
O mnie
MrinMapi
warszawa
Słówko o mnie
en el quinto cono źródło zdjęć: i
Zobacz mój profil
Notki
Porozumienie między duszami 2014-07-16

Dziewczyna mnie rzuciła. Nie wiem dlaczego. Leżeliśmy sobie po prostu w łóżku. Paliliśmy papierosy. Wspominaliśmy, bez słów niemal, jak niespodziewanie poznaliśmy się i jak niespodziewanie skończyliśmy w łóżku.
To było w autobusie komunikacji miejskiej. Wracałem do domu. Nawet nie było dużego tłoku. Autobus zahamował, ona prawie przewróciłaby się, gdybym jej nie podtrzymał. Zapytałem, czy wszystko w porządku, czy dobrze czuje się i czy nic jej nie stało się. Kiwnęła tylko głową, ze wszystko jest ok. I uśmiechnęła się.
Potem szliśmy od przystanku razem, bo okazało się, że mieszka w okolicy. Nawet dużo nie rozmawialiśmy, tak dobrze każde z nas rozumiało drugiego. Nic nie musiałem mówić: ona uśmiechała się i wszystko było jasne. Weszliśmy, w klimacie obopólnego zrozumienia, na osiedle. Potem do bloku. Do mojego mieszkania.
Pomogłem zdjąć jej, cały czas bez słów, koszulę. Stanik i bieliznę.
Kochaliśmy się długo, jak w najlepszych niemieckich filmach pokazują
Wtedy właśnie weszła moja dziewczyna. Bez pukania, bo miała klucze.
I rzuciła mnie.
Niestety, nic nie zrozumiała.

Stygmaty 2014-06-18

Janek bardzo wierzył w Boga. Wszystko, co Janek robił było związane z wiarą. Przestrzegał rygorystycznie kodeksu moralnego, który przyswoił sobie na lekcjach religii oraz na coniedzielnej mszy świętej.

Zresztą ta „msza” zaczęła pojawiać się coraz częściej w życiu Janka, nie tylko w niedzielę. Janek zaczął uczęszczać do kościoła także w środę, bo tydzień odstępu od spotkań z „Duchem Świętym” to było dla Janka za długo. A potem do środy dorzucił poniedziałek, wtorek, czwartek i piątek. Rano i wieczorem.

W soboty do kościoła nie chodził z dwóch powodów. Po pierwsze nie lubił być w domu bożym nie będąc pewnym, że nie ma w sobie resztek zła: tego nie mógł wykluczyć, ponieważ proces trzeźwienia po piątkowym resetowaniu tygodnia bywał długotrwały. Po drugie, lubił stęsknić się czasem za bozią, żeby tym gorliwiej uczestniczyć w niedzielnej mszy świętej, najważniejszej z tygodniowych. Nawet jednak jak nie był w kościele, to wciąż wierzył tak samo silnie. A może bardziej. Widział oczyma duszy to, czego inni nie widzieli. Doświadczał obecności boskiej w każdym momencie życia i czuł na sercu dotyk Jezusa. We snach przychodzili do niego Święci opowiadali o przyczynach zła na świecie i konieczności walki ze złem. Rozmawiał i ze Świętym Franciszkiem i ze Świętym Grzegorzem. Ba! Doświadczył nawet pogawędki, niedługiej wprawdzie, z Papieżem Polakiem, który skarcił go za nadmierną fascynację słodyczami, „kiedy tyle goryczy jest wokół każdego człowieka”: nie należy się cieszyć i jeść słodkości, kiedy ludzie w Etiopii są głodni i tak cierpią.

Im dłużej Janek obracał się w kręgu świętych zdarzeń, tj dwa razy dziennie msza święta, nocne rozmowy z osobami błogosławionymi, codzienna żarliwa modlitwa – tym bardziej Janek zmieniał się. Psychicznie i fizycznie. Psychicznie zrazu niedostrzegalnie. Jednak z upływem czasu zyskał wśród znajomych -  którzy albo zerwali z nim kontakt, albo wyrażali głośne zaniepokojenie co do stanu jego umysłu, rzucając niewybredne uwagi w rodzaju „kropidło ma mózg mu się rzuciło”- przydomek „święty”.

Janek jednak wiedział swoje i był zadowolony, że wszyscy dostrzegają jego wyjątkowość i tą unikalną świętość. Nie musiał nawet, jak święty Jerzy, publicznie walczyć ze smokami, ani nawet nabierać świętości w kotle pełnym wrzącej smoły – jak św Eutropiusz.

„Widać wiara moja silniejsza” – myślał sobie Janek – „To i smoła dla mnie niepotrzebna”.

Jedynym zmartwieniem Janka było to, ze zewnętrznie ta świętość była widoczna w niewielkim stopniu. Janek nie miał ani złotej i świetlistej aureoli, jaką zwykle mają święci, ani z końcówek palców Janka nie rozbłyskiwały świetliste promienie, jakie można zauważyć na obrazach co bardziej wnikliwych malarzy.

Jednak i w tym aspekcie, aspekcie uzewnętrzniania oznak świętości, nie wszystko było stracone.

„Co panu dokładnie dolega?” – dopytywała się konsultantka proktologa – „Muszę coś napisać w karcie wizyty”.

„Chyba… stygmaty” – odpowiedział Janek z wahaniem, ale też z wyraźną dumą.

 

 

 

Archetypiczne myślenie w kulturze masowej 2014-06-11
Obrazy archetypowe i symbole są nieodłącznie związane z naszym życiem, tkwią nieodmiennie w nieświadomości. Ich znaczenie jest ogromne, dlatego też twórcy reklamy odwołują się często do nich, bez względu na to, czy są ich świadomi czy też nie. Użycie archetypu kulturowego może być wyrazem funkcji ekspresywnej reklamy: zwykle skutkuje „łatwiejszym” zdobywaniem rynku przez produkt. Nadto, używając symboli kulturowych w tytułach dzieł literackich i klasykach filmowych zwiększa się bądź zmniejsza siłę perswazyjną komunikatu i osiąga pożądane skojarzenia u odbiorcy. Dramat „Romeo i Julia” Szekspira zyskał „drugie życie” – i, nie okłamujmy się, większą popularność - poprzez nawiązania doń w tytułach, bądź treści wielu innych utworów lterackich. Przykładowo Cyprian Kamil Norwid odwołał się do „Romea i Julii” utworze „W Weronie”, w którym „Łagodne oko błękitu” patrzy na gruzy domów zwaśnionych rodzin, na skutki ich nieprzejednanej zawiści. Wiersz o tym samym tytule, „W Weronie”, popełniła Maria Konopnicka. W 2004 r Warszawie odbyła się światowa prapremiera spektaklu muzycznego „Romeo i Julia czyli Sny w Weronie”, z oryginalną muzyką Janusza Stokłosy, polskim tekstem zainspirowanym dramatem Szekspira, w reżyserii i choreografii Janusza Józefowicza. Myślenie symboliczne nie jest wyłącznie domeną dziecka, poety czy osoby niezrównoważonej psychicznie, lecz jest ono nieodłącznie związane z istnieniem każdej istoty ludzkiej, ponieważ poprzedza mowę i myśl dyskursywną. Symbol Umożliwia dotarcie do najgłębszych aspektów rzeczywistości, wymykających się zwykle wszelkim innym sposobom poznania. Przecież istniejące w kulturze obrazy, symbole oraz mity nie są przypadkowymi wytworami psychiki, lecz są odpowiedzą na pewne potrzeby społeczne i wypełniają określone funkcje, polegające na obnażaniu najskrytszych form istnienia jaźni. Samo już tylko nawiązanie w nowopowstających dziełach do tytułu znanych, zakorzenionych w kulturze utworów, zwłaszcza tych, które nabrały znaczenia „kultowego”, może znacznie ułatwić komunikację twórców ze społeczeństwie. Mechanizm ten jest szczególnie silnie wykorzystywany w sztuce filmowej. I tak w wersji prostej, „ordynarnej” powstają „kontynuacje” szczególnie udanych filmów. Jest „Terminator” 1-4, „Obcy” 1-?, Matrix 1-3, „Epoka lodowcowa” 1-?. W wersji wysublimowanej „zapożyczeń” twórcy filmów nawiązują w tytułach swoich nowych dzieł do podobieństwa wymowy, podobieństwa lub kontrastu treści i przekazu. Miłośnicy filmografii mają dziś do dyspozycji takie klasyki gatunku, jak: "Kurewna Śnieżka i czterdziestu rozchujników", "Anal Fantasy", O dwóch takich co skalali księży”, „Onan Barbarzyńca”, "Człowiek o żelaznej lasce", "Edward Penisomiękki”, „Pan wkładeusz”, „W pustyni i w paszczy”, czy „Pan Samolodzik”. Ze spisu filmów wynika, ze popełniono nadto „Jak to robią wieloryby czyli walenie w głębinach”, "Wilgotny jeździec", "Wymię Róży", "Conan deflorator", "W dziuplę Cezara", "Wojna jądrowa", "Analni zmiennicy ", "Robin Fiut", "Czy przeleci nas pilot?", "Pizdne Wojny", "Fuck or Alive", "Łyku, łyku na patyku". Oczywiście i klasyce filmowej twórcy wskazują na korzenie popełnionych dzieł na wytwory takich mistrzów jak Wiliam Szekspir. Niedawno, na przykład miałem okazje nabyć film o bardzo obiecującej nazwie "Romeo i Julian".
Taki devolay, taka karma 2014-06-11
 Taki devolay, taka karma

 

Dziś do domu wróciłem późno. Bardzo głodny. Nie tracąc czasu zacząłem przyrządzać moją ukochana potrawę: kotlet devolay z młodymi ziemniaczkami i marchewką.

Obrane ziemniaczki już grzały się w garnku, a ja miałem odrobinę czasu. Żeby powstrzymać coraz bardziej narastający głód i nie zeżreć ziemniaków prawie surowych pomyślałem o tych obrzydlistwach, które są przyrządzane przez niektóre narody.

Taki haggis: Mieszanka zmielonych owczych podrobów (serca, wątroby i płuc) z cebulką, mąką owsianą i przyprawami, nadziewane w owczy żołądek. Okropieństwo!

Albo oczy tuńczyka, tak popularne w Japonii i w Chinach. Jesz i czujesz, ze ktoś się na ciebie patrzy….

W porównaniu z sercem kobry, podawanym z winem, smażone pająki tak popularne w wielu azjatyckich krajach, są niemal akceptowalnym daniem.

Czego już nie mogę powiedzieć o winie z mysich noworodków:  żywe mysie noworodki wrzucane są do butelek z winem ryżowym, żeby – te mysie noworodki – należycie sfermentowały.

Na samo wspomnienie preriowych ostryg każdy głód słabnie.  Są to bycze smażone, panierowane i podawane razem z sosem. A wyglądają jak owoce morza.

Tymczasem na patelni oliwa rozgrzała się już do wysokiej temperatury

Dość tego – pomyślałem – Bo nie będę mógł jeść.  Zabrałem się za obtaczanie piersi kurczaka w jajku i w bułce tartej. Tak, żeby kotlet był z zewnątrz chrupiący, a wewnątrz soczysty.

Od lat gotuję potrawy popularne w kuchni polskiej i wiem, że jeśli temperatura patelni jest odpowiednia to kluczem do wysokiej jakości potrawy jest, przed obróbka termiczna, należyte nasączenie ciała matki płynem owodniowym zmieszanym z roztartym zawiązkiem ciała  zarodka.

Taki devolay, taka karma

 

 

 

 

 

Choroba 2014-05-12

Zuzia była wrażliwą nastolatką. Może dlatego bardzo martwiła się chorobą braciszka. Braciszek niedomagał już kilka tygodni i nie zapowiadało się, że polepszy mu się szybko. Na początku był tylko trochę osłabiony i senny. Bez energii. Potem, z dnia na dzień, z nocy na noc, miał coraz mniej energii i było coraz gorzej. Chudszy i bledszy coraz bardziej.

Rodzice także martwili się chorobą młodszego z dzieci. Nic dziwnego, skoro żaden z lekarzy nie potrafił powiedzieć, co mu jest i jak mu pomóc. Oczywiście lekarze stawiali diagnozy, wiele diagnoz i inkasowali za „usługę medyczną” honoraria. Ale nigdy nie trafiali co do choroby i jej przyczyn, bo synek, pomimo wypłaconych dla „doktorów” wynagrodzeń, marniał z dnia na dzień. Stawał się wątły niczym mimoza, albo mójwieco. Nie pomagało nawet to, że nowi doktorzy, „boże człowieki” sprowadzani z nawet z takich egzotycznych krajów jak Brazylia, Rumunia czy Ukraina, nocowali na czas diagnozowania w pokoju obok chorego braciszka i byli na każde zawołanie.

Zresztą Zuzia nie miała powodu do radości nie tylko ze względu na braciszka. Sama miała problemy ze zdrowiem. Nie, nie czuła się, jak braciszek, osłabiona. Raczej wręcz odwrotnie: czuła się pobudzona i jakby nieustannie zdenerwowana. Bolał ją brzuch, skóra. paznokcie, palce i zęby, które nabrały jakiegoś obcego, różowego koloru. Nie miała jednak komu zwierzyć się ze swoich kłopotów, bo rodzice byli całkowicie pochłonięci problemami zdrowotnymi młodszego z dzieci i nie miei dla Zuzi już w ogóle czasu.
„Muszę przynajmniej zmienić pastę do zębów” – pomyślała Zuzia ze zniecierpliwieniem, oglądając w lustrze wyniki porannych zabiegów kosmetycznych.
Właściwie to wszystko Zuzię bolało, nie tylko palce i brzuch. Rano nie mogła się ruszyć tak, by nie czuć dyskomfortu. Czuła się, jakby codziennie przemierzała na piechotę kilkadziesiąt kilometrów, co przecież było nieprawdą. No i te odciski i otarcia na stopach, które dokuczały tak bardzo, kiedy zakładała co ranek pantofelki.
Wprawdzie rodzice pytali ją kilka razy ostatnio, czemu w nocy chodzi do łazienki, bo jak zaglądali do jej pokoju to nie było jej w łóżku, ale Zuzia brała to tylko za nic nie znaczącą rodzicielską złośliwość. Wiadomo przecież, ze rodzice mówili „łazienka”, ale myśleli - „zabawa”.
Jednak ziarno niepokoju zostało zasiane.
Któregoś wieczora, Zuzia, chcąc uniknąć kolejnych insynuacji rodziców postanowiła upewnić się, ze całą noc spędza w łóżku i nigdzie nie wychodzi.
Nie wiedziała za bardzo jak to zrobić, żeby mieć pewność – na wszelki wypadek, gdyby podejrzenia rodziców były słuszne - że całą noc spędzi w jednym miejscu. Tyle słyszała o lunatykowaniu, o wyrażaniu podświadomych pragnień, o nieuświadamianym kłamaniu.
W końcu sama przywiązała się solidnym nylonowym sznurkiem za kucyki do ramy łóżka. I natychmiast zasnęła, tak ją te wymyślania zabezpieczeń wyczerpało.
Spała dobrze, choć przywiązane do łóżka kucyki ograniczały ja w wyborze najwygodniejszej do snu pozycji i czasem ciągnęły „przez sen”. Dlatego tez upłynęło trochę czasu zanim na dobre zasnęła. Za to jak Zuzia zasnęła to, choć nie wiedziała co jej się śniło, to czuła, ze to było coś najpiękniejszego na świecie. Prawdziwy zapach świata, smak deszczu zmieszanego z potem, wibracje mięśni. Prawie czuła grę atomów we wszechświecie, z który tworzyła, w końcu, jedność. I dziką, nieposkromioną rozkosz, w końcu odczuwaną w całej pełni.
Nawet huk wystrzału i promieniejący od serca ból, następujący po nim, które obudziły Zuzię, sprawiały jej przyjemność.
Ostatkiem sił, gasnącymi już oczami, zarejestrowała, ze znajduje się w pokoju braciszka i nachyla się nad nią nowy lekarz zawezwany przez rodziców do braciszka – dr Van Helsing. W ręku trzymał starodawny, dymiący jeszcze pistolet.
- „Likantropia. Czułem to.” – powiedział do stojących w progu pokoju, także rozbudzonych rodziców.
„Jak na pewno dobrze wiecie większość ludzi ma swą drugą wilczą naturę. Nauczyciel w szkole, sąsiadka z naprzeciwka, czy ukochana córeczka mogą okazać się prawdziwymi przerażającymi monstrami, które sieją chaos, morderstwa i zniszczenia niczym najgorsza plaga – jeśli tylko rozbudzą się w nich wilcze pierwiastki. Jak u waszej córki To dlatego chłopczyk słabł coraz bardziej. Ssała go co noc.”
„Ale na wszystko jest lekarstwo”- dodał gładząc Zuzie po włosach– „Waszej córeczce pomogła kula ze srebro w serce, najskuteczniejsza na wilkołaka”

„Nie, nie płaczcie”- objął pocieszycielskim gestem zapłakaną matkę „córeczki” – „Ona umarła już dawno. Dziś odstrzeliłem tylko nikczemnne zwierzę. Proszę, oto certyfikat” – podsunął pod nos mamie urzędowe pismo z Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Szczecinie, zatytułowane „Pozwolenie na odstrzał 20 bobrów i 6 liokantropów”.
Ale tego już Zuzia, ani jej mama nie słyszały.


Wiosną ziemia taje 2014-05-12
Wiosną ziemia taje
Charakterystyczne dla naszej kultury jest grzebanie zmarłych w pobliżu miejsc uświęconych. Najczęściej w okolicach kościołów, świątyń. Nawet mówi się „pochowany w świętej ziemi”. Miejsce istnienia cmentarza świadczy o jakimś wydarzeniu w dziejach społeczności czy rodziny, które doprowadziło do jego powstania. Dlatego fakt istnienia grupy mogił może mieć niekiedy znaczenie symboliczne. Ważne jedynie, by odkryć – jakie.
Dlatego też szkoda, że ledwie ziemię przyprószy trochę śniegu a temperatura spadnie poniżej zera, to, od razu, nawet cmentarze pustoszeją. Symbolika szczególnego miejsca staje się wtedy tak samo nic nie znacząca jak pamięć o osobach zmarłych. Chyba, że prawda jest inna….
Mały Wojtuś przychodzi do swoich bliskich prawie codziennie. Do siostrzyczki, brata, mamusie i pacia. Siaduje na ławce, tej najbliżej grobu. I po prostu patrzy. Jest z nimi. Chłonie ich obecność, ich inną energię i żywotność, bo oni przecież wciąż są. Tylko trochę gdzie indziej – po drugiej stronie lustra. Myśli wtedy o życiu i o tym co po życiu. Jak bawi się, nie słucha rodziców czy starszego brata. O konsekwencjach posłuszeństwa i nieposłuszeństwa.
Mały Wojtuś, tak jak i większość ludzi odwiedzających cmentarz, najczęściej przychodzi – tam na ławeczkę koło grobu - latem i wczesną jesienią. Potem im staje się mniej przyjemnie, im częściej zdarzają się nocne przymrozki i spada temperatura, tym rzadziej przesiaduje na ławeczce. A kiedy zimowe śnieżyce rozszaleją się na dobre, lód skuje kwiaty, drzewa i ziemię, to Wojtuś w ogóle przestaje przychodzić do bliskich. Tak jak wszyscy.
I tak jest aż do wiosny, kiedy cmentarze znów zaludniają się. Znaczący jest ten fakt istnienia uczęszczanych cmentarzy. Swoistej przestrzeni pamięci, która tworzy wspólnotę żywych i umarłych. Bo przecież dzięki umarłym na cmentarzu i osobom ich odwiedzającym wiadomo, że dana grupa ludzka ma własność danego terytorium.
Teraz wiosna już w pełni. Miejsca, o których zdawało się, ze zapomniano, znowu ożywają. W dzień słońce przyświeca rozgrzewając świat, przymrozki są z nocy na noc słabsze i rzadsze. Małemu Wojtusiowi coraz częściej udaje się przedrzeć przez grudy zmarzniętej jeszcze gdzieniegdzie ziemi i usiąść na ławeczce, przy rodzeństwu i rodzicach, kiedy czasem przyjdą. Choć Wojtuś jest trochę ubrudzony i umazany glina, nikomu to nie przeszkadza.
Czasem tylko Mały Wojtuś żałuje, że go najbliżsi nie widzą. Ale od razu potem myśli sobie, ze może dobrze, ze nie widzą. Bo czas i procesy gnilne nie obeszły się z nim łaskawie, a Wojtuś ma tego świadomość.
Spuchł i zmienił kolor. Stał się taki… napęczniały. Ropa ścieka mu do płuc, choc na zewnątrz tego nie widać. Ale – myśli Wojtuś – czuć go cmentarzem. Wciąż jednak, kiedy siada na ławeczce, chciwie wsłuchuje się w to, co na jego temat mówi rodzina, choć czasem cały aż drży w pozostałych mu nerwosplotach.
I tak już od prawie pięćdziesięciu lat Wojtuś czerpie siły, by przeżyć następną zimę. Póki tchu w jego bliskich, który odżywia Wojtusia i jego wolę trwania.

Tylko dla orłów 2013-12-19
Tylko dla orłów
Bywa, ze nie robisz tego, co naprawdę chcemy i co czujesz, że powinieneś czynić. Ulegasz opinii innych i presji otoczenia. Robisz co innego. Coś co nie sprawia ci satysfakcji. Tymczasem dlaczego? Kto dał komukolwiek prawo do wskazywania ci „właściwego sposobu postępowania”? Pouczania? Krytykowania, wbrew oczywistej prawdzie, że negatywna motywacja nie skłoni jednostki świadomej swojej wartości do bardziej wytężonego wysiłku?
Nazywany najgorszym skoczkiem narciarskim świata Eddie "Orzeł" Edwards zamierza powrócić do skakania. Brytyjski „Małysz”, dziś już pięćdziesięciolatek, zamierza jeszcze raz wzbić się w przestworza podczas konkursu turnieju Czterech Skoczni w Garmisch-Partenkirchen. Ów nielot wśród skoczków ostatnio latał 25 lat temu. Złamał wtedy w Innsbrucku obojczyk i zakończył karierę. Jednak teraz Garmisch-Partenkirchen i zapowiada, że będzie poznawał skocznię. Chociaż według Międzynarodowej Federacji Narciarskiej, Edwards był tak kiepskim skoczkiem, że zadecydowano o wprowadzeniu kwalifikacji do zawodów, to, był jednak bardziej popularny od innych skoczków. Bo szedł za nagłosem serca. Do dziś sprzedawane są koszulki z jego podobizną i planowany jest film fabularny na podstawie jego biografii.
Ty też przypomnij sobie, ile razy mówiono ci, że powinieneś sobie odpuścić grę w piłkę. Naukę języków obcych – chyba, że dla własnej przyjemności. Że pewne zawody – notariusza, tłumacza keczua, adwokata, operatora wózka widłowego – są nie dla ciebie. Chyba, że jako pomocnik administracyjny. Ze nie powinnaś rozbierać się przy chłopaku w oświetlonym pomieszczeniu. Albo oczekiwano od ciebie, ze kwestie randek i seksu zostawisz bardziej wyposażonym przez naturę osobnikom. Ty posłuchałeś/posłuchałaś dobry rad sączonych przez zawistne albo korporacyjne usta i teraz zastanawiasz się, „jak to byłoby być takim… strażakiem”?
A orzeł?
Orzeł nie dość, ze zrealizował i realizuje swoje pasje, to po zakończeniu kariery gościł w telewizji. Napisał też książkę i nagrał dwie piosenki. Po fińsku, z którego nie znał ani słowa.
A z wykształcenia jest prawnikiem, co wiele mówi o zawodzie i zdolnościach.

Po prostu biegnij 2013-12-05

Nie mogła o nim zapomnieć. Cały czas o nim myślała: czuła jego oddech na karku. I ciepły wzrok. Po prostu czuła jego obecność w każdej chwili, która nastała odkąd odszedł. I była zła. Właściwie nie wiedziała na kogo albo na co: bo przecież nie na niego, on już nie żył. Nie była zła na tą jego wspinaczkową pasję, sama lubiła się wspinać. Rozumiała to. Często razem zdobywali szczyty i ściany. Nie była zła nawet na jego partnera, który miał go asekurować. Przecież to lina pękła. Ani nawet nie była zła na tą linę: pękła, bo przetarła się. Pewnie w czasie tej samej wspinaczki przetarła się, na której odpadł od ściany.
Teraz musiała sama wspiąć się na tą ścianę. To przecież tam on był ostatni raz. Jego ręce głaskały ścianę, zmieniały uchwyty. Tam, na tej ostrej grani, zapinał po raz ostatni linę. Tam wspinał się i odpoczywał na kolejnych półkach. Stamtąd wysłał jej ostatniego mms-a, nawet poznawała krajobraz. Musiał być na tej szerokiej i długiej półce zawieszonej nad przepaścią, trochę na lewo od niej, pięćdziesiąt metrów wyżej.
Co gorsza, nie tylko go czuła. Ona prawie go widziała. W półmroku w łazience, kiedy kąpała się. W korytarzu, kiedy szła w nocy do kuchni napić się wody. W metrze, kiedy wsiadał albo wysiadał z kolejki, a ona nigdy nie mogła go dogonić. Bo pociąg ruszał i za późno było żeby wsiąść albo wysiąść. Potem wpatrywała się w oddalający kontur, płacząc bezgłośnie i przełykając łzy. Takie dziwne w smaku.
Albo ten jego niepowtarzalny głos - cichy, czuły i troskliwy - który natychmiast budził ją z najgłębszego nawet snu. Jak zeszłej nocy: „Chodź do mnie, kochana”, „Kocham cię”, „Nie mogę zasnąć bez ciebie, chodź do mnie”. Zapach jego koszul, których nie chciała prać, żeby nie stracić ostatniej jego cząstki.
Zerwała się wtedy z łóżka i zaczęła krzyczeć: „Ale jak!!!? Ty sqrwysnu!”
Nie odpowiedział jednak. Nigdy nie odpowiadał na jej obelgi i nie dawał się sprowokować.
Ostatnia przewieszka. Podciągnęła się z ogromnym wysiłkiem. Wpełzła ostatkiem sił na wywłaszczenie, z którego, jak myślała, wysłał jej ostatniego MMs-a. To na pewno nie był gzyms. To nawet nie była półka skalna. Wypłaszczenie było o wiele większe niż zwykła półka. Pochyła, długa na pięćdziesiąt metrów i szeroka na metr część ściany, tworzyła jak gdyby chodnik biegnący w poprzek góry, kończący się dwustumetrowym, prawie pionowym urwiskiem. Urwiskiem skąpanym złotem zachodzącego słońca. Podobnie zresztą jak skąpana była jego postać, zasłaniająca nieco panoramę i wyraźnie odznaczająca się przez to na krawędzi.
Stał nieruchomo patrząc w jej kierunku. Był taki spokojny i czuły. Wiedziała to, chociaż dokładnie go nie widziała z tej odległości. Pragnął jej. Wiedziała, że teraz nie pozwoli już mu zniknąć. Jak wtedy, kiedy spotykała go w metrze czy wtedy, kiedy obudzona jego Gosem, niebacznym gwałtownym ruchem powodowała, że znikał.
- „Chodź o mnie” – usłyszała wyraźnie, pomimo szumu wiatru. „Proszę, tęsknię za tobą” – dodał
- „Ale jak?! Jak mam to zrobić”- zawołała z rozpaczą. Oszczędnie w słowach, żeby nie myślał, ze chce go sprowokować. Tak bardzo nie chciała przeżywać, po raz kolejny, rozstania z nim.
- „Biegnij. Po prostu biegnij. Szybko, jak tylko potrafisz. ” – odparł głos w jej głowie i złota postać odsunęła się od krawędzi, robiąc jej drogę.
Tak długo była bez niego, ze nie wahała się. Pobiegła ku przeznaczeniu, marząc o jego ramionach, oddechu, pocałunkach i bóg wie o czym jeszcze. Pobiegła szybko niczym huragan Ksawery. Tak szybko, ze nie dosłyszała już drugiej części jego wypowiedzi, która wygłosił cienkim głosem króla Juliana z filmu „Madagaskar”:
Prędziutko, prędziutko! Zróbmy to prędziutko, zanim dotrze do nas, ze to bez sensu”
Osiem i pół 2013-12-02
Każdy z nas zna perypetia Johna i Elizabeth, która była mądrą, doświadczoną kobietą, w pełni kontrolującą swoje życie. Niestety, John sprawił, zabierając ją w podróż do krainy erotycznych fantazji, że poznała ona swe prawdziwe oblicze. Wkrótce Elizabeth musi dokonać wybory między swoją namiętnością i pożądaniem a zachowaniem rozsądku i przede wszystkim - zdrowia psychicznego.
Tak też było w przypadku księdza Sławomira S. z parafii w okolicach Rawy Mazowieckiej, którego sad skazał na tytułowe 8 i pół. Roku wiezienia za przestępstwa seksualne wobec pięciu chłopców poniżej 15. roku życia. Jakby nie wierząc w sprawczą moc resocjalizacji, sąd zakazał również księdzu kontaktowania się z pokrzywdzonymi i zbliżania się do nich oraz prowadzenia zajęć edukacyjnych z małoletnimi.
Jak utrzymują parafianie, wierzący w niewinność księdza, to jeden z osobników uznanych w procesie za pokrzywdzonego, teraz już dorosły mężczyzna, zabrał księdza, niczym wcześniej John – Elizabeth – w podróż w niezbadany do tej pory świat erotycznych fantazji. Niestety! Ksiądz nie miał tyle siły, przenikliwości i trzeźwej oceny sytuacji, co Elizabeth: zamiast odrzucić pokusę, która mogła zniszczyć jego świat, brnął, wiedziony przez liczne grono młodych i świeżych ministrantów, dalej w dżunglę namiętności, chwytając się, by utrzymać równowagę emocjonalną, przygodnych lian rozkoszy.
Zatem poznawał wciąż nowych i nowych chłopców. A to pożyczył parę groszy, by ów mógł dać na ofiarę na tacę, a to doładował niektórym … telefon na kartę. A innym z kolei zlecił sadzenie strzelistych mieczyków pod plebania albo mycie bananów, by pomóc schorowanej gosposi, do której zadań należało oporządzanie owoców i innych darów księżowskiej natury.
To wszystko zostało zakwalifikowane przez Prokuraturę, według pokrzywdzonych – oczywiście bezstronną, jako przestępstwa o charakterze seksualnym w stosunku do chłopców poniżej 15. roku życia. Dowodem rzetelnym na to wszystko miały być – jakże by inaczej – zeznania osób, dziś już pełnoletnich, które ubiegały się o status osób poszkodowanych.
49-letni duchowny był badany przez biegłych psychiatrów i seksuologa, którzy niczego złego nie doszukali się w mentalności księdza i orzekli, ze jako zdrowy, może odpowiadać karnie. Do tego, w śledztwie duchowny nie przyznał się do zarzucanych mu czynów. Sam proces toczył się z wyłączeniem jawności, jak też uzasadnienie wyroku było niejawne, co uniemożliwia kontrolę społeczną trafności i prawdziwości uzasadnienia. Sługę bożego skazano i to pomimo tego, że do sądu dotarła grupa wsparcia moralnego, kilkudziesięcioosobowa grupa parafian, którzy bronili księdza, twierdzili, że jest on niewinny i ręczyli za niego swoimi głowami. Po rozprawie wszyscy, jak jeden mąż, mówili, ze niezbadane są wyroki boskie. Ale równie niezbadane są wyroki sądu.
Teraz, zanim sądy zrewidują krzywdzący dla bożego posłańca wyrok – co bez wątpienia nastąpi - będzie mógł boży posłaniec rozważać w więziennej wideotece, czy inspirował się – i czy słusznie inspirował się – postawami i scenariuszem filmu 8 i pół tygodnia....

Rozstania 2013-11-07
Nie każdy związek między kochającymi się w jakimś momencie życia dwojgiem ludzi przetrwa próbę czasu. Czasami dla własnego dobra lepiej jest rozstać się. Warto jednak, także dla własnego dobra, zachować trzeźwy umiar, osąd sytuacji i bezstronność podczas tego smutnego procesu. Wskazany jest także dystans do siebie, do poczynań ex-połówki jak też niepoddawanie się depresyjnym nastrojom i zachowanie poczucia humoru.
Właściwy sposób postępowania jest tym bardziej ważny, że rozstania, w początkowej fazie, rzadko przebiegają bezkonfliktowo. Zawsze w tle są „niespodziewane okoliczności”: jakaś zdradza z chuda ździrą („z nią?!, z czymś takim?, jak mógł!”), chęć dowartościowania się przez przyjaciela (który przeleciał dziewczynę przyjaciela), przeznaczenie wspólnie zaoszczędzonych pieniędzy na alkohol i narkotyki, parcie do ślubu za wszelką cenę, opryszczka wargowa, rzęsistkowica, świerzb względnie wszawica łonowa albo ameboza. Czasem też samotność, brak zrozumienia, ciągłe
pretensje i brak zaangażowania i chęci, by walczyć o coś, co dawno wygasło. Sytuacji i atmosfery pomiędzy dwojgiem ludzi nie poprawiają „szczere” wyznania poczynione w celu „ratowania” związku: że zdradzał/a juz rok po ślubie i że niby od roku już tego nie robi. Ze jest uzależniony/a od seksu, że nie potrafił/a bez niego żyć. Robił/a to z prostytutkami i raz ze znajomymi z pracy na szkoleniu – całkiem przypadkiem. Ze od dawna nic nie czuje. Że chce/nie chce ślub, bo coś tam… .
Do tego wszystkiego bywa tak, ze naocznie przekonujemy się, że były partner/partnerka już trzy dni po rozstaniu dzieli udanie czas z Nią/Nim i daleko mu/jej do smutku i rozpaczy – jakże w naszej ocenie uzasadnionej.
Następstwem wspomnianych „niespodziewanych okoliczności” mogą być różne uczucia, ale wśród tych różnych uczuć to złość, żal, zazdrość walczą o palmę pierwszeństwa z frustracją i obrzydzeniem, a ustępują tylko politowaniu i niechęci.
Tymczasem już odrobina szacunku dla wyborów drugiej istoty, jak też tolerancji wystarczy, byśmy nie planowali naszego przebrania na dobroczynny bal z okazji Halloween „za swoją byłą” (jeden sztuczny członek pomiędzy pośladki, drugi zamocowany przy ustach). Wspomniany szacunek może powstrzymać nas od wyjaśniania wszystkim wokół, ze „miał małego i nie dawał należnej satysfakcji seksualnej kobiecie” tudzież „trzeba go było utrzymywać”. Albo miała charakter „wściekłej zdziry skrzyżowanej z zakonnicą ślubującą czystość”. W końcu ten szacunek może być przyczyną tego, że uznamy, że warto pomęczyć się razem jeszcze jakieś trzydzieści lat, zwłaszcza skoro Szymon Słupnik wytrzymał podobny okres czasu w okolicznościach równie niesprzyjających.
Być człowiekiem &#8222;zen&#8221; 2013-11-05
Aniol Milości, w ramach programu aktywizacji osób bezrobotnych pokoleniowo, dostał zaproszenie na spotkanie medytacyjne w ośrodku leczenia uzależnień „Nowa Droga”. I ośrodek i pensjonariusze i destylat, którym go poczęstowali zrobiło na Aniele wrażenie. Podobnie jak wykład, bo zarówno destylat jak i te papierosy ręcznej roboty, którymi go poczęstowano w toalecie otworzyły Aniołowi umysł i uczyniły go jednostką bardzo akceptującą rzeczywistość.
Wykład już skończył się a Anioł wciąż nie mógł zapomnieć niektórych zdań, usłyszanych na wykładzie. Wrócił do domu, do ślubnej i dziesięciorga dzieci, w większości jego, ale wciąż – co było dla niego niezwyczajne - myślał. Głos prowadzącego wykład guru dźwięczał niczym dzwon kościelny w niedzielę o dwunastej rano, niczym tupot wściekłych, białych mew na molo.
„Najważniejsze w życiu to zrozumieć prawdziwy sens i istotę zdarzeń, które nas otaczają. Odkryć prawdziwą naturę naszych pragnień i dążeń. Kiedy poznamy i dowiemy się o co tak naprawdę nam chodzi, znacznie łatwiej i przyjemniej będzie nam żyć. Osiągniemy stan szczęścia i spełnienia. No i wyplączemy się z pułapek schematów, w których znaleźliśmy się.”
Anioł tak zasłuchał się w głos wspomnień, że zapomniał o prawdzie, którą przekazał mu ojciec, mawiający często, że jeśli chce się być szczęśli¬wym, nie wol¬no gme¬rać w pamięci. To było nieuniknione - i dotarło do Anioła - że był w błędzie, co do motywów większości działań, które podejmował w swoim życiu. Że wcale nie o to mu chodziło, co myślał. Że żył w fałszu i zakłamaniu i że nie doświadczał prawdy, choć bardzo starał się postępowań zgodnie z nauką kościoła. Zrozumiał, że kiedy mówił w domu żonie i dzieciom, że chce spotkać się z przyjaciółmi oznaczało to w rzeczywistości coś zupełnie innego niż zwykłą przygodę intelektualną. Oznaczało w istocie, że zamierza spożyć alkohol w nieumiarkowanych ilościach, bez względu na okoliczności i dobrze byłoby zakotwiczyć u kogoś, kto będzie dysponował taką samą, albo i większą ilością, taniego wina. Kiedy oświadczając się żonie lata temu, po pijaku wspominał, że ją kocha, miał na myśli jedynie o darmowe, domowe, regularne bzykanie, bez dodatkowych obciążeń finansowych. Podobnie ślub (kościelny) miał na celu zapewnienie wygodnej bazy do spotkań towarzyskich z kolegami. Dotarło do Anioła, ze kiedy godził się na dzieci, w zwiększającej się co rok liczbie, chciał w istocie i jedynie dać zajęcie niezadowolonej wiecznie żonie ukierunkowując jej aktywność na sfery bezpieczne dla niego. Chciał, żeby żona nie domagała się, by znalazł stałe zajęcie zarobkowe. Anioł wręcz załamał się, bo zrozumiał, ze niepotrzebnie płacił na Pigalaku dziewczynom za seks, ponieważ porządne dziewczyny- w końcu żony jego kumpli - były skłonne z chęcią zdejmować przed Aniołem majtki – z darmo. To przecież jasne było, nawet dla Anioła, że każda dziew¬czy¬na pot¬rze¬buje trochę cza¬su, by zna¬leźć mężczyznę na całe życie. Cóż w tym złego, że podczas procesu poszukiwań wychodzi czasem za mąż?
Kto inny załamałby się w obliczu świadomości popełnienia tylu błędów życiowych, ale nie Anioł Miłości. Bowiem, jak powiedział mu Guru, ideal¬ne życie wca¬le nie jest fas¬cy¬nującą opo¬wieścią. Bo to błędy życiowe, a nie idealne życie, mogą być kiedyś cieka¬wos¬tką dla potomnych. A nawet mogą być zaczątkiem dobrze płatnego scenariusza filmowego.
Spojrzał na ślubną i czeredę dzieciaków usiadł wygodnie w fotelu i mruknął tylko: „Nie po skrzydłach, a po duszy poz¬nasz Anioła.” Po czym zerwał kapsel z wyborowej i napił się z lubością. Tym razem zrobił to w sposób „zen”: nie ze szklanki jak zwykle, lecz z gwinta.
Tym razem z większą samoświadomścią podjętego kroku
Apage satanas! 2013-11-04

Przychodzi taki czas w życiu każdego człowieka, że trzeba powiedzieć zdecydowanie „nie”. „Nie” dla tradycji, przekonań, które wpojono, często „szantażem i groźbą”. W gruncie rzeczy chodzi jednak nie o akt sprzeciwu wobec środowiska i wartości, w których jednostka wychowuje się, ale o akt sprzeciwu wobec negatywnych dla jednostki skojarzeń. Rzadko kiedy poziom świadomości jednostki jest na tyle duży, by zdawała sobie sprawę, że to nie te elementy kultury czy zachowań, przeciw którym występuje, budzą jej odrazę czy niechęć.
Anoreksja to, wbrew obiegowym opiniom, wcale nie jest tożsama z niechęcią do jedzenia. To tylko przejaw somatyzacji, który pojawia się zwłaszcza wtedy, gdy ktoś nie jest świadomy swoich problemów psychicznych, moralnych, duchowych, religijnych czy społecznych i gdy nie chce lub nie potrafi ich przezwyciężyć. Sygnalizowanie i odreagowanie problemów może przejawiac się w zaburzeniach snu, układu oddychania (do astmy włącznie), funkcji krążenia (nadciśnienie, zakłócenia pracy mięśnia sercowego), a także funkcji odżywania. Niechęć do jedzenia jest jednak elementem wtórnym i następczym względem niechęci do życia.
To nie tylko dlatego nastolatki i młodsze dziewczynki zaczynają się poruszać, mówić i ubierać na wzór nekro-wampów czy prostytutek, że postacie ze świata koszmarów i horrorów przedstawia się w sposób atrakcyjny dla nich. Zachowują się tak przede wszystkim dlatego, że zachowanie „nekro-wampów czy prostytutek” nie odbiega od zachowań, których dzieci są świadkiem w tradycyjnej, polskiej katolickiej rodzinie. Zarazem zachowanie „nekro-wampów czy prostytutek” nie zawiera tych elementów, które kojarzą się dzieciom z bólem, cierpieniem, groźbą, zakazem, szantażem, czy fałszem i to pomimo tego, że są klasyfikowane przez „dobre” społeczeństwo jako „złe”. Cóż złego w tym, że dzieci i młodzież twierdzą, ze "chcą mieć kły, aby mogły zabijać i gryźć ", albo "chciałyby się napić ludzkiej krwi", skoro i tak spożywają ordynarnie, bo w stanie surowym, co tydzień , „ciało i krew Chrystusa”, bowiem – wg doktryny katolickiej, wino przemienia się w krew, a hostia w ciało. Skoro „dobre” społeczeństwo nie jest dobre, a „zło” nie różni się od norm przyjętych w „dobrym” społeczeństwie, może lekiem na frustracje społeczne jest właśnie zło?
Cóż dziwnego w tym, że opiekunowie co wrażliwszych pociech, zauważają, że ich dziecko od pewnego czasu fascynujące się demonicznymi zabawkami i za żadne skarby nie przekroczy progów sanktuariów maryjnych... Wiele osób dorosłych niechętnie odwiedza miejsca kaźni czy te, które kojarzą się im z torturami. I chyba nie powinno sę, tylko z tego powodu, uwazać je za „nawiedzone”.
Zło nie tkwi w postaciach ze świata koszmarów i horrorów, jak zombi czy wampiry. Zło tkwi w realnym świecie, który dla wielu ludzi jest o wiele gorszy niż przedstawiany świat „zombie” czy „wampirów”.
Zanim zatem wygłosisz „smiercionośną” dla szatana formułę „per signum crucis de inimicis nostris libera nos, Deus noster. Amenę albo ę Gloria Patri, et Filio, et Spiritui Sancto. Sicut erat in principio, et nunc, et semper, et in saecula saeculorum.
Amenę, względnie zanim zaczniesz nacierać pociechy znajomych czosnkiem, czy polewać je święconą wodą – po prostu powiedz im „kocham Cię”.
Najwyżej uznają Cię za pedofila.

W stronę prawdy 2013-10-23
Żyjemy w kłamstwie i ułudzie. Kiedy zastanawiamy się nad swoim życiem nie jesteśmy w stanie trafnie ocenić co jest prawdą, a co kłamstwem. Co dobre, a co złe. Nasze emocje wynikające z przywiązania i lęku decydują za nas, a ocena jest zwykle podjęta bez udziału świadomości, ponieważ postrzegamy świat przez pryzmat przeszłości, przez nasze doświadczenia, albo wyobrażeń tylko co do przyszłości. Takie życie jest skrzywioną wizją rzeczywistości i wchodzi w nawyk tak silny, ze przeciętnemu człowiekowi wydaje się, ze to on posiada jedyny prawdziwy obraz świata. I że nie możliwe jest, by ktoś mógł świat inaczej odbierać. Wykaż odwagę i spójrz jednak prawdzie w oczy: świat, który masz przed oczyma i który kochasz, wcale nie jest prawdziwy. To fikcja, którą ty sam stworzyłeś: twój umysł i twoje wyobrażenia, które krępują cię i okłamują, co do rzeczywistego stanu rzeczy. Jest jednak ratunek i można osiągnąć prawdę. Trzeba tylko wyciszyć swoje przekonania i lęki oraz odrzucić przywiązania, które są źródłem lęków. Wtedy jednostka jest w stanie wyzwolić się z niewrażliwości, która uczyniła ją tak bardzo głuchą. A świat dla jednostki uczyniła niepoznawalnym.
Pomóc w tym może Przewodnik Duchowy, spotkany w odpowiednim momencie życia. Nie jest to takie trudne, ponieważ dookoła nas jest wielu takich przewodników, czekających tylko na dobry moment. Szczwany Henio miał takie szczęście i spotkał przewodnika duchowego w dobrym momencie. Akurat wtedy, kiedy wyszedł ze szpitala psychiatrycznego, w którym leczył się – bez większego powodzenia – z anoreksji. A był tam już trzynasty raz. Właśnie wtedy, jak wyszedł z dwoma garściami leczniczych barbituranów w kieszeniach, dowiedział się, ze odeszła od niego żona i zabrała dzieci. Właściwie to mogła je zabrać, bo, jak się dowiedział, to nie były jego dzieci. Zresztą i tak nie mogła przebywać w mieszkaniu Szczwanego Henia, bo zajął je komornik, za fikcyjne długi Henia, które powstały w wyniku umów zawartych podczas leczenia psychiatrycznego. Zwykle w takich momentach pomagali Heniowie rodzice, ale akurat zmarło im się, pozostawiając zamiast spadku – długi spadkowe.
Henio siedział sobie tak pijany na przystanku, już czwarty dzień, wciąż zadając sobie to pytanie: „– Dlaczego wszyscy tutaj są tak szczęśliwi, a ja nie?” Przewodnik duchowy, którego spotkał przypadkiem czwartego dnia, wyjaśnił mu natychmiast: jak go spotkał: ”– Dlatego, że inni nauczyli się widzieć dobro i piękno wszędzie. Dlatego, że ty nie możesz widzieć na zewnątrz siebie tego, czego nie widzisz w sobie.”
Szczwany Henio nie lubił tracić czasu, więc wejrzał w głąb siebie niezwłocznie, by poznać swoje wnętrze. Osobowość współczesnego obywatela. Zobaczył źródło zła i moralnej zgnilizny. Smoleńsk demokracji. Bagienną otchłań pełną gnijących szczątków niespełnionych obietnic. Marzenia pogrzebane żywcem. Rozpad wartości w imię krótkotrwałych korzyści w pracy. Sex bez zabezpieczenia z przechodzona trzynastolatką. Własny miesiąc miodowy, który trwał tydzień. Wszystkie niezjedzone kanapki w szkole. Czas, który nie spędził z rodziną, lecz w pracy.
Już po pierwszym rekonesansie w ogrodzie prawdy Szczwany Henio wiedział, co należy zrobić. Na właściwy kierunek wskazywała też mina Przewodnika Duchowego, który wpatrywał się w Henia z oczekiwaniem. Było jasne, że dalsze, jałowe życie w dotychczasowej formie było pozbawione sensu. Należało udać się w stronę prawdy, tak szybko, jak to możliwe.
Henio bez zwłoki wziął pierwszą garść barbituranów i popił wódka.
Popatrzył jeszcze pożegnalnie na Przewodnika Duchowego, jakby utwierdzając się w słuszności drogi.
Wziął drugą garść i pożuł czując odchodzące smaki życia.
Jakie to wszystko było teraz proste.

Stać się Bogiem 2013-10-21
W pogoni za życiowym sukcesem wielu z nas zapomina o Innych. O osobach, które są wokół. O tym, co myślą, czują, jak postrzegają świat. Co więcej ten grzech lekceważenia popełniają w życiowym pędzie nie tylko szare, zwyczajne jednostki (od których można spodziewać się tego), ale tez jednostki wybitne, ponadprzeciętne.
A przecież ludzie wokół nas nie oczekują niczego nadzwyczajnego. Oni chcą być po prostu dostrzeżeni, żeby ktoś zauważył ich wyjątkowość i niepowtarzalność zamiast tego, co zwykle otrzymuje się w życiu. Stwierdzenie, że jesteś nic nie wart, twoja praca do niczego nie nadaje się, nie wyrabiasz się na czas, trzeba po tobie poprawiać, nie nadajesz się na ojca, robisz bałagan, jesteś nielojalny, zdradzasz – zwłaszcza kiedy wynikają z niego niepozytywne emocje - zwykle nie wpływają pozytywnie na emocje. Prawda jest taka, ze pracujesz niewydajnie z dwóch przyczyn: albo beznadziejne ci płacą, albo masz beznadziejnego szefa. Jesteś złym mężem, bo nie masz idealnej żony. Albo, oczywiście, źle ci płacą. Każdy z nas chyba wie, że godziwe wynagrodzenie motywuje do gorliwego wykonania nawet najbardziej paskudnej pracy. Co za tym idzie, nawet najbardziej parszywe obowiązki, w tym małżeńskie, stają się jakby przyjemniejsze, kiedy za wykonanie ich możesz liczyć na gratyfikację.
Ale przecież nie trzeba wszystkiego sprowadzać do kwestii materialnych i pieniędzy w szczególności. Można inaczej. Można po prostu bezinteresownie zadbać o samopoczucie innych.
I po prostu powiedzieć: „Sądzę, że jesteś bardzo czarującą osobą”.
Ty poczujesz się świetnie i ta osoba też poczuje się świetnie, co najważniejsze. I każdy z was pomyśli: „ja jestem ok i ty jesteś ok.” Staniesz się lubiany, wiele ludzi będzie lgnęło do kontaktu z tobą. Bo ty jesteś ok. i te osoby są ok. Staniesz się popularny. Bardzo popularny.
A jak będziesz chcia zwiększyć popularność – napiszesz książkę.
Nadasz jej tytuł: "Ja jestem neirozgarnięty i ty jesteś nierozgarniety".
Staniesz się Bogiem
Pigułka szczęścia 2013-10-21
Alchemik Józio dostąpił w życiu oświecenia. Jak, swojego czasu, Budda. To było na jednej z imprez wieńczących zakończenie roku szkolnego. Albo akademickiego – tego Alchemik Józio nie był pewien, ponieważ był w stanie oświecenia już kilka lat, o co dbał, i zatarł mu się w pamięci nieistotny dla całej egzystencji szczegół – od kiedy żyje świadomie. Nie zapomniał jednak tego, co doprowadziło go do oświecenia: Alchemik Józio pragnął z całego serca, żeby wszystkim ludziom było dobrze.
Pragnienie to wcielał w życie, jak potrafił najlepiej na różnych etapach życia. Problem miał jedynie z tym, że różni ludzie chcieli „dobrze” na różne sposoby. Jak przekonał się Alchemik Józio na własnej skórze, co innego miał na myśli ksiądz proboszcz (kiedy mówił, ze należy postępować dobrze), co innego – nauczyciel, co innego - rodzice, a co innego sąsiedzi.
Kiedy, na przykład, poszedł z kolegami na wódkę, a potem powybijał, razem z nimi, szyby w szkole i zarzygał stół doświadczalny w pracowni chemicznej, koledzy wydawali się być zadowoleni, a dyrektor szkoły – wręcz odwrotnie. Chcąc poprawić nastrój dyrektorowi opowiedział mu dokładnie, jak to było z tymi szybami i kto rzygał i po czym, co wyraźnie ucieszyło dyrektora. Niestety, jak Józio przekonał się, zmartwiło to jego kolegów i ich rodziców, czego wyraz dali na szybach mieszkania Józia. W konsekwencji i rodzice Józia, pomimo obywatelskiej postawy syna, nie wydawali się być szczęśliwi.
Podobnie było z Małgosią, koleżanką. Kiedy na jej urodzinach szepnęła mu do ucha „zrób mi dobrze”, co Józio bez zwłoki uczynił, wydawała się być szczęśliwa i domagała się powtarzania satysfakcjonującej ją praktyki, zawsze podczas nieobecności rodziców. Mniej radośni byli jednak jej rodzice, kiedy któregoś dnia wcześniej wrócili do domu z uwagi na odwołany spektakl teatralny.
Błąkał się Alchemik Józio tak po meandrach „dobrych uczynków” i „złych” ich następstw przez wiele lat. Do czasu, kiedy odwiedził pracownię kolegi chemika, który, jak sam mówił, produkował „szczęście dla ludzi”. Potem już nic nie było takie samo. Dotarło do Józia, że życie jest bankietem. Nieustającą imprezą. A jedyną tragedią świata (tej imprezy) jest to, że większość ludzi umiera z głodu tylko dlatego, że nie wie, że impreza jest w toku i można bez obaw częstować się do woli. Józio zrozumiał, że nie ma ludzi, którzy są nieszczęśliwi, bo nie mają wyboru, prawa do szczęścia: nieszczęśliwi po prostu to ci, którzy koncentrują się na tym, czego nie mają. I przez to stwarzają źródło nieszczęścia. Potem nie chcą się zmienić, nie chcą być szczęśliwi, bo większą uwagę zwraca się na nieszczęśliwych. Natomiast szczęście drażni, co najwyżej otoczenie: przecież wszyscy są nieszczęśliwi.
I kiedy tak Józio szedł dalej przez życie z uśmiechniętą nieustannie buzią, na pytanie czemu jest taki szczęśliwy, wszystko zwalał na kolegę chemika. Żeby nie budzić niepotrzebnej agresji otoczenia. Wiedział, że ludziom znacznie łatwiej jest zwalić wszystko na narkotyki, niż odnaleźć szczęście w sobie


Stać się Bogiem 2013-10-18
W pogoni za życiowym sukcesem wielu z nas zapomina o Innych. O osobach, które są wokół. O tym, co myślą, czują, jak postrzegają świat. Co więcej ten grzech lekceważenia popełniają w życiowym pędzie nie tylko szare, zwyczajne jednostki (od których można spodziewać się tego), ale tez jednostki wybitne, ponadprzeciętne.
A przecież ludzie wokół nas nie oczekują niczego nadzwyczajnego. Oni chcą być po prostu dostrzeżeni, żeby ktoś zauważył ich wyjątkowość i niepowtarzalność zamiast tego, co zwykle otrzymuje się w życiu. Stwierdzenie, że jesteś nic nie wart, twoja praca do niczego nie nadaje się, nie wyrabiasz się na czas, trzeba po tobie poprawiać, nie nadajesz się na ojca, robisz bałagan, jesteś nielojalny, zdradzasz – zwłaszcza kiedy wynikają z niego niepozytywne emocje - zwykle nie wpływają pozytywnie na emocje. Prawda jest taka, ze pracujesz niewydajnie z dwóch przyczyn: albo beznadziejne ci płacą, albo masz beznadziejnego szefa. Jesteś złym mężem, bo nie masz idealnej żony. Albo, oczywiście, źle ci płacą. Każdy z nas chyba wie, że godziwe wynagrodzenie motywuje do gorliwego wykonania nawet najbardziej paskudnej pracy. Co za tym idzie, nawet najbardziej parszywe obowiązki, w tym małżeńskie, stają się jakby przyjemniejsze, kiedy za wykonanie ich możesz liczyć na gratyfikację.
Ale przecież nie trzeba wszystkiego sprowadzać do kwestii materialnych i pieniędzy w szczególności. Można inaczej. Można po prostu bezinteresownie zadbać o samopoczucie innych.
I po prostu powiedzieć: „Sądzę, że jesteś bardzo czarującą osobą”.
Ty poczujesz się świetnie i ta osoba też poczuje się świetnie, co najważniejsze. I każdy z was pomyśli: „ja jestem ok i ty jesteś ok.” Staniesz się lubiany, wiele ludzi będzie lgnęło do kontaktu z tobą. Bo ty jesteś ok. i te osoby są ok. Staniesz się popularny. Bardzo popularny.
A jak będziesz chciał zwiększyć popularność – napiszesz książkę.
Dla wszystkich ludzi.
Nadasz jej tytuł: "Ja jestem neirozgarnięty i ty jesteś nierozgarniety".
Stworzysz Współnotę i staniesz się Bogiem
Podróże kształcą 2013-10-17

Zwiedzać świat można na wiele sposobów. Można odwiedzać znane turystyczne miejsca, poznawać atrakcje opiewane w przewodnikach albo brać udział w zorganizowanych wycieczkach.
Ale można też inaczej. Czy warto być tylko gościem wysłanym po z góry ustalonej trasie przez biuro turystyczne. Czy nie lepiej być prawdziwym i rzeczywistym obywatelem świata? Poznawać świat wszystkimi zmysłami, bezpośrednio i osobiście. Samodzielnie odkrywać nowe doznania, żyć tak jak żyją normalni mieszkańcy danego miejsca. Uczyć się bezpośrednio od mieszkańców i przez bezpośredni kontakt z ludźmi. Studenci korzystają wprawdzie z programu Sokrates, ale i normalny, niestudiujący człowiek też nie jest bez szans. W szczególności może pomóc w realizacji tego celu kontakt z wciąż nowymi partnerami, bo dzięki miłości można najlepiej poznać świat, sposób życia innych ludzi i ludzi w ogóle. Nieumiarkowany głód życia, ciekawość świata i – w konsekwencji - nieskrępowana zmienność partnerów to jest to, co wzbogaci każdego człowieka, a następnie – całe społeczeństwa, z których wywodzi się jednostka. To dzięki nowym wciąż związkom i bezpośrednio uzyskiwanej w nich wiedzy możemy obalać stereotypy pokutujące wśród społeczeństw na temat ras i kultur.
Po konsumpcji bliskiej relacji, np., z Hindusem każda z wybranek może zadać kłam twierdzeniu, ze mieszkaniec Indii żyje średnio 30 lat, w tym czasie ma już na koncie 10 małżeństw, 8 rozwodów, 1 owdowienie i koło setki dzieci. A do tego ma małego członka i sam sobie dogadza w łazience. Podobnie Turcy to niezupełnie „brudne białasy”, lub nie do końca wyprani murzyni. Może okazać się, że, wbrew przyjętym poglądom, wcale nie kontrolują swoich partnerek/partnerów i w konkursach piękności przez nich organizowanych nie wygrywają…..kozy. Tak samo, Murzyni wcale nie wciskają kobietom ciemnoty i, kiedy głośno puszczają bąka, to, wbrew pozorom, nie szpanują.
Bezpośredni kontakt z nowymi „niszowymi” partnerami może przynieść korzyści także w normalnym, codziennym życiu. Przykładowo, jeżeli chodzi o dostęp do aborcji w USA, to 78% klinik aborcyjnych działa w dzielnicach afroamerykańskich, na których mieszkańcach wykonywanych jest łącznie 35% zabiegów, podczas gdy społeczność ta stanowi jedynie 12% całej populacji Stanów Zjednoczonych. Skupiska mniejszości etnicznych w krajach rozwiniętych cechuje też dobrze zorganizowana i skuteczna sieć pomocy społecznej, stąd odpadają obawy związane z zachowaniem stopy życiowej przez ich „towarzyszy życia”. Nawet konieczność korzystania z opieki zdrowotnej za granicą, nieunikniona przy intensywnym życiu, może wzbogacać nasze słownictwo i znajomość świata. Tylko ten, kto nieoczekiwanie po udanej randce zaobserwował u siebie owrzodzenia oraz zgrubienia węzłów chłonnych, potem plamy i kilaki (małe guzki, puchate zwierzaczki-pysiaczki) albo wyciek z cewki moczowej przypominający konsystencją fondue, choć o „nieszwajcarskim” zapachu, wie ile wysiłku (ale tż ile daje możliwości nauki!) kosztuje wytłumaczenie w obcym języku, obcemu lekarzowi, że ….
„…Nie wiem skąd to się wzięło… Może to ta toaleta publiczna? Albo restauracja? Naprawdę nie wiem.. byłem w kościele tylko.. Może to …. Jezus?”
Tylko częste pieczenie, ból i konieczność leżenia, jak też to, że zawsze intensywnie czuć, że chce się siusiu - bo tego uczucia nie uda się pomylić z czymkolwiek innym – powoduje, że ponosi się jednak ten wysiłek językowy i przyswaja odpowiednie słownictwo w języku obcym. Nawet więcej. Takie terminy jak kiła, rzeżączka, chlamydiozy, wrzód weneryczny, czerwonka bakteryjna, ziarniniak pachwinowy, opryszczka genitaliów, opryszczka wargowa, WZW (HBV, HCV), kłykciny Kończyste, HTLV 1 i 2, HPV, choroba grzybicza, kandydoza, rzęsistkowica, świerzb, wszawica łonowa, ameboza mogą stać się w obcym języku bardziej familiarne niż w naszej „ojczyźnie-polszczyźnie”.
Należy przy tym pamiętać, ze „odpowiednia” choroba weneryczna to największy przyjaciel każdego poety oraz intelektualisty, a przy tym bardzo skuteczny afrodyzjak i narzedzie podrywu „dam” – już po powrocie do kraju. Zatem warto skorzystać nie tylko z możliwości nauki języków obcych, ale też z możliwości wpisania do swojego CV odpowiedniego, wenerycznego, zdarzenia. Dzięki wspomnianej przypadłości, wszystko co napisze początkujący poeta nabierze metafizycznego, transcendentalnego wydźwięku, czego przykładem jest choćby Adam Mickiewicz.



Nie ważne 2013-10-11

Nie ważne

Nie ważne jak długo kogoś znasz. Bo długo to znaczy ile? Minuta, godzina, rok czy pięćdziesiąt lat?
Wierzcie mi, znam osoby, spotykam je codziennie, z którymi spędzenie dwudziestu sekund jest prawdziwym wyzwaniem. Wiecznością. Piekłem i katuszą. Nie chodzi o to, że nie da się tego zrobić: da się. Chodzi tylko o to, jak silny niesmak pozostanie po przelotnym choćby kontakcie.
Bywa tak, że jakaś jednostka jest antypatyczna w odbiorze wszystkich otaczających ją ludzi. Albo w odbiorze niektórych tylko. Bywa tak, ze posiada się pewne cechy charakteru od urodzenia. Taki uciążliwy dar „genetyczny” i socjalny od rodziców. Częściej jednak te cechy charakteru jednostka nabywa w trakcie procesu socjalizacji: pogoni za funkcjami, władzą, wpływami i „znaczeniem”. Parę lat „edukacji społecznej” a towarzystwo normalnych jednostek stanie się nie do zniesienia nawet przez dwadzieścia sekund.
Są też osoby o odmiennych cechach. Takie, z którymi każda sekunda jest cenna. A dwadzieścia czy pięćdziesiąt lat to jedna chwila, zbyt krótka, by była wystarczająca: niezależnie czy spędza się z tą osoba życie, czy tylko spotyka przypadkiem.
Uświadomiłem sobie tą prostą zależność wtedy, kiedy spędziłem pół godziny, które w moim odczuciu trwało dwadzieścia sekund, na rozmowie z …Olą. Niestety zdecydowała się odejść.
I nie pozostaje nic innego niż czekać na kolejne „dwadzieścia sekund” w życiu.
Może jeszcze zdarzy się?

Prawo do miłości 2013-09-25
Decyzje o przyszłości większości z nas są podejmowane w procesie wychowania-socjalizacji, właściwie bez naszego świadomego udziału. Po prostu to nasze otoczenie i najbliżsi, wartości, które im wpojono, decydują o wyborach podejmowanych przez nas. Należy dodać, że te wybory są podejmowane w ramach warunków, które stworzyło jednostce – otoczenie.
W pewnym jednak momencie jednostka ta dojrzewa i zaczyna rozumieć, czego tak naprawdę chce w życiu. Schematy i wartości narzucone jednostce przez otoczenie nie przestają może obowiązywać, ale stają się mniej imperatywne. Zaczynają koegzystować z innymi już wartościami: tymi, które jednostce oferował poznawany przez nią świat.
I tak atrakcyjna i stateczna trzydziestolatka z dwója dzieci (miltf), o ustabilizowanym życiu uczuciowym, orientuje się nagle, ze Zycie rodzinne jest fajne, ale… Nie jest ono koniecznie tym, czego pragnie w życiu. Luźne relacje, brak zobowiązań, zmienność atrakcyjnych partnerów, kluby nocne: to są wartości, które do miltf przemawiają tak samo silnie, albo nawet silniej od narzuconego jej archetypu matki. Do tego dochodzi oburzenie, złość i frustracja, ponieważ zdaje sobie sprawę, że ona sama życia matki polki wcale nie wybierała. Ktoś wybrał za nią i wcielił ja w rolę. A potem, na przykład, wyjechał za granicę zarabiać jakieś pieniądze, zostawiając ją samą z trudnościami dnia codziennego. I pokusami.
Albo ten młody ksiądz proboszcz w niewielkiej wiejskiej a górskiej parafii. Od dziecka bardzo kochał Boga, bo wszyscy w domu i we wsi kochali. I jak ktoś kochał Boga, to patrzyli z aprobatą. A on lubił, jak byli z niego zadowoleni. Chodził więc na religię, pielgrzymki, procesje, służył do mszy. Ledwie skończył szkołę i już był w sutannie. Próbnej. Wszyscy go szanowali, zwłaszcza w dobie bezrobocia, gdzie sutanna dawała gwarancję stałych dochodów. Potem przyjął święcenia i dostał sutannę na stałe. Razem z małą – ale własną – parafią, żeby nikomu nie wchodził w parafię. Dalej kochał Boga bardzo silnie i wymagał tego o parafian. Co najmniej tak silnie kochał Boga jak dzieci i dojrzałe, tj po szesnastym roku życia parafianki. I tak sobie myślał: „Czemu mam wyrzekać się miłości, w imię praw ludzkich. Chrystus nauczał, ze miłość jest święta. On nie przewidział celibatu, to ludzie wymyślili. Ja rozumiem, chłopców-ministrantów, to nie wolno dotykać. To grzech. Oni należą do biskupa. Ale zwykłe, zdrowe dziewczyny. Ze swojej zagrody…. Czemu nie?”
Dlatego trzeba odpowiedzieć sobie na pytanie, czy prawo do wyboru własnego życia, w opisanych wypadkach prawo do miłości, powinno ustępować innym wartościom, niekoniecznie wyznawanym przez jednostki. A jeśli prawo do miłości przysługuje komuś, to czy nie jest tak, że, by w pełni to prawo realizować, należy poznać wszystkie jego odcienie i barwy. Warto rozważyć czy to, ze miltf, zamężna matka dwójki dzieci, powinna ograniczać swoje poznanie tylko po to, by kultywować stare schematy. A czy ksiądz- proboszcz, tylko dlatego, że jest amatorem kwaśnych jabłek, względnie zwykł zajadać wraz z ministrantami czekoladę, nie powinien być proboszczem. Albo księdzem?
Amulet 2013-09-24
Jedną z funkcji języka, jest funkcja semantyczna, a więc możliwość nadawania znaczeń słowom. Język pełni tez funkcję magiczną polegającą na wierze w moc sprawcza słów. W większości społeczeństw przeświadczenia o charakterze języka – mistyczne i racjonalne – współistnieją ze sobą. Kiedy mówimy „zgiń, przepadnj k..wo głupia” nie oznacza to zatem wyłącznie naszej negatywnej oceny danej jednostki, lecz zawiera w sobie element mistyczny: samospełniające się proroctwo i magiczne oczekiwanie. Podobnie z hasłem „HWDP”, z czym wiąże się źródło tak wzmożonego obecnie ruchu równouprawnienia preferencji seksualnych (a właściwie ruch przeciwdziałający dyskryminacji) w służbach mundurowych).
Nie wszyscy zdajemy sobie sprawę, że przeklinając posługujemy się niczym innym, jak „klątwami”, które „są narzędziem słusznej kary boskiej”. Te „klątwy” nawiązują do przeciwników społeczeństwa i Boga, dezorganizujących świat. Wołając do kogoś „ty skur…nu” albo „robiony miękkim ch…. byłeś” wyrażamy nie tylko negatywną ocenę pewnych zachowań, postawy czy cech jednostki, ale i odwołując się do autorytetu społeczeństwa zapowiadamy walkę z negatywnie ocenianym stanem rzeczy.
Wpajany nam przez rodziców zakaz przeklinania wywodzi się z ugruntowanego w mentalności ludowej przekonania, zgodnie z którym słowa wypowiedziane w złej wierze i bezpodstawnie nie mogą wprawdzie zwykle zaszkodzić adresatowi, lecz nie znikają też bez śladu. Krążą zatem po świecie, czyhając na człowieka, które je przywołał, by po śmierci – a niejednokrotnie jeszcze za życia - zaznał skutków „przekleństw”. Kto wie ile razy wypowiedzenie przekleństw w rodzaju kurka wodna" czy "kurczę" "o kurna Olek", czy przekleństw mocniejszych, zabronionych przez kościół katolicki, jak Idź do diabła, niech to czort weźmie, do diabła, obyś zdechł!, oby cię pokręciło, kurde, na rany Boga, Jezus Maria! (choć to zależy od intencji), nie wspominając o wspomnianym „ch..j ci w d…pę” – spełniło się całkiem w odwrotnym kierunku niż życzył sobie tego wypowiadający.
Pamiętajmy o wskazaniach z pism świętych, choćby o zdaniu „A Słowo stało się ciałem i zamieszkało wśród nas...”( J 1, 14 ) i bądźmy ostrożniejsi w doborze codziennych słów i wybierajmy raczej te, które mogą przynieść, w założeniu, raczej szczęście dla wszystkich, niż groźbe – dla kogokolwiek.

I, choć niekiedy sami wypowiadamy przekleństwa, nie traktując ich w sposób magiczny, to pamiętajmy o tym, że ten magiczny charakter może nadać słowom ktoś zupełnie inny.
Dlatego warto na dalszą drogę życia wziąć, zamiast popularnych „p..dol się”, „pier …lona s…ka”, „ch…j niewyżyty”, tak użytecznych w kontaktach z przełożonymi – zwykłe „proszę”, „dziękuję”, „przepraszam”…
Powrót taty 2013-09-20
Co może czekać na mężczyznę ciężko pracującego za granicą po powrocie do Polski? Każdy, wybierając emigrację, czy to zmuszony okolicznościami życiowymi, czy to z własnego wyboru, ma zwykle jakąś wizję swojego losu na emigracji. A przede wszystkim – wizję swojego powrotu, jeśli w kraju zostawił rodzinę.
Emigrację wybierają zwykle jednostki dynamiczne i ambitne. Które nie mogły znaleźć w kraju godziwej pracy, mimo kwalifikacji. Były przekonane, wbrew opinii tej części społeczeństwa, która decydowała o zatrudnieniu – że to o niczym nie świadczy. Zwykle te osoby miały rację: nie były bezwartościowe. I, choć czasem to trwało długo, na ich wartości poznano się w wielu miejscach, nawet za granicą. Chociaż niejednokrotnie świadczyły pracę poniżej kwalifikacji i poniżej godności, w zawodach, w których w kraju nie szukałyby nawet szansy. Prawdą jest bowiem, że żadna praca nie hańbi, a w każdej można nauczyć się wiele. Dlatego życie tam było proste. Wszyscy wyznawali wspólne wartości i przychodziło to bardzo naturalnie.
Czy po powrocie też tak będzie, prosto i naturalnie?
Czy zarobione pieniądze pozwolą powracającemu egzystować na łonie ukochanej rodziny pozostawionej w kraju? Czy będzie mógł cieszyć się obecnością bliskich, wspierać ich i po prostu – być z nimi znowu?
Wiele osób boi się powrotu i decyduje się zostać za granicą. Zwłaszcza, kiedy przeczytały list w rodzaju:
„Właśnie dzisiaj mija Tato dziesięć lat, jak
wyleciałeś do USA i dzisiaj kończę poszukiwanie Cię, bo pięć lat to długo
jak nie piszesz. Chciałabym Ci napisać że bardzo Cię kocham, bo co by nie
było to jesteś naszym tatą, choć nie wiem jak wyglądasz”.
Albo kopertę zatytułowaną „Wyrok rozwodowy zaoczny”.
Ale przecież nie zawsze ludzie po powrocie (lub przed powrotem) załamują się psychicznie. I nie zawsze zaczyna się dramat rodzinny z powodu stresu codziennego , czy alkoholizm w postaci "ucieczki" od problemów. Przecież można inaczej.
Często bywa tak – i jest to postawa godna pochwały – że powracający na łono rodziny mężczyzna akceptuje nowy kształt i liczbę rodziny, która powiększyła się podczas jego nieobecności. Bo skoro już raz wszyscy uważali go za nieudacznika, a on potrafił udowodnić, że jest inaczej, to dlaczego nie podjąć tego wyzwania i pokazać raz jeszcze, ze jest jednostką więcej wartą niż otoczenie.
Jednostką, która akceptuje zło i zdradę nawet ze strony najbliższych.
Jak Chrystus.
Metamorfoza 2013-09-17
Każdy z nas ma tą zdolność. Jest to zdolność niemal niedostrzegalna. Żeby ją wydobyć w najpełniejsze postaci trzeba uwierzyć w siebie, w swoją wartość. I nie ingerować w przemianę. Nie poddawać się zwątpieniu. Wtedy powstaniemy w nowej postaci na nowo: jak motyl z poczwarki. Albo jak Feniks z popiołów. Dzięki tej zdolności możemy tak łatwo zmienić swoje życie. Tak jak Franciszek.
Franciszek był hipisującym luzakiem. Miał długie pióra i twarz rozwiązłego Jezusa. Był szczupły i wysportowany – oczywiście na ile pozwalał mu na to używkowy styl życia. Styl życia artysty, bo Franciszek miał artystyczną duszę. Na wszystko miał wyje...ne. Na rodziców, znajomych, szkołę. Mówił, że jego koledzy uczą się lepiej od niego, bo nie mają czego kłaść na naukę. Czym zresztą miał przejmować się w życiu? Wszelkie możliwe i hipotetyczne problemy były przecież śmieszne wobec klęski głodu, wykorzystywania pracy dzieci, czy skutków społecznych seksturystyki w Tajlandii. Zatem Franciszek niczym nie przejmował się. Nic nie robił, żeby nie stwarzać sobie problemów. I w nic nie angażował, bo po co?
Za to wszystkie dziewczyny angażowały się w związek z nim. Bo taki niezależny, wyrozumiały, z dystansem do świata. Ponad niskimi uczuciami i ponad rywalizację. Wszystko rozumiał, co mu mówiło się. Albo tak patrzył tymi brązowymi, sarnimi oczami, jakby rozumiał. Był mentalnie niedostępny i czuły zarazem. I tak diabelnie pociągający.
Z tą, dla której był najbardziej pociągający stworzył szczęśliwe stadło. On wyniosły i niezależny – ona zakochana i zabiegająca o szczęście stadła. Byli biedni, bo jej zarobki nie starczały na utrzymanie obojga, ale szczęśliwi, bo pieniądze nie są w życiu najważniejsze. Czasem tylko, gdy ona nie zabiegała o szczęście stadła, albo otoczenie nie poznawało się na pierwiastku twórczym (artystycznym) Franciszka, to pierścionek nastroju Franciszka szybko robił się czerwony. W szczególności, gdy jego dziewczyna zaczynała narzekać. Ale odrobina wody z mydłem i krew łatwo zmywała się, pozostawiając Franciszka znów w stanie, w jakim poznała go jego dziewczyna: niezależnego, niezaangażowanego. Hipisującego luzaka.
Szczęście trwałoby do dziś, gdyby nie metamorfoza. Może to rzez tą trzecią skrobankę, której dziewczyna poddała się, gdyż nie stać jej było na wychowywanie dziecka Franciszka i zarazem zapewnienie Franciszkowi godziwego życia? A może przez jego żarty, gdy opowiadał znajomym, że pozbawił dziewictwa pewną znaną na całym świecie dziewczynę. Madeleine McCann? Albo przez te stroboskopy w sypialni, dzięki którym, jak utrzymywał Franciszek, jego dziewczyna wygląda w trakcie seksu jakby się ruszała?
W każdym razie dziewczyna dostrzegła, że Franciszek wcale nie jest szczupły, tylko wychudzony. Swoją posturę zawdzięcza nie tyle ćwiczeniom fizycznym, ile licznym używkom, których spożywaniu oddaje się w wolnych chwilach, z których, z uwagi na tryb funkcjonowania w społeczeństwie, składa się jego życie. Spojrzenie sarny i tą pociągająca „nieobecność duchem” nie zawdzięcza rozwojowi osobowości, lecz substancjom psychoaktywnym, których jest smakoszem. Co więcej, Franciszek przybierał tylko maskę „artysty” vel „hipisa’, ponieważ w istocie był tylko nieudacznikiem życiowym i gdzieś musiał znaleźć sobie miejsce w życiu i rolę społeczną.
Te wszystkie okoliczności doprowadziły do rozpadu udanej znajomości, która mogła być obiecującym początkiem pięknej miłości.
Franciszek musiał znaleźć sobie nową dziewczynę, lepiej sytuowaną. Tym razem z dzieckiem, więc niebezpieczeństwo konfliktów związanych z ewentualną skrobanką zostało zażegnane.


Dlatego, jeśli straciłeś pracę, nic ci nie udaje się w życiu – nie martw się. Nie ma sytuacji beznadziejnych. Twoje nieszczęście może być źródłem nowego życia. Ty, podobnie jak Franciszek, także posiadasz zdolność do przemiany..

I Ty możesz być &#8222;Janosikiem&#8221; 2013-09-13
Czy jest chociaż jedna osoba, która nigdy nie chciała stać się kimś na miarę bohatera ludowego Kimś takim, kto walczy o dobro innych. Na przykład złym zabiera a dobrym daje. Warto sobie uzmysłowić, że jest to możliwe, ponieważ współczesny Janosik może wciąż działać aktywnie.
Janosik, zanim zaczęto o nim pisać jako o rozbójniku, był miłym, sprawnym młodzieńcem, o wybujałym temperamencie, który nie bał się żadnej pracy i żadnego wyzwania. Także seksualnego. Właściwie do dziś nie wiem, dlaczego postrzegano go jako rozbójnika, bo Janosik materialistą nie był i dobra doczesne miał w głębokiej pogardzie.
Na wyzwania seksualne nie narzekał, ale z pracą kiedyś było tak samo źle, albo jeszcze może nawet gorzej, niż obecnie. Właściwie jedyną pracą, jaką mógł zdobyć była, mimo posiadanych przez Janosika kwalifikacji i wybujałego temperamentu, praca pastucha. I to wykonywana „na delegacji”, czyli na łąkach i pastwiskach daleko poza siedzibami ludzkimi, gdzie za jedyne towarzystwo musiała wystarczać Janosikowi obecność owieczek o lędźwiach skrywanych pod aksamitna wełną. Chciałoby się, w ślad za Janosikiem, zakrzyknąć – „Ale jakich owieczek!”, ale w tym momencie nie wypada pozwalać sobie na tego rodzaju frywolna i owczą dygresję.
Janosik, choć żył w dawnych czasach i nurt ten oficjalnie nie istniał, był zwolennikiem ekonomii marksistowskiej. Uważał, ze każdemu należy się według potrzeb i że złym należy zabierać a dobrym dawać. Był też, mając na uwadze swoją smutna kondycję społeczną, zwolennikiem polityki „zrównywania szans” i wyrównywania różnic społecznych. A że najbardziej, z uwagi na jego wybujały temperament, doskwierało Janosikowi świadczenie pracy na odludnych halach – z uwagi na ograniczone możliwości zaspokajania popędu w sposób pozytywnie oceniany przez hierarchię kościelną – postanowił zbuntować się przeciwko tak sprawowanej władzy.
Zabierać bogatym i dawać biednym – taka była idea, która przyświecała Janosikowi. Żeby tym, co mają za dużo zabrać, a tym, co maja za mało – dać. I realizował Janosik tą ideę najlepiej, jak potrafił w życiu. A że zainteresowania Janosika ograniczały się do sfery seksu i chędożenia, to ideę „sprawiedliwości społecznej” i „zrównania szans” realizował właśnie w tych sferach, na których najlepiej znał się. Wiedziony wrodzona intuicją bezbłędnie oceniał zarówno potrzeby niewiast i co bardziej gładkich młodzieńców, jak też stopień zaspokojenia tych potrzeb.
I działał po prostu.
Bogate damy gwałcił, a ubogie białogłowy przymuszał do czynności seksualnych, trafnie odgadując, że potrzeby w tej materii są uniezależnione od kondycji majątkowej. A jak wiadomo z literatury popularnonaukowej – każdy potrzeby w tej materii posiada, nawet, kiedy pozornie temu „oczywistemu faktowi” zaprzecza.
Dlatego - jeśli nie masz pracy. Jeśli pracujesz na niskoopłacanym stanowisku. Jeśli nikt Cię nie szanuje i nie ceni. Jeśli wszyscy tobą gardzą. Jeśli nie jesteś kochany. Albo nawet jesteś wprost – niekochany. Nieudacznikiem, miernotą, onanistą. Do tego z rudymi włosami – Nie martw się!
Nawet ty możesz być Thomasem Andersonem vel Janosikiem w Matrixie, w którym żyjesz.


Romeo i Julia: miejsce w życiu 2013-09-13
Nie skłamię, ze w każdym z nas jest trochę Romea (mężczyźni) i trochę Julii. I nikt pewnie nie zaprotestuje przeciwko temu stwierdzeniu, każdy czuje te pierwiastki romantycznych kochanków w swojej duszy. Przecież właśnie w nas tkwi ta nieokrzesana tęsknota za romantycznym życiem, wyrzeczeniami i uniesieniami w imię Miłości i dla Miłości. No i w imię wyznań na pięknym balkonie otoczonym pnączami bluszczu.
„Do jakich uniesień byłabym zdolna, gdybym spotkała swojego Romea” – myśli niejedna dziewczyna jakby na przekór swoim zmieniającym się co dekada partnerom, którzy zarzucają jej oziębłość emocjonalną.
„Ach, kiedy spotkam moja Julię już nigdy nie spojrzę nawet na inną dziewczynę” – deklarują najbardziej nawet zaawansowane w sztuce „heartbreaking” osobniki płci męskiej.
Czasem marzenia o pięknym i prawdziwym związku dwojga ludzi spełniają się i spotkanie – pozornie niewinne – może być początkiem pięknej miłości współczesnych Romea i Julii.
Na balkonie z czasem, tym otoczonym pięknym, zielonym bluszczem, podczas któregoś z rzędu romantycznego spotkania, uczucie Romea i Julii dojrzewa. Dojrzewają razem z uczuciem i kochankami ich poglądy, system wartości, plany na przyszłość, marzenia, cele życiowe.
Teraz, podczas spotkania, Romeo myśli doroślej i dojrzalej: „rany, co za rutyna. Znów to obłapianie, patrzenie w oczy i lizanie. Czemu ona tak ślini się przy całowaniu? Czemu tak się na mnie gapi? I tak dwadzieścia minut, zanim będę mógł dalej działać. Muszę w końcu olać tą laskę, ile można to znosić. Ale, z drugiej strony, z druga umawiać się tyle czasu, zanim mi da. Ile to kasy trzeba będzie wydać na kawę i kino. I ile czasu zmarnować… Może lepiej przemęczyć się te dwadzieścia minut?
Julia także wydoroślała i odnalazła swoje miejsce w życiu. Wiedziała, że powinna go jeszcze potrzymać za rączkę. Po pierwsze dlatego, żeby ładnie wyglądało. A po drugie - bo to ładnie wygląda. Julia bardzo dobrze wie, że gdyby tak nagle i niespodziewanie olała Romea, to Ten, z którym Też spotyka się, uzna, że jest dziewczyna bez wartości. I tak będzie ją traktował. A tak – niech rywalizuje. Co dwóch Romeów, to nie jeden.
I tak to Romeo i Julia po raz kolejny – i na pewno nie ostatni – raz w historii, stworzą piękny, trwały, udany i dojrzały związek dwojga ludzi, którzy wiedzą czego chcą i znają swoje miejsce w życiu. Miejsce dojrzałej społecznie i emocjonalnie jednostki.
Nieszczęścia 2013-09-06
Myślisz, ze jesteś pechowcem? Nieszczęśliwym. Tylko dlatego, że Twoja dziewczyna, z która byłeś przez cztery lata i planowałeś ślub, zdradzała cię z bliższymi i dalszymi nieznajomymi i znajomymi? Albo dlatego, że nie zdałeś egzaminu lub spóźniłeś się na pociąg? Ze rozbiłeś swój stary samochód i suma uzyskana z autocasco nie wystarcza na naprawę? Wywalili Cię z wymarzonego korpo i nie masz z czego spłacić długów i nachodzi cię komornik?
Są osoby, których pech jest tak wielki, że woje „nieszczęścia” wydają się być, co najwyżej „dobry początkiem smutnej opowieści”.
Twój przyjaciel, z którym „narzeczona” zdradzała cię najczęściej. Wiesz ten, o którym opowiedziała ci, ze przeżywała z nim taki orgazm, że aż drgały jej koniuszki palców i nie mogła powstrzymać się od „golden rain”, spędzi z nią dwadzieścia najbliższych lat, po tym jak urodzi mu dziecko. I przez te dwadzieścia lat będzie, z całą świadomością tego gestu i bezradności sytuacji, trącał obfitym porożem o framugę swojego „gniazdka małżeńskiego” zastanawiając się przy tym, jakim tym razem wenerycznym syfem uraczy go współmałżonka. I czemu na jego widok uśmiecha się tak życzliwie męska część „przyjaciół rodziny”.
Ten ukochany samochód, Subaru Impreza STI, kupił daleki znajomy. Miał nawet środki na naprawę uszkodzonych części w Autoryzowanej Stacji Obsługi. Szkoda, ze nie wymienił przy okazji tych nieuszkodzonych części. Na przykład przewodów hamulcowych, które miały wadę. Jeszcze fabryczną. Może wtedy wciąż jeździłby tym Subaru, a nie, jak teraz, wózkiem inwalidzkim. Może nie przychodziłby co niedziela na grób swojej żony i synka, którzy z nim jechali? Może jego drugie dziecko nie dokonywałoby samookaleczeń po stracie matki. I nie leczyło się psychiatrycznie.
Utrata pracy z wysokim uposażeniem w korpo to naprawdę wielka strata. Zwłaszcza dla takiej jednostki jak ty, która lubiła żyć szybko i mocno. Nawet za cenę zdrowia. A w twoim wymarzonym korpo rotacja była duża: najtwardsi - ci co porzucili rodziny, dzieci i wakacje -wytrzymywali sześć lat. Za wyjątkiem szefa. On już jest siedem lat. Ostatnie dwa lata na zwolnieniu od psychiatry z powodu manii prześladowczej. Był przekonany, ze „chcą go wygryźć”. I że czyhają na jego majątek.
Do tego nachodzi Cię, w twoim wynajmowanym pokoju, komornik, który dochodzi zaległości dla ZUS i US. Ale spójrz prawdzie w oczy: właściwie problem komornika, że bezskutecznie cię nachodzi w różnych miejscach. Ty pojawiasz się i znikasz, w poważaniu masz komornika.
Przede wszystkim - prawo o życia 2013-09-04
Są takie cechy przedmiotów (ale też tworów ożywionych) – które są oceniane niezmiennie pozytywnie. Przykładem takich cech jest stabilność, niezawodność, solidność. Praca (działanie) do granic możliwości konstrukcyjnych lub fizycznych, bez względu na okoliczności. Właśnie w imię zadania, do którego wykonania ktoś lub coś zostało powołane.
Szczególnie wysoko ceniona z uwagi na posiadanie tych cech jest broń, bo przecież od możliwości jej natychmiastowego i skutecznego użycia zależy niejednokrotnie czyjeś życie. A nawet losy państw i narodów, na co wskazują następstwa niektórych słynnych zamachów XX wieku, choćby tego w Sarajewie. Stąd (zasłużona) sława AK-47, karabinów Johnson Model 500 albo Lee-Enfieldów, których można używać w każdych warunkach z łatwym do przewidzenia skutkiem – zwykle negatywnym dla przeciwnika. Z tego też powodu niesłabnącym uznaniem wśród sił porządkowych cieszą się proste elektroszokery, miotacze gazu czy niezastąpione prymitywne pałki policyjne albo kubotany.
Równie wysoko ceni się w niezawodność aparatury medycznej ratującej i podtrzymującej życie. Także dostępność towarów jest dość duża. Służby medyczne mogą wybierać pomiędzy defibrylatorem HeartStart MRx z monitorem, defibrylatorem AED HeartStart HS1, defibrylatorem AED HeartStart FRx, defibrylatorem HeartStart XL+ z monitorem czy defibrylatorem HeartStart XL; lub wieloma, wieloma innymi rodzajami.
Natomiast wśród respiratorów potencjalny klient może wybierać pomiędzy respiratorem transportowym, respiratorem domowym, respiratorem dla dzieci i dorosłych albo respiratorem z regulacją tlenu 21-100. Zwłaszcza ostatni, ten z regulacją tlenu 21-100, zyskał szczególną przychylność u lekarzy, którzy z pełnym przekonaniem zalecają jego użycie. Zwracają oni szczególną uwagę na energooszczędność, niewielkie koszty w eksploatacji, stosunkowo niewysoką cenę oraz całkowita bezawaryjność i – nawet – bezusterkowość. Respirator ten posiada najlepsze z wiodących rozwiązań technologicznych koncentrujących się na trosce o pacjenta, jak też certyfikaty zgodności i wpisy do rejestru wyrobów medycznych. Jest on przeznaczony do wentylacji pacjentów z niewydolnością oddechową, począwszy od wieku dziecięcego aż po dorosłość. Może mieć zastosowanie na oddziałach intensywnej terapii jak i przy transporcie z bateriami podtrzymującymi zasilanie elektryczne i butlami gazowymi. Posiada monitor obrazowy kolorowy (12 calowy), który służy do obsługi funkcji oddechowych oraz prezentacji krzywych bądź pętli objętości, ciśnienia, przepływu i parametrów wentylacji wraz z trendami.
To właśnie w ten monitor od dwudziestu już lat wpatruje się Marysia, która po zwykłej grypie doznała zapalenia nerwów. W pełni świadoma, a równocześnie uwieziona we własnym, bezwładnym ciele. I choć mięśnie i sparaliżowane nerwy nie działają, bo ręce, nogi, głowa, tułów pozostają bezwładne, to znakomicie działa mózg i ośrodki wzroku. Mózg działa nawet jakby lepiej i szybciej, bo odpadło obciążenie związane z obsługą sparaliżowanych dziś już części ciała.
Marysia analizuje wszystko, co widzi na monitorze przez długi już czas i pod różnymi kątami. Wpierw analizowała jako dziewczynka, potem jako podlotek, a teraz jako dojrzała już kobieta „na wydaniu”. Przede wszystkim patrzy na te krzywe bądź pętle objętości, ciśnienia, przepływu i parametry wentylacji wraz z trendy. I nie może zrozumieć, pełna nienawistnego zdumienia, jak, w tyle dekad po średniowieczu, można było skonstruować tak niezawodną maszynę i – zarazem - chlubić się przestrzeganiem praw fundamentalnych człowieka.
Przede wszystkim - prawa do życia.


Osłabienie aktywności 2013-08-28


Kiedy słyszę jak spokojnie oddycha nie mogę uwierzyć, że kiedyś miała kłopoty ze snem.
Ma taką spokojna twarz. Wypełnioną wewnętrzną radością i szczęściem. Jak nigdy dotąd.
Twarz śpiącego Anioła.
Tak lubi teraz spać. Prawie cały czas śpi. Czasem otwiera oczy, ale te oczy nie reagują na światło wiata.
Już nie reagują.
Jakby spała.
Podobno we śnie może przeżywać wszystko to, co na jawie, tylko mocniej i więcej. Więc pewnie prowadzi swoje intensywnie życie, niepoznawalne dla otoczenia. Pewnie co najmniej tak intensywne życie, jak jeszcze niedawno – na jawie.
Może gdyby tak nie kochała, wszystko byłoby inaczej.
Może gdyby go nie spotkała, nie pragnęłaby tak jego miłości.
Może nie mieszałaby w tych proporcjach barbituranów z alkoholem.
I nie spałaby teraz – przez cały czas.
Albo przynajmniej nie oddychałaby tak spokojnie i miarowo.
W rytm pracy respiratora.
Kiedy na nią patrzę wydaje mi się, że zaraz wstanie. Obudzi się, wstanie i pójdzie.
Gdzieś tam, gdzie są wszyscy ludzie, których kiedyś kochała.
Jakby na przekór wykresom magnetoencefalografii, z których wynika słabnąca aktywność mózgu.
Boże podszepty 2013-08-22
Siła sprawcza Boga można dostrzec w niemal każdym aspekcie codziennego życia. To coś namacalnego, z czym mamy do czynienia właściwie cały czas. Siła, która każe nam zrobić tak a nie inaczej, to właśnie wola boża. Doświadczył jej niedawno papież Benedykt XVI, który poinformował wiernych, ze ustępuje z urzędu, bo „tak mu kazał Bóg”. Dodał przy tym, że decyzję podjął ją w wyniku "mistycznego doświadczenia".
Wpisał się tym oświadczeniem w obowiązujące trendy popkultury, ponieważ na dotknięcie Boga i legitymizację swoich p0oczynań powołuje się dziś wiele osób.
Niedawno, zapytany przez ochronę w budynku, w którym pracuje, mężczyzna, dlaczego wszedł do środka, rozbijając szklane drzwi z tyłu budynku, odpowiedział: "Bóg kazał mi tu przyjść. To Bóg kazał mi to zrobić". Po tych słowach oddalił się z miejsca przestępstwa (?), uznając wyjaśnienie za wystarczające.
Podobnie, ostatnio media donosiły, że na skutek poważnych poparzeń zmarła francuska nauczycielka matematyki. Przedtem oblała się benzyną i podpaliła na oczach uczniów. Kiedy kilka osób próbowało ugasić płomienie, ona powstrzymywała je spokojnie: „zostawcie mnie w spokoju, nie potrzebuję pomocy, Bóg kazał mi to zrobić”.
Nawet sam wielki Ronaldo podał do publicznej wiadomości, ze jest wysłannikiem Boga, ponieważ „Bóg kazał mi nauczać innych grać w piłkę”.
Inna osoba publiczna, Caroline "Carrie" Prejean, była Miss Kalifornii i nowa "maskotka" konserwatystów, utrzymuje, że „Bóg kazał jej krytykować homoseksualistów”.
Na fakt poznania myśli Boga powoływał się nawet Albert Einstein, a poglądy jego w tym zakresie były uhonorowane prestiżowymi nagrodami.
Na Boga powołuje się także Tadeusz L. - zabójca 11-letniej Malwinki, twierdząc, ze „Bóg mi powiedział, że jestem niewinny”
Jaki z tego wniosek? Każdy z nas jest adresatem myśli i wskazań Boga. Należy tylko wytężyć zmysły i wsłuchać się w siebie, żeby zrozumieć, co Bóg do nas mówi. Reszta jest prosta: trzeba wcielić boski plan w życie, bo on wie lepiej co robić. Bo jest Bogiem.
Kiedy zatem staniesz na moście Golden Gate w San Francisco, na moście Aurora w Seattle lub moście Nankin, klifach Beachy Head, w lesie Aokigahary czy po prostu na krawędzi peronu czekając na pociąg albo kiedy decydujesz się „wyprzedzać na trzeciego”, wsłuchaj się w siebie. Bóg Ci doradzi
Królewna Śnieżka &#8211; historia prawdziwa 2013-08-21
Królewna Śniezka, jaka była, każdy wie: delikatna, piękna, czuła, wrażliwa, troskliwa, opiekuńcza, pomocna, lubiana przez innych oprócz macochy. Chodziła co niedzielę do Kościoła, choć bez zbytniego fanatyzmu. Bywała na lekcjach religii. Sex oralny lubiła co najmniej tak jak gotowanie. A gotować uwielbiała.. Seksu klasycznego nie uprawiała, bo obiecała sobie, ze zachowa wianek dla tego jedynego. Z jej zachowania znawcy tematu wnosili tez, ze – prawdopodobnie – będzie wierna swojemu wybranemu mężczyźnie.
Kiedy przyszedł czas, żeby założyć własną rodzinę, wszystkim wokół wydawało się, ze nie będzie z żadnych problemów. Bo przecież każdy mężczyzna marzy, żeby taką białogłowę spotkać na swojej drodze. No i dalszą część drogi odbyć z na razem pozwalając, by oddawała się bez ograniczeń czynnościom, które tak lubi.
Problem był jednak jeden: Królewna Śnieżka. Nie chciała się wiązać z takim, co nie zamyka deski sedesowej, nie zakręca pasty do zębów, wyciska tubkę zawsze od środka. Smażącego jajecznicę- i to na boczku - bez ustanku każdego dnia, nie posiadającego umiejętności samodzielnego zrobienia zakupów. Osobnika zbyt męskiego na uczucia, za dumnego - żeby przeprosić i za głupiego - żeby cokolwiek naprawić. Takiego, który woli powiedzieć, że kobieta podlizywała się u szefa, niż stwierdzić szczerze, że była od niego lepsza.
Zła matka nie ustępowała jednak w próbach pozbycia się córki z domu. Zazdrosna o męża, który zawsze preferował młode dziewczyny, w zamążpójściu córki upatrywała swojej drugiej szansy. A i rodzaj kandydatów do wyboru zaspokajał także jej potrzebę zemsty na latorośli: każdy kandydat był, mając na uwadze dobro wybierającej latorośli, klęską. Kiedy Śnieżka zamykała oczy i widziała oczyma wyobraźni, z jednej strony - obszczany kibel z podniesioną deską, brudne skarpetki rozrzucone po przedpokoju, a z drugiej strony – leżącą na stole stertę niezapłaconych rachunków i głodne miny trójki dzieci (skąd one się wzięły?), mówiła do siebie po cichu:
„O nie, qwa! Prędzej zdechnę. Nażrę się jabłek i zdechnę!”.
I pewnie tak by to się skończyło. Królewna Śnieżka nażarłaby się zielonych jabłek, wzdęłoby ją i puszczając złe wiatry udałaby się w podróż przez rzekę Styks.
Szczęśliwie dla siebie spotkała na swojej drodze Anioła Miłości. Anioł Miłości tylko spojrzał w jej rozumne oczy i już wiedział, czego oczekiwała naprawdę od życia. I powiedział wszystko to, czego oczekiwała. A nawet więcej, bo dobrym był człowiekiem z natury i bez trudu potrafił obiecać każdemu wszystko to, czego inni nie potrafią dać namiastki nawet.
I Królewnie Snieżce tak robiło się tak przyjemnie i ciepło, że nawet nie obejrzała się, a już posiadała to, czego inna – w jej przekonaniu – nie posiadała. Miała i oszczany przez Anioła kibel z podniesioną klapą, i skarpetki jego brudne wraz ze slipkami „z kleksem” względnie „z łyżwą” w przedpokoju. Miała też wspólnie z Aniołem, dużą stertę rachunków niezapłaconych na stole, na którą patrzyła nieustannie uśmiechnięta wraz z piątką głodnych dzieci, które nie wiadomo skąd się wzięły. Natomiast kiedy tylko pomyślała o jabłkach, to brały ją mdłości.
„Jaka ja byłam głupia!”- tak tylko Śnieżka myślała sobie o przeszłości czasem
A wszystko to za sprawą magii miłości.



Nie skreślajmy ludzi! 2013-08-21
Skreślić człowieka jest łatwo, trudniej uwierzyć w niego i dać możliwość rozwoju jego dobrym cechom i skłonnościom. Powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, ze Bóg stworzył nas na swoje podobieństwo i nie powinniśmy marnować jego trudu eliminując niektóre jednostki ze społeczeństwa. Trzeba tylko znaleźć „właściwe”, pożądane społecznie zastosowanie cech i skłonności każdej jednostki.
Przykładowo, zanim ocenimy negatywnie skłonności zoofiliczne powinniśmy zdać sobie sprawę z tego, że zoofilia jest jednym z fundamentów naszej kultury. I tak w micie o Minosie, bogini księżyca, Pazyfae (żona Minosa), zakochała się w byku i ze związku tego urodził się właśnie Minotaur (bestia). Podobnie, w micie o Helenie, Leda bzyknęła się z Zeusem pod postacią łabędzia., a wynikiem związku były narodziny Heleny. Jak twierdzi Z. Lew-Starowicz (Seks nietypowy, Warszawa 1988, s.60) zoofilia jest nie tylko zjawiskiem opisywanym w rozmaitych tekstach kultury, takich jak: mity, literatura, baśnie, kawały, film, literatura i inne systemy przekazu kulturowego. Ostatnimi czasy natomiast zachwycamy się wraz z naszymi najmłodszymi pociechami filmem „Piękna i Bestia”. A czasem, kierowani przez wpojone w dzieciństwie prawdy, całujemy przygodnie napotkane żaby, wierząc, ze zmienia się w księcia.
Uważa się, że w kulturach prehistorycznych między zwierzęciem a człowiekiem nie ma tej poważnej różnicy, której istnienie przyjmuje się w naszym życiu codziennym. Papuasi na przykład zawierali małżeństwa ze zwierzętami (legwanami). Nawet w baśniach istniejących w kulturze europejskiej (nie mówiąc o Azji czy Afryce) zaślubiny ze zwierzętami stanowią „zwyczajne zdarzenia”. Stąd uzasadniony jest pogląd o pierwotnej zoofilii homo sapiens (Van der Leeuw G., Fenomenologia religii, Książka i Wiedza: Warszawa 1997, s.66-74). To w wyniku tzw „rozwoju cywilizacyjnego” człowiek popęd seksualny wobec przedstawicieli innych gatunków zwierzęcych i wobec przedstawicieli „niższych” kast społecznych (tzw lower class). Siła owego „rozwoju cywilizacyjnego” jest miarkowana przez równie silne tendencje egalitarystyczne. Podaje się, ze Duńczycy i Szwajcarzy znani są w Europie ze szczególnej miłości do zwierząt. Szacuje się, że 275 tysięcy Helwetów brało udział w stosunkach seksualnych ze zwierzętami (http://www.thelocal.ch/20111012/1459).
Powinniśmy pamiętać, ze bliski kontakt ze zwierzętami może przynieść wiele korzyści tak dal jednostki, jak dla społeczeństwa. Taki zoofil odnosi się mentalnie do zwierzęcia, z którym kopuluje, traktuje go jako byt osobowy, z którym podejmuje interakcję komunikacyjną. Jest w takich sytuacjach otwarty na porozumiewanie się niewerbalne, uczy się empatii i – w konsekwencji – zachowań społecznych. Tych cech, jakże potrzebnych w codziennej koegzystencji, nie ma wielu członków społeczeństwa. Tak samo większość dzieci, traktuje osobowo swoje zwierzątka domowe (koty, chomiki, żółwie, rybki i pieski). Oczywiście, zdarzają się morderstwa zwierząt podczas aktów płciowych. Ale czyż nie świadczy to raczej o dużej namiętności, niż o „złych” skłonnościach?
Dlatego nie skreślajmy jednostek, które nawiązują swoimi zachowaniami do archetypów. Dajmy im szansę i pozwólmy uczestniczyć na równych prawach w życiu społecznym.
Zemsta 2013-07-12
Siedzi przy stole. Przed sobą ma kartkę papieru i nie wie co do niej napisać.
To ona jest winna!
Najpierw ta impreza. Integracyjna. Niemal siłą go tam zaciągnęła. Bo szefowa mówiła, to obowiązek każdego nowego pracownika. Jak stwierdziła, ten, co nie jedzie, to nie chce integrować się. To pojechał
Na evening party każdy pił. A może to było na morning party? On może trochę więcej pił od reszty, ponieważ to był jego pierwszy wyjazd to trochę mocniej bał się niż inni członkowie zespołu, co musiał zwalczyć.
A potem spotkał ją. Pracowała w bliźniaczym zespole w sąsiednim mieście. Zaczęła śmiać się z niego, że jakiś niewyraźny jest. Niby pijany. Że ten browar, co go z wódką pił, to zwalił go z nóg Że zatacza się, gada bzdury i rozlewa alkohol na stół. Ona, choć nie lepsza, to jednak to widzi.
A on przecież - czuł to wyraźnie - całkiem trzeźwo myślał. Znał siebie. I na pewno nie pił piwa z wódką, lecz co najwyżej wódkę popijał piwem. Każdy wie, ze bez popitki to mocnego alkoholu nie powinno się pić.
No to powiedział jej, ze on jeszcze dużo może. Bardzo dużo. Inni może by nie dali rady, ale nie on.
Nie uwierzyła mu na słowo, to wylądowali w łóżku. A potem, nie dość, że zrobili to, przy tej okazji kilka razy, to i wylądowali w łóżku też jeszcze kilka jeszcze razy. Nie licząc innych miejsc w okolicy ośrodka integracyjnego.
Po sześciu miesiącach odebrał telefon. Na początku nie wiedział od kogo, w końcu nie widział jej sześć miesięcy, ale zorientował się od kogo. Wtedy głos mu zadrżał, a potem nawet zamarł. Nic nie mógł wykrztusić siebie, Az to ona powiedziała:
„ Nic nie martw się nie jestem w ciąży. Z tobą. Kto inny jest ojcem…. Znaczy tak myśli”.
Kamień spadł mu z serca i zaczął nawet odzyskiwać głos, kiedy dodała
„Dwa tygodnie temu, jak każda spodziewająca się dziecka, zrobiłam badania krwi. Na HIV. Były niejednoznaczne, więc musiałam je powtórzyć”
„I co”- zapytał
„I mam wyniki. Dlatego dzwonię”
„I co” – zapytał raz jeszcze
„No dzwonie, żeby Ci powiedzieć, ze wszystko w porządku jest”
W tym momencie znienawidził ja. Przez pół roku nie dzwoniła, żeby teraz poinformować go, ze wprawdzie zaszła z nim w ciążę, ale ojcostwem obarcza kogo innego. I że ma wątpliwości, co do tego, czy jest nosicielem, ale chyba jednak nie jest. Tak przynajmniej się jej wydaje.
Musiał odreagować ten stres. Z inną.
No to odreagował tą koszmarna rozmowę telefoniczną z inną dziewczyną. Jak zwykle z przygodnie poznaną.
Tym razem przygodnie poznana też zaszła w ciążę. I – o dziwo – też z nim.
To siedział przy stole i nie wiedział, co napisać, żeby się odegrać.
Ze wprawdzie ją bzyknął, ale nie ona jest matka? Że to nie on jest ojcem? Ze zrobi sobie test na HIV. Potem jeszcze raz. Ale wszystko w porządku jest.
Bardzo się w tym zagubił.

Kobiety takie są 2013-07-12

Zwykle podobają się mężczyznom, tylko nie sobie. Za to wszystkim wokół opowiadają, że nienawidzą to, jak wyglądają, mówią, czują. Chociaż każdy, kiedy usłyszy to „samooczernianie”, zachwala jaka śliczna jest ta „samooczerniajaca się” i zgrabna a mądra i inteligentna. I pomimo tego przekonania o swojej niedoskonałości miewają w życiu chłopaków. Bywają zaręczone, często kilka razy. Ale nawet, kiedy są jeszcze zaręczone, to traktują to jako przeszłość i mówią, ze „były zaręczone”. I wciąż kochają tego swojego X. Zarazem jednak wciąż wydaje im się, że są dla niego „za głupie, za brzydkie , za beznadziejne jednym słowem”.
Problem w tym, że wydaje im się tak, kiedy są już w związku, kiedy juz jest za późno, żeby z tym coś zrobić.
Kiedy zaczyna być romantycznie i akcja – siłą rzeczy i natury – powinna ulec przyspieszeniu, to nagle pojawiają się trudności. Pół biedy jeśli są to wymówki w rodzaju: „nie mam ochoty” czy „mam okres”.
Można także znieść, a z czasem nawet przyzwyczaić się, względnie potraktować to jako swoistą grę wstępną, czy przeszkodę do przezwyciężenia, stwierdzenia w rodzaju:
„Kim pan jest? Co pan robi?! Proszę mnie zostawić w spokoju!” czy – „Puść mnie! Mam tylko dwanaście lat!”.

Zresztą na takie wymówki można – z dużą szansą na skuteczność riposty - odpowiedzieć: „ja tez nie mam na ciebie ochoty, ale to nasz obowiązek. Bo będzie dziwnie wyglądało, ze spotkaliśmy się”, „o! a ja nie mam okresu, zawsze chciałem zobaczyć jak to jest”, czy – „sam nie wiem, co robie, kim jestem i kim ty jesteś. Ale jest mi to obojętne” albo po prostu „cześć. ja też mam tylko dwanaście lat i mam na imie Janek. razem mamy dwadzieścia cztery lata i możemy zrobić wszystko”.

Lecz co odpowiedzieć, jak zareagować na samokrytykę, ze panienka jest „za gruba, za brzydka , za beznadziejna jednym słowem” i dlatego – nic z tego?
Nie wiem….
Zdaję sobie sprawę, że babka podskakująca na facecie czy facet ruszający nad nią tyłkiem nie nalezą do widoków romantycznych. Ale seks, którego uwieńczeniem jest akt kopulacji, z natury swojej nie jest romantyczny, lecz erotyczno-zwierzęcy, co nie jest jednak przyczyna uzasadniającą popadania jednostki w autodestrukcję i samoponiżanie.
Z doświadczenia wiem, że dziewczyny raczej nie chcą mi wierzyć w zapewnienia, że „nie są grube i są piękne i wcale nie są (aż tak) beznadziejne”. Może nie jestem dość przekonywujący, a może po prostu czytają mi w myślach? No ale co mam myśleć, kiedy dookoła otaczają nas sfotoszopowane modelki? Przy nich każda realna dziewczyna jest niedoskonała.
Sytuacji nie poprawia także akt solidaryzowania się z niewiastami. Żadna nie zareagowała do tej pory pozytywnie na moje stwierdzenie: „nie przejmuj się, ja też jestem gruby”.
Jedyny sposób, który znam i który sprawdza się w takich sytuacjach polega na zastosowaniu metody „aktywnego słuchania”.
W takich sytuacjach należy powiedzie: ach! nie mogę w to uwierzyć! ty?! ty naprawdę czujesz się gruba, nieatrakcyjna i beznadziejna przez tego twojego nowego narzeczonego. nie mogę na to pozwolić, żebyś popadała w takie stany. Jak jeszcze raz się tak poczujesz przez niego, dzwoń natychmiast do mnie. coś poradzimy, żeby poprawić twoją niska samoocenę”.
Okruchy życia 2013-06-28

W życiu każdego człowieka przychodzi czas ważnych decyzji, czas wyboru drogi życia. Taki czas rozeznania powołania.
Ja swojego powołania szukałem długo. Bardzo długo.
Tak długo, ze przez jakiś czas zastanawiałem się, czy jakieś mam w ogóle. Niby każdy jakieś powołanie, do czegoś ma, ale ja?
Nieszczególnie wyglądam. Sportowcem zawziętym nie jestem. Ba! Nawet męczyć się za bardzo nie lubię.
Zdolności intelektualne mam. Ale niezbyt imponujące. Eisteinem nie jestem.
No, może wrażliwy jestem i mam empatię czasem.
Otoczenie tez nie widziało we mnie nic szczególnego.
Ani w szkole, ani koledzy, ani koleżanki z reguły. No chyba, że po pijaku i żeby ich chłopak nie dowiedział się.
Ale wierzyłem jednak, ze coś we mnie jest. Że życie przyniesie samo odpowiedź.
Do dziś nie mogę uwierzyć, to było takie proste. Powtarzałem tą czynność przez lata, w różnych miejscach, budynkach, na różnych etapach życia.
I nie zdawałem sobie sprawy z Daru. Z tego unikalnego połączenia w mojej osobie wrażliwości duszy, zmysłów, cierpliwości i umiejętności stawianai czoła krepującym sytuacjom.
Zauważyłem, ze jedyna chwila, w której świat zamiera dla mnie to, kiedy wchodzę do toalety po to, żeby umyć ręce.
Wtedy, jeśli mam Okazję, to znaczy, kiedy ktoś jest w kabinie, nastaje ta chwila.
Uspokajam się. Zaczynam kontrolować oddech i wsłuchuję się w rytm życia.
Osoba w kabinie tez cichnie. Może nie od razu, ale w końcu zaczyna zastawiać się, czemu ktoś wszedł do toalety i stoi bez ruchu. Zaintrygowana także zaczyna nasłuchiwać.
Cisza nie zapada, bo ona już jest przez jakiś czas. Zapada krępująca cisza.

Przez chwilę pozwalam, by w mych uszach pobrzmiewała muzyka, a w myślach powtarzam sobie słowa piosenki:
„Na dnie sarkofagu noc, czarna suknia
Rozrzucam korale wspomnień
Wtulona we włosów płaszcz, wonna rodnią swą
Teraz okryta snem
Na wpół lodowata dłoń, zimne twe usta
A jeszcze niedawno ogień tlił
Pamiętam rozkoszny wiatr, masztem gnący sztorm”


Kiedy mam dość muzyki w umyśle i tej ciszy w pomieszceniu, odkręcam kran, myję głośno ręce i pogwizdując wycieram ręce w papierowy ręcznik. Wrzucam go do kosza.
Naciskam klamkę i głośno trzaskam drzwiami,….
Nie wychodzę jednak, czekam dalej w ciszy.
Czekam, by objawiała się tajona prawda o osobie, która korzysta z toalety. Czekam na moment prawdziwego poznania tej osoby. Na chwilę, kiedy dowiem się o niej prawdy, kiedy nie będzie używała maski przeznaczonej do odegrania roli tej osoby w społeczeństwie.
I po prostu patrzę jej potem w twarz.
A potem wychodzę, by przekuc moje doświadczenia w sukces.
No i stąd ten tekst.
Niezrozumienie 2013-06-18


Jestem zwyczajnym, skromnym człowiekiem. I tak żyję – zwyczajnie i skromnie. Nie są mi obce wartości ogólnoludzkie, takie jak miłość, dobroć, współczucie, empatia, miłosierdzie czy chęć niesienia pomocy słabszym.
To dlatego tak cierpię, kiedy widzę na moim LCD 4K Ultra HD siedmioletnie dzieci pracujące w Chinach, bezrobotnych w Indiach, ofiary gwałtów Talików, uchodźców z Afganistanu czy po prostu bardzo biednych ludzi – mocno to przeżywam. Niejednokrotnie mam łzy w oczach i nie mogę zasnąć do późna w nocy. A potem mogę mieć zmarnowany cały poranek następnego dnia. Tak samo mocno cierpię, kiedy widzę na ulicach miasta, w którym żyję, bezrobotnych albo bezdomnych. A może nawet mocniej cierpię, bo moje wzburzenie emocjonalne jest tak silne, ze zwykle musze udawać, że ich nie widzę. Po prostu wiem, że kiedy bym zwrócił uwagę na taką osobę, miałbym poczucie ogromnego dyskomfortu. Uczucie suchości w gardle, trzęsące się ręce, zmarnowaną całą resztę dnia. Kto wie, może nawet bym rozpłakał się.
Ale mam też dni euforii, kiedy wierzę, że dam radę pomóc całemu światu. Każdej roślinie, każdemu robaczkowi. I oczywiście każdemu człowiekowi. Dni, w których całemu światu, i mnie też, jest tak dobrze, że bez skrępowania śmieję się do każdego lustra na ulicy, obok którego przechodzę. Inni ludzie wyczuwają mój nastrój – i nastrój całego świata – i też do mnie się śmieją pokazując palcami. Jakbym narodził się raz jeszcze, w nowym wcieleniu. Wszystkim jest tak rozkosznie i dobrze.
Wczoraj, kiedy miałem taki rozkoszny nastrój i miałem odwagę i siłę pomagać innym, zobaczyłem bezdomnego, który żebrał obok Cofce Heaven. Podszedłem.
- Panie, na śniadanie zbieram. I kawę.
Żebrak zorientował się chyba, ze na śniadanie jest już za późno – było koło osiemnastej – bo dodał z uczciwością bijącą z wiernych oczu:
- Właściwie to na kawę zbieram, bo śniadań nie jadam.
I to mnie trafiło! Nie dość, że ten człowiek miał siłę, determinację i zapał, by podjąć działania w celu zmiany swojej kiepskiej sytuacji życiowej, to jeszcze, wbrew maksymie „byt kształtuje świadomość”, nie zatracił uczciwości i nie kłamał. Co więcej, nawet, kiedy pomylił się, miał odwagę, nie bacząc na odbiór jego słów, sprostować niedokładność.
Oto jest Człowiek! Nie wahałem się dłużej. Spojrzałem na żebraka długo i uważnie a badawczo i zapytałem?
- Na jedną tylko?
--Noooo… tak. Na jedna.
- Człowieku! Ty jesteś wart miliona kaw albo i więcej!
Miałem przy sobie czterysta złotych tylko, ale wyciągnąłem zwitek banknotów.
- Wiem, ze to tylko na dwadzieścia kaw w Cofee Heaven. Ze powinienem dać więcej. Ale nie mam. Przyjmiesz chociaż to, co mam?
Teraz z kolei żebrak popatrzył na mnie długo i uważnie a badawczo i zapytał:
- Na kawę?
-Tak
- To wezmę.
Schował banknoty do kieszeni i odszedł.

***
Zobaczyłem go nazajutrz rano, kiedy szedłem do pracy. Wyglądał na trochę zdenerwowanego, dreptał niespokojnie w miejscu. Nie zwykłem domagać się dowodów wdzięczności, więc chciałem go wyminąć.
Nie udało mi się. Żebrak, jak tylko mnie zauważył, przerwał nerwowe dreptanie w miejscu i rzucił się na mnie. Miał przekrwione oczy, a z kącików ust ciekła mu slina, niczym u chorego psa.
-Ty! ……synu! Ty…, .. ,…! Dwadzieścia kaw, popaprańcu! Całą noc nie mogłem usnąć!
Zwycięzcy 2013-06-14
Matka spojrzała się uważnie na syna. Jej spracowane ręce drżały z wysiłku. Zawsze już tak miała, po śmierci męża, pod koniec dnia: dwa etaty i obowiązki domowe trochę ją męczyły. No i martwiła się, czy starczy im do pierwszego, czemu czynsz taki wysoki, czy syn daje sobie rade w szkole, czy jej nie wyrzuca z pracy. Stąd to drżenie rąk.
- Widzisz synku, to nie tak, że panuje wszechogarniający konsumpcjonizm. Ze nic innego nie liczy się w życiu oprócz kasy, szpanu i sławy.
Są takie wartości i osiągnięcia, które nadają sens całemu życiu. Czyny heroiczne i bohaterskie. Czyny, które budzą podziw i uznanie. Wymagające wyrzeczeń i poświęceń. Niebywałej twardości i hardości ducha. Nieustępliwości, silnej woli, wiary w zwycięstwo. Pani pewnie mówiła wam w szkole o bohaterach II Wojny Światowej: aliantach w Normandii, Wojtku, który nosił amunicję, jadł z żołnierzami i z nimi imprezował pod Monte Cassino, czy Rotmistrzu Pileckim.
Wiesz, nawet kilkadziesiąt lat socjalizmu miało swoich bohaterów. Kobiety pracujące jako traktorzystki i kombajnistki. Przodowników pracy, którzy rezygnowali ze szczęścia rodzinnego, by realizować dobro ogółu. Czy po prostu zwykłych obywateli, którzy pracowali przez całe życie, osiągali wiek emerytalny, pobierali emeryturę i – natychmiast po tym – umierali nie korzystając z owoców znojnej pracy.
I wiesz synku, teraz też mamy wspaniałych ludzi, którzy ryzykując życie przedkładają wartości niematerialne nad dobra doczesne i wygodę. Eksperymentują z życiem. Wiedzą, ze jeśli Bóg da im śmierć prawdziwą, to i ich życie będzie prawdziwe. Jeżdżą szybko sportowymi samochodami, nawet po „hopce Zientarskiego”. Albo wspinają się na niedostępne góry w Himalajach.. Wiesz jak trudno jest przeżyć noc na wysokości ponad ośmiu tysięcy metrów? To są prawdziwi zwycięzcy w życiu i nad życiem.
- Naprawdę? Są tacy?- zainteresował się chłopiec
Kobieta, wciąż drżącymi dłońmi poprawiła siwiejące przedwcześnie włosy. Na twarzy ze śladami urody, zniszczonej przez pracę ponad siły twarzy, pojawił się rozmarzony uśmiech.
- Tak. Twój tata taki był.
Przez chwilę spoważniała, bo pomyślała o zamarzniętym ciele męża, pozostawionym gdzieś tam, wysoko w górach, w miejscu niedostępnym a nieznanym.
Ale zaraz uśmiechnęła się konwulsyjnie ponownie i zwróciła się do syna ponownie, uspokajając go matczynym spojrzeniem:
- Jest. Tata jest. Tylko bardzo daleko i nie może do nas teraz przyjechać.
Synek wtulił się i zasnął marząc zapewne o tym, ze on też kiedyś zostanie zwycięzcą..
Obyczaje 2013-06-11

Przedstawiciele zarówno „młodego” pokolenia jak i przedstawiciele starszych co do jednego są zgodni”: upadek obyczajów jest wszechobecny i masowy.
Ów stan rzeczy, to skutek nie tylko kultu młodości, który przejawia się tym, że mamy do czynienia z ludźmi znanymi głównie z tego, że są znani. To też skutek wpajanego w szkołach niewłaściwie pojętego „humanizmu”, jako postawy akceptacji każdego przejawu człowieczeństwa. Trzeba zdać sobie sprawę z tego, że jednak nie każdy przejaw „człowieczeństwa” jest przejawem „wartości człowieczeństwa”, wartości społecznych. Stąd namiętność nigdy nie powinna zastąpić zdrowego rozsądku, zaspokajanie popędów – jako apel do zwierzęcych odruchów człowieka - nie zastąpi uduchowienia, a grzeczność czy takt nie powinna być wyparta przez płytko pojmowaną „szczerość”.
Upadek obyczajów to samoreplikujące się zjawisko, niebezpieczne zwłaszcza w zamkniętych kręgach społecznych młodzieży, pracowników dużych firm, subkultur. Tworzą się w wielkich zbiorowiskach ludzi o zbliżonym i niskim poziomie intelektualnym..

Następstwem zarysowanej powyżej, a wadliwej postawy społecznej, są liczne nieporozumienia społeczne, wynikające z mylnej interpretacji odbieranego przekazu przez osoby nie należące w pełni do danej grupy.
To dlatego szefowi trudno jest zrozumieć, że owszem, budzik obudził. Ale nie zmotywowała do wstawania i punktualnego stawiennictwa na stanowisku pracy. Taki szef zwykle nie rozumie, ze jeśli ktoś pracuje umysłowo, to jakość pracy nie zależy od terminu jej wykonywania. Znacznie lepiej szef może przyjąć wyjaśnienie, że ktoś nie używa budzika, by Bóg zadecydował czy ma stawić się terminowo w miejscu pracy czy nie.
Nieodmienną konsternację wśród moich rozmówców budzi sposób kształtowania się relacji damsko męskich. Dysonans u mężczyzn budzi przykładowo częste zachowanie ich koleżanek z pracy. Mężczyźni ci przeżywają nieprzyjemne napięcie psychiczne wtedy, gdy docierają do nich sprzeczne elementy poznawcze. Koleżanki te publicznie deklarowały brak chęci na wspólne przeżywanie jakichkolwiek uniesień psychicznych, o fizycznych nie wspominając. Tymczasem, postawione w sytuacji „bez wyjścia”, nie tylko przeżywały uniesienia dość intensywnie, ale także – ku frustracji rozmówców – dochodziły pierwsze. Nie wspominając o tym, że o swoich doznaniach opowiadały ze szczegółami wszystkim kolegom, sąsiadom, rodzicom, policji.
Urzędy pracy są pełne osób poszukujących zatrudnienia, które niegdyś podjęły ryzyko i rozpoczęły samodzielną działalność. Dla firmy - z sukcesem: bo rozwinęła się, zmieniła strukturę organizacyjnoprawną, zatrudniła nowych pracowników. Jednak założyciel został – co było nie o pomyślenia w dawnych czasach - z różnych powodów, zwolniony.
Na upadek obyczajów narzekał też pewien młody człowiek, patriota. Zapytany przez pewną muzułmankę, o której względy starał się, czy chce żyć zgodnie z Koranem, odpowiedział, bez względu na swoje przekonania ze „tak”, chce. Przy pierwszej różnicy zdań między nimi, pobił ją – jak w reportażach CNN postępują muzułmanie - przekonany, ze postępuje zgodnie z oczekiwaniami wybranki. Okazało się, że jej oczekiwania nie były aż tak daleko idące.
Czym wytłumaczyć opisane zjawiska, jak nie upadkiem obyczajów?
Alicja w krainie czarów 2013-06-07

Była nad polskim Bałtykiem. W czerwcu. I biegła po szerokiej, piaszczystej plaży do Niego. Stopami podrzucała ziarnka suchego piasku i małe kamyki, które szybowały do bezchmurnego nieba, po to, by po chwili spaść na ziemię. Czuła rozkoszne mrowienie. Do uszu dochodził łagodny, przerywany czasem przez głośniejsze podmuchy wiatru, pomruk morza. Szczęścia.
I było tak ciepło. Bo świeciło słońce, bo było prawie lato, bo On był tak blisko.

To właśnie na takie chwile jak ta czekała całe życie.

Nagle uświadomiła sobie, ze przecież świeci na nią jej ulubiona lampka. Ta z Myszką Miki. I nie jest nad morzem, a u siebie w domu.
To pewnie od tej lampki jest tak ciepło i słonecznie. I nie słyszy pomruku morza, lecz pomruk respiratora.
I że to był tylko piękny sen.
Bardzo pragnęła kolejnej dawki morfiny.
Tej, która przeniesie ją do krainy snów. Tam gdzie jest On. Gdzie jest Ona. Gdzie ma znowu nogi i włosy. I biegnie do Niego. I czuje bicie jego serca i jest tak ciepło od jego ciała. Czeka na nią i pragnie.
Nie chce zostać w świecie, gdzie Go nie ma. Bo ona nie ma już włosów i nie może stanąć na nogi.
Czeka zatem, aż wstrzyknął jej kolejną porcje morfiny.
To właśnie na takie chwile jak ta czeka przez resztę swojego życia.
Na sny.
I na krainę czarów
Szczególne momenty 2013-05-29
„Błogosławieni ubodzy w duchu, albowiem do nich należy Królestwo niebieskie”

Są takie szczególne momenty w życiu człowieka, które sprzyjają szczególnej refleksji w życiu. To zwykle chwile, z którymi związane są nasze emocje, które z różnych względów silnie przeżywaliśmy. Właśnie te wspomnienia są przyczyną, z uwagi na którą zamyślamy się głębiej nad zjawiskami i nad naturą zjawisk. Źródłem wzmożonej refleksji jest zdziwienie oraz doświadczenie sytuacji granicznych i wola autentycznej komunikacji ze współczłonkami społeczeństwa, w którym żyjemy. Nasza „refleksja” zmierza od samego początku do przekazu, wyraża samą siebie i wolę jej usłyszenia, ponieważ nie sposób oddzielić refleksji od prawdy. W końcu każdy ma swoją prawdę i to od determinacji jednostki zależy, czy otoczenie ją uzna.
Takim „refleksyjnym” momentem w życiu prawie każdego człowieka jest okres Komunii Świętej.
Komunia święta jest to właśnie ten jeden z najpiękniejszych dni w życiu, do którego wracamy. To pierwsze tak bliskie spotkanie dziecka z Jezusem. Zgodnie z życzeniami rodziny dzień ten dziecko powinno zachować w pamięci i w sercu, bo z dniem tym wiążą się obfite łaski boże w całym życiu doczesnym. A według niektórych – i w życiu wiecznym. Chyba nie ma nikogo, kto chciałby przez resztę życia smażyć się w piekle, względnie brać udział w zdeprawowanym i zdemoralizowanym „życiu po życiu” w piekle, miast śpiewać psalmy pochwalne po prawicy albo po lewicy Boga?

Kiedy dziecko myśli o sakramencie Komunii świętej ma przed oczyma, oprócz obrzędu swoistej inicjacji kulturowej, dzięki któremu ma szanse stać się pełnoprawnym członkiem Kościoła, TOP 10 prezentów komunijnych, m.in., tablet, smartfon, konsolę i in.
Kiedy mama i babcia myślą o Komunii to zwykle myślą o świecach, stroikach, albach, wiankach, rękawiczkach, pamiątkach, torebkach i biżuterii, a to wszystko dostępne po okazyjnych cenach w … jakimś „naszym sklepie”!
Natomiast dziennikarze, nieczuli zupełnie na urok sakramentu, wysłali ponownie pytania do diecezji w Polsce o pedofilię zaintrygowani skalą problemu pedofilii w polskim Kościele.
Jakby zupełnie marginalny fakt patologii w Kościele przesłonił dziennikarzom prawdę płynącą z wiersza, które tak ochoczo powtarzają dziatki biorąc udział w przygotowaniach do I Komunii „ Cieszy się Jezus Chrystus, cieszy się Matka Święta, bo dziś do rodziny Bożej zostajesz przyjęta.”
Bez wątpienia upływ czasu zmienia wrażliwość jednostki. I jak widać w przedstawionym przykładzie nie zmienia jej na korzyść.
Przynajmniej nie na korzyść księży.
Zawód 2013-05-28
Jolka nie była w stanie wydobyć z siebie głosu. Zawsze tak było kiedy on ubierał się i zamierzał wyjść. Te jego wizyty, dwa razy na tydzień, były takie krótkie. Rozpaczliwie odczuwała potrzebę jego obecności i tak bardzo bała się jego braku. Płakała wiec bezgłośnie za każdym razem, kiedy ubierał się, a łzy rozmazywały jej makijaż.
- Nie odchodź, proszę. Zostań jeszcze ze mną.
- Nie żartuj. Musze wracać do domu.
- Nic nie musisz. Taki mężczyzna jak ty nic nie musi.
- Zdziwiłabyś się.
-To zostaniesz?
- Nie. Ty zrobiłaś to, co do ciebie należało. Przyznaje, ze dość dobrze i z oddaniem. A ja ci za to zapłaciłem. Też dość dobrze. Siedemset złotych. A teraz idę.
- Gnida! Ty myślisz, że robię to z tobą dla pieniędzy, żałosny pokurczu? że można mnie kupić? Za kilkaset złotych? Za kogo ty mnie masz?
Zawahał się przez chwilę. Otworzył usta żeby coś powiedzieć, ale zamilkł w pół słowa. Popatrzył na nią uważnie.
Nie musiał niczego mówić, oboje wiedzieli, co chciał powiedzieć i za kogo uważa Jolkę., która stała przed nim, ściskając w reku zwitek banknotów. Bez majteczek, ubrana tylko w kusego t-shirta.
Jolka też nic nie powiedziała.
Wiedziała, ze może na pierwszy rzut oka wygląda i zachowuje się jak zwykła dziwka.
Ale tak naprawdę jest ekskluzywną dziwką. I już czuła smak gratyfikacji, którą otrzyma od tego klienta, kiedy następnym razem przyjdzie, by ją przeprosić.

Bezsens życia 2013-05-27
Życie przytłaczało Zenona swoim bezsensem. Wszechogarniało go przemożne przekonanie, że życie, całe istnienie to nieustanny, powtarzający się koniec. Wiedział całym sobą, że świat, pierwotnie stworzony, może i był kiedyś tam dob¬ry. Ale teraz, w tych chwilach, które odczuwa, już dobry nie jest. A to za sprawą aktów wolnej woli zamieszkujących świat istot, czyli ludzi.
Zenon pojmował świat raczej jako miejsce próby, którą dusza ludzka musi przejść zanim obejmie ją wyzwolenie. I ten kompletny brak drogowskazu, za którym Zenon mógłby podążyć. Wszystkie autorytety, wyznawane niegdyś przez pokolenia, zostały skompromitowane. Żaden z nurtów filozoficznych nie dawał wiarygodnej odpowiedzi nawet na podstawowe pytania. Ba! Nawet filozofów prawdziwych nie było już, co najwyżej historycy filozofii, którzy lepiej lub słabiej zgłębili poglądy dawnych mistrzów, lecz nie rozumieli ich.
I zgłębili też raczej słabiej, niestety, zwykle.

Przez pewien czas znajdował Zenon ukojenie w używkach. Zwłaszcza w trawie. Ona otwierała mu drzwi percepcji i pozwalała spojrzeć na niektóre problemy i zjawiska z innej perspektywy.
A nawet na zwykły liść okołoprzystankowego drzewa, który w świetle słońca nabierał nowego znaczenia i pozytywnych wibracji.
Potrafił się na taki liść Zenon gapić godzinami i jeszcze było mu mało. Ludzie patrzyli się wtedy na Zenona ze zdziwieniem, bo ile można wpatrywać się w zwykły liść. Niektórzy nawet zagadywali go, zaniepokojeni.
Ale Zenon odpowiadał tylko zagadkowo a enigmatycznie, gasząc niepożądaną ciekawość
„Obojętność jest najłagodniejszą formą nietolerancji.”
Nikt nie chciał zasłużyć na łatkę zwyrola, tak chętnie dziś przypinaną przez wojowniczych ekologów, wiec nie kontynuował rozmowy.

Zenonowi spodobała się tak ta używka, ze przez pewien czas chodził nawet do szkoły upalony.
Z uwagi na represywność instytucji szkoły, wykształconą przez tysiąclecia jej istnienia, kiedy tylko przekraczał próg klasy kurczył się starał się niemal zniknąć.
Namiastkę poczucia bezpieczeństwa odzyskiwał, kiedy kulił się w ławce i zakopywał się pod sterta papierów, udając, że go nie ma w klasie. Świadomie ignorował wszelkie próby zaczepienia go przez otoczenie pokazując jak bardzo pochłonięty jest pracą. Ba, nawet pytania skierowane bezpośrednio do niego, lekceważył pogrążając się w błogim odrętwieniu THC. Jego żelaznej maski pozytywnego nastawienia do świata nie były w stanie skruszyć pytania w rodzaju „Proszę mi powiedzieć…”, „W którym roku…”, „Jak to się stało, że …”

Może tylko jedno psuło mu dobre samopoczucie. Ale tez tylko czasami, kiedy o tym pomyślał akurat.
Ze jest, prawdopodobnie, najgorszym nauczycielem na świecie.
I w ogóle nie potrafi zapanować nad uczniami.

Romantyczni złośnicy 2013-05-15

Jeżeli przeżywamy przykre emocje związane z niemożnością realizacji jakiejś potrzeby lub osiągnięciu określonego celu rozpaczliwie szukamy sposobu, by sobie pomóc.
I nie wiemy jak…
A to takie proste: po prostu wyraź siebie! Pokaż, ze masz jaja, nawet jeśli twój chłopak ich nie posiada! Zwykle frustrujemy się z uwagi na to, na co nie mamy żadnego wpływu – ze względu na pogodę, korki, zachowanie innych. Agresja jest wtedy wręcz nieunikniona, jednak to do nas należy wybór w jaki agresywny sposób chcemy zachowywać się.
Tymczasem można inaczej: agresję warto nauczyć się ukierunkowywać, tak by jej wybuchy były korzystne dla nas a jak najmniej uciążliwe dla otoczenia. Trzeba mieć na uwadze, że w ostatecznym rozliczeniu, denerwować się to znaczy mścić się na własnym zdrowiu za k..stwo innych. I dlatego bilans tego „zdenerwowania” powinien być jak najkorzystniejszy dla nas, a nie dla innych.

Jak to zrobić? To jest bardzo łatwe.
Kiedy macie ochotę krzyczeć ze złości, wszystko się w was gotuje i tłumicie to w sobie, to…. zupełnie niepotrzebnie. Zupełnie niepotrzebnie walczycie z uczuciami bardziej dla was pozytywnymi niż dla otoczenia. Wtedy należy postępować wręcz odwrotnie, należy dać upust złości. Ale niekoniecznie bezpośrednio na przedmiocie złości, bo wtedy musielibyście codziennie nokautować czy okaleczać kilkadziesiąt osób, które wiedziałyby przecież kto i dlaczego to zrobił. Trzeba działać bardziej subtelnie: należy znaleźć sobie ofiarę. Taką osobę, która wszystko zniesie i nikomu nic nie powie.
Bardziej przedsiębiorczy i inteligentni dysponują do takich celów starymi przyjaciółmi, mniej rozwiniętym umysłowo pozostał związek małżeński, rodzicielstwo (samotne lub nie) i interakcja z pociechami bądź, po prostu, bokserski worek treningowy, choćby spotkany zupełnie przypadkowo podczas późnych powrotów do domu przez park.
Podobnie powinno się, by ulżyć popędowi, działać w pracy, gdzie jesteśmy poddani znacznie silniejszej kontroli, niż w życiu prywatnym. Kiedy macie sytuację „mega stresową” i ochotę zabić kogoś, należy wyjść z budynku i po prostu przelecieć się dookoła biurowca. Nawet jeśli nie spotka się po drodze dziecka, bezdomnego czy psa, którzy nikomu nie poskarżą się, to zawsze przynajmniej można zmęczyć się. Takie wychodzenie bywa niekiedy problematyczne – np. zimą - ale znawcy technik relaksacji mają jeszcze jeden, rezerwowy patent. Zestresowana jednostka powinna udać się w jakieś inne, najlepiej w ustronne miejsce (np kabina w kiblu ) i po prostu – trząść się. Z grubsza powinna robić to, co robi mokry pies po wyjściu z wody:, tj. energicznie otrząsać się, używając każdego mięśnia. Może technika ta jest krepująca przy większym audytorium, ale jaka skuteczna.

Wiem, skutki odbioru naszych zachowań, całkowicie zdrowych, bo odartych ze zbędnego dla nas balastu socjalizacji, przez otoczenie mogą być niekiedy niesprzyjające dla nas.

Najbliżsi skarżą się czasami, zwłaszcza na początku, kiedy poznają istotę zmian w naszej psychice: "Mój mąż nigdy nie był gwałtowny, agresywny. Był cichym, pogodnym człowiekiem, a teraz jest skory do bicia, krzyczy, szarpie się. Wyzywa i ubliża"
Potem jednak zwykle akceptują nasze nowe „ja” i uczą się rozpoznawać i zapobiegać negatywnym – dla nich – zachowaniom. I wiedzą już jak nie zaburzać rytuału naszego dnia, nie zmuszać do wykonywania niechcianych zadań, nie stawiać przed koniecznością dokonywania niewygodnego wyboru.
Co najwyżej starają się osłabić moc wyrazu naszej frustracji. I tak, kiedy, np., trzaskaliście drzwiami, by dać upust frustracji, to możecie spodziewać się założenia drzwi suwanych. Jeśli przekleństwa – głośne i siarczyste - działają na was jak kojący balsam, to możecie liczyć na wytłumienie specjalnymi materiałami pomieszczeń, w których przebywacie.
Jeśli uspakaja was odkurzacz i szukacie
ukojenia w sprzątaniu - przy okazji rzucając wszystkim co znajduje się nie na swoim miejscu, osoby najbliższe mogą wam nawet pomóc w znalezieniu dodatkowej pracy, jako operator tej maszyny ssącej.


Dlatego nie ma potrzeby dłużej męczyć się, choćby przy lekturze tego artykułu.
Ulżyj sobie!
Zasady 2013-05-14
Anioł Miłości obudził się w końcu. Ciężko było, ale w końcu udało mu się otworzyć oczy. Może nawet nie udałoby mu się, ale Anioł uwielbiał walkę równie mocno, jak lubił przezwyciężać przeciwności losu. Wszystko go bolało: mięśnie, głowa i główka nawet. Prze dłuższą chwilę nie mógł zdecydować się co bardziej. Było mu smutno, źle i sucho. Na dodatek pogoda jakaś była nie bardzo. To znaczy było szaro, bezkształtnie i wszystkie kształty rozmazywały się Aniołowi w oczach. Powoli zaczynało docierać do niego, co się stało w nocy.
***

Nie chciał tego, ale, kiedy wyszedł z pubu, ona pierwsza na niego tak spojrzała. Specjalnie tak zrobiła, to wiedział na pewno. Nie chciał, bo ślubował przy pierwszej komunii, że nie tknie ani papierosów, ani wódki, ani nawet dziewczyny aż poczuje się dojrzały. A on nie czuł się dojrzały i nie chciał czuć się taki, bo to ograniczałoby jego wolność. Spojrzał na nią jeszcze raz, ale ona znowu tak patrzyła się na niego tak …wyzywająco. Nie mógł jej tego darować. Nie tym razem. Zbyt dobrze pamiętał, jak dręczyło go poczucie winy, kiedy już jednej darował. Co jak co, ale swoją niską samooceną nie zamierzał płacić za chamstwo innych.

„Pierwsza mnie zobaczyłaś, ale to ja zacznę zabawę” – pomyślał wtedy zdecydowanie.
Anioł Miłości nienawidził marazmu i poddawania się losowi. A najbardziej ze wszystkiego nienawidził, kiedy inni go traktowali przedmiotowo i taksowali niczym bydło na rynku. Już wiedział bardzo dobrze, ze to nie może zdarzyć się nigdy więcej.
„Nieeeeeeeeeeeeee! Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee!” – już wkrótce dziewczyna wrzeszczała ile sił w płucach.

„Zamknij się szmato, bo mnie rozpraszasz!” –zwrócił się uprzejmie, zgodnie z wymogami etykiety, Anioł do dziewczyny. „Stul ryj twoja w kakao kochana mamusia!” – zalecił z empatią

I nie czekając na sposób wykonania instrukcji wyjął z kieszeni brudną, dużą chusteczkę, bezceremonialnie wepchnął ją w usta niewiasty i dopchnął zerwaną trawą. Krzyk „narzeczonej” zamienił się w bulgot. Próbowała wypluć chusteczkę i dary natury. Lecz bez widocznego efektu.

„Leniwa, czy co?” – przez chwilę zastanowił się i powstrzymał od działania. Wkrótce jednak gwałtowniej rozszerzył nogi oblubienicy anielej i trzymając ją za uda zrobił to, czego nawet nie spodziewał się, ze umie robić. Narzeczona wiła się pod nim w sposób, który ocenił jako profesjonalny: z grymasem strachu, upokorzenia i bezsilności na twarzy zalanej łzami. I całkowicie bezradna, co wprawiło Anioła Miłości w chwilowy, wyśmienity nastrój.

***

Kiedy powoli zaczynało docierać do Anioła Miłości, co się stało w nocy, uczucie niesmaku, które miał i tak w ustach, uległo gwałtownej intensyfikacji. Jego wyśmienity nastrój uleciał bez śladu i zamienił się w nastrój mizerny, wręcz „chojowy” i posępny. Do takiego stopnia, że ogarnęły Anioła Miłości mdłości, a ból brzucha stał się nie do wytrzymania, tak, że puścił orła na dywan tudzież coś niefortunnego uczynił z tym ptakiem. Dotarło do Anioła, ze wskutek niegodnej prawdziwego mężczyzny prowokacji złamał całkowicie a nieodwołalnie przysięgę z I komunii. Bo palił już w podstawówce. Mała pociecha, ze nie tytoń, lecz marychę – skoro palił ją w skrętach. W papierosach po prostu, do których odnosiła się przysięga. Wprawdzie wódki w postaci czystej nie pił, lecz pił piwo. A jak dowiedział się od księdza w niedzielę na mszy, „piwo to taka rozcieńczona wódka”. Pił piwa dużo to i tej wódki nazbierało się Aniołowi. Całą swą dumę życiową i miejsce na osiedlu Anioł czerpał z tej wstrzemięźliwości seksualnej, która zbliżała go w oczach kolegów do grona admiratorów poseł Grodzkiej.

„Nic innego mi nie pozostaje” mruknął do siebie Anioł. Zapukał o drzwi Komisariatu osiedlowego.

A w myślach układał sobie, jak sprawnie opowiedzieć o przebiegu gwałtu. O tym jak jakaś dziwka sprowokowała go, pozbawiła poczucia wolności działania i podstępnie wykorzystała wykorzystując mechanizm poczucia zależności płciowej i pierwotny męski popęd seksualny. O tym jak czuje się odarty ze wszystkich zasad i wartości, które czcił i szanował od urodzenia, co potwierdzić może proboszcz.

Na pocieszenie przypomniał sobie jeszcze historię Joki

„Nie byłem pierwszy” – dodał z satysfakcją w myślach.
I nacisnął klamkę.
I wkroczył do królestwa sprawiedliwości

Motywacja 2013-04-25
Szef dwoił się i troił.
„Jeszcze tylko cztery tygodnie pracy po czternaście godzin dziennie i uda nam się, moi kochani, ukończyć projekt. W terminie. Sam Prezes Firmy nas doceni”.
Pracownicy byli szczęśliwi, bo każdy członek zespołu wolał spędzać czas w Firmie ze swoim Szefem niż z nowo poślubioną żona w ciąży czy z dziećmi. Dla zachowania pozorów prywaty i niechęci do pracy niektórzy jednak pytali:
„Ale skoro pracujemy zamiast ośmiu godzin dziennie – czternaście godzin i pracujemy w soboty i w niedziele już od pół roku, to co my z tego będziemy mieć?”
Szef stanął na wysokości zadania i wyjaśnił:
„Zadbałem o wasze interesy. Każdy z was dostanie jednorazową premię wysokości dwustu procent wynagrodzenia. Nadto dwadzieścia procent podwyżki pensji zasadniczej. No i gwarancję zatrudnienia. Zwłaszcza to ostatnie jest ważne, bo mamy kryzys i w innych firmach zwalniają”.

Pracownicy z aprobatą nadstawili uszy W ciszy nikt się nie poruszył Nie zaszeleścił nie zaszeptał nikt nawet w miejscu nie zadreptał. Wszyscy czekali oczy w szefa wlepiali Słychać było pomruk aprobaty z oddali. I, dając wyraz ukontentowaniu, przystąpili do pracy natychmiast. Pracowali zespołowo stymulując się wzajemnie w myśl zasady: „On może? To ja mogę więcej”. Nie zauważali i tym bardziej nie zważali na koleżanki i kolegów odwożonych karetkami pogotowia na OIOM z uwagi „kontuzje” mięśnia sercowego. Zresztą te koleżanki i ci koledzy wracali do pracy od razu po odzyskaniu przytomności, tak, że ich nieobecność w pracy nie była zauważalna.
Zresztą zespół podczas pracy prawie niczego nie zauważał. Nawet tego, ze spotkanie z Prezesem Firmy odbyło się ze znacznym uchybieniem terminu przeznaczonego na wytężoną pracę.
Prezes podziękował wszystkim za wytężoną pracę. Uścisnął łapkę Szefowi i wybranym pracownikom. Dał po kwiatku dziewczynom. Wręczył kilka premii uznaniowych dla bliższych i dalszych kolegów Szefa. Obiecał rozważyć wypłatę wynagrodzenia za nadgodziny. Zapowiedział restrukturyzację zatrudnienia z uwagi na kryzys.
Zapytany o premie dla wszystkich pracowników i podwyżki odparł:
„Nikt nie zwracał się indywidualnie o zmianę warunków zatrudnienia” I – potem – jakby z żalem dodał: być może sami będziemy musieli podjąć stosowne kroki w kwestii zatrudnienia.
Zdementował też pogłoski o braku redukcji. Ponieważ – jak stwierdził -Projekt został ukończony, nie ma potrzeby, by zatrudniać dotychczasową liczbę pracowników.



Błędne ogniki 2013-04-22

To, że zwierzęta są naszymi braćmi mniejszymi – nie przeszkadzało mi. Ani to, że cierpią i odczuwają zupełnie jak my, też nie przeszkadzało. Wyrzuty sumienia narodziły się dopiero wtedy, gdy zobaczyłem film.

Obrazy z tego filmu prześladowały mnie, kiedy niosłem na plecach gaśnicę. Prawie uniemożliwiały działanie.

Na tym filmie bohaterski młody człowiek ratował z rwącej rzeki owieczkę. Owieczka nie umiała pływać i naprawdę niewiele brakowało, żeby wstąpiła do krainy zwanej Hadesem. Jednak ten młody człowiek, ryzykując swoim życiem, po wielkim wysiłku, z trudem, wydobył owieczkę ze spienionych odmętów. Owieczka, przestraszona, beczała żałośnie dziękując swoim owczym wzrokiem Wybawcy, co było pokazane na filmie na zbliżeniu.

Czułem się gorszy od tego człowieka, który pomógł owieczce, ponieważ on uratował życie zwierzęcia, a ja nic takiego nie robię. Wręcz przeciwnie: nałogowo (i z lubością) podpalam śmietniki, w których gromadzą się bezpańskie koty. By zaznały odkażającej mocy Boga Ognia. I te koty, ku mojemu zadowoleniu, nie zawsze zdążają uciec, co ogłaszają światu żałosnym, przegranym miaukiem. Tym, które uciekły płonącego śmietnika, też nie na wiele to często pomaga, jeśli przedtem to na nie chlusnąłem bezpośrednio benzyną. Z daleka, w nocy wyglądały jak „błędne ognie”: z tą różnicą, że nie na bagnach, lecz na warszawskim osiedlu. „Błędne ogniki” biegały, niemal bez celu aż w końcu wydawały ostatni miauk przed udaniem się na zasłużony kocio-bezdomny odpoczynek.

Kiedy nasyciłem oczy i uszy doznaniami i uciekałem z gaśnicą na plecach jak najdalej od płonącego śmietnika, nikt nie podejrzewał, że to ja stworzyłem cały ten spektakli sąd koci, a okrzyki „łapcie podpalacza” artykułowane przez bezpośrednich świadków są skierowane do mnie. Jak podejrzewać o podpalenie bieganego człowieka z gaśnicą? Zarazem, jak sobie pomyślałem, może moje wyrzuty sumienia byłyby większe, może uniemożliwiłyby mi działanie, gdyby…
Gdybym nie widział ostatnich kadrów z filmu o bohaterskim zbawcy owieczki. Tego, w którym występował wybawca owieczki, ściskając dłoń burmistrza – z medalem.
No i owieczka ogrzewająca po zimnej kąpieli zesztywniałe członki nad „błędnym ognikiem”.
Na ruszcie.

Walcz z rutyną! 2013-04-19
Rutyna jest nieodłączna towarzyszką życia. Wielokroć jej obecność jest mile widziana. Warto wpaść w rutynę przy wykonywaniu czynności nieprzyjemnych bądź negatywnie ocenianych: wtedy rutyna może minimalizować nieprzyjemne doznania. Czasem jednak rutyna może przeszkadzać. Najczęściej wtedy, kiedy „wkrada się” do sfery życia kojarzonej przez nas zwykle z przyjemnością. Na przykład do relacji i związków uczuciowych między dwoma osobami. Kiedy uczucie „motylków w brzuchu” i radosnej, wilgotnej ekscytacji zostaje zamienione na uczucie tasiemca w tyłu, poczucie marazmu i straty czasu.
W takiej sytuacji można albo poddać się marazmowi i tasiemcowi, co niektórzy czynią, albo z nim walczyć. Na rónzne sposoby, według swoich możliwości i umiejętności. Choćby poprzez małe urozmaicenie, które, odpowiednio dawkowane, nie zniszczy istniejącego związku, lecz – jeśli nawet nie pomoże związkowi– to pomoże Tobie. Bowiem nic nie odświeża lepiej kulawej relacji niż nowa, równoległa relacja z nowym i świeżym partnerem/partnerką.
To właśnie nowy równoległy partner/partnerka umożliwia Ci spojrzenie na nowo na swojego obecnego partnera/partnerkę. Możesz porównać i stwierdzić, ze z tym/tą byś nie wytrzymał/ła, a ten/ta nadaje się znakomicie do granej roli. Albo, że jedna osoba nadaje się do jednej roli, druga do drugiej roli, a obydwie funkcje są Ci niezbędne w życiu. No i zdobywasz, jakże ważne w codziennym życiu, poczucie wolności i niezależności: pozbywasz się ograniczającego nieuchronnie w wyniku związku emocjonalnego od jednej osoby. Stajesz się bytem uniwersalnym. Seks – albo z jedną osobą, albo z druga, albo w ogóle. Kino, teatr – z kim chcesz. Koncert, tankowanie samochodu – Twój wybór. Wybór w końcu należy do Ciebie. A przecież, o czym nie można zapomnieć, nie tylko realizacja potrzeb psychicznych jest ważna. Przecież zmienność partnerów/partnerek służy tak bardzo wzbogacaniu puli genowej, co niezwykle istotne jest dla rozwoju społeczeństwa i świata.
Myślisz, że nie ma jak. Nie ma kiedy?
Bzdury! Każdy zasługuje na odrobinę wolnego czasu tylko dla siebie. By rozwijać własną indywidualność, zawierać przyjaźnie, porozmawiać czy pobawić się ze starymi znajomymi.
Dowie się?
Nigdy nie będzie pewien lub pewna do końca a Twoja oddana postawa, względnie łzy, kwiaty, wspólna kolacja przechyli szalę zaufania na Twoją stronę. „Myślisz, że mógłbym spotykać się z kimś innym”?, „Co? O niego jesteś zazdrosny? Ty?” Słodkie kłamstwa i usprawiedliwienia mają to do siebie, ze słodko się w nie wierzy.
A jeśli nawet dowie się, to co? Przecież to tylko koleżanka/kolega/seks/stara znajomość. Liczysz się tylko Ty, kochanie
Prawda jest taka: Można być wiernym tylko jednej wybrance, Miłości, z którą nie spotykasz Rutyny
A im wcześniej sobie zdacie z tego sprawę, tym lepiej.
Być człowiekiem 2013-04-17
Sposób jak żyć, dostępny w codziennym życiu, można znaleźć łatwo, a każdy sposób jest dostosowany do jednostki, która tego sposobu poszukuje. Wielcy maja „wielkie” i sławne sposoby, ludzie prości, jak autor i większość czytelników – ma rozwiązania szyte na ich miarę. Jednym z takich sposobów dostąpienia i świętości i wyuzdania jest wygenerowanie w sobie dwóch postaw: „ja” uczciwego a poczciwego oraz jego przeciwwagi. Prawdziwą satysfakcję czerpie się nawet nie z bycia „złym” czy „dobrym”, ale ze zderzenia, kontrastu tych dwóch postaw. Większość z nas wykształciła w sobie tą umiejętność, dzięki czemu możemy, prawie w dowolnym momencie, przeżyć katharsis i dostąpić niemal łączności z Bogiem.
Kiedy kochająca żona/maż wraca z pracy – gdzie jest solidnym i szanowanym pracownikiem - do domu, do kochającego partnera/partnerki i dzieci, to zwykle, kochając i promieniejąc ciepłem oraz serdecznością przygotowuje posiłek dla domowników. Rozmowa, dzielenie się przeżyciami.
Do czasu, kiedy każdy z domowników zasługuje na odrobinę wolnego czasu. Tak tylko dla siebie, by rozwijać własną indywidualność, zawierać przyjaźnie, porozmawiać czy pobawić się ze starymi znajomymi.
Dziewczyny i chłopaki wybierają się do kina, na koncert, na ploty, do teatru. Ze starymi przyjaciółkami, tak, by nie budzić niepokoju lub zazdrości drugiej strony. Spotkanie ze znajomymi, przez pierwsze „razy” ekscytujące, staje się nudną rutyną z czasem. Starzy znajomi mają to do siebie, że są starzy, co wyjaśnia stosunek do nich normalnego człowieka.
Kto jednak jest w stanie stwierdzić, co ktoś robi ze starymi znajomymi. No nikt. Mój przyjaciel, przypadkowo spotkany, zapytany przez moją ówczesną dziewczynę podczas wieczornego spaceru, czy umówił się dziś ze mną, utrzymywał, ze właśnie jestem u niego, a on wyskoczył tylko dokupić piwa. Szkoda tylko, ze wersji nie można było zweryfikować korzystnie dla mnie, bo spotkałem i jego i moja dziewczynę, z którą miałem randkę w tym samym czasie, od razu po tym jak skończyłem parkować samochód, którym z nią przyjechałem. Tzw. „spotkanie ze znajomymi” drugiej połówki powinno kojarzyć się każdemu rozsądnemu czytelnikowi z nieskrępowaną zabawą z niekoniecznie starymi znajomymi, ewentualnie – tylko z nieskrępowaną więzami libertyńskiej moralności zabawą. Jest postawa godna szacunku, bo po co narażać udany związek tylko z powodu seksu, który jest jak obiad: jesz go raz w domu raz na w barze i nikt nie ma i nie powinien mieć o to pretensji.
Zresztą, by osiągnąć stan równowagi, nie trzeba koniecznie wychodzić zbyt często z domu do „starych znajomych”. Wystarczy aktywność internetowa, kilka kont na portalach randkowych A jeszcze lepiej na portalach erotycznych, gdzie można zamieszczać pod pseudonimem nagie niezbyt wybredne zdjęcia całej osoby lub najważniejszych części tej osoby. Trzeba tylko uważać, żeby zbytnio a niepotrzebnie nie podkręcać atmosfery w nieprzeznaczonym do tego czasie. I zawsze wylosowywać się z facebooka czy innych portali. Wszystko po to, by w Wigilie czy jakieś inne święto rodzinne, zamiast strony partnera/ partnerki nie ukazała się nasza własna strona z wiadomością od wspólnego znajomego z pracy "widoku twojej ci.ki/ku*ski nie zapomnę do końca życia"…
Jedność myśli, słów i uczynków jest ideałem. Ideałem, do którego należy dążyć. Nie można jednak przesadzać w tym dążeniu, na co wskazywał już i Chrystus i Budda, ponieważ, jeśli osiągniemy ideał (jedność) nie będziemy mieli do czego dążyć i nasze życie będzie tym samym pozbawione sensu. Zostaniemy uwikłani w marazm doskonałości, z którego można będzie uciec „do piekła”, wybierając, zamiast dobra, „to gorsze”, czyli czyste zło. Zatem nie bądźmy od razu za dobrzy, żebyśmy nie musieli w pewnym momencie doskonałości wybrać, z premedytacją, zła. Lepiej jest dążyć do świętości i zyskiwać aprobatę otoczenia, niż być niemal od razu świętym i męczyć się tylko w tym idealnym stanie.
Jeśli więc to Twój partner/partnerka jest zimny/a i stanowczy/a w swoim pragnieniu wolności ideklaruje Ci, że wychodzi na „spotkania ze starymi znajomymi”, Ty nie musisz tego robić. Deklarować. Zapewniam, ze i czasu jest dość na wyjście i powrót i przyjemność ze spotkań nie mniejsza
Sekrety 2013-04-15


Wszyscy mamy jakieś sekrety. Aby mieć sekrety posiadamy określone umiejętności, dzięki którym bronimy te sekrety przed ciekawością innych. Możemy nie patrzeć się w oczy, nie odpowiadać na pytania, doskonalić zimną krew, umiejętności związane z self monitoringiem czy po prostu – kłamać. W ciągu roku kłamiemy około 1500 razy, co daje kilka kłamstw dziennie. W ciągu życia człowiekowi podobno udaje się skłamać ok. 90 tys razy, z tym zastrzeżeniem, że niektórym więcej. Częściej kłamią mężczyźni, kobiety kłamią rzadziej, ale skuteczniej. Najczęściej kłamią osoby starsze.
Każdemu pracownikowi jest miło, kiedy spotka, gdziekolwiek, szefa. Przecież wiadomo, że władza pociąga, a ten kto ma władze jest pociągający.
Każda koleżanka w pracy jest ładna, „pięknie dziś wygląda” i zresztą to żadna nowość – jak zawsze. Wszyscy w pracy solidnie pracują, jeśli ktoś wychodzi, to tylko w sprawach służbowych.
Kiedy jesteśmy gośćmi u kogoś, wszystko smakuje wyśmienicie, wizyty u kogoś są niepowtarzalne, bo gospodarze „potrafią stworzyć taki unikalny klimat”.
Nowa dziewczyna kumpla pasuje do niego jak druga połówka jabłka, i „byli sobie przeznaczeni”.




I tylko ustawodawca szykując zmiany w Kodeksie Karnym i Kodeksie Ruchu Drogowego beznamiętnie ustanowił nową normę: „Za śmiertelne potrącenie emeryta mającego więcej niż 67 lat będą odejmowane punkty karne...”. Zupełnie jakby chciał przywrócić pożądany porządek społeczny.
Predystynacja 2013-03-11
Są różne formy i przejawem predestynacji. Ludzie są powoływanie do pełnienia w ramach porządku naturalnego, różnych ról w społeczeństwie i w życiu. Nie są powoływani „po równo”: sposób powołania zależy od Boga, losu i przypadku. Do posiadania dzieci są powołane istoty nie dość, że zdolne do podjęcia tego ciężaru biologicznie, to z silnie rozwiniętym instynktem macierzyńskim.
Jednak także do posiadania potomstwa trzeba być wybranym. Przez Boga, a potem, po spełnieniu tego pierwszego warunku, przez partnera, z którym postanowiliśmy posiadać potomstwo. Inaczej nie da rady. Bardzo dobrze wie to i Matka Madzi z Sosnowca liczne rzesze samotnych matek z całej Polski, nie wspominając już o mężczyznach nie będących świadomych swojego ojcostwa, ani nawet personaliów przygodnych partnerek, z którymi mieli – okazjonalnie - przyjemność.
Tymczasem zwolennicy metody zapłodnienia in vitro próbują wmówić innym, posługując się przemocą intelektualną, że jedyne czego chcą, to pomoc bezpłodnym parom. Wskazują na prawo każdej rodziny do posiadania własnego potomstwa, którego to prawa odmawiają – wg nich- hierarchowie katoliccy, sprzeciwiający się in vitro.
Problem z akceptacją metody in vitro jest jednak głębszy: metoda ta narusza prawo naturalne, odbierając człowiekowi na najwcześniejszym etapie rozwoju godność oraz prawo istnienia. To właśnie dlatego buntują się przeciwko tej metodzie hierarchowie katoliccy, odmawiając uznania przymiotu istoty ludzkiej w zarodku „stworzonym” metodą in vitro. Tradycyjne poczęcie i urodzenie nie odziera natomiast z założenia z godności, lecz może dziać się to dopiero po rozpoczęciu przez jednostkę życia w społeczeństwie. Niekwestionowane także jest, że sztuczne zapłodnienie można uznać za kolejną próbę - w imieniu prawa - zniszczenia rodziny. Oddziela się bowiem prokreację, dopuszczalną moralnie jedynie w podstawowej komórce społecznej (rodzinie), od tej podstawowej komórki społecznej. Obecny w zapłodnieniu pozaustrojowym czynnik techniczny, powoduje odczłowieczenie bardzo ważnych i z natury intymnych więzi ludzkich. Stanowi to wręcz przyzwolenie dla zdrady czy – wprost- do kontaktów pozamałżeńskich. To dzięki in vitro „własne” dzieci będą mogły mieć samotne kobiety czy pary homoseksualne, jak np dwie lesbijki z USA, Sharon Duchesneau i Candy McCullough, których przedłużanie rodu nie leży ani w interesie ogółu, ani w interesie doboru naturalnego (nie wspominając o dzieciach posiadających dwie „mamy”, dwóch „tatusiów”, albo „mame-tatę” w poniedziałki, środy, piątki).

In vitro może być sposobem na zaprojektowanie dziecka: pozornie takim, jakim wymarzyli go sobie jego rodzice – a w rzeczywistości niemalże według metod stosowanych w III Rzeszy. Żeby osiągnąć ten cel właśnie, najsłabsze embriony są bezlitośnie zabijane jeszcze przed umieszczeniem ich w łonie matki, by wyeliminować ryzyko przyjścia na świat noworodka z chorobą genetyczną. Warto wiedzieć, że na urodzenie jednego dziecka poczętego metodą sztucznego zapłodnienia przypada około 90 zabitych zarodków: nie jest to zbyt wysoki wskaźnik przetrwania, o czym mogą zaświadczyć specjaliści od wojskowości. In vitro nie jest metodą skuteczną: występują trudności w implantacji (tylko jeden na dziesięć zarodków wszczepia się w ścianę macicy), nieprawidłowości rozwoju embrionu, prowadzące do wystąpienia poronienia spontanicznego oraz uszkodzenia zamrażanych „nadliczbowych embrionów” (jedna piąta ginie w trakcie procesów za- i odmrażania). Nadto stopień skuteczności in vitro jest bardzo niski, ponieważ szanse na przeżycie embrionów wszczepionych do macicy i rozwinięcie się ich w prawidłowy płód ocenia się na około 15-20% (w warunkach naturalnych prawdopodobieństwo wynosi 60-70%).
Jednak jest pewien promyk nadziei dla osób, które zdecydowały się na metodę zapłodnienia in vitro, pomimo tych wszystkich konsekwencji przedstawionych powyżej: w wyniku zapłodnienia in vitro, według przeważającej opinii hierarchów kościelnych, nie powstaje istota ludzka. Zatem i zasada ochrony życia poczętego, tak eksponowana przy medialnym problemie aborcji, nie obowiązuje. Stad problem zapłodnienia in vitro można łatwo usunąć z drogi prawowiernego katolika, który na jakimś etapie swojego życia, zbłądził.
Wyznania z konfesjonału 2013-03-06

Jedynym i kompetentnym pośrednikiem między Bogiem a człowiekiem jest Kościół. Tylko poprzez sakrament pojednania czyli spowiedź ustną, którą należy czynić przed Katolickim księdzem, człowiek może otrzymać odpuszczenie swoich grzechów. Instytucja ma długa i godną tradycję: została wprowadzona do Kościoła na Soborze IV Laterańskim w 1215 roku. To właśnie w konfesjonale człowiek może pojednać się z Bogiem. Jak poprzez akt pokutny, polegający na wypowiedzeniu grzechów. Wtedy wysłannik Boga - ksiądz -dokonuje aktu odpuszczenia grzechów i robi to w autorytecie imienia Pana Jezusa Chrystusa.
Fakt spowiedzi niesie ze sobą jednak liczne niebezpieczeństwa natury moralnej. Przecież jednym z elementów tej instytucji jest żal za grzechy i obietnica poprawy. To właśnie może powodować niekiedy poczucie dyskomfortu. Na przykład problem sex-u przedmałżenskiego albo pozamałżeńskiego.
Co robić: nie spowiadać się? Spowiadać się, ale później, jak zbierze się więcej, żeby i siebie i klechy nie męczyć częstotliwością. Spowiadać się i iść w zaparte? Traktować jako półgrzech? No nie wiadomo…

Czasem sytuacja staje się kłopotliwa właśnie za sprawą duchownego, kiedy ten, wiedziony ciekawością duszpasterską i chęcią udzielenia sprawiedliwej pokuty dopytuje ile raz, z kim, czy było po bożemu i pouczając zarazem o grzechu sodomii.
Rzadko kto przecież prowadzi wykaz wszystkich stosunków i stosowanych technik…. No i to niezłomne pytanie:
„czy (owieczka) żałuje za grzechy?”

Zdarzają się wprawdzie osoby z tak dużą empatia, ze żałują, ale w większkości wypadków przecież fajnie było… Zatem – czego żałować?
W ten oto sposób przy spowiedzi łatwo nakłamać (nagrzeszyć) jeszcze więcej niż do czasu przystąpienia do niej. A jak człowiek w porę nie obejrzy się, tyko nakłamawszy, ze „żałuje i było niefajnie” przystąpi do komunii świętej, to grzech kwalifikowany świętokradztwa gotowy.
A przecież takich tematów niezręcznych, uznawanych za „grzech” Kościele katolickim, a za coś zupełnie innego w społeczeństwie – jest wiecej.
Postawy w życiu 2013-02-19
Życiem człowieka rządzą wartości, które nabył w procesie kształtowania jego osobowości. Jednymi z wartości uniwersalnych, wspólnych dla większej części społeczeństwa, są miłość i wierność. Ich przestrzeganie jest wzmacniane przez presję społeczeństwa, treść lektur szkolnych, kasowych filmów kinowych oraz – bezpośrednio - przez wielokrotnie wymuszane deklaracje, jak ta: „że ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską (…)”.
To może właśnie przez rozbudowany wachlarz zasad, których musimy przestrzegać w codziennym życiu spotykamy się z wieloma sytuacjami, w których nie wiemy jak zachować się. Zwłaszcza, kiedy odczuwamy sprzeczność pomiędzy tym co robimy, a tym co na ten temat wiemy. Skutkiem jest stan nieprzyjemnego napięcia nerwowego. Czasem zamykamy się w sobie, nie dopuszczamy do siebie głosu rozsądku. Albo i jest tak, ze u osoby, która odczuwa ten dysonans i pojawia się wręcz reakcja przeciwna, bo czuje, ze dysonans musi być zlikwidowany. Szybko i skutecznie.
Weźmy na przykład treść przysięgi małżeńskiej (albo narzeczeńskiej) w zestawieniu z kultem miłości czy popieraniem postawy wierności. Truizmem jest stwierdzenie, że miłość ewoluuje. Dobrze jak zamienia się w przyjaźń, a nie w niechęć czy nienawiść. Jednak nawet i w tym wypadku ślubowanie z przysięgi małżeńskiej może stać się źródłem potencjalnego konfliktu, dysonansu. Bo przecież uczuć nie można kontrolować a w miejsce jednego, które wygasło, wchodzi inne. Już w tym momencie ofiara katolickiego systemu indoktrynacji – ta, która „nie kocha” - przeżywa dysonans: bo nie kocha, choć ślubowała przed Wysłannikiem Boga, tj. księdzem, który ma wprawę w odbieraniu takich ślubowań. Nie kocha tego/tą, co powinna. Co gorsza, dysonans ten może powiększyć się –kiedy ten nieszczęśnik/nieszczęśnicka zakocha się w innym/innej.
Co wtedy? Czy należy dać prymat „wierności” w małżeństwie, w którym nie ma już miłości? Czy może należy wybrać prawdziwą miłość i wierność – ale nie małżeństwu, lecz właśnie miłości? Co jest wartością absolutna spajającą ludzkość: miłość czy wierność?
Cóż… wszystko zależy od człowieka i tego, jaką postawę wybierze

Metamorfoza 2013-02-19
Franka znowu zamknęli na dołku. Za pobicie i ciężkie uszkodzenie ciała. Tragedia to była dla niego, bo Franek bardzo chciał zostać pacyfistą. Taką jednostką dążącą do pokoju i potępiającą, tez werbalnie, wszelkie wojny. Pragnął pokoju między narodami. I żeby te narody wszelkie konflikty rozwiązywały bez wojny: bo nie ma dobrej wojny i każdą należy potępić. Tak samo chciał, żeby było między ludźmi. Żeby nie bili się, nie używali bejsboli, nie popychali. Nawet nie obrażali.
I za każdym razem, kiedy Franek by na najlepszej drodze do zostania pacyfistą, cos mu przeszkadzało. A to za głośna impreza u sąsiadów, a to menel grzebiący w śmietniku, a to kontroler biletów w autobusie domagający się okazania biletu za przejazd.
Albo, jak ostatnim razem, zwykli chuligani, którzy patrzyli się na Franka nieprzychylnie. Tak nieprzychylnie, że Franek nie wytrzymał, wyszedł z nerw i wyraził w stosunku do nich swoje uczucia. Aż policjant na komendzie powiedział:
-Znowu to samo?
- Znowu
- Ale musiałeś okładać go koszem na śmieci jak leżał? Popatrz, zębów nie ma prawie wcale…
- Musiałem.
- A co Ci zrobiła jego dziewczyna?
- Pyskowała
- I dlatego złamałeś jej rękę?
-Nie
- A dlaczego? Przecież miałeś być pacyfistą…
I wtedy do Franka dotarło, ze pacyfiści to są ludzie wzięci z innej planety. Nie rozumieją, że jakby nie było silnego ruchu oporu przeciwko złu, to nawet taki pacyfizm by nie istniał. Co to znaczy pacyfizm? Nawet nie protestują ostro, że w ciemnych krajach arabskich kamieniują kobiety, które poszły z kochankiem do łóżka. Co najwyżej kwilą nieśmiele. Krzyczą na demokrację, a jakoś nie krzyczą na rzeczywiste, twarde dyktatury.
I dotarło do Franka to, że działania takie są w istocie pogardą dla człowieka. Już nie chciał dłużej żyć pospiesznie, niedbale, powierzchownie, partacko. Nieświadomie. Postanowił zawrzeć pakt z życiem: żeby nie przeszkadzać sobie wzajemnie.
Zrozumiał, że jeśli sam nie zacznie walczyć ze złem i przeciwstawiać się mu, nikt za niego tego nie zrobi. Bo ważna jest praca organiczna, u podstaw kaczego członka społeczeństwa.
I dlatego Franek dumnym milczenie zbył resztę pytań policjanta. Bo nie ma sensu gadać z kimś, kto nie chce zrozumieć
Łańcuszek szczęścia 2013-01-23

Chodziła Gienia do kościoła często. Codziennie. Niektórzy, nieżyczliwi jej, mówili, że chodziła kompulsywnie. Ale przecież nie mogła dopuścić, żeby msza święta o szóstej rano odbywała się bez niej. Zwłaszcza, że miała o co modlić się: zdrowie, szczęście rodziny, żeby mąż zarabiał i był wierny, żeby na pól litra chleba codziennie starczyło. Przychodziła zatem do kościoła na długo jeszcze przed rozpoczęciem mszy, żegnała się soczyście kreśląc na ubraniu znak krzyża ręką namoczoną obficie w wodzie święconej i całowała żarliwie krucyfiks. Zwłaszcza całowanie krzyża wzbudzało w Gieni wzniosłe odczucia: uznała ten pocałunek za symbol miłości i zbawienia, które oferuje nam Pan Jezus.
Czuła się wtedy chyba tak jak oblubienica Jezusa, tabemacula Christi.
Chciałaby – tak sobie w chwilach wyzwolonej fantazji wyobrażała - niczym Święta Magdalena dei Pazzi biegać w szale po kościele i wołać „Miłości, miłości, miłości... tego już za wiele", by na końcu zerwać z siebie odzienie i oddać się cała Bogu. Albo jak zakonnica Agnes Blannbekin, która prawie od dziecka zafascynowana niepewnym losem najświętszego napletka, delektować się całym posiłkiem z napletków. Tuż po komunii, ten cudowny napletek na języku – jak wynika z historycznych przekazów - okazuje się dla niej bardzo słodki. Życie, toczące się od szóstej rano jednego dnia do szóstej rano dnia następnego byłoby bajką, gdyby objawy, które Gienia żywiła co do tego, czy rzeczywiście jest „oblubienicą Chrystusa”.
Czas pokazał, że obawy jej były w tym względzie płonne. Na początku cudu odkryła, że jej język stał się biały. Jakby pozostały na nim resztki hostii, jeszcze z zeszłego dnia. Albo po zsiadłym mleku. Z tą jedynie różnicą, ze trochę ten język bolał i był taki, jakiś… „nieswój”. Dalej pojawiły się na policzkach śladowe ilości białego nalotu. To też nie przeraziło Gieni, bo była osobą głęboko wierzącą, a osobę głęboko wierzącą, jak wiadomo, niełatwo przerazić. Z dnia na dzień jednak było gorzej i zaczęła czuć w ustach dziwny smak. A właściwie – niesmak. I już zdecydowanie, zarówno policzki jak i język, bolały.
„Nic dziwnego” - pomyślała Gienia – „Miłość czasem boli, bo nie ma miłości bez cierpienia”.
Gienia, po wystąpieniu pierwszych bolesnych objawów łaski boskiej – jak to interpretowała - tym gorliwiej poczęła chodzić do kościoła, moczyć prawicę w wodzie święconej i całować krzyż. Wiedziała, że co jak co, ale łaska boska jej pomoże, a na pewno nie zaszkodzi. Tak było i zawsze i od pokoleń. Jej żarliwości nie zdołał pohamować nawet fakt złuszczenia nalotu, który odsłonił zaczerwienione, zaognione zapalnie miejsca, niezwykle bolesne. Dla postronnego obserwatora wydawać się mogło, że ten ból wzmaga tylko oddanie i gorliwość Genowefy. Występujące następnie uczucie suchości w jamie ustnej przypisała Gienia wpływom kontynentalnym i suchości powietrza. Pękania kącików ust nie zauważyła, a za nieprzyjemny zapach winiła kaszankę i pasztetową, którymi karmił ją, ze względów ekonomicznych, mąż.
Gienia nie przejmowała się też tym, że w miarę upływu czasu zmienionych (chorobowo) miejsc było coraz więcej. Nie raził jej ani linijny rumień dziąsłowy, ani bolesne i coraz głębsze pęknięcia w kącikach ust. Co więcej, coraz liczniejsze uszkodzenia błony śluzowej, w tym nadżerki i owrzodzenia - zaczęła traktować nie jako objaw choroby, lecz jako stygmaty: miało ją to upodabniać, oblubienicę boską, do Jezusa właśnie, bo on też – w jej przekonaniu – cierpiał za wiarę i był gotowy do najwyższych w imię wiary poświęceń. Tym gorliwiej jedynie modliła się i całowała krzyż. Na wieść o błogosławionym stanie Genowefy, teraz już prawie oficjalnie oblubienicy Jezusa, inni parafianie i parafianki zintensyfikowali modlitwy, uczęszczanie do kościoła, całowanie krzyża, ofiary na tacę. Wszyscy, tak jak i Genowefa, oddawali się łasce Chrystusa i poddawali Jego woli, licząc na wyróżnienie, którego dostąpiła Genowefa.
I rzeczywiście – na efekty nie musieli długo czekać! Wkrótce u wszystkich niemal parafian wystąpiły objawy „komunijnego zdrętwienia języka”, a stygmaty – w postaci ropiejących wrzodów i niegojących się ran - zaczęły zdobić usta i wnętrza policzków wiernych. U niektórych nawet, co traktowano jako szczególny wyraz łaski, stygmaty przeniosły się na narządy rodne. U wybranych mężczyzn pojawiły się na członkach małe czerwone kropeczki a skóra lekko spuchła. Kropki te, na początku swędzące, potem robiły się czerwone i zaczynały piec. Na końcu pojawiał biały nalot o nieprzyjemnej woni. Błogosławione kobiety natomiast odczuwały intensywny świąd i pieczenie oraz ból podczas realizacji obowiązku małżeńskiego, nie wspominając o obfitej twarogowatej wydzielinie. Wszystkie te „błogosławione” objawy wierni tłumaczyli faktem boskiego poparcia dla kościoła w określaniu prawie wszystkich stosunków małżeńskich jako grzeszne, w szczególności tych, które dawały małżonkom przyjemność
Kto wie, ile czasu – i jaki zakres- osiągnęłoby błogosławieństwo parafian, gdyby nie okresowe badania kontrolne, którym jeden z ministrantów z powołania, a prywatnie początkujący kelner, musiał podać się. Wyszło mu, ze cierpi na grzybicę jamy ustnej, którą wywołuje drożdżak Candida albicans. To właśnie on odpowiedzialny był za występowanie „plam komunijnych”, tj białawych plam o wyglądzie ściętego mleka na błonie śluzowej, a także nadżerek i owrzodzeń., nie wspominając o linijnym rumieniu dziąsłowym, środkowym romboidalnym zapaleniu języka, a w kącikach ust – nadżerkach i bolesnych pęknięciach. Obecność candida albicans. została potwierdzona u wyrywkowo przebadanej grupy parafian. Powszechność zarażeń u wiernych wyjaśniono – wbrew sugestiom niektórych – nie wpływom szatana, lecz tym, ze każdy człowiek ma odrębną florę bakteryjną. Powszechnie całowany krzyż nie jest wprawdzie – jak wskazał przedstawiciel SANEPIDU - jakimś szczególnym siedliskiem bakterii i zalążkiem epidemii, lecz rytuały wywodzące się z dawnych czasów mogą dziś być pod względem zdrowotnym niebezpieczne.
Światły proboszcz kierujący parafia uznał, że przetarcie krzyża tkaniną nasączoną alkoholem powinno rozwiązać problem.
Pani Gienia nie uznała jednak wyjaśnień za trafne i dalej obnosiła się ze świadectwem łaski bożej, całując krzyż po staremu.
Powrót do domu 2013-01-18
Powrót do domu ma w sobie coś oczyszczającego. Świadczy o tym, że jakieś miejsce osoba powracająca uznaje za najbardziej odpowiednie do stałego przebywania. Za najbezpieczniejsze i za najlepsze. Dopiero w chwili powrotu można poznać jak duże dane miejsce ma znaczenie dla danej osoby: zwłaszcza, kiedy osoba ta, żeby wrócić zmaga się z przeciwnościami. Paradoksalnie, właśnie ten wysiłek włożony w proces powrotu wskazuje na siłę – i jest miernikiem tej siły – związku jednostki z danym miejscem. Miernikiem tym może być też siła oczekiwania na powrót jednostki, wyrażana przez najbliższych. Alkohol i upojenie alkoholowe pomaga w zbadaniu stopnia przywiązania jednostki do domu, bo przecież stan pijanego człowieka jest stanem naturalnym, ponieważ wtedy ujawniają się wszystkie marzenia i skłonności człowieka (Konfucjusz).
Czasem jest tak, ze istnieje niezłomna wola powrotu do domu, lecz sił witalnych brak. Jeden z internautów, wspominając ten stan, opowiada:
„(…) kiedyś jak wróciłem z imprezy to rodzice musieli do szpitala jechać żeby mnie odebrać z powodu nadwyrężenia zdolności motorycznych”
Niekiedy starcza nawet sił na powrót, lecz osoby trzecie, zawistne o przywiązanie jednostki do pieleszy domowych, utrudniają ten powrót. Tak było w przypadku tego osobnika:
„A ja sobie ostatnio wracam z imprezy. Jak gdyby nigdy nic idę po schodach i nagle mi jakiś ch*j na rękę nadepnął. Długo nie mogłem się po tym pozbierać. Czuł i ból i upokorzenie i złość. Chciałem gonić sprawcę, ale uciekł, zanim podniosłem się do pionu”.
Niektórym udaje się otworzyć drzwi domu, lecz, jak się okazało, kłopoty na tym nie kończyły się.
„Po wejściu do mieszkania, dziwnie zawirowało mi się w głowie i znalazłam się na podłodze, nie chcąc ryzykować ponownego upadku, szłam do łazienki na czworaka. Usłyszałam kroki i wrzask maminy co ty robisz na podłodze!!!
odpowiedziałam: soczewki szukam”.
Po czym ta osoba wyjaśnia: „Wszystko byłoby ok, gdybym jeszcze miała problemy ze wzrokiem”.
Zdarza się, ze w niektórych rodzinach nie obowiązuje zasada domniemania niewinności, czy zasady wywodzące się z reguły demokratycznego państwa prawa (nullum crimen sine lege, nullum crimen sine lege praevia, nullum crimen sine lege stricte). Osoby wywodzące z takich domów bez oporów wyznają coś w rodzaju: „kiedy wracałem z imprezy, matka mnie biła pasem po ryju” albo „nie otwierała mi drzwi po 22 i musiałem spać na klatce”
Bywa jednak i tak, ze udaje się komuś trafić do domu, trafić kluczem do dziurki od klucza, wstukać kod do domofonu, nawet położyć się do łóżka. Co z tego, jeśli po tym wszystkim, kiedy „(…)udało mi się trafić do wyra, to wstaje rano i myślę "Ku*** co tak mokro?" Jak się dowiedziałem okazało się że w środku nocy wstałem , zlałem się na wyro i z powrotem położyłem , podobno w śnie , ja tam tego nie pamiętam”
Dom zawsze kojarzy nam się z własnym miejscem na ziemi, ciepłem, bezpieczeństwem, rodziną, miłością, przyjaźnią, zaufaniem. Z tym co dobre. Z miłością, zrozumieniem, tolerancją.
Szanujmy Dom i Wracających o Domu Pielgrzymów.
Prezentacja 2013-01-18


Temat „Moje wymarzone urodziny”, jak Wiesław zatytułował swoje zaliczeniowe wystąpienie wydawał się wymarzony dla prezentacji umiejętności nabytych na przyparafialnym kursie obsługi programu Power Point podczas realizowanego ze wsparciem Ministerstwa Edukacji Narodowej programu aktywizacji zawodowej bezrobotnych i biernych zawodowo osób z Dzielnicy Ochota, w szczególności młodzieży z wielkich blokowisk.
Wiesiek zaczął zgodnie z planem:


„Mam 21 lat. Przeżyłem już wiele swoich urodzin. Były one raz obchodzone hucznie, a raz trochę mniej, ale za każdym razem było bardzo fajnie”
Na chwilę przerwał, żeby zorientować się, czy zgromadzenie słuchają go. Ukontentowany kontynuował, prezentując kolejne slajdy:
„Moje wymarzone urodziny byłyby zorganizowane w jakimś lokalu. Zaprosiłbym dużo gości. Byliby to moi koledzy oraz koleżanki. Razem bawilibyśmy się, tańczylibyśmy i gralibyśmy w gry. Nikt nie narzekałby na nudy. Byłby szampan, który wypilibyśmy później.”

I wtedy do niego To dotarło. Choć nie przerwał zaplanowanej prezentacji, to myślał o Tym coraz intensywniej.

Że w życiu chodzi o co innego. Ze w życiu chodzi o to, żeby być autentycznym. To znaczy szczerym, niekłamanym, prawdziwym.
Dotarło do Wieśka, że większość młodych ludzi jest autentyczna. Może i czasem „młodzi” uciekają w przybieranie masek, ale większość czasu są jednak tym, kim czują, że są. Dopiero później w życiu zaczyna się przybierać różne profesjonalne maski na życie, myśląc, że właśnie o to chodzi w życiu: o zatracenie tej autentyczności, kiedy ktoś wchodzi w ten wiek brania odpowiedzialności za siebie. A wszystko to w imię rodziny (świeżo założonej), sukcesu i powodzenia życiowego. I że to wszystko powoduje tzw. „wypalenie zawodowe” i niechęć do życia.

Dlatego zmodyfikował plan wystąpienia już w trakcie uzupełniając prezentację o fotki naprędce a spontanicznie znalezione w sieci.
Kończąc prezentację – znacznie przedłużona w wyniku dbania o zachowanie autentyzmu - dodał, wieńcząc wystąpienie dużą dawką wspomnianego autentyzmu i uzupełniając je o obraz finału urodzin - „(…) i wtedy właśnie trzy dwunastoletnie Tajki zlizywały resztki białego proszku z (…)”.
Po czym spojrzał wnikliwie na zgromadzonych, zastanawiając się na jaką notę oceni jego wystąpienie Komisja.


Nie wstydź się swoich marzeń! 2013-01-04
Sex dla każdego mężczyzny jest ważnym aspektem życia. Pierwsze przeżycia, pierwsze doznania. Ten elektryczny dreszcz przenikający całe ciało, kiedy ukochana osoba jest w pobliżu. Blisko nas. Intensywność tych uczuć przemija u niektórych z czasem, lecz u niektórych, u prawdziwych samców, pozostaje niezmiennie silna. Tak jak u Ryśka Taksówkarza.
Rysiek wielbił kobiety. Stale. Nie tylko w Walentynki. Czuł potrzebę ich poznawania. Ciągle i ciągle.
Zresztą dobrze mu to wychodziło.
Może to przez aurę bohatera i społecznika, która go otaczała?
Bo przedstawiał się publicznie, znajomym i nieznajomym, jako bohater, który wielokrotnie ratował niewiasty przed okrutnym gwałtem. Był często najbliższym świadkiem usiłowań zmuszania niewiast do poddania się czynności seksualnej, ponieważ codziennie przemierzał wieczorem, w drodze do domu i sklepu, odludny park, w którym takie zdarzenia miały miejsce.
Czasem tylko, po piątym piwie, w gronie zaufanych znajomych, na pytanie jak udało mu się dokonać tylu bohaterskich czynów, mruczał zagadkowo w obcym języku:
„- Ehhh … ten j...ny selfmonitoring”
Po czym dodawał, niby bez związku, acz z niechęcią:
„-p….dolony narzut kulturowy”
Z czasem, kiedy włos u Rycha stał się rzadszy, a brzuch większy, Rychu coraz rzadziej doznawał tych elektryzujących wzruszeń w objęciach bogdanek. Nie pomagały mu ani sława bohatera, ani liczne grono znajomych, którego dorobił się wykonując prestiżowy zawód taksówkarza. Nawet te, które zainteresowały się nim na poważnie – czy to ze względu na wypity alkohol, czy to z uwagi na sławę lub inne walory wewnętrzne – bez powodu opuszczały go. Skarżąc się przy tym na kontrolowanie ich telefonów komórkowych, bilingów, sms-ów czy skrzynek meblowych. A jeszcze niedawno, same albo „te wcześniejsze”, „chciały go mieć na wyłączność”, nie lubiły jego przyjaciół, robiły awantury, kiedy wracał za późno z pracy, która przecież z założenia nie pozwalała mu na przewidywalny tryb życia.
I coraz częściej chodził samotnie Rychu przez park, szukając pocieszenia w otaczającej przyrodzie. Czasem spotykał samotnych spacerowiczów: staruszki, zapracowanych mężów czy wracające z imprez nastolatki.
I kto wie, może musiałby zapomnieć o tym „elektrycznym dreszczu przenikającym całe ciało” w momencie, kiedy poznawał nową atrakcyjną dziewczynę…
Gdyby, oczywiście, nie był przewidujący i nie nosił ze sobą paralizatora.
To znacząco zwiększało, jak pokazują policyjne statystyki, jego szanse na sukces przy poznawaniu interesujących go kobiet.
Upływ czasu 2012-12-28
W nowoczesnym świecie liczy się efektywność. Chodzi o to, żeby wiedzieć jak osiągnąć cel minimalnym nakładem kosztów. Na wszelkiego rodzaju szkoleniach podkreśla się, że należy stosować metody niestandardowe. Takie, w stosunku, do których nie wypracowane zostały metody zaradcze. To ważne, ponieważ wiadomo, że powołanych do odniesienia sukcesu jest wielu, natomiast wybrani do odniesienia sukcesu, choćby z uwagi na ograniczenia systemowe, mogą zostać nieliczni.

Zawzięty Zbigniew wiedział. Na zebraniu jak na zebraniu: kto później przyjdzie, zajmie gorsze miejsce. Bardziej na widoku i wyjść niepostrzeżenie, choćby do toalety, trudniej. A wiadomo, że zebrania, zgromadzenia, konferencje, zjazdy i sympozja są, z roku na rok, coraz trudniejsze, bo konkurencja na rynku pracy też większa. Każdy chciał się wykazać, jak bardzo pojmuje, rozumie rzeczywistość biznesową, a nawet przewiduje jej rozwój. Zawzięty Zbigniew musiał brać udział w tych spotkaniach, bo bardzo liczył na awans. Wprawdzie kwalifikacji ku zmianie miejsca w hierarchii władzy nie miał, ale w braku pomysłu na metody niestandardowe imał się standardów: praktykował konformizm, potakiwanie, wazeliniarstwo. Raz nawet zrobił, po pijaku, laskę prezesowi-gejowi. Ale prezes też był pijany i nie pamiętał kto mu co zrobił. Czasem Zawzięty Zbigniew zastanawia się nawet:
„- A może to nie był prezes?”
I podejrzliwie rozglądną się po kolegach, którzy jednak mieli kamienny wyraz twarzy.
Nawet ślepej kurze trafia się ziarno czasem, tak i Zawziętemu Zbigniewowi udało się. Kiedy urwał się z pewnej konferencji do toalety na półgodzinne wypróżnienie – miał olśnienie. Niestandardowe. Po prostu musiał tylko wyrazić, ze ma dość. Nie wytrzymać.
To nie wytrzymał. Zaczął, zupełnie niestandardowo, okładać się pięściami. Walić głową w ścianę. Na koniec, nożykiem do cygar, poderżnął sobie żyły. I usiadł na muszli klozetowej - zakrwawiony, z powybijanymi zębami i pociętymi nadgarstkami, lecz jednak zrelaksowany i szczęśliwy -czekając na rozwój wypadków.
Wiedział, ze kolejna sprawa o mobbing zaszkodziłby bardzo firmie, gdzie korporacyjny etos pracy jest najważniejszy.
Tak bardzo, że stanowiło to podstawę dla Zawziętego do rozpoczęcia przetargu o zmianę stanowiska pracy. Był pewny awansu tym bardziej, że bardzo łatwo wywoływał u siebie poczucie krzywdy i niesprawiedliwości.
Kto wie, gdyby Zawzięty Zbigniew miał lepszy „timing”, może osiągnąłby swój cel. Jednak w piątkowy wieczór, kiedy każdy śpieszył się do domu i kochanki, nikt już nie korzystał z toalety. Dlatego też nikt nie chciał skorzystać z kabiny, w której zamknął się Zawzięty Zbigniew. Ani nie zdziwił się, czemu kabina jest zamknięta, ani tym bardziej nie próbował jej otworzyć.
Kiedy Zawzięty Zbigniew słabł coraz bardziej z upływu krwi w opuszczonym na weekend budynku dotarło do niego, że w buncie i ponawianiu beznadziejnych prób zmiany swej kondycji człowiek — zniewolony przez los — może znaleźć namiastkę wolności.
Ale… po co?

Dla każdego coś miłego 2012-12-27

Świat miał w historii swoje pięć minut, ale nie potrafił ich wykorzystać. Wprawdzie 21 grudnia 2012 r. udało się uniknąć na razie końca świata, ale z pewnością nie na długo, ponieważ groźba „straszliwego końca: wciąż wizi tak nad jednostkami jak nad społeczeństwami. Koniec jest nieunikniony, tak jak nieunikniony jest początek. Taka jest kolej rzeczy: nasz układ słoneczny też powstał z materiału dostarczonego przez dawny, wygasły „układ słoneczny”. Pozostaje nam zatem jedynie wybrać to, co jest najmilsze a najbardziej prawdopodobne. Wiadomo bowiem, że koniec końcowi nie równy, a „ile ducha tyle sił”: zatem może można na coś jeszcze wpłynąć, coś jeszcze zmienić, by pozbyć się tych elementów końca egzystencji, które są w naszej ocenie niekorzystne dla nas.

Wydaje się, ze najbardziej pożądany przez społeczeństwo, opinię publiczna i media jest jakiś spektakularny rodzaj końca świata, zbiorowy z założenia. Znaczy taki, żeby wszyscy razem zginęli, w sposób nieunikniony a ostateczny, żeby przedtem przestraszyli się, żyli w strachu w oczekiwaniu na ten koniec no i żeby – choć trochę – męczyli się.

Nie zostało jednakże zdecydowane jeszcze, a tym bardziej rozstrzygnięte przez znawców tematyki, czy definitywny koniec świata zostanie poprzedzony przez "przerażające wycie grzmotów". Oraz czy powtórne przyjście Chrystusa na świat poprzedzą, anomalie pogodowe gwałtowne wichury, „wielkie zamieszanie na całej Ziemi i gwałtowne wstrząsy, odczuwalne w wielu rejonach świata” (ojciec Pio).
Być może koniec świata poprzedzi wielkie zlodowacenie, które nastąpi w 3797 r. (Vangelia Pandewa Dimitrowa). Albo zgaśnięcie wszelkiego światła na Ziemi, znak Krzyża na niebie, a „z otworów, gdzie były ręce i nogi przebite Zbawiciela, będą wychodziły wielkie światła, które przez jakiś czas będą oświecać ziemię” (Faustyna).
Nie jest też wykluczone, ze na Ziemię spadnie – w sposób naturalny - "wielka kometa". Ta kometa przez dwa tygodnie będzie widoczna na niebie, zanim spadnie (Albino Reale).
Według przepowiedni Makedy, koniec świata nastąpi wówczas, gdy zwierzęta zaczną pocić się krwią, słońce i gwiazdy zaczną świecić na czerwono, na niebie ukaże się wielki krzyż. Jakby tego było mało na Ziemię ma zawitać sam Antychryst, który zginie jednak w wielkiej wojnie z siłami dobra, co nie raduje członków kultu Satana podważających tą przepowiednię.

Aby doczekać tego rodzaju końca świata, spektakularnego z założenia, należy zaliczać się do grona osób wybranych, predestynowanych. Większość istnień kończy się jednak w sposób mniej spektakularny.

Pół biedy, jeśli przyczyną końca świata całych populacji jest głód, który – będąc przyczyną śmierci, zwieńcza co dzień ok. 24 tys ludzkich egzystencji. W końcu fakt, że na świecie produkuje się żywności dla ok. 12 mld ludzi, a tylko o połowę mniejsze straty w zużywanej żywności mogłyby wykarmić dodatkowy miliard ludzi, nie wspominając już o kwestii żywności niszczonej dla podtrzymania cen czy zużywanej na karmę dla zwierząt – jest przyczyną publicznej debaty nt celowości śmierci z głodu wybranych populacji.

Podobnie, pół biedy jeśli „koniec świata” jednostki nastąpi jako następstwo brutalnego gwałtu, na przykład podczas podróży poślubnej do jednego z egzotycznych krajów (np. RPA). Ofiara może sobie pomyśleć, albo i nawet, jeśli jest odważna, powiedzieć sprawcy, ze to jej „koniec świata”. Lub w wyniku katastrofy samochodowej, jak ta w Grenoble lub w wyniku „wyślizgnięcia z kocyka”.
Gorzej jeśli koniec (świata) jednostki jest tak żałośnie zwyczajny: np. w wyniku zatrucia tlenkiem węgla w kąpieli w wyniku działania wadliwego piecyka gazowego lub niewłaściwie skonstruowanego przewodu kominowego.

A najgorzej jest wtedy, kiedy jednostka, oczekując na ten zbiorowy i spektakularny koniec świata nie ma świadomości tego, że jej Zycie staje się krótsze z każdą minutą oczekiwania. I że marnuje czas na to, co i tak otrzyma. Jak każdy. I że najwyższym przywilejem jest pozostać w tym procesie – odwrotnie niż w życiu społecznym – niewyróżnionym.
Kwestia gustu&#8230;. 2012-12-19
Po ukończeniu wieloletniej a wyczerpującej edukacji, tak po czterdziestce albo pięćdziesiątce, zaczynamy myśleć o usamodzielnieniu. O podjęciu stałej pracy zarobkowej albo nawet – ku ich zgrozie - o wyprowadzce od rodziców. Wiąże się to z rozwinięciem skrzydeł przez jednostkę, z karierą zawodową, sukcesami, gronem oddanych wielbicieli i wielbicielek, nie wspominając już o wymiernych efektach osiągniętego sukcesu. Większość z nas ma też swój wymarzony zawód. Niektórzy widzą się w garniturze szefa korporacji prawniczej, niektórzy w kitlu ginekologa, jeszcze inni – w sutannie proboszcza, wdzianku notariusza, a niektórzy po prostu, do których zalicza się autor, w uniformie – tym z szeleczkami - aktora filmów porno.
W podjęciu pracy zawodowej i w osiągnięciu statusu „pełnoprawnego” (tj zarabiającego na swoje utrzymanie) członka społeczeństwa kręci nas fakt obdarzenia przez najbliższe – i nieco dalsze – otoczenie społecznym szacunkiem i uznaniem, nie wspominając o pełnym szacunku sposobie prowadzenia z nami rozmowy w banku czy na poczcie. Niektórzy, zmierzając do maksymalizacji wspomnianych doznań, multiplikują posiadanie społecznie premiowanych cech (fetyszy). Nie poprzestają na podjęciu pracy zarobkowej wyłącznie, idą znacznie dalej: na przykład zakładają rodzinę. A potem, z czasem, ku uznaniu innych i wzrostowi znaczenia społecznego, reprodukują się, zaciągają kredyt, kupują mieszkanie i samochód albo rower. Lub spędzają w firmie „noce i dnie”, by pracodawcy żyło się lepiej i pracownicy byli szczęśliwsi, osiągając – dla siebie tym razem – stanowiska kierownicze, wysokie wynagrodzenie i zasłużone miejsce na drabinie „lizania”. Ciągle pracujemy nad tym, by stać się lepszym i lepszym. Każdego dnia. Niektórym udaje się – oczywiście z powodzeniem – łączyć funkcje prokreacyjne, rodzinne, zawodowe, a nawet pełnić funkcje publiczne, z którymi związane jest wysokie zaufanie społeczne. Na wszystko znajdują czas, potrafią dać innym szczęście. Przy czym swoje obowiązki (właściwie powinności) z różnych sfer życia rodzinnego, zawodowego i publicznego wykonują samodzielnie i z sukcesem, nie wyręczając się innymi i czerpiąc z nich dużo przyjemności i radości: dokładnie tak, jak jest to wymagane, by cieszyć się społecznym wizerunkiem osoby sukcesu. No i tak, by z powodzeniem zgromadzić wszystkie dostępne „fetysze”.
Tylko czy naprawdę tego chcemy?
Może warto zastanowić się, czy dążenie do samodoskonalenia ma swoje granice, czy tez może jest po prostu kolejnym aktem społecznej masturbacji, i że – w gruncie rzeczy – do niczego dobrego nie prowadzi? Jak to bywa z masturbacją, dzięki której jest może przez chwilę przyjemniej, ale … co z tego? Bo nic nie zmieni tego, ze z każdą minutą nasze życie kończy się ograniczając możność zrobienia tego, co jest konstruktywne, zamiast – jedynie eliminowania „błędów”.
Przecież zgromadzenie tych „fetyszy” to nic innego, jak zamkniecie się w społecznej klatce niemożności, z której nie sposób się wydostać. Bo pilnują nas schematy społeczne przypisane do wzorców społecznych, które naśladujemy, skutecznie kontrolując każde nasze zachowanie i pozbawiając elementów niepożądanej spontaniczności. Odnosząc „sukces” społeczny dprowadzamy do tego, że nasze życie poddane jest nieustającej kontroli: nie tylko w czasie pracy, ale też poza pracą. Bo jak pogodzić godność członka zarządu w światowej korporacji z wyrażaniem emocji podczas konfliktu o kolejkę w sklepie? Oczywiście gratyfikacją za utratę wolności otrzymujemy w dobrach materialnych i w „prestiżu” społecznym. Ale, czy naprawdę, gdybyśmy mieli świadomość, ze ubiegamy się o utratę wolności, decydowalibyśmy się na „karierę zawodową, „karierę rodzinna”, „prokreacyjna” – czy jakąkolwiek karierę, za która płacimy jedyną prawdziwą wartością, którą „mamy”. Może naprawdę wolnymi możemy stać się dopiero wtedy, ,kiedy wszystko stracimy. Albo przynajmniej odrzucimy.
Upadek 2012-12-07

Wąpierz Wiesiek nie mógł tego zrozumieć, jak to się stało. Niegdyś monstrum budzące postrach w okolicznych wioskach, używające publicznie i wielokrotnie co przedniejszych dziewic, zaś dziewic pośledniejszego gatunku, przechodzonych, używając co najmniej jednokrotnie - stracił zainteresowanie chędożeniem. Zresztą stracił zainteresowanie nie tylko chędożeniem, ale też wszystkimi ekscytującymi aspektami wąpierzego życia, które budzą tyle emocji wśród czytelników powieści i widzów filmowych. To, czym chlubiła się jego rasa stało mu się obce i zawadą, niczym narządy płciowe, którymi obdarowała natura osobę cierpiącą na „zespół dezaprobaty płci”. Przestał lubić przemoc, a na myśl o dręczeniu czy straszeniu niewinnych nachodziły go mdłości. Nie bawiło go ani upuszczanie krwi, ani nawet gryzienie w szyję. Ba – zapach krwi go nie nęcił, czuł już do niego wstręt. Zaczął preferować zapach pieczonego ciasta, a od woni świeżo utoczonej posoki wolał, z dwojga złego, aromat tak znienawidzonego onegdaj czosnku i cebuli. Przestał latać, wpierw „bez szmeru ni szustu”. A z czasem przestał latać w ogóle, bo przecież licencji pilota nie miał, a działać wbrew prawu zwyczajnie nie chciał.
Nowe upodobania Wieśka, same w sobie, nawet mu nie przeszkadzałyby, gdyby nie to, że … ludzie śmiali się niego. Z niego, wąpierza! Onegdaj krwiożercza bestia o rozbuchanym apetycie seksualnym i nieposkromionej żądzy tak chętnie witana w domach, gdzie mąż pracował do późna lub przebywał w delegacji albo na wojnie - teraz stała się obiektem drwin i niewybrednych a wyuzdanych prowokacji: tak seksualnych, jak całej gamy z innych dziedzin życia.
Koło domu wąpierza Wieśka codziennie przechodziły, niby przypadkowo, stada rozbudzonych seksualnie uczennic lokalnego gimnazjum, które – jak wnosił Wiesiek z ubioru – intencji oraz atencji swych wobec wąpierza nie kryły. Na nic zdały się pogadanki, które zainicjował Wiesiek przy współpracy proboszcza w lokalnym kościele, ani nawet wykłady, które osobiście wygaszał w zborze Świadków Jehowy. Gimnazjalistki nie dość, ze w dalszym ciągu paradowały pod jego oknami, z dorozumianymi zamiarami, które narażały go na groźbę odpowiedzialności karnej, to jeszcze przyprowadzały swoje starsze koleżanki. Czuły się zupełnie bezkarne!
Co więcej – na przeciwko domu Wieśka, ktoś otworzył nowy sklep. Jaki? Mięsny. A wśród produktów w ciągłej promocji była i kaszanka i krwista polędwica i tatar. Dawniej już sam zapach tych produktów doprowadzał Wieśka do amoku, w jaki wprawia kocury – waleriana. Teraz jednak było inaczej i zapach ten wzbudzał, co najwyżej, rozdrażnienie i uczucie niesmaku. To, ze obok w warzywniaku ktoś oferował cebulę i czosnek czy założył salon luster tuż obok nawet Wieśka nie zdenerwowało wobec faktu tak otwartego igrania przez właściciela mięsnego z wrodzonymi instynktami Wieśka-wąpierza.
Wiesiek zachowywał jednak spokój, przypominając sobie nauki mistrza zen, którego gościł jakiś czas temu na kolacji – zanim rzecz jasna, go wyssał.
„Bądź jak tafla wody, jak obłok chmur, jak oddech Boga. Niech nic i nikt nie burzy twojego spokoju” – tak mu się często śnił mistrz zen, wierny aż do końca kolacji naukom, które głosił.
Nawet jeśli przez moment Wiesiek poczuł się wzburzony, to niepokój ten szybko rozładowywał stosując wyuczone techniki relaksacyjne, spośród z których szczególnie upodobał sobie ostrzenie zębów, tak potrzebnych jego gatunkowi. Czynił to z tym większą pasją, że po zmianie nawyków żywieniowych rytuał ostrzenia stał się dodatkowym elementem jego egzystencji: narzutem kulturowym, który świadczył o wąpierzej socjalizacji Wieśka i który Wiesiek mógł kultywować nie dlatego, że musiał, lecz dlatego, że chciał. Aby rytuał ten uczynić bardziej doniosłym Wiesiek zabezpieczy sobie komplet diamentowych pilników o zwiększonej twardości, papier ścierny drobnoziarnisty do nadania końcowego szlifu kłom oraz aparat korygujący zgryz, który zakładał na noc.
Wiesiek wypierz tał się wzorcowym obywatelem. Nie mordował, nie gwałcił nawet, czosnek ani lustra mu nie przeszkadzały, chodził się opalać. Nie używał mocy prarnormalnych, nie czytał w myślach, nie był niewidzialny ani nawet nie dawał się nikomu sprowokować. Stał się nie dość, ze równy, to jeszcze równiejszy: bo miał nadprzyrodzone możliwości fizyczne i psychiczne , z których nie korzystał.
Kiedy zrozumieli nową naturę Wieśka, postąpili tak jak zwykle postępują ludzie.
Wiesiek dostał nakaz eksmisji z lokalu, który zajmował, bo kamienicę zwrócono potomkowi właściciela. Wszczęto przeciwko niemu postępowania karne z uwagi na „molestowanie seksualne nieletnich poprzez unikanie z nimi kontaktu wzrokowego”. Ciekawość organów skarbowych wzbudziło to, z czego Wiesiek zaspokaja swoje potrzeby życiowe: wobec nieujawnieni przez niego opodatkowanych źródeł przychodu wszczęto wobec Wieśka postępowanie o nieujawnione źródła przychodu. Zabezpieczono cenne ruchomości - w tym komplet diamentowych pilników - obliczono statystyczne koszty utrzymania samotnego mężczyzny i opodatkowano uzyskaną kwotę „przychodu” stawką 75 %. Na poczet uregulowania części zaległości podatkowych sprzedano zabezpieczone ruchomości.
Bezdomny Wiesiek nie mai wyjścia: musiał wrócić do tego, co zapewniało mu bezpieczny byt w przeszłości. Mało tego, pilników do ostrzenia nie było, nie miał zatem jak rozładować frustracji.
Musiał wrócić do korzeni: gryźć, mordować, gwałcić, pić krew.
W tym tkwiła cała jego nadzieja!
Podziel się! 2012-11-30
Jaki jest człowiek, dobrze już wiadomo. Od lat, albo nawet i wieków.
Najlepszy to on nie jest. Ci „szczerzy” przebąkują ukradkiem nawet, ze jest zły. Z gruntu zły. Niezależnie jednak, czy uznamy, że istota czynienia przez człowieka zła leży w jego psychice czy sumieniu, niepodważalny jest fakt, ze człowiek czyni zło. Jak można wnioskować z kondycji przyrodniczej świata, ale także z kondycji samej społeczności ludzkiej, największym wrogiem i świata i człowieka jako jednostki – jest właśnie człowiek.
W refleksji teologicznej istota zła wyraża się w grzechu jako bezwzględnym i nieustającym koncentrowaniu się na sobie, czy wręcz – w konsekwencji - ograniczeniu się do samego siebie. Czyli w tej samej postawie, która jest wywyższana przez nowoczesne, konsumpcyjne społeczeństwa. Człowiek jest zły z natury. Gdyby tak nie było, dążylibyśmy do prawdy, bez względu na to czy zgadza się ona z naszym pierwotnie wygłoszonym poglądem. Tymczasem najboleśniejszą raną, której nigdy i nikomu nie wybaczamy jest zranienie naszej miłości własnej.
W tym paśmie beznadziejnej miernoty kondycji ludzkiej są jednak chwile olśnienia, chwile, kiedy działa iskra boża. Wtedy, kiedy kochamy i smakujemy potęgę wszechogarniającej miłości i odczuwamy uroki świata w całej okazałości.
To za sprawą miłości jednostka mierna wspina się na wyżyny zdolności intelektualnych gatunku ludzkiego i zadziwia otoczenie erudycją. A jeszcze bardziej ten fenomen zadziwia mnie.
Ludzie bowiem, oceniając ich z boku, nie są stworzeni o miłości. Jacy są, napisałem powyżej. Małostkowi, egoistyczni, pamiętliwi, agresywni, głupi, wyrachowani, podli.
I raptem, pewnego dnia, taki łysawy kurdupel o czerwonym ryju i mentalności orangutana staje się, z dnia na dzień i nie wiadomo czemu wybitną jednostką o aksamitnej osobowości i świetlanym usposobieniu. Gotową do największych poświęceń dla ludzkości, a dla wybranej niewiasty w szczególności.
Wszystko wydaje się być takie piękne i takie idealne, a uczucie, którego doświadczają – wydaje się być brakującym pierwiastkiem i naszej duszy i świata. Do czasu!
Kiedy tylko zaczną wsłuchiwać się w opinie otaczających Nich ludzi, wpierw wyrażane skromnie i nieśmiało, potem już z pełnym zaangażowaniem, okaże się, że uczucie to jest idiotyzmem, a wszystkie jego wyrazy – objawem infantylizmu i niedojrzałości. Prawdopodobnie też szybko przyswoją wszystkie te negatywne opinie nie uświadamiając sobie, że są one niczym innym jak tylko projekcją doświadczeń komentatorów, wyniesionych z ich nieudanych związków.
To właśnie dzięki tej przyrodzonej skłonności człowieka do dzielenia się z innymi, a w tym wypadku skłonności do dzielenia się społeczeństwa z jednostkami znajdującymi się w stanie euforii miłosnej, społeczeństwo może osiągnąć pewien poziom „niezmienności” i „stałości”, niezbędny do dalszego rozwoju.
Fetysze popkultury 2012-11-14
Żyjemy w strasznych czasach! Wszystkie wyzwania kulturowe, z którymi musieli mierzyć się nasi przodkowie nie są nawet namiastką tego, z czym my sami musimy dawać sobie radę. Zatem i rady i „mądrości życiowe” przodków, przekazywane z pokolenia na pokolenie nie zupełnie są adekwatne do problemów, którymi spotykamy się na co dzień, a rozwiązań musimy poszukiwać samodzielnie. Do lamusa odeszły prawdy rodowe, nie wspominając o Dekalogu!
Z uwagi na ogromny i szybki przyrost populacji świata, rozwój i dostępność technologii związanych z mediami i teleinformatycznych oraz wyrównanie poziomu życia w regionach tradycyjnie zacofanych w stosunku do Europy Zachodniej (Azja – w szczególności Chiny, Indie, Korea, Wietnam, Rosja; Afryka, Ameryka Południowa, Bałkany, Polska, Czechy, Węgry, Białoruś, Litwa i in) w naszym życiu codziennym spotykamy się z nowymi zwyczajami, symbolami i archetypami kulturowymi, które nie zawsze dobrze rozumiemy i poddajemy reinterpretacji.
Podobny proces, lecz w o wiele mniejszym natężeniu, miał miejsce wielokrotnie już, choćby podczas procesu chrystianizacji, kiedy nowa religia przejęła – i zaadoptowała – instytucje „starej kultury”. Złośliwi mówią, że chrześcijaństwo już w III w n.e. niewiele miało wspólnego z naukami głoszonymi przez tzw. Jezusa Chrystusa, ponieważ nie dość, że powszechnie przyjmowane prawdy wiary oparte były na spisanych relacjach ludzi, którzy nie znali dokonań Chrystusa, lecz – zaledwie – o nich słyszeli, to jeszcze zostały one poddane kulturowej reinterpretacji, tak, by „nadawały się” (były akceptowalne) do przyjęcia przez większe rzesze wiernych, wyznających zupełnie inny system wartości niż ten wynikający z nauki Chrystusa. Już pogodzenie dwóch sprzecznych ze sobą systemów, tj. „Starego Testamentu” i – prawd przypisanych ustom Syna Bożego – tj. Nowego Testamentu wydawało się niemożliwe. Jak okazało się – nie dla każdego: interes społeczny dokonuje rzeczy niemożliwych. Co więcej, chrześcijaństwo, które z założenia nie pretendowało do „wyznania” (religii) stało się, wbrew nawet naukom wynikającym także z przyjętych „ewangelii”, jednym z odłamów judaizmu, a potem, po zaakceptowaniu przez sobory, „nową wiarą” – zamiast, po prostu, prądu ideowego. Jeśli do tego dodać odrzucenie, ze względów „politycznych” wielu apokryficznych ewangelii (choć na niektórych obszarach geograficznych uznawanych za „wyjątkowo autentyczne”) i uczynienie z chrześcijaństwa religii państwowej (co pokutuje – w istocie - do dziś, choćby w Polsce) to wydawałoby się, że zafałszowanie pierwotnego założenia ruchu ideowego sięgnęło szczytu możliwości nieporozumienia. Gdyby, oczywiście, nie wnioski z obserwacji adaptacji przyjętego systemu chrześcijaństwa do „pogańskich” uwarunkowań, np. Słowian (też Polaków), gdzie ślady wierzeń pogańskich możemy obserwować w przyjętej tradycji kościoła katolickiego.
Proces o podobnym charakterze falsyfikacji i reinterpretacji kulturowej ma miejsce współcześnie w o wiele większym nasileniu. Żeby nie poruszać drażliwych kwestii, wystarczy wspomnieć, że na co dzień spotykamy się z przejawami tego procesu zwłaszcza przy różnego rodzajach świąt konsumpcyjnych, które to przejawy są przebiegle podsycane i reinterpretowane przez handlowców i reklamodawców.
Przykładowo, obchodząc popularne „walentynki”, powinniśmy – według kanonów kulturowych - obowiązkowo, zaproponować osobie, do której żywimy to najwznioślejsze, charakterystyczne wyłącznie dla człowieka, uczucie – „walentynkowy” nocleg na zamku, ze śniadaniem. Grunt pod walentynkowy nocleg należy przygotować ofiarując różę (czerwoną), wyrób ze złota (serduszko) wraz z kartką upominkową (z misiem albo serduszkiem) i napisem „kocham cię” (albo „im więcej ciebie tym mniej”, czy jakoś tak). Należy używać smakowych prezerwatyw o smaku wisienki – choćby po to, żeby mieć pretekst do wcześniejszego, niezapowiedzianego opuszczenia „białej sali”. Mniej zasobnym w gotówkę, lecz równie zasobnym w chęć „walentynkowania” konsumentom oferuje się walentynkowy wieczór w kinie we dwoje. Jeśli ktoś zna historię tego święta, to wie – przypuszczalnie –że wbrew nazwie, nie wywodzi się ono, wbrew pozorom, od procesu „walenia”, co nie tylko obniża atrakcyjność konsumencką święta, ale tez obniża atrakcyjność w ogóle.
Interesującej subiektywnej interpretacji instytucji kulturowej dokonał jakiś czas temu mój dziadek, szczerze zaprzyjaźniony z „tym Niemcem, który mu chowa leki”. Dziadek, słuchając bajki „O Wróżce – Zębuszce”, opowiadanej przez kogoś jednej z jego wnuczek, jeszcze tego samego wieczora schował swoją sztuczną szczękę pod poduszkę, licząc na zwyczajowy prezent uzyskiwany od tejże „magicznej istoty” – jak czule określił Panią Zębuszkę. Może ekscytacja związana z oczekiwanym prezentem była tak duża, a może po prosu dziadek przeliczył sobie skład swojej sztucznej szczęki (pełne sztuczne uzębienie) i ilość spodziewanych prezentów, w każdym razie dziadek nie miał zwyczajowego spotkania, podczas snu z „niemcem, co mu chowa leki” i rano wszczął roszczeniową awanturę, określając Wróżkę-Zębuszkę soczystymi określeniami, które zgromadził w pamięci podczas swojego bujnego życia, a których Wróżka – zapewne – nie podejrzewała istnienia.
Żeby daleko nie szukać: w tym roku, kiedy trójka dzieci zadzwoniła do moich – tym razem - drzwi, tak na początku listopada czy pod koniec października, i wypowiedziała magiczne słowa „cukierek albo psikus”, odpowiedziałem:
- Nie, dziękuję.
I zamknąłem drzwi. Po prostu nie załapałem, o co dzieciakom chodzi i czemu chcą, żebym na nie „psikał”.
Do tej pory pamiętam ich zdziwione oczy i zdumienie. Cóż, ale jeśli już w wieku ośmiu lat pojmą ideę „falsyfikacji kulturowej”, będzie im w życiu po prostu łatwiej.
A i do psikusów powinny przyzwyczajać się 
Wybacz sobie! 2012-11-09
Każdy z nas może w każdej chwili umrzeć. Może dlatego filozofia życia wielu z nas polega na tym, że traktują życie jako cierpienie i pielęgnują – czule - świadomość tego, że w każdej chwili mogą umrzeć? Tragedia tych ludzi polega na tym, że …. wciąż żyją. Mając cały czas świadomość tego, że ktoś, niby w Internecie, wciąż może sobie posurfować po ich istnieniach, nie pytając ich o zgodę na to, ani nawet pozbawiając ich przywileju świadomości tego procederu.
Tymczasem, chociaż społeczeństwo przez pokolenia walczyło i pracowało po to, żeby świat był bezpieczny i zorganizowany, to cel ten został osiągnięty, niestety, „aż za bardzo”. Bo świat stał się dla wielu z nas po prostu nudny, a ta nadzieja na „bezpieczny” świat stała się kolejnym po prostu etapem, z którego człowiek wyrósł i którego już nie potrzebuje. I nawet ten etap przeszkadza mu w życiu, nie wspominając o tym, że pogłębia, niekiedy, poczucie wyobcowania.
Stąd zamiłowanie wielu z nas do ekstremalnych sportów, praktykowanie w sekcjach MMA, przynależność do grupy rowerowej „ostre koło”, udział w nocnych wyścigach samochodowych, czy zawodach w piciu wódki na czas. Wszystko po to, by poczuć smak życia i zgłębić istotę istnienia.
Raptem okazało się, ze jedynym pragnieniem dla części znaczącej społeczeństwa może być wcale nie trwanie w świecie bezpiecznym i zorganizowanym, w owym spełnieniu nadziei, lecz wręcz odwrotnie: wolności można dopatrywać się w utracie całej „nadziei”. Owo poczucie bezpieczeństwa zajmuje miejsce każdej innej rzeczy, którą posiadaliśmy lub posiadamy, bo – jak by nie było – wszystko co udało nam się zdobyć to nic innego niż kolejna (niepotrzebna) rzecz, którą, zapewne, stracimy. Najpóźniej w chwili śmierci, bo ona ogranicza wszystko, co znamy. Z nieokiełznaną brutalnością dociera do jednostki, że w zasadzie to tylko żyje się i umiera się, a cała reszta to tylko złudzenie. A dywagacje i walki w imię uczuć, wrażliwości, wartości to nic innego, jak wynik wprowadzania ludzi w błąd, w oparciu o grę na emocjach. Nie ma ani duszy, ani boga, ani stałych wartości. Za to bez wątpienia jest to, co widać i co można namierzyć: wybór, decyzje, choroby i śmierć. Właśnie w takim momencie można sobie uświadomić w jakie mechanizmy wtłoczyła nas wychowanie w polskim domu pełnym wartości, wśród których honorowe miejsce zajmuje poczucie winy, obowiązek wobec tak niepoznawalnych jak nieaktualnych wartości, szacunek dla struktur społecznych jako nośników obcych wartości, czy członkowstwo w instytucjach, o które nie prosiliśmy. Świadomość tą otrzymuje się w sposób nagły, spontaniczny i wcale nie spowodowany przez wizytę księdza z uwagi na pakt zawarty przez naszych rodziców w chwili, w której nasz stan wyłączał (z uwagi na wiek i rozwój psychiczny) świadome i swobodne podejmowanie decyzji. Ta jedna chwila „obudzenia” to wszystko czego można oczekiwać od doskonałości i od życia.
W takiej chwili naturalne będzie wzruszenie, które często towarzyszy podniosłym momentom w życiu. Jest ono tym bardziej nieuniknione, że jednostka powinna uświadomić sobie zarazem, że wszyscy, których kocha odrzucą ją lub – w końcu – umrą. I zostanie sama z prawdą, którą odkryła.
W podróży 2012-10-29
Za podróż (z łaciny zwana peregrynacją, z francuskiego wojażem) uważa się przemieszczanie, zmianę miejsca pobytu na odległe. Przyjęło się zawężać podróż wyłącznie do zmian położenia w przestrzeni. Nie dostrzega się też ogromnego wpływu jaki podróż, jakakolwiek, nawet ta wyłącznie w przestrzeni, ma na człowieka.
Zwykła podróż w jakieś inne miejsce, niż to, w którym zazwyczaj przebywamy, może jednak powodować następstwa zwykle nie kojarzone z podróżą.
Bo jeśli budzisz się w innym czasie i w innym miejscu, to czy możesz obudzić się jako inna osoba? Według mnie - tak. Nawet jeżeli nie od razu będziesz „tym innym”, to jednak przemiana w nowym miejscu może być tak szybka, że nieuchwytna nawet dla ciebie. Czasami jest tez tak budzisz się i musisz spytać, gdzie jesteś: albo dlatego, ze sen zabrał cię w tak daleką podróż, albo w tą podróż zabrało cię coś zupełnie innego. Dzieje tak się wtedy, kiedy po obudzeniu w nieznanym uprzednio miejscu, pierwszą rzeczą, którą zaczniesz robić, to drapać wieko trumny w nieokiełznanym przerażeniu.
Czasem jednak, niektórzy już po porannej lewatywie z kawy, mogą poczuć taki przypływ energii, że zaczynają rozważać zmianę samego siebie poprzez „podróż życia”. Jeśli skusi cię jedna z propozycji biur podróży oferujących dwutygodniowy pobyt w jednym z hoteli „allinclusive, super star”, to po zakończonym pobycie, już na lotnisku doświadczysz syndromu odstawienia alkoholu. Co więcej, opuszczając hotel możesz mieć problemy ze skompletowaniem garderoby, w którą zmieścisz swoja nabytą podczas pobytu, wylewną otyłość. Jest zatem taka szansa, że po powrocie staniesz się innym człowiekiem, a twoja psychika zmierzy się z wyzwaniami do tej pory zastrzeżonymi dla osób walczących z nadwagą i uzależnieniem od alkoholu.
To stare powiedzenie, że zawsze zabija cię to, co się kocha, sprawdzi się w tym wypadku w obie strony także z tego powodu, że co można innego robić, oprócz konsumowania napojów, pożywienia i przygodnych znajomości - na zamkniętym terenie z kilkoma basenami i knajpami, fitness i sztampowymi wycieczkami? Wyjść na zewnątrz, w dzielnice biedy?
Trzeba zdać sobie sprawę z tego, ze kształtowanie na nowo osobowości poprzez sięganie dna to nie jest wyłącznie wypad nawet na dwutygodniowy pobyt allinclusive. Chcesz świadomie zyskać nowe „ja”? To przestań kontrolować wszystko i zacznij żyć, choćby na wspomnianym wyjeździe!
Wtedy zrozumiesz, jak wiele rzeczy jest w tobie, o których nie chciał nic wiedzieć twój partner lub twoja partnerka. Wtedy też pojmiesz bardzo dobrze, że nawet arcydzieła natury, cudownie spotkane w stanie upojenia alkoholowego, nieuchronnie tracą na wartości z upływem nocy. Zwłaszcza, kiedy używasz tego pantofelka współczesnego kopciuszka, czyli prezerwatywy, w którym przetańczysz całą noc, zanim go po prostu … wyrzucisz go wraz ze wspomnieniami, nieważnymi już w momencie zapadnięcia w pamięć. Kiedy go wyrzucasz zawsze patrzysz z wyczekiwaniem na partnerkę, by zrobiła ten właściwy, jedyny ruch. Żeby wyszła. Takie miejsca „all inclusive” sprzyjają spotkaniom ludzi, których nikt naprawdę nie lubi, nikt ich nie chciał i - prawdopodobnie – nikt nawet nie nienawidzi. Takich, których nawet matka wołając „ty skurwysynu” nie dostrzega dwuznaczności użytej nazwy. Takich jak ty.
Kiedy dotrze do ciebie, że wyznanie przygodnej partnerki o tym, że nie pieprzyła się tak, od czasów podstawówki, że było tak obłędnie, ze chce mieć po tobie skrobankę - było „naprawdę prawdziwe”, to bez wątpienia poczujesz w sobie rosnącą wolę zmiany osobowości. I zaczniesz zarazem rozumieć, jak bardzo jesteś wkurwiony. Bo ta partnerka niczym nie różniła się, zanim tego nie powiedziała, od twojej żony, matki, córki i koleżanek. A co więcej, także od dalajlamy i Jana Pawła II. I wiesz, że teraz też niczym nie różni się od nich, choć bardzo chcesz wierzyć, żeby było inaczej i choć nigdy nie słyszałeś żeby dalajlama lub Jan Paweł II przeklinali.
Oczywiście jest też scenariusz niekorzystny tego wyjazdu: może zdarzyć się, że korzystając z jednego z kurortów all inclusive nic nie potoczy się utartym zwyczajem przedstawionym powyżej, wobec czego nie doznasz cudownej przemiany osobowości. Ten pech będzie miał miejsce wtedy, kiedy na wstępie zdasz sobie sprawę, że wylądowałeś w jednym z tych hoteli, gdzie kierownik Sali restauracyjnej jest jednym z oskarżonych w poszlakowym procesie, wytoczonym hotelowi z powodu przekraczającej przyjęte normy zawartości moczu w serwowanych zupach. I, jakby to czyniło jakakolwiek różnicę w smaku potraw, poświęcisz cały pobyt na unikanie tych zup, zamiast na kształtowanie osobowości.
Jesteś Bogiem, w gruncie rzeczy. 2012-10-23
 Czy tego chcesz czy nie. Inna rzecz, czy o tym wiesz. Powinieneś, w końcu jakieś dwa tysiące lat temu czołowa postać wszechczasowej popkultury przypomniała tą prawdę głosząc, ze jest „synem człowieczym” i że człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo boga. Że bóg jest w każdym człowieku, że człowiek jest emanacją boskości i „planu bożego” (cokolwiek by to znaczyło).
Mówisz, że nie masz absolutnej wolności? Nie możesz mieć jako bóg, przecież posiadanie wolności absolutnej oznaczałoby właśnie absolutne zniewolenie. Co to za męka musieć dbać, by przez cały czas „być wolnym”: od przymusu, od nawyków, od zachowanych wzorców socjalizacyjnych, od używek, od braku używek. Od upływu czasu i braku upływu czasu. No pociąć się można by było, gdyby człowiek nie musiał być wolny także od frustracji, choćby przy czytaniu tego tekstu.
Nie ma zresztą po co buntować się przeciwko domniemanemu brakowi wolności, bo przecież bunt, sam w sobie, jest zaprzeczeniem pragnienia absolutnej wolności. Przecież bunt zaprzecza nieograniczonej władzy, która zezwala na naruszanie nienaruszalnych granic. Jakże niemiłosierne i niechrześcijańskie, a nawet „nieboskie” byłoby domagać się tego, czego odmawiamy innym. Przez takie działanie stalibyśmy się raczej tyranami a nie bylibyśmy tym, czym jesteśmy.
Że czas?
Że upływ czasu nieboski jest? Co ci przeszkadza upływ czasu? Czy uniemożliwia ci to cieszenie się chwilą, wieczną w momencie radości? Czy może utrudnia ci docenienie tej chwili później? Możesz korzystać z czasu po to, żeby cieszyć się chwilą: tak jak podróżujesz po to, żeby oglądać krajobrazy. Albo słuchasz muzyki w oczekiwaniu na następne nuty. To dopiero byłoby nudne żyć w rzeczywistości pozaczasowej, tj. nie delektować się skutkami upływu czasu. Dzięki czasowi masz, nie da się ukryć, niepowtarzalną okazję smakować rzeczywistości.

Że nie posiadasz zdolności kreacji?
Ależ waśnie posiadasz. Każdy człowiek posiada. Potrafi za pomocą „własnej siły sprawczej” zmieniać swoje położenie, tworzyć nowe relacje, więzi, sytuacje. W pewnym zakresie możesz przekształcać materię: albo poprzez narzędzia, albo samodzielnie, choćby w wyniku procesów fizjologicznych. Masz zdolność tworzenia w danym układzie odniesienia. Nie może być inaczej skoro jesteś synem człowieczym i żyjesz tu i teraz. Syn boski był też „synem człowieczym” i podlegał prawom człowieka, włącznie z możliwościami kreacji, po to właśnie by nie być zniewolonym, choćby przez wspomnianą wolność. Żeby pozostać wolnym, aż mógł powiedzieć „dopełniło się”.
Chyba, że domagasz się przywilejów ponad boskich, absolutnych. I nie chcesz być bogiem w naszym czwórwymiarowym wszechświatem. No ale wtedy nie będziesz bogiem człowieczym. Tu możesz podróżować, ale nie w czasie. Znaczy w czasie też, ale w jedną stronę
Przyznanie Ci mocy ponadboskiej byłoby przekleństwem bo zabiłbyś samego siebie, zabiłbyś „szyna człowieczego”. I nie byłbyś już człowiekiem.

O czymś zapomniałem?
Ekspresja 2012-10-19

Myślał o swoich potrzebach od zawsze, a od kilku dni ze zwiększoną intensywnością i wiedział, że będzie trudno zdobyć pieniądze. Zresztą zawsze w życiu było mu pod górkę, nigdy łatwo.
A w pracy to w ogóle mu nie szło jeśli chodzi o te pieniądze czy awans. Szef to ch*j jakich mało. Tylko obiecywał i kłamał: dam podwyżkę, awans, ożenię się z tobą, jesteście najlepszymi pracownikami itp. A tymczasem o cięciach budżetowych i redukcji mówiło się od trzech lat już.
No to bał się pracę, tak zwyczajnie i po ludzku. Wprawdzie wyrabiał trzysta procent normy, ale, z drugiej strony.…. . Był nietowarzyski, bo nie rozmawiał z kolegami w czasie pracy. Bo pracował. I nie chodził na stołówkę z nimi. Na wspólne obiady. Bo tylko pracował,
„Może nie wyrabia się z pracą” – padła kiedyś, w jego obecności, potencjalnie bardzo groźna sugestia - „Albo pedał może. Gdyż pracuje i pracuje nieustannie i nie chce dziewczyn bzykać”.
Z tego wszystkiego, żeby dać sobie radę z podejrzeniami, zaczął pracować jeszcze więcej i jeszcze ciężej. Takie to w nim wzbudziło poczucie winy to podejrzenie, ze nie daje sobie rady z nadmiarem pracy albo złym pracownikiem jest.
Bał się zarazem wystąpić o awans, należny mu, bo to groziło wypadnięciem z kolejki oczekujących na podwyżkę. Wiadomo: albo awans, albo podwyżka. Szczęście, w przeciwieństwie do nieszczęścia, nigdy nie chodzi parami.
Myślał o tych swoich potrzebach szczególnie intensywnie, ponieważ dramatycznie potrzebował pieniędzy. I to na pokrycie wielu, niezależnych od siebie wydatków. Alimentów, zwrot pożyczki w lombardzie, w którym zastawił obrączkę drugiej żony, rachunek za prąd zużywany przez maszynę podtrzymującą życie matki. No i na rachunki mniejszej wagi: za szkołę dzieci, za mieszkanie, za bilety, lekarzy, za prostytutki i prawników. Oraz, oczywiście, na rachunki za pralnię, w której spierano krew z zarękawków jego korporacyjnego wdzianka.
Dręczyły go te finansowe frustracje, kiedy tak kręcił się pod drzwiami szefostwa, bojąc się otworzyć drzwi.
„Jak ja go o ta podwyżkę, to on mi na to, że szkoda, ze wolę podwyżkę od awansu. Albo jeszcze gorzej – powie, ze dostałem sześć lat temu. Albo, że i tak koszty pracy są wysokie, a tak to będą nie do zniesienia. I że nie będzie miał wyboru i musi pożegnać się ze mną. Albo powie, ze jakość mojej pracy nie satysfakcjonuje go. Bo nie. I tyle.”
Zawahał się przez chwilę przed drzwiami szefa. Nacisnął jednak klamkę i wszedł do środka. Stanął przed jego biurkiem i podniósł wzrok. Szef był zdziwiony, ale zapytał grzecznie, w czym może służyć.
Zastanowił się przez chwilę, lecz jednak coś w nim pękło. Odpowiedział hardo:
„Wie pan co? Pier*ę pana i pana podwyżkę”
Po czym w poczuciu zwycięstwa odwrócił się i wyszedł.
I jeszcze trzasnął drzwiami akcentując powagę wypowiedzianych słów.
Ciemiężyciele wolności 2012-10-12

Dobrze jest, żeby życiem człowieka i jego wyborami mogły powodować jakieś uniwersalne wartości, jak dobro, życzliwość, sumienność, pracowitość, miłość, oddanie, wielkoduszność, altruizm i inne. Być może takie właśnie było zamierzenie wielkich myślicieli, którzy tworzyli wzorce postaw człowieka w ogóle, czy postaw obywatelskich. Może to było jednym z powodów rozważań Tomasza z Akwinu, Platona, Sokratesa, Jezusa, Rousseau albo Heideggera?
Jeżeli przyjmiemy założenie o przewodnim motywie uniwersalnych wartości, to musimy stwierdzić, że … mamy kłopoty. A przynajmniej kłopoty ma większa część społeczeństwa, czynnego zawodowo. W pracy spędzamy bowiem co najmniej osiem godzin dziennie, a biorąc pod uwagę czas dojazdu do pracy, przerw na posiłki i czas przygotowania do pracy, czas na relaks i sen, to jest to najdłuższy okres w trakcie doby, kiedy jesteśmy aktywni i kształtujemy swoją osobowość, nie wspominając o relacjach z innymi ludźmi. Innymi słowy, jeśli osoba płci żeńskiej, prywatnie zamężna, spędza osiem godzin dziennie z przedstawicielem płci męskiej, partnerem w pracy, to istnieje niebezpieczeństwo, ze będzie mieć z nim więcej wspólnego niż z mężem. To samo dotyczy zresztą owego partnera w pracy i jego żony
Wszyscy wiemy, jakie reguły rządzą w dużych społecznościach zawodowych. są to, np., zalecenia w rodzaju: „co masz zrobić dziś, zrób jutro. A najlepiej pozwól to zrobić komuś innemu”, „cudze zasługi przypisz sobie”, „ nie śpiesz się nigdy, a jeżeli już – to powoli”, „nieobecni nie mają racji”, „buduj rodzinną atmosferę: podłóż najlepszemu przyjacielowi świnię” – itp. Niby każdy jest odrębną jednostką, ma wolna wolę, osobowość, decyduje o sobie i wartościach które wyznaje, ale człowiek, ugięty pod ciężarem środowiska i w obrębie tego środowiska zmuszony do powtarzania tych samych słów i gestów, zatraca swoją odrębność i ginie w masie. Nie bez znaczenia jest polityka „nowoczesnych” pracodawców, dbających o „dobrowolną” integrację pracowników, co przejawia się narzucaniem i zuniformizowanych wartości i postaw.
Co to oznacza dla człowieka? Dla każdego człowieka?
Naturalnym następstwem jest to, że wartości wyznawane przez „masy” rządzą światem, bo i te „masy”, z uwagi na ich wartość liczbową są dominujące. Także dlatego, że każdy człowiek, także „elita”, jest leniwa. To one decydują o tym, co producenci produkują i co sprzedają, jakie filmy są reżyserowane, jacy aktorzy w nich grają, jakich sloganów reklamowych używa się żeby sprzedać towar, jak wygląda obsługa w restauracjach i dlaczego sasha grey jest tak popularna. To od asystentów sędziów zależy jakie rozstrzygniecie zostanie wydane w sprawie, od pracownika kancelarii – jak sporządzony zostanie pozew, od ogrodnika – czy zadzwoni na policję, kiedy będzie jego świadkiem gwałtu analnego na swoim pracodawcy. Szef Kuchni w restauracji może i dobrze gotuje i dobrze zna przepisy, ale to podrzędny już kucharz miesza sos i od niego zależy o jakiej dacie ważności doda produkty. A od kelnera zależy czy sika do wazy z zupą, czy tylko pluje. Podobnie jak od żebraka zależy to, czy porysuje ci twój nowy samochód czy tylko ogrzeje swoje brudne ręce przy niedawno wyłączonym silniku.
Już dziś widać jak olbrzymim ciężarem dla normalnej, zdrowej tkanki społeczeństwa są związki zawodowe, wzrastające koszty zatrudnienia. Jakim problemem dla sprawców przestępstw, którzy przecież odpokutowali za te przestępstwa, są roszczenia ich ofiar, dochodzących bezlitośnie swoich „racji”: niech przykładem będzie sytuacja kościoła katolickiego.
Obecnie, to właśnie „uciskani” uciskają przyzwoitych ludzi, nie licząc się z żadnymi wartościami.
Nie zapomnę moich uczuć, kiedy parę tygodni temu, kiedy – jak co czwartek - jadłem pieczoną gęś z żurawiną na tarasie jednej z warszawskich restauracji i wpatrywał się we mnie namolnie jakiś żebrak. Stał namolnie naprzeciwko mnie, udając, że jest głodny i po prostu – przeszkadzał.
Nie wytrzymałem. Wstałem i podszedłem do kierownika sali z żądaniem, żeby coś zrobił, bo tracę apetyt. Wprawdzie kierownik Sali, przy moim aplauzie stanął na wysokości zadania i wyjaśnił obdartusowi, że ten powinien mieć trochę empatii i sam zapewne nie chciałby jeść w obecności kogoś tak brudnego i śmierdzącego, ale potem, wezwany obowiązkami służbowymi odszedł. Natomiast obdartus nie dość, że szybko – niczym bumerang - wrócił, to jeszcze nikt z personelu pomocniczego restauracji nie chciał, mimo moich nalegań, go wyprosić.
Niech to zdarzenie będzie najlepszym przykładem upadku wartości społecznych, przestroga dla innych i motywem podjęcia działań w celu uzdrowienia społeczeństwa: tak, żeby każdy mógł godziwie konsumować, w zgodzie z sobą, odwiecznymi regułami praw przyrody, sprawiedliwe owoce swojej uczciwej pracy.

Magiczna moc siedmiu róż 2012-10-11

Róże mają magiczną moc. Każdy to wie. A czerwone są najbardziej magiczne z magicznych. Działają na każdego bardzo silnie. Większą moc mają tylko róże białe, ale ich nie można dawać każdemu. Nie każdy jest w stanie wytrzymać ich potęgę. W każdym razie czerwone róże wydobywają z człowieka tej najlepsze jego pierwiastki. To, co uzasadnia jego istnienie wśród innych.
Był miły. Lubił dziewczyny. I kwiaty. A może na odwrót? I pączki. Ale pączki były niechętnie zjadane przez dziewczyny Faktem jest, że płatki kwiatów otwierały drogę do  dziewczyn. Dlatego, ze kochał dziewczyny miał szansę nauczyć się rozróżniać kwiaty. Dzięki kwiatom natomiast był w stanie nauczyć się rozróżniać dziewczyny.
Pewnego dnia kupił siedem róż czerwonych. Dla dziewczyn. Znanych i nieznanych.
Pierwsza kobieta wiedziała od kogo dostała różę. Powiedziała, ze chciałaby mieć takiego syna. Może to była zachęta? A może propozycja?
Druga dziewczyna nie wiedziała od kogo. Ale dowiedziała się. Potem była szczęśliwa.
Trzecia pochwaliła się koleżankom. Długo uśmiechała się. Tak jej zostało. To strasznie sympatyczne, tym bardziej, ze wykluczono hainego medina.
Czwarta umówiła się z nim na piwo. Sympatyczna była. I fajna, bo mało piła.
Piątej nigdy nie udało się ustalić od kogo dostała różę. Dlatego dostała jeszcze kilka razy. Zawsze bardzo była zadowolona, miała dobry humor. I nigdy nie chciała wiedzieć od kogo. Może specjalnie?
Szósta powiedziała o tym swojemu mężowi. Mąż nie był szczęśliwy. Przynajmniej nie pokazał tego po sobie. Introwertyk?
Siódmej udało ustalić się od kogo dostała różę. Szybko pochwaliła się wszystkim znajomym i nieznajomym. Przez następny miesiąc opowiadała o niezapomnianych spotkaniach, romantycznych randkach i perwersyjnym a rozedrganym seksie. Po miesiącu znudziła się związkiem, ale bała się, ze jest w ciąży. Była tak znudzona, że oznajmiła, ze zrywa, rozważała jednak powództwo w celu uzyskania możliwych alimentów. I rekompensaty za naruszeni dóbr osobistych podczas tego wyuzdanego i niezapomnianego seksu. Miała dużą szansę na wygrana, przynajmniej w opinii wysłuchujących ją znajomych.
Zapomniała tylko wspomnieć o planowanych krokach prawnych temu, który ofiarował jej magiczną czerwoną różę. Zapomniała też wspomnieć mu o tym, że spotykali się przez miesiąc, byli w związku oraz bzykali się.
Ach ta magia czerwonych róż:)
Traktat o miłości 2012-10-10


Każdy z nas, w jakimś okresie życia, pragnie miłości. Zwykle wtedy, kiedy potrzeba miłości jest niezaspokojona. Bo kiedy jesteśmy kochani nie przywiązujemy do miłości, do tego czy jesteśmy kochani, żadnego znaczenia. Po co? Przecież i tak to mamy, więc nie ma za czym tęsknić.
Cierpienie, poczucie utraty, pozwala, - i zmusza – do zakochania się bezgranicznego. Jedno nieszczęście jest motywem sprawczym, jeśli wierzyć pisarzom „romatycznym” – być może drugiego nieszczęścia.


Co więcej, tak to wygląda, że jeśli ktoś pragnie kochać, to nie dość, ze oczekuje, ze będzie kochanym, czyli wzajemności, to jeszcze - sądzi, że kocha. Czyli, w rzeczywistości, udaje miłość.

Jeżeli ktoś odmówi miłości, to naraża się na to, że nie będzie więcej kochany. No i cierpi z tego powodu. Z drugiej strony, im bardziej jest zagrożone jakieś uczucie, to tym bardziej zwykle osoba zaangażowana domaga się okazywania miłości od partnera.

Z drugiej strony, osoba zmuszona do obietnic i deklaracji coraz wyraźniejszych, często żąda od samego siebie okazywania coraz większego uczucia względem partnera. I tego samego, czyli okazywania uczucia, oczekuje od partnera. Spirala nakręca się sama przy założeniu istnienia poczucia wzajemnego szacunku i namiastki wzajemnego oddania..

W końcu jednak oboje partnerów ćwiczy się w mówieniu o miłości tak bardzo i tak dobrze, że przekonują samych siebie o potędze uczucia niespotykanej między ludźmi.
Początkiem jednak prawdziwie satysfakcjonującego związku między dwoma ludźmi jest fakt kochania samego siebie. Im mocniej, tym lepiej. Skądś trzeba mieć przykład jak kochać drugiego człowieka. A wskazówek w tym zakresie udzielił już Jezus.
To zresztą łatwe, bo kochamy siebie z przyzwyczajenia: przecież jesteśmy pierwsza osoba, do której żywimy to uczucie od dzieciństwa. Chyba, ze rodzice wpoją nam zupełnie inne uczucie, które powinniśmy do siebie czuć
No jak wyzbyć się przyzwyczajenia kochania samego siebie?
Dlatego łatwiej mnożyć miłości, namiętności, związki miłosne. Uprawiać poligamię uczucia.
To naprawdę łatwe
Trudniej jest zrobić to - zakochać i kochać - „monogamicznie”. Bo nie mamy wzorca, przykładu jak kochać i wszystko trzeba wymyślić samodzielnie. Bez wzorca. Bez techniki kopiuj-wklej, która tak doskonale sprawdza się w innych sferach życia. Naprawdę trudno jest przeżyć Zycie samodzielnie. A kochać samodzielnie to już wyzwanie, któremu tylko nieliczni potrafią podołać.

Szczęśliwie jest jeszcze wyzwolenie o norm moralnych i obyczajowych, które tak doskonale „zastępuje miłość, gasi śmiech, sprowadza ciszę i daje nieśmiertelność”. Kiedy osiągasz stan nirwany, natchnionego pijaństwa i odurzenia, „gdy późno w nocy leżysz między dwiema dziwkami wolny od wszelkich pragnień, nadzieja przestaje być torturą, duch panuje nad czasem, cierpienie, że żyjesz, skończyło się na zawsze”. Czujesz, ze zmartwychwstałeś. I że jak w przypadku Jezusa – dopełniło się.
Jeśli pragniesz wyzwolenia od norm i więzów obyczajowych, od miłości – śpij z kurwami.
To Cię wyzwoli.

Co tu gadać 2012-10-09

Kiedy policja wzywa mnie na przesłuchanie, to po godzinie czy dwóch siedzenia w poczekalni przychodził jakiś mundurowy i zwykle mówił, że to ja powoduję te burdy na osiedlu.
Po czym pytał, z kim robiłem te burdy, dając do wyboru zawsze trzy możliwości: mój przyjaciel, mój przyjaciel i jeszcze jeden mój przyjaciel. Odpowiadałem temu mundurowemu, że skoro nie wiem co się wydarzyło, to tym bardziej nie wiem kto to zrobił. Że dla mnie ważne są ideały: braterstwo, sprawiedliwość społeczna, nienawiść do dyktatury i przemocy. No i co ja mam mu mówić….

Przy jednym wezwaniu tego typu dialogi odbywały się kilkukrotnie.
Po kilku godzinach takiej mądrej rozmowy wsadzano mnie do celi. Tak na moment tylko, że niby niebezpiecznego przestępcę będą przeprowadzać, to żeby nikomu nic nie stało się.
Potem rzeczywiście przychodził jakiś mundurowy, ten sam albo i inny i mnie znowu wypuszczał.
I informował mnie, tym razem z jego strony, że wobec tego rzeczywiście nie ma co gadać ze mną.
Teraz policjanci są wykształceni. Wyższo i według wzorca. Każdy ma szkołę policyjną, większość studia. Takie kryteria naboru, bezlitosne dla miernot.
Więc pytałem tych mundurowych, każdego z osobna:
- Panie, skończył pan prawo, był pan wyróżniającym się studentem, wierzy pan w prawo i Polskę, więc po co pan to robi? Odpowiadali, że bezrobocie jest, nie ma pracy, a oni chcą rodzinę założyć, a nawet utrzymać, a tego, co na komendzie, nigdzie indziej nie dostaną.
I nie rozumieją, ze nie można swojego szczęścia budować na nieszczęściu innych.

Więc co tu z nimi gadać…..


Odmienny stan 2012-10-08
Odmienne stany świadomości są, wbrew nazwie, stanem powszednim dla wielu członków społeczeństwa. Przez niektórych zwalczane i krytykowane, dla niektórych są siłą sprawczą największych życiowych dokonań.
Dlatego nie ma potrzeby ich nie lubić czy z nimi walczyć albo nieakceptować. Zwłaszcza, kiedy stany te są wprawdzie następstwem naszych uprzednich działań, ale kiedy nie dążyliśmy do osiągnięcia efektów dnia następnego.
Sztandarowym przykładem jest kac, nazywany kacunio, wujek kacyk, Katzenjammer, kociokwik, gdb, kapeć i in. Albo, po prostu, ciężką do zniesienia pamiątką po imprezie
Kto go się z nim nie spotkał, ten nie smakował “soli ziemi”.
Zwykle, kiedy gościmy wujka kacunia, to nie cieszymy się z tego powodu. Walczymy z nim, krytykujemy, źle o nim mówimy, próbujemy pozbyć się go w najbardziej wyrafinowane sposoby.
Nie akceptujemy bólu głowy, pragnienia, światłowstrętu, nadwrażliwości na hałas, nudności, biegunki, uczucia rozbicia, apatii, braku koncentracji, bezsenności, osłabienia, braku łaknienia lub – o zgrozo - nadmiernego apetytu, dreszczy, potliwości, depresji i rozdrażnienia. Na walkę z naturalnym przecież stanem marnujemy ogrom sił, energii, emocji i zdrowia.
A przecież można inaczej. Można zaakceptować swój stan. Dryfować bezwiednie przez długi „dzień następny”, czerpiąc radość z każdego następnego momentu. Pieczołowicie smakować każdą nową chwilę. Nie spieszyć, nie koncentrować, nie walczyć. Wcielać w życie chrystusową mądrość życia. Przecież jeżeli nie zależy nam na wygranej, nie musimy brać udziału w wyścigu. Jeśli nie czujemy się dobrze - nie musimy być najlepsi. Możemy po prostu przeżyć w szczęśliwy sposób dane nam nowe doświadczenie i momenty – tak różne od zwyczajnego, oklepanego i nieeskscytującego życia.

Jeśli zaś nie jesteśmy żądni doświadczeń nowych stanów świadomości, możemy po prostu nie opuścić do kaca.

Na przykład możemy spożywać alkohol w „odpowiednich” ilościach, tracąc radość życia. Jeśli chcemy wypić więcej należy przed wyjściem na imprezę warto odpowiednio nawodnić organizm. Można unikać picia alkoholu na pusty żołądek i urozmaicić dietę. Dodać jabłka, ciemne winogrona, sok marchewkowy czy czosnek i wzmocnić w ten sposób wątrobę, której zadaniem jest oczyszczanie organizmu z toksycznych związków w organizmie.
Można też na drugi dzień osiągnąć ten sam skutek i - po prostu - napić się. Znowu i Dużo. 
Chuligani miłości 2012-10-05



 Coś takiego jak słowiańska dusza istnieje.  Cechuje ją fantazja, ogień,  brawura, dzikość. Nieumiarkowanie w miłosci i nienawiści. Mało  jest na świecie ludzi o stuprocentowej krwi słowiańskiej, ponieważ przez cały okres historii ludy się mieszały. Jednakże pierwiastek słowiański, nawet przy tej mieszance krwi, genów i kultur, dochodzi do głosu. Zawsze.

Z niedawno opublikowanych badań  firmy Bayer Schering Pharma wynika, że 12,6 proc. naszych rodaków powyżej 18. roku życia uprawia seks codziennie, a 49,5 proc. Polaków współżyje częściej niż raz w tygodniu. Jesteśmy lepsi od Niemców (39,4 proc.), Brytyjczyków (39,5 proc.), Austriaków (39,9 proc.), Słowaków (47 proc.) oraz Szwedów (40,4 proc.) i Norwegów (40,6 proc.). W seksie nie przeszkadzają nam nawet dzieci w pokoju czy chomik w klatce. Co więcej, ponad 18 proc. dorosłych przyznaje się do stosunków analnych, co jest swoistym novum i pogwałceniem dawne sfery sacrum. Mniej kobiet niż pod koniec lat 90. udaje orgazm tylko po to, by utwierdzić mężczyznę w jego męskości. Powszednieje seks oralny, który uprawia już 40 proc. osób.

Doceniani jestesmy także za granicą, już nie tylko na tradycyjnym rynku pracy, na co wskazuje nie tyle liczba pozwów o alimenty, ile liczba zgłoszeń na policję z prośbą o określenie miejsca pobytu - w celu ustalenia ojcostwa - mężczyzny o swojsko brzmiącym imieniu i nazwisku „Prawo Jazdy“.
Skąd wywodzą się te cechy i ta żywotność seksualna Polaków?
Otóż naród Polski, z racji położenia kraju i spuscizny historycznej, korzysta z doświadczeń wielu nacji przechodzących przezeń, nie wspominając o regularnym wzbogacaniu rodzimej puli genetycznej nowym wkladem.
Ostatni taki proces miał miejsce podczas II Wojny Światowej, ponieważ część działań była prowadzona na terytorium Polski. Najpierw swój wkład poczynił Wermacht wraz z osadnikami. Następnie, pulę genetyczną wzbogaciła Armia Czerwona.
Nie da się ukryć, że strach przed gwałtem ze strony radzieckich żołnierzy to jedna z najsilniejszych emocji lękowych wojny i powojnia na terenach Polski, budząca ciekawość i niezdrowy rumieniec podlotkow jeszcze przez długi czas. Zresztą nie tylko na terenach Polski, bo od października 1944 r. nie było w Niemczech okrzyku bardziej wyzwalającego panikę niż "Russen kommen!" (Rosjanie idą). Żołnierzowi Armii Czerwonej nie przysługiwał urlop, podczas którego mógłby  rozadować napięcie seksualne. Z pomocą mógł przyjsć najwyżej najbliższy kolega, bratnia dłoń, bądź siła woli. Zresztą nawet przedstawiciele „kulury wyzszej“ nawoływali: "Złamcie siłą dumę rasową germańskiej kobiety. Bierzcie ją jako regularną zdobycz" (Ilia Erenburg).
W Polsce nie było potrzeby używać siły, ponieważ był to kraj sojuszniczy, a ludność skora do pomocy i współdziałania. W propagandzie sowieckiej i polskiej żołnierz sowiecki był zawsze czysty i zdrowy, nigdy - brudny i cuchnący. Problemem było jedynie to, że nawet pensjonariusze szpitali wenerycznych nie rezygnowali z prób gwałtu, co nie sprzyjało, w konsekwencji, zdrowiu zarówno Armii Czerwonej jak społeczeństwa.
Stąd, tylko skrótowo przedstawiony proces wzbogacania puli genetcznej narodu nie mógł pozostać bez wpływu na osiągnięcia i wyniki rodaków w wielu sferach życia, także jezeli chodzi o sprawność seksualną.
Jak to niekiedy ładnie się ujmuje: „sukces ma wielu ojców“.

Żyj marzeniami! 2012-07-09

Rozmawiałem wczoraj z przyjaciółmi. O pracy, o marzeniach i o tym jak wygląda to obecnie. Z rozgoryczeniem stwierdziłem, że większość osób wokół mnie to malkontenci. Ciągle narzekają, że jest im źle i nic w życiu nie mogą. Mało zarabiają, nic nie znaczą. Teraz to już tylko chcą, żeby w robocie nie było bandyctwa, żeby nie było złodziejstwa, żeby nie było niczego. Wyszło, ze większość nie robi stale tego, do czego ma inklinacje i czuje powołanie.
Nie wszyscy, na szczęście!
Najbardziej zapalczywi i gorącogłowi są w stanie wykrzesać jedynie resztki zapału i to – co mogłoby być pracą zawodową – wykonują jako hobby. Bezpłatnie.
A przecież jeszcze kilka lat temu wszyscy, nie tylko "gorąogłowi", mieli takie piękne marzenia....
Co stało się z nimi?

Darek od dziecka marzył żeby zostać policjantem. Tropić i łapać przestępców a potem ich bić. Teraz pracuje w administracji państwowej. W Ministerstwie, po mamie. Nie jest policjantem, ale ma żonę i dzieci. Codziennie tropi czy żona zrobiła w domu świeży obiad a dzieci czy odrobiły lekcje i były posłuszne. Wieczorem, kiedy dzieci śpią, pilnuje, żeby żona spełnia obowiązki małżeńskie, do których zobowiązała się w kontrakcie małżeńskim zawartym w obecności duchownego. Darek jest czujny i wyłapuje wszelkie nieprawidłowości, bo ma prawy charakter, wyczulony na niezgodność z prawem. Jak potrzeba- bije. W brzuch, żeby siniaków nie było.
Ale, jak mówi Darek, prawdziwym policjantem to jednak nie jest. Dlatego ma niewielką radość z życia.

Zofia bardzo chciała założyć rodzinę, mieć męża i mieć dzieci. No i stworzyć dom. To były jej marzenia i sposób na życie. Udało jej się. Bo miała już trójkę mężów i trójkę dzieci. Każde dziecko z każdym mężem: po równo. No i trzy domy. Z trzecim było całkiem fajnie. Ale, jak mówi, emocjonalnie tego rozdarcia nie wyrabiała i dlatego musiała go zostawić. Teraz szuka czwartego (męża), żeby wreszcie stworzyć stabilny dom i zapewnić latorośli stabilne dzieciństwo.

Alojzy miał taką typową słabość od dwunastego roku życia: lubił vaginy. Marzył wpierw o karierze ginekologa na akademii medycznej. Ale notorycznie oblewał egzaminy. Podobno dlatego, że miał jednokierunkowe zainteresowania. Choć obniżył aspiracje aplikując na wydział weterynarii, powodowany być postulatami marksizmui, zgodnie z którymi „ilość przeradza się w jakość”, także tam nie udało mu się dostać. Skończył jednak podyplomowe studium administracji i biurowości, co umożliwiło mu z czasem występowania w roli liczącego się specjalisty HR. Splot czynników, które umiał wykorzystać, tj. wysokiej stopy bezrobocia wśród absolwentek prywatnych wyższych szkół, bezpośredniość i serdeczność w relacjach interpersonalnych oraz znajomość tajników psychologii – umożliwiły mu tak kontynuowanie i rozwijanie młodzieńczych zainteresowań jak umiejętne, zgodne z kwalifikacjami lokowanie zasobów ludzkich.

Nie jest zatem prawdą, że tylko wybrani mogą robić to, czym interesują się. Wszystko zależy o Ciebie i od Twojej wytrwałości.
Skoro nawet Darek potrafi stać się policjantem – i to w domu; Zośka może stać się strażniczką domowego ogniska po raz czwarty, a Alojzy jest w stanie z nudnej pacy biurowej wykrzesać tyle ognia, to tym bardziej potrafisz to uczynić i Ty.
Na wszystko jest miejsce i czas 2012-07-09

To nie tylko slogan, który wygłaszamy w stosunku do bliższych i dalszych nielubianych znajomych. To także wpojony nam imperatyw, który determinuje nasze odczucia i zachowania – tak względem siebie samych, jak wobec innych.

Wczoraj odwiozłem koleżankę do ginekologa. Grzecznościowo. Była spóźniona, zatem i weszła, od razu jak przyjechała o 10:20 - bez kolejki.
Panie czekające na przyjęcie przez lekarza zainteresowały się:
- Pani to na którą?
- No.. na 9:30. A pani?
- Na 9:45. A ta pani pod drzwiami?

-Na 9:15
-A ta pani, co weszła teraz? - któraś zagaiła do mnie podstępnie.
-A cholera ją wie

Szczęśliwie koleżanka po paru minutach wyszła spełniona z gabinetu. Zawsze po oględzinach u tego ginekologa miała podejrzanie dobry humor. Jakby lubiła, kiedy ją oglądał.
- Na która pani miała wizytę – nie wytrzymała któraś, chyba ta na 9:30
--No na dziesiąta. Bo ja spóźniona byłam, to weszłam od razu.
Rozmówczyni pobladła. Z zaciśniętych ust wydusiła tylko:
- Ja idę. Nie mam tyle życia żeby pół dnia czekać do lekarza. Mąż czeka na śniadanie.
Zorientowałem się, co się święci i usiłowałem zatrzymać pacjentkę. W trosce o jej stan zdrowia i dobro lekarza też.
-Pani wejdzie teraz. Doktor wie, że pani długo czeka, to i banie będzie dokładniejsze, żeby pani wynagrodzić.
Popatrzyła wzrokiem zranionej sarny na mnie. A mnie zrobiło się głupio, ze zraniłem sarnę. Jak kłusownik zachowałem się prawie, choć nie chciałem
Teraz dopiero dotarło to do mnie.
Czas na badanie, na które zebrane tu panie przygotowywały się – a ta pani w szczególności – już minął. I razem z nim uległość, nastrój i oczekiwanie chwili. Nic tego nie wróci.
Na wszystko jest miejsce i czas, a ten pan doktor żadnej pacjentce już dziś nie pomoże.
Miłość, która wypełnia nasze serca 2012-06-23



Jak spędzić czas latem tak, żeby nie dać się wtłoczyć w utarte schematy biur wycieczkowych, nie wydać głupio pieniędzy i nie stać się kolejnym konsumentem kultury masowej? Czas najwyższy, by znaleźć odpowiedź na to pytanie, ponieważ letnie miesiące wakacyjne zbliżają się.
Idealnym rozwiązaniem dla współczesnego człowieka, który ma jakiekolwiek problemy – albo ich nie ma - jest pielgrzymka. Na pielgrzymce czas fajnie płynie. O tym, ze pielgrzymka jest dla każdego i każdemu służy można przekonać się analizując skąłd osobowy pielgrzymek. Są i klasyczni, zatwardziali katolicy i młodzież inteligencka, licealiści gimnazjaliści, kelnerki, dziewczyny w glanach i z te z krzyżykiem na szyi. Są osoby, które uczestniczą w pielgrzymce w określonym celu, np. żeby mniej pić – jak mój kolega ze studiów, nie uprawiać przypadkowego seksu, być dobrym dla innych, żyć w zgodzie z sobą. Prawdę mówiąc czasem te cele są ze sobą sprzeczne. Ale są na pielgrzymkch też osoby po prostu kochające świat, a uczestnictwo w pielgrzymkach w szczególności: zwłaszcza, ze pielgrzymuje się w różne miejsca. W każdym z nas tkwi silna potrzeba wiary i bliskości miłości Boga.
To bardzo popularny sposób spędzania wolnego czasu, bo od 25 maja do 14 sierpnia zeszłego roku, tylko na Jasną Górę przybyło:
- 168 pielgrzymek pieszych. Wędrowało w nich 104 tys. 500 osób;
- 66 pielgrzymek rowerowych. Przyjechało w nich 3 tys. 391 osób;
- 7 pielgrzymek biegowych. Przybiegły w nich 144 osoby;
- 2 pielgrzymki konne, a w nich 48 osób.
Właśnie wiara, sprawa wagi najwyższej w życiu, ciągnie ludzi do miejsca, jednego z wielu miejsc na świecie, gdzie odnajdują przyjaźń i miłość absolutną.
Kiedy raz ktoś spróbował, chodzi już zawsze. Bo pielgrzymka uzależnia. Jest w niej cos takiego, że jak pójdziesz raz i choćbyś nie wiadomo jak był posiniaczony miał mnóstwo bąbli – to i tak chcesz iść następnym razem. Zwykle jest dostępna dla każdego, bo jest mało płatna. Śpi się albo w namiotach albo w stodole, .je się przeważnie swoje jedzenie, czasem na postojach są darmowe obiady. Zwykli ludzie, mieszkańcy, którzy machają po drodze pielgrzymom, rozdają też owoce, kompot, a nawet wodę mineralną i wino.
Każdy, kto uczestniczył w pielgrzymce zdaje sobie sprawę z wyjątkowości pielgrzymek: pierwsze dwa dni są ciężkie, ale potem nogi się rozchodzą i dalej pędzi się niczym wiatr.
Jest tak wspaniale, że potem, po zakończeniu, nikt nie ma ochoty wracac do domu,do tego świata ogarniętego wyścigiem szczurów, materializmem, złem, zepsuciem i moralna zgnilizną. Nie da się też ukryć, ze zwykle, w domu albo w pracy brakuje tak pożądanej atmosfery pielgrzymki.
Pielgrzymka "ładuje" nam akumulatory na następny rok. W trakcie niej poznaje się sporo fajnych i wartościowych ludzi.
A to dlatego, ze na pielgrzymki zazwyczaj chodzą ludzie wierzący żeby razem z innymi modlić się śpiewać spędzić najwspanialsze kilka dni w ciągu całego roku. Na te dni, na które czeka się z utęsknieniem.
Nie jest ważne z jakiego środowiska ktoś pochodzi. Tu są wszyscy. Przedstawiciele normalnych ludzi. Ważne jest jednak jedno: żeby dobrze się czuć na pielgrzymce trzeba wtopić się w otoczenie. Zachowywać się tak jak reszta. I zrozumieć, czemu inni chodzą na pielgrzymki. I robić swoje: realizować te cele, dla których Ty wybrałeś się na pielgrzymkę.
I absolutnie nie jest prawdą to ze alkohol i narkotyki są na pielgrzymce codziennością. Z własnego doświadczenia wiem, ze na pielgrzymkach to wyjątek i rzadkość – tak chętnie witana przez współpielgrzymujących. Podobnie sprawa wygląda z seksem: na pielgrzymkach zawsze spałem z „siostrą”. Z czasem nawet polubiłem ten zwyczaj. Wyjątkowość pielgrzymki polega na tym, że zwykły, szary chłopak i dziewczyna mogą poczuć się niczym Adam i Ewa łamiąc uświęcone tradycją tabu. Nie dość, ze bez małżeństwa (co przecież jest już normą), lecz w „świętej podróży”, pod okiem księdza i innych pielgrzymujących. Paris Hilton ze swoimi miernymi produkcjami na you tube w zepsutej Ameryce przy tym to tylko kolejny powielany schemat popkultury. Co innego robić coś oburzającego mając przyzwolenie społeczne, co innego robić coś tak obrazoburczego, co było przyczyna powstania kultury odrębnej od boskiej.
Nie jest też prawdą, że rozpoczęcie okresu pielgrzymkowego to rozpoczęcie okresu na niepokalane poczęcia. Choćby z tego powodu, ze w Częstochowie, ”w sezonie” sprzedaje się najwięcej prezerwatyw w przeliczeniu na jednego mieszkańca. Seks owszem, jak wszędzie, zdarza się. Przecież pielgrzymkowe „niunie”, czasem nawet atrakcyjne, są tyleż religijne co wyposzczone. Czasem po przejściach i wymagające pocieszenia. Nie ma co się dziwić, w końcu na pielgrzymkach są normalni ludzie. I jako takich należy ich postrzegać. W przeciwnym razie żadna to przyjemność słodzić laseczce z krzyżykiem na szyi, albo - nie daj boże – jakiejś „oazówce” .

Zatem pamiętajmy: nadchodzi lato. Robi się parno i gorąco. Złe myśli przychodzą do głowy – i tym w związkach małżeńskich, niemałżeńskich i singlom też . Niektórzy mówią, że szczęśliwie też tym w spontanicznej relacji z całym światem. Nie muszę wspominać, ze konsekwencje parnej i gorącej pogody mogą być opłakane. Po co mają sąsiedzi wytykać palcami a rodzice krzywo patrzeć?
Trzeba z tym coś zrobić.
Czas na pielgrzymkę!
Czas na Ciebie!
Strawa Mistrzów 2012-06-20

Fala zabójstw, wyjątkowo okrutnych, przetoczyła się przez Korporację. Wszystkie ofiary miały rozłupane czaszki i pozbawione zostały mózgu oraz części kości czaszek. Ofiarami był i Olek i Ania –asystentka, Wojtek i Mariusz. Najlepsi pracownicy, z głowami pełnymi świeżych i innowacyjnych pomysłów.
Strat była tym większa, że ofiarami byli członkowie – formalni albo nieformalni – think tanku Grupy; przodownicy i aktywiści szkoleń, grupa konkurencyjnego wspomagania Zarządu.
W firmie zapanował chaos i strach. Widać było od razu, ze to dzieło seryjnego mordercy, lecz nikt nie wiedział, kto będzie następny. Wszyscy byli czujni, każdy patrzył każdemu na ręce: redaktor – redaktorowi, specjalista-specjaliście, członek zarządu - członkowi zarządu. Nawet do toalety, „za potrzebą” wychodzono trójkami: potrzebujący, osoba towarzysząca i świadek – na wypadek, gdyby osoba towarzysząca zaatakowała potrzebującego. Ograniczano mycie naczyń, żeby niepotrzebnie nie ryzykować. Niektórzy nawet herbatę pili z jednorazowych kubków, a łyżeczki do herbaty nosili ze sobą, myjąc je dopiero w domu.
Specjalny Zespół ds. wyjaśnienia „incydentów”, powołany przy współudziale policji, cbś, cba i abw, oprócz wskazania, że wszystkie ofiary miały wspólną cechę, tj. szybko realizowały postawione im cele i odnosiły sukces zawodowy, nie potrafił wyjaśnić incydentów. No, za wyjątkiem wysunięcia śmiałej hipotezy, że powodem zbrodni było osiągnięcie rytualnych celów związanych z kanibalizmem. W przekonaniu zespołu ślady rytualnej ekstrakcji mózgu oraz konsumpcji wskazywały na posiadane przez mordercę pragnienia przejęcia cech ofiar.
I kto wie, jak długo trwałoby śledztwo, przesłuchania świadków, wyjaśnianie zagmatwanych wątków życia korporacyjnego, gdyby nie to, że Prezes Zarządu musiał pilnie skorzystać toalety, a dyspozycyjny, jako osoba zaufania, był tylko I V-ce Prezes ds. Finansowych, który tak sprawnie wyprowadził firmę z kłopotów z Urzędem Skarbowym. Przedłużająca się nieobecność kolegów wzbudziła uzasadnione podejrzenia, dociekliwego z natury, II V-ce Prezesa ds. Wyszkolenia i Strategii Marketingowej.
Pełen przerażenia okrzyk II V-ce Prezesa sprawił, ze Prezes nie dokończył ekstrakcji mózgu I V-ce Prezesa ds. Finansowych a w wąskim przejściu do toalety zaroiło się od ludzi. Byli i pozostali członkowie zarządu i specjalny zespół ds. wyjaśnienia „incydentów”, powołany przy współudziale policji, cbś, cba i abw oraz pozostali przy życiu dociekliwi pracownicy w tym pracownicy ochrony składający się z byłych żołnierzy GROM.
Kiedy Prezes był wyprowadzany w kajdankach nikt ze zgromadzonych nie mógł jeszcze otrząsnąć się z przygnębienia i szoku. Za wyjątkiem II V-ce Prezesa d. Wyszkolenia i Strategii Marketingowej, który zawsze myślał – przede wszystkim – o pracy. Teraz tez: przykucnął przy otwartej czaszce zewłoku I V-ce Prezesa ds. Finansowych i, po chwili wahania, wyciągnął brudną łyżeczkę do herbaty, z która przecież nie rozstawał się nigdy.
- Muszę przecież coś nowego ludziom przekazać na szkoleniach – powiedział jakby gwoli usprawiedliwienia wbijając łyżeczkę w masę mózgową.
Weszła jak w ciepłe masło.
Przełykając z lubością i nabytym doświadczeniem dodał: - Taka wiedza nie powinna się zmarnować. To byłoby ze szkodą dla firmy.
Niektórzy, w tym członkowie „specjalnego zespołu” zakrywając rekami usta zaczęli wybiegać z toalety. Najwierniejsi jednak członkowie Korporacji, po upewnieniu się, ze nie ma ukrytych kamer, przyłączyli się do biesiady.
Spodziewane są rekordowe wyniki firmy w tym roku…



Droga ku przyszłości 2012-06-14

Jesteśmy zagubieni. Żyjemy w świecie samotności wewnętrznej: otoczeni "singlami", samotnymi staruszkami, o których zapomniała rodzina, samotnymi małżonkami, samotnymi dziećmi, samotnymi listonoszami i wspinaczami wysokogórskimi
.Staliśmy się poprzez tą samotność jak drzewa bez korzeni. By znaleźć oparcie sięgamy – zamiast w głąb naszej własnej kultury - do szamanizmu, okultyzmu czy magii lub tarota. Jakbyśmy zapomnieli dokonań wielkich filozofów, którzy wykazali bezsprzecznie fakt, ze „historia ma charakter regresywny”. Tymczasem wystarczy przypomnieć sobie własną tradycje, powrócić do tożsamości niepotrzebnie odrzuconej, by odzyskać poczucie sensu życia i spełnienia. Szukamy mądrości nie zdając sobie sprawy, ze ta mądrość jest tuż obok, wystarczy sięgnąć zdecydowanie po nią

Przykładowo, żeby stać się mądrym albo odważnym jeszcze niedawno uważano, ze wystarczy zjeść mózg wroga czy krewnego. Było to praktykowane na wszystkich kontynentach. Mózg wroga zjadano by nabyć obcą odwagę lub mądrość, mózg członka rodziny – po to, by te cechy nie przepadły i zostały, w ramach maksymalizacji fitness, dla następnych pokoleń w rodzie.

W mózgu wroga gustowali zwłaszcza wojownicy celtyccy z terenów obecnej Brytanii. Niekiedy oddawali oni druidom głowy zabitych, by druidzi zjedli mózg wroga w celu przejęcia jego inteligencji, powabu albo polotu.

Zwyczaj ten był także rozpowszechniony w kulturze łużyckiej, której pozostałościami są zachowane fragmenty Biskupina. Twórcy osady czerpali zatem swą tężyznę intelektualna i budowlaną z cech nabytych w wyniku konsumpcji ciał ofiar. Liczne zachowane kości ludzkie noszą ślady odcinania mięsa od kości i smażenia, nie wspominając o tym, że rozbijano kości długie by dobrać się do szpiku. Także „pochówek” resztek ofiar obarczony był piętnem symbolizmu, ponieważ resztki uczt, te które nie wzbudziły zainteresowania psów, wyrzucano na śmietnik.


Wyrazem szacunku dla tradycji jest praktykowany w Chinach „współczesny” kanibalizm abortowanych dzieci (H. Shen, Made in China – Poaborcyjny towar, w: ,,Nowe Państwo” nr 11 (45)/2009). Przy czym powszechnie dostępne w sieci są przepisy kucharskie, którego przedmiotem są przywołane powyżej „produkty”, a w jednej z restauracji chińskich podaje się zupę z ciała nienarodzonego zabitego dziecka (Antoni Zieba, Kanibalizm XXI wieku).
Godnym uwagi jest fakt, ze także instytucje Unii Europejskiej, w tym Parlament Europejski, doceniając w jakimś zakresie szacunek dla tradycji, przyczyniają się do wspierania chińskiego programu kontroli urodzeń, popierając, w konsekwencji, także aborcję, której zastosowanie zasygnalizowałem. Nie sposób nie zauważyć przy tym dynamicznego wzrostu gospodarczego Chin, który jest następstwem tak śmiałości i odwagi intelektualnej wybranych członków społeczeństwa, jak dochowywania wierności tradycjom.
Dlatego, kiedy znamy dobrą drogę życia, należy odpowiedzieć sobie, co chceby robic w życiu i kim chcemy być?
Samotnymi, zagubionymi singlami? Niepotrzebnymi nikomu jednostkami, które odcięły się od tradycji niczym drzewo od korzeni?
Wybór należy do Was…
Sekrety serca 2012-06-06

Każdy z nas ma jakieś tajemnice. Bardziej i mniej skrywane. Osobiste i nieosobiste. Własne i cudze. Prywatne i publiczne. Wszystkie te sekrety mają wspólną cechę: z czasem przestają być sekretami. Wyjawiamy skrywane fakty po prostu sami z siebie najczęściej.
Nasze sekrety mogą dotyczyć albo mówienia prawdy w ogóle, albo pomijania wszystkich szczegółów danej kwestii. Przy czym „mijamy się z prawdą” zupełnie odruchowo, nie poświęcając głębszej refleksji temu, czy kłamstwo wyjdzie kiedyś na jaw.
Przykładowo, z badan wynika, że trzydzieści dwa procent osób starających się o pracę nie pisze prawdy, składając dokumenty.
Zatem większość spośród składających podania biegle włada językami obcymi, znają wymagane programy i aplikacje, ukończyły wymagane kursy, mają bogate doświadczenie. Na pewno posiadają prawo jazdy, licencję pilota i patent operatora koparki ręcznej.
Gwoli sprawiedliwości trzeba przyznać, ze nie bez skazy są także pracodawcy, którzy – wszyscy – obiecują „godziwe wynagrodzenie”, „rozwijającą pracę”, „młody i sympatyczny zespół”, „przyjazną atmosferę połączoną z możliwością awansu”. Czujnym trzeba być analizując proponowany zakres obowiązków, obietnicę podniesienia wynagrodzenia po okresie próbnym, zapewnienie możliwości wykonywania pracy podczas wyjazdów oraz podniesienie wynagrodzenia poprzez powiązanie faktu jego wypłaty z wynikami.
Złośliwi mówią, ze wprawdzie jedna trzecia kandydatów kłamie w Cv, jednak także 90% pracodawców okłamuje kandydatów. Taka wzajemność wydaje się być wpisana w nurt kultury judeochrześcijańskiej, z które wywodzimy się.
A co z innymi sekretami? Jakieś być chyba muszą, skoro człowiek jest z gruntu zły, na co wskazuje historia grzechu pierworodnego i na co wielokrotnie zwracali uwagę filozofowie. Zarazem żyjemy , co nam codziennie powtarza się, w „cywilizacji miłości”, której opoką i fundamentem jest szczerość, słowność, wierność, lojalność – etc., która – z założenia - nie ceni zła.
I właśnie fakt, że wierności małżeńskiej dochowuje 10 – 20 % małżonków, w niektórych krajach co czwarte dziecko jest wychowywane przez nie mężczyznę nie będącego ojcem biologicznym (bez świadomości tego faktu), rzadko który pracownik posiada deklarowane kwalifikacje, rzadko który pracodawca wywiązuje się z obietnic – a system istnieje i jak wynika ze wskaźników wzrostu, rozwija się – świadczy o tym, ze żyjemy w warunkach idealnie dopasowanych do naszych potrzeb.


Skrywane sekrety 2012-05-31

Od wieków korciło ludzi to, żeby w jakiś sposób dowiedzieć się więcej o jednostce społecznej (człowieku) niż ta sama chce ujawnić.
Zjawisko to jest szczególnie intensywne obecnie, kiedy wielu ludzi przebywających w jednym miejscu o tej samej porze ma wielokroć sprzeczne, a czasem wykluczające się, aspiracje życiowe. W nowoczesnych relacjach społecznych temu celowi służyło – i służy – nawiązywanie „więzów sympatii” ze „wspólnymi znajomymi”, grupowe dzielenie hobby i zainteresowań, wspólne podróże, wakacje, wyjazdy integracyjne, wspólni partnerzy i partnerki – i in.
„Uspołecznianie” często budzi niechęć i atawistyczny opór osoby „uspołecznianej”, co przecież powinno stymulować do poszukiwania innych dróg zaspokajania społecznej ciekawości. Jest to możliwe, ponieważ wywodzimy się przecież ze społeczeństw „myśliwych i zbieraczy”, a okres, kiedy w ten właśnie sposób (łowienia i kolekcjonowania) zdobywaliśmy środki do życia nie jest odległy. Jest zatem szansa, że utrwalone nawyki gdzieś pozostały i łatwo odżyją, kiedy tylko znajdziemy usprawiedliwiony społecznie sposób ich zastosowania.
Działanie w poszukiwaniu skrywanej prawdy należy uznać za uzasadnione i pożądane, ponieważ każde ludzkie zachowanie (w tym także uznawane za aspołeczne) jest nie tylko warunkowane określonymi czynnikami, lecz zdradzane przez pewne obserwowalne symptomy. Do historii już przeszło pytanie – i odpowiedź na nie - sformułowane przez Cesare Lombroso – choć on zbyt jednokierunkowo poszukiwał odpowiedzi - które sprowadzało się do tego, dlaczego jedni ludzie są wredni, a inni nie.
I tak możemy polować na spontaniczne gesty i obserwować mimikę, czyli analizować mowę ciała i zachowania społeczne także poza miejscem, w którym daną osobę spotykamy zwykle. W ten sposób odkrywamy prawdziwe oblicze danej jednostki i możemy ja sklasyfikować. Ważne jest czy ktoś patrzy nam się prosto w oczy, czy nie. Czy wydaje z siebie przerywniki typu "yyy", "eee", "hmm", pochrząkuje, zacina się, wzdycha. Czy osoba ta jest zdenerwowana, ma drżący głos, gwałtownie gestykuluje i dotyka ręką nosa, który jej rośnie. Korzystne dla oceny społecznej przydatności osoby będą takie fakty jak to, ze „...nie dba o swój wygląd zewnętrzny, nie chodzi do spowiedzi, […]”. Należy też wystrzegać się brzydkich, często zaniedbanych i złośliwych kobiet, mieszkających samotnie, na uboczu i rzadko stykających się z ludźmi. Zaniepokojenie powinny wzbudzić osoby zdolne dokonywać rzeczy niemożliwych, jak skuteczne zarządzanie zespołem ludzkim, chodzenie po pionowych ścianach, biegają po stromych, siadanie na cienkich gałęziach, które nawet ptaka z trudem utrzymują. Opinie na temat jednostki można sobie wyrobić analizując historię stron internetowych w jej komputerze zwłaszcza tych stron, oglądanych w czasie pracy. Cennych informacji może dostarczyć wizyta w toalecie bezpośrednio po danej osobie. Resztki niestrawionych do końca pokarmów, tudzież zapach umożliwia uzyskanie cennych informacji o sposobie życia. Bez trudu wykryjemy nadmiar tłuszczów zwierzęcych, szparagów, alkoholu, cebuli i czosnku. Właśnie dieta może sugerować skrywaną przynależność etniczną i kulturową, a nawet preferencję seksualną. Cennych wskazówek dotyczących danej osoby mogą dostarczyć wyniki obserwacji budowy ciała (wysoki , niski, gruby, chudy, czarny, rudy, obrzezany czy nie), rodzaju odzieży wierzchniej (skórzana czy nie, czysta, brudna, w kwiatki, różowa, czarna z odwróconym krzyżem, koszulka z napisem „mam wyjebane”) – a w szczególności bielizny (skórzana czy nie, springi, czysta, brudna , itd.) lub jej braku.
Przede wszystkim jednak powinniśmy zwracać uwagę na cechy wynikające z istoty danego człowieka, nie dając się zwieść opanowanym do perfekcji – być może – jego zagrywkom społecznym. Według szkoły antropologicznej (Cesare Lombroso, „Człowiek zbrodniarz”) istnieje typ człowieka, który jest morfologicznym odchyleniem od prawdziwego człowieka. Taką jednostkę można zidentyfikować po deformacjach czaszki, niskim czole, świńskich oczach, mańkuctwie, deformacji uszu, wystających kościach policzkowych. Jednostka obarczona tymi cechami nie posiada uczuć moralnych, tylko pierwotny instynkt zła.

Kiedy już posiądziemy postulowane informacje, powinniśmy podzielić się nimi z innymi. Niech nikt nie czuje się bezpieczny, jeśli ma coś do ukrycia.
Skrywane sekrety 2012-05-31

Od wieków korciło ludzi to, żeby w jakiś sposób dowiedzieć się więcej o jednostce społecznej (człowieku) niż ta sama chce ujawnić.
Zjawisko to jest szczególnie intensywne obecnie, kiedy wielu ludzi przebywających w jednym miejscu o tej samej porze ma wielokroć sprzeczne, a czasem wykluczające się, aspiracje życiowe. W nowoczesnych relacjach społecznych temu celowi służyło – i służy – nawiązywanie „więzów sympatii” ze „wspólnymi znajomymi”, grupowe dzielenie hobby i zainteresowań, wspólne podróże, wakacje, wyjazdy integracyjne, wspólni partnerzy i partnerki – i in.
„Uspołecznianie” często budzi niechęć i atawistyczny opór osoby „uspołecznianej”, co przecież powinno stymulować do poszukiwania innych dróg zaspokajania społecznej ciekawości. Jest to możliwe, ponieważ wywodzimy się przecież ze społeczeństw „myśliwych i zbieraczy”, a okres, kiedy w ten właśnie sposób (łowienia i kolekcjonowania) zdobywaliśmy środki do życia nie jest odległy. Jest zatem szansa, że utrwalone nawyki gdzieś pozostały i łatwo odżyją, kiedy tylko znajdziemy usprawiedliwiony społecznie sposób ich zastosowania.
Działanie w poszukiwaniu skrywanej prawdy należy uznać za uzasadnione i pożądane, ponieważ każde ludzkie zachowanie (w tym także uznawane za aspołeczne) jest nie tylko warunkowane określonymi czynnikami, lecz zdradzane przez pewne obserwowalne symptomy. Do historii już przeszło pytanie – i odpowiedź na nie - sformułowane przez Cesare Lombroso – choć on zbyt jednokierunkowo poszukiwał odpowiedzi - które sprowadzało się do tego, dlaczego jedni ludzie są wredni, a inni nie.
I tak możemy polować na spontaniczne gesty i obserwować mimikę, czyli analizować mowę ciała i zachowania społeczne także poza miejscem, w którym daną osobę spotykamy zwykle. W ten sposób odkrywamy prawdziwe oblicze danej jednostki i możemy ja sklasyfikować. Ważne jest czy ktoś patrzy nam się prosto w oczy, czy nie. Czy wydaje z siebie przerywniki typu "yyy", "eee", "hmm", pochrząkuje, zacina się, wzdycha. Czy osoba ta jest zdenerwowana, ma drżący głos, gwałtownie gestykuluje i dotyka ręką nosa, który jej rośnie. Korzystne dla oceny społecznej przydatności osoby będą takie fakty jak to, ze „...nie dba o swój wygląd zewnętrzny, nie chodzi do spowiedzi, […]”. Należy też wystrzegać się brzydkich, często zaniedbanych i złośliwych kobiet, mieszkających samotnie, na uboczu i rzadko stykających się z ludźmi. Zaniepokojenie powinny wzbudzić osoby zdolne dokonywać rzeczy niemożliwych, jak skuteczne zarządzanie zespołem ludzkim, chodzenie po pionowych ścianach, biegają po stromych, siadanie na cienkich gałęziach, które nawet ptaka z trudem utrzymują. Opinie na temat jednostki można sobie wyrobić analizując historię stron internetowych w jej komputerze zwłaszcza tych stron, oglądanych w czasie pracy. Cennych informacji może dostarczyć wizyta w toalecie bezpośrednio po danej osobie. Resztki niestrawionych do końca pokarmów, tudzież zapach umożliwia uzyskanie cennych informacji o sposobie życia. Bez trudu wykryjemy nadmiar tłuszczów zwierzęcych, szparagów, alkoholu, cebuli i czosnku. Właśnie dieta może sugerować skrywaną przynależność etniczną i kulturową, a nawet preferencję seksualną. Cennych wskazówek dotyczących danej osoby mogą dostarczyć wyniki obserwacji budowy ciała (wysoki , niski, gruby, chudy, czarny, rudy, obrzezany czy nie), rodzaju odzieży wierzchniej (skórzana czy nie, czysta, brudna, w kwiatki, różowa, czarna z odwróconym krzyżem, koszulka z napisem „mam wyjebane”) – a w szczególności bielizny (skórzana czy nie, springi, czysta, brudna , itd.) lub jej braku.
Przede wszystkim jednak powinniśmy zwracać uwagę na cechy wynikające z istoty danego człowieka, nie dając się zwieść opanowanym do perfekcji – być może – jego zagrywkom społecznym. Według szkoły antropologicznej (Cesare Lombroso, „Człowiek zbrodniarz”) istnieje typ człowieka, który jest morfologicznym odchyleniem od prawdziwego człowieka. Taką jednostkę można zidentyfikować po deformacjach czaszki, niskim czole, świńskich oczach, mańkuctwie, deformacji uszu, wystających kościach policzkowych. Jednostka obarczona tymi cechami nie posiada uczuć moralnych, tylko pierwotny instynkt zła.

Kiedy już posiądziemy postulowane informacje, powinniśmy podzielić się nimi z innymi. Niech nikt nie czuje się bezpieczny, jeśli ma coś do ukrycia.
Skrywane sekrety 2012-05-31

Od wieków korciło ludzi to, żeby w jakiś sposób dowiedzieć się więcej o jednostce społecznej (człowieku) niż ta sama chce ujawnić.
Zjawisko to jest szczególnie intensywne obecnie, kiedy wielu ludzi przebywających w jednym miejscu o tej samej porze ma wielokroć sprzeczne, a czasem wykluczające się, aspiracje życiowe. W nowoczesnych relacjach społecznych temu celowi służyło – i służy – nawiązywanie „więzów sympatii” ze „wspólnymi znajomymi”, grupowe dzielenie hobby i zainteresowań, wspólne podróże, wakacje, wyjazdy integracyjne, wspólni partnerzy i partnerki – i in.
„Uspołecznianie” często budzi niechęć i atawistyczny opór osoby „uspołecznianej”, co przecież powinno stymulować do poszukiwania innych dróg zaspokajania społecznej ciekawości. Jest to możliwe, ponieważ wywodzimy się przecież ze społeczeństw „myśliwych i zbieraczy”, a okres, kiedy w ten właśnie sposób (łowienia i kolekcjonowania) zdobywaliśmy środki do życia nie jest odległy. Jest zatem szansa, że utrwalone nawyki gdzieś pozostały i łatwo odżyją, kiedy tylko znajdziemy usprawiedliwiony społecznie sposób ich zastosowania.
Działanie w poszukiwaniu skrywanej prawdy należy uznać za uzasadnione i pożądane, ponieważ każde ludzkie zachowanie (w tym także uznawane za aspołeczne) jest nie tylko warunkowane określonymi czynnikami, lecz zdradzane przez pewne obserwowalne symptomy. Do historii już przeszło pytanie – i odpowiedź na nie - sformułowane przez Cesare Lombroso – choć on zbyt jednokierunkowo poszukiwał odpowiedzi - które sprowadzało się do tego, dlaczego jedni ludzie są wredni, a inni nie.
I tak możemy polować na spontaniczne gesty i obserwować mimikę, czyli analizować mowę ciała i zachowania społeczne także poza miejscem, w którym daną osobę spotykamy zwykle. W ten sposób odkrywamy prawdziwe oblicze danej jednostki i możemy ja sklasyfikować. Ważne jest czy ktoś patrzy nam się prosto w oczy, czy nie. Czy wydaje z siebie przerywniki typu "yyy", "eee", "hmm", pochrząkuje, zacina się, wzdycha. Czy osoba ta jest zdenerwowana, ma drżący głos, gwałtownie gestykuluje i dotyka ręką nosa, który jej rośnie. Korzystne dla oceny społecznej przydatności osoby będą takie fakty jak to, ze „...nie dba o swój wygląd zewnętrzny, nie chodzi do spowiedzi, […]”. Należy też wystrzegać się brzydkich, często zaniedbanych i złośliwych kobiet, mieszkających samotnie, na uboczu i rzadko stykających się z ludźmi. Zaniepokojenie powinny wzbudzić osoby zdolne dokonywać rzeczy niemożliwych, jak skuteczne zarządzanie zespołem ludzkim, chodzenie po pionowych ścianach, biegają po stromych, siadanie na cienkich gałęziach, które nawet ptaka z trudem utrzymują. Opinie na temat jednostki można sobie wyrobić analizując historię stron internetowych w jej komputerze zwłaszcza tych stron, oglądanych w czasie pracy. Cennych informacji może dostarczyć wizyta w toalecie bezpośrednio po danej osobie. Resztki niestrawionych do końca pokarmów, tudzież zapach umożliwia uzyskanie cennych informacji o sposobie życia. Bez trudu wykryjemy nadmiar tłuszczów zwierzęcych, szparagów, alkoholu, cebuli i czosnku. Właśnie dieta może sugerować skrywaną przynależność etniczną i kulturową, a nawet preferencję seksualną. Cennych wskazówek dotyczących danej osoby mogą dostarczyć wyniki obserwacji budowy ciała (wysoki , niski, gruby, chudy, czarny, rudy, obrzezany czy nie), rodzaju odzieży wierzchniej (skórzana czy nie, czysta, brudna, w kwiatki, różowa, czarna z odwróconym krzyżem, koszulka z napisem „mam wyjebane”) – a w szczególności bielizny (skórzana czy nie, springi, czysta, brudna , itd.) lub jej braku.
Przede wszystkim jednak powinniśmy zwracać uwagę na cechy wynikające z istoty danego człowieka, nie dając się zwieść opanowanym do perfekcji – być może – jego zagrywkom społecznym. Według szkoły antropologicznej (Cesare Lombroso, „Człowiek zbrodniarz”) istnieje typ człowieka, który jest morfologicznym odchyleniem od prawdziwego człowieka. Taką jednostkę można zidentyfikować po deformacjach czaszki, niskim czole, świńskich oczach, mańkuctwie, deformacji uszu, wystających kościach policzkowych. Jednostka obarczona tymi cechami nie posiada uczuć moralnych, tylko pierwotny instynkt zła.

Kiedy już posiądziemy postulowane informacje, powinniśmy podzielić się nimi z innymi. Niech nikt nie czuje się bezpieczny, jeśli ma coś do ukrycia.
Uczciwość 2012-05-25
Nie jest mi łatwo, ale musze Ci to wyznać. Bo między dwojgu ludźmi najważniejsza jest uczciwość i wzajemny szacunek. I nie mogę Cię dłużej okłamywać. Nie pozwala mi na to ani moja uczciwość, ani lojalność względem Ciebie, ani nawet sam nie chcę. Bo kochać trzeba drugą osobę, jak siebie samego.

Stało się moja jedyna. Zdradziłem Cię. Długo opierałem się, ale to było silniejsze ode mnie.
W końcu jestem tylko mężczyzna, dalekim od ideału. A tu pokusa była zbyt silna i … taka dostępna dla mnie.
Nie, nie poddałem się łatwo i nie byłem łatwym łupem. To nie jest tak, że to, co mówiliśmy sobie to było dla mnie bez znaczenia.
Zresztą cały czas wspominam, mam przed oczami to wrzosowisko, „gdzie zapomnieć można wszystko” i „kochamciękochaniemoje” i że „tak często Cię widzę, choć tak rzadko spotykam.”. I w ogóle…
Problem w tym jednak, ze spotykałem Cię chyba trochę za rzadko. Było mi źle i smutno. Może byłem trochę pijany, może trochę rozgoryczony? A może po prostu nie było Ciebie obok mnie w porę.
Ona kusiła wiele razy. Obiecywała ”first cumshot on the face”, „great blowjob”, „free clips barely legal – of course”.
I uwierzyłem, ze zmieni moje życie. Myślałem tez o Tobie w pewnym sensie. Bo pomyślałem, że może nawet odświeży nasz związek. I kliknąłem tam, gdzie nie trzeba.
Może nie od razu, ale zrozumiałem, że to nie dla mnie. Już podczas drugiego napisu „buforowanie trwa” wiedziałem, że to był błąd. I ze to płytka znajomość jest, pełna rozczarowań i nieprzemyślanych posunięć.
I teraz żałuję. Twierdzę, że to był błąd. Nagle zrozumiałem, że to Ty jesteś dla mnie najważniejsza. Oczywiście zerwałem wszelki kontakt z tamta kobietą sieci. To znaczy nie wchodzę na strony, gdzie króluje ona w filmach. W opcjach internetowych wyczyściłem historię wyszukiwań, loginy i hasła. Mam nadzieję, ze docenisz to i że kochasz mnie szczerze, w dalszym ciągu jak szalona nastolatka. Że serce mówi Ci, żebyś nie wypuszczała mnie jednak z domu a powiedziała, że to tylko kara.
A przynajmniej nie wypuszczała bez laptopa.

Ewangelizacja 2012-05-18


Wczoraj wyszedłem na spacer. Pochodziłem po parku, wypiłem - dla zdrowia - parę piwek. Bo piwo ma dużo witaminy B, tak potrzebnej na wiosnę. Po tych piwkach poczułem sie zmęczony. Usiadłem na ławce i obserwowałem świat.

Parę ławek dalej paru chłopaków z osiedla, którzy pomimo czterdziestu czy pięćdziesieciu lat nie wyrośli z wieku chłopięcego. Prowadzili zacięty, naukowy dyskurs o tym, że nie ma na świecie alkoholu idealnego i że po każdym po każdymmoże stać sie coś złego. Swoje wypowiedzi wzbogacali, w miarę opróżniania kolejnych butelek, zwrotami rodem z łaciny. Wskazywali na skrzywienie tak osoby jak i sądów oponenta oraz, że intoto orbe terrarum, non sunt alko ola perfecta.

    Nagle, nie wiadomo skąd, przed ławką chłopaków z osiedla pojawiło się dwóch panów, “xeroboy-ów”, ubranych w czarne garnitury, niczym agent Smith o każdej porze roku.

- Czy możemy panom przeszkodzić?

- Yyyy? Sami oddamy butelki.

- A my nie po butelki..

-Yyy? A czego?

-W Boga pan wierzy? Bo to nie ważne, ze teraz pijecie w parku. I że żony czekaja na panów w domu. Jezus i tak was kocha... On wysłał nas do panów, żeby wskazać wam drogę. Bo Jezus wie wszystko. Odłóżcie panowie butelki.

- Yyy?To że masz kilka piór na dupie, nie znaczy że jesteś kurczakiem! Wara od butelek!

Yyyy....Was za to Bóg  nie lubi, nigdy was nie chcia i prawdopodobnie was nienawidzi, skoro każe wam chodzić w czarnych garniturach po słońcu. Odejdźcie w pokoju i zostawcie pieniądze na wino, bo urodę sobie popsujecie.


Chłopaki z osiedla, utartym zwyczajem, rozpoczęły patroszenie “kurczaków” starając się, poprzez zbliżenie ewangelizatorów do stanu bliskiego stanowi ubóstwa, ułatwić im nawiązanie bezpośredniego kontaktu z Bogiem i pełnię mistycznego odczuwania dobroci wiary.

Wbrew oczekiwaniom ewangelizatorzy okazali się oporni i nie chcieli doświadczyć, wzorem Jezusa, cierpienia, by odkupić - jak on - winy i chłopaków z osiedla i innych grzeszników.

Wręcz odwrotnie. Z wprawą nabytą podczas morderczych treningów w dziwnych sekcjach “sportowych”, sami “niosący wiarę” stali się karzącą ręką Pana. Wiedzieli zapewne dobrze, że przez cierpienia mogą upodobnić chłopaków z osiedla, przypadkowe ofiary, do Chrystusa. Tak jak wiedziała to Wielka Rzesza Męczenników, która oddała swoje życie za wiarę. że bez pokory i oddania  nie można podobać się Bogu.

Kiedy ewangelizatorzy odchodzili od ławki chłopaków z osiedla, żaden z chłopaków nie nie był w stanie podnieść się z ziemi, a płyty chodnikowe przyozdobione były koralami plam krwi i perłami wybitych zębów. Niekiedy słychać było jęk i tajony odgłos modlitwy. Coś w rodzaju “wy synowie matki boskiej”.


Od razu widać było, że misja ewanegelizacji uwieńczona została powodzeniem
Wachlarz mądrości 2012-05-02
Zgodnie z teoria wachlarza, nie ważne czym zajmujemy się w życiu: robieniem pieniędzy, pracą naukową, pomaganiem ludziom, leczeniem czy nauczaniem. Ważne jest jedynie, żebyśmy tą wybraną przez nas sferę aktywności robili naprawdę dobrze i konsekwentnie. Do samego końca. Wspomniana praca naukowa czy leczenie to są oddzielne pióra tego samego wachlarza życia, które spotykają się w końcu w tym samym miejscu. Tak samo my wszyscy, podróżując przez życie i zajmując się określoną dziedziną, dojdziemy w końcu do tego samego punktu mądrości., w którym stykają się wszystkie pióra wachlarza, czyli pióra aktywności ludzkiej.
Janek już po skończeniu przedszkola miał zgryz: „ co dalej? jaką drogę wybrać”
To samo pytanie pojawiało się nieodłącznie po skończeniu podstawówki, gimnazjum i liceum. Studiów i rozpoczęciu pracy. Po pierwszej randce, komunii i na drugi raz po imprezie, gdzie bywało „grubo”, „muza rozqrwiała sufity” a o swoich wyczynach dowiadywał się głównie z fotek na „pejsbuku”, ponieważ aż tak „grubo” bywało.
Juz po pierwszych trzydziestu czy pięćdziesięciu latach życia wiedział, że nie zostanie znanym prawnikiem i wziętym lekarzem. Ani dyplomatą, policjantem w KGP czy generałem: bo do tego potrzebny był wypis z rejestru sądowego i „nieposzlakowany charakter”. Natomiast Janek miał sam charakter – taki czysty i zwyczajny - co wykluczało takie stopniowanie charakteru, by osiągnąć poziom „nieposzlakowany”. No i za uczciwy był, żeby zostać znanym prawnikiem, lekarzem czy policjantem.
I może fakt nieosiągnięcia eksponowanego społecznie statusu byłby przyczyną rozterek Janka i źródłem jego złego samopoczucia, gdyby nie to, ze Janek był buddystą i był wyrozumiały dla życia i jego przeciwności. Znał też dobrze teorię wachlarza. Wiedział zatem Janek, ze nie to jest ważne, co robi ktoś w życiu, ale to- jak to robi. Czy konsekwentnie, systematycznie, z sercem, aż do kresu możliwości i poznania.A Janek tak właśnie prowadzi życie: szczerze i z zaangażowaniem w to, co robi. Miał utarty schemat dnia, który wcielał w życie z żelazną konsekwencją: wódka, dziwki i na piwo. Przy czym robił to z takim sercem, że, na przekór spotom o wychowaniu i życiu w trzeźwości, alkoholizm nie był jego problemem. Co najwyżej takim problemem bywał brak pieniędzy na alkohol żeby normalnie funkcjonować.
I tylko wieczorem, oglądając telewizję i podziwiając utytułowanych kolegów z przedszkola lub z gimnazjum, Janek zwykł chichotać się złośliwie:
- „ I tak tam wszyscy spotkamy się”
Myśląc zapewne o teorii wachlarza.
Kompozytor 2012-04-23
Uwielbiał komponować, Od dziecka. Ułożył kilka fajnych piosenek i kilka miłych kawałków instrumentalnych.
Puszczali je nawet w „trójce” i w „zetce”. A clipy w tefałenie. Wszystkim podobały się.
To dlatego Piotr komponował i komponował: po prostu czuł się potrzebny.
No i publika dbała o to, żeby tak czuł się
”Panie Piotrze, Pan to potrafi zrobić dobrze” – przypominały mu codziennie rzesze fanek. A czasem nawet i fanów, jak wieczór był szczególnie udany.
Niestety!
Stacje radiowe, ani nawet telewizyjne, nie wsłuchiwały się w głos społeczeństwa i coraz rzadziej puszczały kawałki Piotra. No i coraz to w późniejszych godzinach. Zatem pozostawali słuchacze tylko szczególnie wyrafinowani.
Piotr jednak nie zrażał się, bo wiedział, że żeby trafić do gorących serc trzeba po prostu ciężko pracować. Skupić się na pracy i nie widzieć nic poza nią. Nie słyszeć złych szeptów, niepochlebnych komentarzy, kiepskich ocen. Po prostu trzeba robić swoje bez względu na wszystko.
No to Piotr robił swoje, bo poczuł powołanie i natchnienie. A i projekt dzieła był szczególny, bo multimedialny. Ważny był i układ elementów magiczne zestawionych ze sobą i tworzących harmonijną całość i spajające je dźwięki i dynamiczny podział ruchów.
Piotr z jednej strony umiejętnie dobierał kształty. proporcje, faktury i położenia elementów - czasem na drodze porządkowania podobnych do siebie składników, a kiedy indziej poprzez zestawianie ich na zasadzie kontrastu. Wykorzystywał konstrukcje geometryczne jak symetria czy złoty podział. Dbał o to, by odbiorca mógł uzyskać zarówno odczucie statyczności, porządku, równowagi, harmonii, jak i dynamiki, chaosu czy nierównowagi.
Piotr tak zapamiętał się w tworzeniu, że od dawna już nikt mu nie płacił za jego dzieła. A on sam był zbyt zajęty, żeby wyegzekwować tantiemy.
Komenderował tylko, z czasem już tylko do siebie:
„tak, teraz dobrze”, „teraz fisting, a potem golden rain”, „murzynka na dwa baty, a alonsio niech potrząśnie batem, bo ona się go nie boi”

Kto wie, może całkiem by zaprzestał twórczości, gdyby nie grono wiernych zwolenników w gimnazjach.
Brudny Harry 2012-04-03

„Kto pamiętałby o Jezusie, gdyby nikt nie napisał ewangelii”


Właściwie to Henio bardzo brudny nie był: mówiono tak o nim ze względu na charakter jego. Albowiem honorny był, prawy i nieustępliwy w swej prawości. No wiedział, że ktoś musi wykonać brudną robotę w imieniu wykluczonej części społeczeństwa.
Brudny Heniek nikogo nie faworyzował: nienawidził wszystkich, którzy weszli mu w drogę. Tak jak właściciela restauracji, który chciał go „sczardżować” za skorzystanie z toalety. Na dziesięć złotych.
Właściciel nawet nie wiedział, że kiedy Heniek pytał o drogę do toalety w lokalu, to był właściwie objaw dobrego humoru Heńka: Henio zwykle załatwiał swoje potrzeby na miejscu, odkąd nocował na Centralnym. To jest od dziesięciu, może dwudziestu lat. A ubrania nie zmieniał, bo nie musiał. Zaadaptował się do tego ubrania już dawno.
Heniek wychodził bowiem z założenia, że sikanie, nawet w ubraniu, to nic złego – pod warunkiem, że obsikuje się złych ludzi. A któż jest bez skazy? Jest też w końcu tyle zła i nieprawości dookoła, że i odrobina moczu nie splugawi bardziej świata niż na pewno ten świat zasługuje na to.
Heńka nawet zastanowiło, czemu ten właściciel taki nieżyczliwy jest. I czego w ogóle od niego chce.
„Może widział, jak zeszłej nocy, nago, goniłem kobietę z nożem i nieodłączna od lat erekcją i mylnie założył, że nie zbieram datków na czerwony krzyż?”- zaczął na serio zastanawiać się nad ułomnością właściciela. Zwłaszcza, że naprawdę mu się chciało do kibla, a tych marnych żądanych dziesięciu złotych po prostu nie posiadał już od dawna. Bo nie był materialistą.
Heniek sam wybrał swój los już jakiś czas temu i zrzucił pęta niewolącej go cywilizacji uznając, że dopiero gdy straci wszystko, stanie się zdolny do wszystkiego. Z tego powodu nawet i ta nowa na pozór sytuacja nie wprawiła Henia w zakłopotanie.
Po prostu stał i trwał, wpatrując się w restauratora. A aura, która Henia otaczała, była tak intensywna, że i tak wiedział, ze dostanie to, co chce.
W myślach powtarzał sobie jak mantrę słowa, usiłując jednocześnie je przesłać wszystkim wokół: „Musisz zaakceptować ewentualność, że Bóg nie lubi cię, nigdy cię nie chciał i prawdopodobnie cię nienawidzi.”
I czekał na reakcję. Nie żeby restaurator go wpuścił do toalety, nie.
Czekał aż restaurator do niego przyjdzie, choćby tam na Centralny.
Wszyscy końcu przychodzą do Henia, bo wszystko, co kochali – lub co ich kochało – w końcu albo ich odrzuci, albo umrze.
Henio zostanie zawsze.
Płeć piękna 2012-03-28

Piękno otacza nas cały czas. Niektórzy twierdzą, że wokół nas nie ma nic pięknego. Co najwyżej ”piękne mogą być tylko chwile”, które zresztą same wybierają, kiedy do nas mogą przyjść: czasem w najmniej spodziewanych momentach.
Wszyscy raczej rozumiemy piękno jako coś więcej niż pojęcie odnoszące się wyłącznie do fizjonomii czy do umysłu. I wszyscy dążymy o osiągnięcia piękna w najróżniejszych sferach.
Najbardziej do tego dąży płeć piękna, bo dążenie o piękna zostało jej przydane niejako z definicji. Bo przynależność do płci pięknej to nie tylko zaszczyt. To także obowiązek, szereg wyrzeczeń i codzienna walka o piękno: duchowe i fizyczne. Dlatego tak wiele dziewczyn podejmuje wyzwanie i każdego star się wykorzystać szansę stania się najpiękniejszą w całym swoim życiu, przynajmniej w oczach innych.
Płeć piękna musi podejmować decyzję jaka dziś depilacja: hollywood, francuska czy brazylijska. Bo każda z nich jest na różne okazje. A może tylko depilacja kremem. Lub – nie daj boże – ordynarne golenie „tenpom żyletkom”, laserem, który może poparzyć albo okrutnym i nieczułym plastrem depilacyjnym?
To ważne zagadnienie, bo fora internetowe pełne są zrozpaczonych istot, które twierdzą, iż:
„(…) w tym miejscu mam wydepilowane prawie do końca.
Poznałam ostatnio chłopaka, któremu to się nie podoba, bo jak to powiedział "lubi włochate broszki". Czy jest jakiś sposób, żeby odwrócić skutki depilacji?
Pytałem koleżanek, ale one są zupełnie niedorosłe i robią sobie jaka, żeby sobie kupić perukę.”
A skutki depilacji mogą być niekiedy nieodwracalne…
Podobnie z podpaskami i zachowaniem częstotliwości ich wymiany tak, by pozostać w oczach otoczenia, piękną. Bywa bowiem tak, że zakup podpasek w sklepie, choć czynność powtarzalna, urasta do rangi traumy. Tymczasem zbyt długo niezmieniana podpaska z rozkładającą się krwią może wydzielać specyficzny, nieprzyjemny zapach i warunkować postrzeganie danej osoby przez otoczenie. Czynności wymiany w krytycznym momencie nie ułatwia wybór podpasek na rynku i dociekliwość sprzedawcy: czy należy zastosować z siateczką jak always („strasznie duże, niewygodne, sztywne, podrażniające i krew wypływa bokiem”); bawełniane cienkie - wszystko jedno jakiej firmy, czy może ordynarny „straszny” tampon?
Płeć piękna, aby pozostać „piękną” powinna opanować sztukę (tak, właśnie sztukę) eleganckiego pierdzenia. Nie rozwikłując tu zadziwiającego faktu podróżowania bąków w dół ku odbytowi, (gazy mają mniejszą gęstość od cieczy i ciał stałych, więc powinny przemieszczać się ku górze) należy wzmiankować, że najbardziej prawdopodobne jest puszczenie bąka rano, podczas toalety. Dlatego toaleta powinna być przez płeć piękną dokonywana w samotności, zwłaszcza, że poranny bąk może przybrać formę "porannego grzmotu" i w sprzyjających okolicznościach wzbudzić wątpliwości co do słuszności kwalifikacji danej jednostki do „płci pięknej”. Zatem damy nie pierdzą - i to pomimo tego, ze już Cezar Klaudiusz wprowadził prawo legalizujące puszczanie bąków na przyjęciach w trosce o zdrowie obywateli.
Podsumowując, lepiej zastosować wariant niekoleżeńskiego pierdzenia (przepraszasz, wychodzisz i pierdzisz w samotności) lub sprytny (pierdzisz i kaszlesz w tym samym czasie) niż wariant zaczepny (pierdzisz głośniej niż inni) lub przyjacielski (wąchasz czyjeś pierdnięcia i mówisz im, co zjedli).
Odnosząc powyższe uwagi do techniki beknięć nie należy dać się zwieść różnicom rodzajowym pomiędzy pierdzeniem i beknięciem – zwłaszcza temu, że beknięcie pochodzi z żołądka i posiada inny skład chemiczny niż bąk (bąk składa się z większej ilości gazów bakteryjnych niż atmosferycznych w porównaniu z beknięciem).Płeć piękna powinna bekać w samotności.
Co jeszcze robi niekiedy płeć piękna, by pozostać piękna?
Zna się na przygotowaniu potraw i w związku z tym degustuje. Poprawia zarazem w ten sposób swoje samopoczucie. Kontroluje wagę w każdy możliwy sposób (głodzenie, wymioty, środki przeczyszczające). Dba o modny (piękny) ubiór i dokonuje uzasadnionych zakupów maksymalizując możliwości urody wrodzonej.
Płeć piękna dba tez o wewnętrzny rozwój duchowy. Na przykład chodzi do kina.


2012-03-12
Wydajność

Postanowiono zwiększyć opłacalność w firmie. Zabawić się parametrami ekonomicznymi w celu poprawy rentowności. Zwiększyć produkcję, sprzedaż i wydajność oraz zmniejszyć zatrudnienie. A wszystko to, żeby poprawić wyniki a w konsekwencji zwiększyć zyski, podnieść pensje pracownikom i polepszyć pakiet socjalny. Odbiór społeczny firmy oraz skonsolidować zespół i stworzyć korporacyjny model pracy, który tak dobrze sprawdza się w gospodarce rynkowej.

Wszyscy pracowali. Ciężej i ciężej. Więcej i więcej.

Ograniczyli przerwy obiadowe. Ograniczyli dopuszczalność spóźnień. Zrealizowali zalecenia Inspektora BHP i założyli zabezpieczenia chroniące przed przycinaniem kity drzwiami wyjściowymi punkt szesnasta ,potem siedemnasta. A następnie – osiemnasta, dziewiętnasta, dwudziesta … Do upadłego.

I choć niektórzy wyłamywali się już o dwudziestej drugiej, tłumacząc to koniecznością odebrania dzieci ze żłobków, przedszkoli, szkół, pogotowia opiekuńczego – tudzież koniecznością zmiany pampersa ojcu po udarze, większość jednak dzielnie trwała na posterunku, działając ku chwale firmy, zadowoleniu szefostwa i podniesieniu – na razie skromnemu – zarobków. W końcu ktoś po coś wynalazł pampersy o zwiększonej chłonności, „dwudziestoczterogodzinne” przedszkola i całodobowe zakłady poprawcze.

Praca stała się prawdziwym domem, tak dużo czasu pracownicy tu spędzali: wspólna praca, wspólne posiłki, wspólne traktowanie, wspólne wyjazdy integracyjne, szkolenia, konferencje, wzorce zachowań w firmie, zunifikowane europejskie standardy pracy, wynagradzania, wspólny dział hr, wspólna odpowiedzialność za wynik audytu, wspólne – zunifikowane marka samochody służbowe, mieszkania służbowe. No wszystko wspólne. Szefowie stali się rodzicami, którzy płacili nawet za taksówki pracowników, jeśli rachunki były „wzięte” na firmę. Natomiast wszyscy pracownicy byli dla siebie, już po niedługim czasie, braćmi, siostrami lub małżonkami – jeśli akurat kogoś naszła „na to” ochota. No po co miał szukać na zewnątrz, poza rodziną. Jeszcze by syfa do „domu” przywlekł… To zresztą naturalne, skoro spędzali ze sobą tyle czasu.
I rzeczywiście!
Po jakimś czasie wyniki firmy poprawiły się znacząco, co obrazował erekcyjny wykres



Wszyscy dostali podwyżki. I wczasy za darmo. I zapanowało szczęśice i miłlość między wszystkimi. I szefostwo było zadowolne i załoga. I nawet listonosz przychodził uśmiechnięty.
Można było wychodzić już nieco wcześniej. Albo nawet całkiem wcześnie.
Ale nikt już nie chciał. Po pierwsze, bo niewielu jeszcze miało gdzie.
Po drugie….
Każdy zazdrościł Jankowi, który w pracy potrafił siedzieć, na red bullu, nawet przez trzy dni. Cały czas będąc skupionym na wykonywanym zadaniu. Najlepiej jak potrafił.
Tak jak teraz, kiedy już od tygodnia tkwił pochylony nad monitorem z wyrazem bolesnego skupienia na twarzy. Wszyscy chodzili na palcach, żeby nierozważnym szmerem nie popsuć Jankowi kilkudniowego wysiłku koncentracji.
Az do poniedziałku rano, kiedy ekipa ratownicza wyniosła Jarka – już nie do ambulansu, lecz do karawanu – wciąż tkwiącego w pośmiertnym skurczu z tym bolesnym wyrazem skupienia na twarzy.
Jak się bowiem okazało, wykres pracy jego serca był już od kilku dni krańcowo odmienny nie tylko od tego oczekiwanego przez Szefostwo, ale też od wskaźnika dochodowości samej firmy.
O ironio! Janek wybrał się jednak na obiecane przez Szefostwo wspaniałe wakacje, najdłuższą podróż w jedna stronę, co tylko zwiększyło gorliwość pozostałych pracowników do osiągnięcia zaplanowanych celów.
Regulamin pracy 2012-03-08
W mojej pracy wprowadzili nowy regulamin pracy. Teraz regulamin określa wszystkie prawa i obowiązki pracownika oraz pracodawcy. I wszystko jest jasne.
Został wprowadzony zakaz wyjść w czasie pracy. Znaczy teoretycznie można, ale załatwianie formalności związanych z wpisem w Księdze Wyjść zwykle przekracza planowany czas pozostawania poza stanowiskiem pracy. Zresztą nie wszystko można wpisać w księdze. Bo jak wyglądałby wpis w rubryce „powód opuszczenia stanowiska pracy”, w którym ktoś zadeklarowałby, np. „zakup podpasek”. Albo „bzyk z kolegą w toalecie”. No niepoważnie.
To teraz każdy albo wpisuje się do księgi tak długo aż nie może potem wyjść, albo nie wpisuje się i wychodzi.
A pozostali polują na tych co wyszli i nie wpisali się.
Bo można łatwo zasłużyć się władzy – i poinformować o niesolidności kolegów.
Każdy na każdego spogląda podejrzliwie i nieufnie, bo nikt nie może być pewien bezpiecznej przyszłości.
A szef dopytuje się:
- Dlaczego nie ma cię przy biurku?
-W toalecie byłem.
-Tak?
- Mam pokazać?
Albo
- Mam zagwarantowaną w kodeksie pracy przerwę na obiad!
-Ale piętnaście minut, a nie, jak w twoim wypadku – siedemnaście i pół minuty!

Czasem po prostu – i zwyczajnie – chce się wyjść na parę minut. Żeby oderwać się od monitora. Kiedyś można było pójść na papierosa, ale teraz zlikwidowali palarnię. Przecież nie można powiedzieć, ani tym bardziej napisać w Księdze Wyjść, ze wychodzę, w czasie pracy, na spacer.
To mówię, że idę do Kancelarii Bardzo Ważnego Urzędu, tuż obok.
Wtedy wychodzę, robię parę okrążeń dookoła „Kancelarii Bardzo Ważnego Urzędu, tuż obok” a napotkanym współpracownikom i szefostwu, w zależności od tego od kierunku ruchu, w którym mnie spotykają, wyjaśniam z radością w oczach, ze idę „do” lub wracam „z”.
Jest nadzieja, ze już niedługo nie tylko będę cieszyć się ze spotkań ze zwierzchnikami, ale tez osiądę stan, w którym takie siku na trawniku będę robił bez skrępowania i z naturalnym a niewymuszonym wdziękiem.
Do tej pory bowiem kryłem się pilnie z wykonywaniem tej czynności na trawnikach i osiągałem wzgledna swawolność późnymi piątkowymi popołudniami.
Matka Boska z Sosnowca 2012-03-01
„Bo dzieło zniszczenia w dobrej sprawie jest święte jak dzieło tworzenia"

Śmierć każdego człowieka, a osoby najbliższej w szczególności, jest tragedią. Czym zaś jest utrata dziecka wie tylko matka dziecka. Prawdziwy stres i głęboki smutek mogą wywołać w człowieku zachowania, których normalnie nie przejawia. Opłakiwać stratę można na wiele sposobów, nie tylko wylewając łzy w samotności.
Można dzielić się przeżyciami z tragedii z innymi, włączać ich w korowód cierpienia- tym bardziej, jeżeli otoczenie jest chętne do współodczuwania i pełne empatii i życzliwości.

Matka opłakująca śmierć dziecka jest motywem popkultury, pojawia się zresztą w literaturze wielu epok. Motyw ten pojawił się w ewangelii św. Jana., w pieśni pt.: „Stabat Mater Dolorosa”.„Lamencie świętokrzyskim”, „Elegii o chłopcu polskim” . Archetypy te Matka z Sosnowca musiała poznać w Szkołach i Kościołach, podobnie, jak Popkultura nauczyła ja, jak przeżywać Tragedię: by było to najbardziej prawdziwe. Może stąd wybór sposobu postępowania? A może Szkoła przygotowała ją do życia, które nie istnieje?
Pamiętajmy o tym, że podczas Drogi Krzyżowej, Jezus przed śmiercią spotyka płaczące niewiasty. Symbolizują one, matki które cierpią z powodu śmierci syna. Jezus pociesza je tak, jak my teraz powinniśmy pocieszać Matkę z Sosnowca: „Nie płaczcie nade mną jerozolimskie niewiasty, lecz nad swoimi dziećmi”. Choć, czy Jezus brał pod uwagę to, że może po prostu są kobiety, które nie lubią zadawać cierpień dziecku przez długi czas i wolą ograniczyć ten spektakl?

W „Lamencie Świętokrzyskim” z kolei Matkę ogarnia wielka wściekłość wobec torturujących Chrystusa żydów ( „Ciężka moja chwila, krwawa godzina, Widzieć niewiernego Żydowina, Iż on bije męczy mego miłego Syna”). Tak i teraz niezrozumienie społeczne i zwykła, prymitywna złość otoczenia utrudnia rozwiązanie sprawy.
W „Elegii o chłopcu polskim” Krzysztofa Kamila Baczyńskiego, matka zabitego, podczas, mówi: „Oddzielili cię, syneczku, od snów, co jak motyl drżą”. W „Elegii…”, podobnie jak w przypadku Magdy, beztroskie dzieciństwo w ogóle nie wchodziło w grę, gdyż chłopiec został wplatany w sytuację, z której nie mógł sam znaleźć ucieczki.. Kolejne wersy utworu, tj. „haftowali ci, syneczku, smutne oczy rudą "krwią”, bądź „wyszywali wisielcami drzew płynące morze.” świadczą o brutalności i przerażeniu jakie poznawało w tak młodym wieku dziecko, które „przemierzyło po omacku najwstydliwsze z ludzkich dróg”. I do końca nie wiadomo, podobnie jak w przypadku Magdy, „Czy to była kula, synku, czy to serce pękło?”.
Zarzucamy Matce z Sosnowca, że nie kochała. Lub kochała inaczej.

Ale już nikt z krytyków Matki z Sosnowca, obnażając swoje egoistyczne podejście do swiata, nie zauważa tego, że nie być kochanym to tylko pewnego rodzaju przykrość. Prawdziwym nieszczęściem jest - nie kochać. Jeśli tak było w przypadku Matki z Sosnowca, to jej należy współczuć i z nią konsolidować się. Zwłaszcza, jeśli obalając normy społeczne, zdecydowała się wybrać przyszłość dl a córki zupełnie inna niż ta, której doświadczała w mieszkaniu z „wielkiej płyty”. I uznała, jak swojego czasu Edward Stachura, że „z nim będziesz szczęśliwsza, Dużo szczęśliwsza będziesz z nim (…) Ze mną można tylko W dali znikać cicho”.
Śmierć dziecka jest wielką tragedią dla każdej matki. I nie jest ważne zangażowanie emocjonalne matki, czy przyczyną śmierci jest okrucieństwo konfliktów społecznych, czy wybuch wojny, czy nieuleczalna choroba albo nieszczęśliwy zbieg okoliczności lub zbrodnia.
Dla matki, a dla wzoru matki przyjętego w naszej kulturze w szczególności, ważne jest jedynie szczęście dziecka. Wojownicy modlą się bowiem do Boga – „Daj mi śmierć prawdziwą i bohaterską, żeby i życie było prawdziwe”. Matki natomiast proszą o szczęście dziecka – z tego samego powodu. I akceptując te poglądy należy uznać, że Matka z Sosnowca, organizując spektakl, którego społeczeństwo oczekiwało, wykazała wysoki stopień socjalizacji i spełnia się w roli nowoczesnego „wzorca kulturowego”.
Dlatego postarajmy się zrozumieć Matkę z Sosnowca, tym bardziej, że tak nakazują Prawdy Wiary większej części społeczeństwa w Polsce.
Cierpienie człowieka osiągnęło kres w męce Jezusa Chrystusa – wg apostołów wiary. I właśnie przez tą mękę zostało związane z miłością, która tworzy dobro. To dobro może powstawać tez ze zła, a zostać wyprowadzone przez cierpienie tak, jak najwyższe dobro, tj. Odkupienie świata zostało wyprowadzone z Krzyża Jezusa Chrystusa i stale z niego bierze swój początek. Poprzez te prawdy, które deklarujemy się wyznawać, każdy z nas ma udział w Odkupieniu, oraz jest wezwany do uczestnictwa w owym cierpieniu. Nie należy przy tym ganić grzechu (czy raczej „zbiegu okoliczności”, jak w tej sparwie), ponieważ nawet grzech może pokazać nam drogę do Dobra. I pokazać, które cząstki w n nas są złe.
Trudno oczekiwać od Matki z Sosnowca, żeby była – w Sosnowcu, w wielkiej płycie –przewodnikiem duchowym, „dalaj lamą” awiedzi. W zupełności wystarczyło, że okazała się, choć przez krótki moment, człowiekiem: to i tak więcej, niż zwykle spotykane zachwanie. Nie zawsze jest taka godzina, w której człowiek jest bohaterem, jak też nie zawsze jest taka godzina, kiedy jest tchórzem. Absurd tej medialnej sytuacji wziął się z konfrontacji jakiejś, ludzkiej potrzeby i bezsensownego milczenia świata – w chwili, kiedy świat powinien mówić i pomóc. A czy była to chwila wypadku, narodzin Magdy, kłótni Matki z Sosnowca – to już zupełnie inna sprawa.
Po prostu, oceniając, zapomnijmy na chwile o sobie - dla kogoś innego, ponieważ od dawna wiadomo, że najlepsi też odchodzą, w jakimś momencie. Takie jest życie.
Tak jak Jezus, Kolbe, kilkaset tysięcy ofiar w Kambodży – po kórych płakała, w taki czy w inny sposób, z takiego lub innego powodu, jakaś matka.
Teraz płacze Matka z Sosnowca.
Etapy Życia 2012-02-21
Na nowym etapie życia zaczęło się niewinnie. Wpierw myślałem, że jestem na coś uczulony. Może na pracę? Jak tylko stawiałem się na godzinę ósmą w miejscu, gdzie mnie zatrudniono zaczynałem chrząkać, kaszleć. Ciągle przekładałem kartki papieru, sprawdzałem toner w drukarce, naśladowałem dźwięki, głos szefa. No i kompulsywnie chodziłem do toalety: niby bez potrzeby, lecz jednak coś zawsze mnie tam gnało.
Alergia?
Testy alergiczne nie wykazały jednak żadnej alergii.
Lekarz zakładowy zaproponował konsultacje w poradni zdrowia psychicznego. Tam inny lekarz stwierdził tzw. tiki złożone. I zaproponował leczenie, na które z radością przystałem: Haloperidol, poprzez Xanax, Thioridazin, Relanium, Promazin, Hydroxyzynę, Ignatię, Anafranil.
Na jakiś czas pomogło, potem jednak, aby zintensyfikować działanie preparatów, musiałem wspomagać się alkoholem.
W końcu, kiedy nie pomagało, z podejrzeniem choroby Toueretta dostałem skierowanie do specjalisty, który potwierdził istnienie schorzenia.
Na lekarzu zrobiło wrażenie to samo, co działało na moich współpracowników i szefa.
Oparł się wprawdzie mruganiu, zezowaniu, wysuwaniu języka – ale już przy spluwaniu, pomrukiwaniu i geście przypominającym pozdrowienie nazistów – zmiękł znacznie.
Kiedy zacząłem kompulsywnie przeklinać i wykonywać obsceniczne gesty, gdy na niego patrzyłem, byłem już pewien, co do diagnozy, którą postawi.
Muszę powiedzieć, że czułem się trochę niekomfortowo nie tylko przy publicznym nasilaniu objawów, ale także podczas procesu diagnozowania.
Choroba?
Ale jak ty byś się czuł, gdyby twoja głowa lub ręka zaczęły wykonywać ruchy, których wcale nie chciałeś zrobić? Gdybyś podczas rozmowy nagle wydał z siebie dźwięk podobny do szczekania albo używał, tak od niechcenia, „kurwa” i „chuj” na zmianę? Albo, wbrew woli, zaczął pluć, przeklinać, robić dziwne miny?
Problemem nawet nie stało się to, że wszyscy zaczęli cię wytykać palcami bo do tego już przywykłem, jako osoba zatrudniona, spośród wielu chętnych, w drodze normalnego konkursu – zamiast w drodze „miejsce na mnie czekało” albo „mam nadzwyczajne, tajemnicze kwalifikacje”.
Chodziło raczej o to, że psułem sobie zwyczajne, codzienne relacje. Takie przy piciu kawy czy zastępowaniu kogoś podczas urlopu.
Nawet nie dziwie się im bardzo. No bo jak się dziwić?
Zanosiłem mu jakiś czas terminową robotę. Szef zapytał mnie, czemu tak trzęsę się? Chciałem mu wyjaśnić, że mam taką rzadką chorobę, zespół….A na to szef przerwał mi i stwierdził, że mam, co najwyżej, zespół "badmintona". I że to dobrze, bo będę reprezentować zakład pracy, jak zorganizują zawody.
Kiedy widzę teraz szefa, to staram się nie trząść za mocno, tylko szepczę do siebie „ch*j”, „co za k*rwa”, „palant”, „judasz” – bo coś muszę zrobić. Udaje się wprawdzie cicho szeptać, ale on ma rysi słuch: to, wg złośliwych, jedna z przyczyn jego powodzenia życiowego.
Umówiłem się z koleżanką z pracy. Na kawę, w przerwie obiadowej. Wyszliśmy razem na ulicę, żeby dość do kawiarni. Wziąłem ją za rękę i zacząłem ….przeklinać. Do tego chrząkałem, gwizdałem, opluwałem przechodniów. Od tamtej pory dziewczyna stroniła ode mnie. Przy czym najbardziej ja ubodło ją nie moje zachowanie, ale to, że ludzie kiwali głowami na znak zgorszenia, że nie reaguje. I że niby taka kulturalna, a chłopaka sobie „nie potrafiła wychować”. Nie spotkaliśmy się więcej. Nawet na kawę zaczęła wychodzić o innej godzinie i z kim innym.
Sposób życia?
Objawy nasilają się u mnie, kiedy jestem zdenerwowany. Nieszczęście polega na tym, ze w pracy wszystko mnie drażni. O ile kiedyś irytowały mnie konkretne osoby, to teraz uczucia te wzbudza każdy ze współpracowników. No za wyjątkiem sprzątaczki, która przychodzi, jak już nikogo nie ma w pracy.
Przy czym jestem doskonale świadomy, co robię i kiedy robię. A i tak robię. I to jest nawet gorsze niż ta nieświadomość, która czasem zdarza się przecież. Dlatego myślę czasem, żeby sobie pomóc i zamknąć się w szpitalu psychiatrycznym. Problem tylko w tym, żeby znaleźć placówke, w której do Xanau, Thioridazinu i Relanium ktoś zechciał dorzucić z ćwiartkę na wzmocnienie kuracji.
Jedyna chwila prawdziwego wytchnienia dla mnie to ta po pracy. Kiedy mogę pograć z kolegami na perkusji, a moja ręką szarpie nerwowy impuls. I pałeczka uderza w talerz z nieoczekiwaną siłą, tworząc dziką, natchnioną Tourette’m kompozycję. Podobnie ping-pong.. Partnerzy ze stołu długo po zakończeniu gry pamiętają moje „nagłe, nerwowe, frywolne strzały”. Natomiast pracy popularność odzyskuję jedynie na krótkotrwałych wyjazdach integracyjnych, gdzie nikt o niczym nie pamięta, a moje obleśne i niekontrolowane ruchy wydają się znaleźć naturalne zastosowanie.
I to jest bardzo meczące, bo sam czułem, ze każdemu, nawet przypadkowej osobie należy się wytłumaczenie.
I właśnie to chciałem zrobić – wytłumaczyć – na najbliższym wyjeździe integracyjnym.
Bo wszyscy będą w jednym miejscu, bo będą wyluzowani, bo zaakceptują wyjaśnienie:
Zacząłem wierszem:
„Na górze róże …”
Wtedy zamilkłem, bo poczułem na sobie wzrok szefa. Wpatrywał się we mnie – niczym w Hawkinga - z niemym pytaniem, czemu nie gram w badmintona, zamiast występować na scenie i psuc innym wrazenia estetyczne. Dodałem szybko, specjalnie dla niego:
„Na dole gnój”
I rozpaczliwie jeszcze, żeby zrealizować zamiar, z którym tu przyjechałem:
„Nie chcę mieć Touretta!”
„Pi*da, k*rwa, Ch*j!!!!” – było dla całej reszty.
Dlatego występuje z tym przesłaniem do wszystkich Czytelników; Nie bójcie się!
Nie bójcie się wyjawić prawdy bliskim i współpracownikom. Oni was zrozumieją i pomogą rozpocząć drugi etap w życiu. Etap prawdy.
Tak jak mnie. Dziś rozpocząłem etap drugi – poszukiwania pracy.
Piotruś Pan 2012-02-14
Dziś był bardzo nieszczęśliwy. Od samego początku dnia. I do tego dręczył go ten nieokreślony niepokój. Po prostu wstał nie tak. Popatrzył się – też nie tak. I wszystko stało się jasne, kiedy omal nie złamał sobie nogi potykając się o porzucony bambosz. To nie był jego szczęśliwy dzień. Szczęśliwie w ostatniej chwili podskoczył, ale … wdepnął w coś, w co zdecydowanie nie powinien wdepnąć. Przynajmniej nie od razu po przebudzeniu. To było prawie jak katastrofa tunguska. Okrutne i niesprawiedliwe.
- Taak, jasne – mruknął do siebie nieprzekonany do społecznej wagi zjawiska, które go spotkało. Rzeczywiście, przypominał sobie, że pies jakby upominał się wczoraj wieczorem o zaległy od dwóch dni spacer. No ale potem przestał, to nie przywiązywał do tego „psiego” incydentu wagi. Zupełnie jakby pies potrafił wyjść dzisiaj, a wrócić wczoraj.
Może to dlatego ten niepokój go dręczył od rana?
W kuchni było jak zawsze: to znaczy nic nie było oprócz kawy. Ale dziś, nie wiadomo dlaczego, bardzo go to bolało. I bolało go, że nie zdążył na autobus, chociaż starał się do niego dobiec: a on uciekł. I to, że pani w kiosku nie uśmiechnęła się do niego – zupełnie, jakby czerpała zadowolenie z pracy, którą wykonuje a nie z jego obecności. Już wiedział – i to też go bardzo bolało – że pokłóci się z kolegą w pracy, popchnie staruszkę na przejściu dla pieszych (za wolno przechodziła), uda, ze nie widzi żebraka, nadepnie na nóżkę temu przedszkolakowi, co do niego się uśmiecha codziennie. Źle mu było z tym wszystkim- czuł się zaniepokojony.
A potem, na domiar złego, spóźnił się do pracy. I to też go bardzo zabolało, bo młoda para, której miał udzielać ślubu czekała na ten dzień, zapewne, od dawna.
Nie chcąc niepotrzebnie przedłużać już spóźnionej ceremonii, zaczął prawie do wejścia:
- Proszę powtarzać, powiedział do pana młodego:
„Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuje w związek małżeński z Jolanta i przyrzekam, że uczynię wszystko aby nasze małżeństwo, było zgodne, szczęśliwe i trwałe”
Pan młody, okazał się świadomy powagi sytuacji, zresztą podobnie jak później świadoma i chcąca była panna młoda, i kornie powtórzył.
„Wobec zgodnego oświadczenia obu stron, złożonego w obecności świadków, oświadczam, że Związek Małżeński Pani Jolanty i Pana Alfonsa został zawarty zgodnie z przepisami. Jako symbol łączącego Państwa związku wymieńcie proszę obrączki. Dokumentem, który stwierdza fakt zawarcia Związku Małżeńskiego jest Akt Małżeństwa sporządzony w Księdze Małżeństw pod nr 997/112/12. Proszę Państwa o podpisanie tego aktu”.
Niepokój jednak wciąż go nie opuszczał. Stawał się nawet jakby dokuczliwszy. Coś było nie tak, nie tak jak zawsze.
I nie chodziło wcale o to, ze panu młodemu udzielał ślubu trzeci raz w tym miesiącu, a za każdym razem przedstawiał dowód osobisty, na którym widniało inne nazwisko.
I nagle go olśniło, skąd ten niepokój. Nic bowiem nie dzieje się bez przyczyny. Skoro, jest tak twardy, tak konsekwentnie realizuje swoje życiowe cele i obowiązki, nie poznał znaczenia słowa „niepowodzenie”, to czemu ktoś wciąż wysyła mu e-mailem oferty pomniejszenia penisa? Albo proponuje mu viagrę?
Nic bowiem nie dzieje się bez przyczyny.
Wiara w miłość 2012-02-08

Wiara w miłość jeszcze nikomu nie zaszkodziła. Choćby dlatego, że niezbadane są koleje uczuć, a miłość jest ślepa jak kret z poważną wadą wzroku. Żeby kochać jednak, to trzeba umieć przezwyciężać przeszkody i swoje słabości. Czasem kocha nie ten, co mówi „kocham”, krzyczy i kopuluje – lecz ten, co milczy. I dlatego milczy. Bo „kocham” to łatwo powiedzieć, a znacznie trudniej myśleć przez cały czas, tak… miłośnie i z oddaniem. A jeszcze trudniej – nic nie mówić i myśleć. Albo po prostu myśleć.

„Napisałaś do mnie dwa lata temu prawie. I co? I nic, Jedyna. Bo nie chciałem odpowiadać od razu, że niby taki raptus jestem i niecierpliwy. Ja chciałem inaczej: najpierw udowodnić swoje uczucie.” – tak myślał sobie często Sławek, kreśląc w wyobraźni czułe słowa listu do jednej z jego przyjaciółek. Choć, oczywiście, jak to Sławek, nic nie mówił, lecz wyrażał siebie poprzez działanie.
Bo miłość nie jedno ma imię Sławek wiedział to dobrze. Tym lepiej to wiedział, im więcej imion i sposobów - miłości znał.

Jedno imię miłości – Marysia – nosiła jego dziewczyna, ta sama od wielu lat. Zawsze był jej wierny i kiedy był przy niej, nie myślał o żadnej innej kobiecie. Z tego prostego powodu, że był jej oddany całym sobą. No i z nią często mieszkał, bo najbliżej miał od niej do pracy. Marysia była cool, robiła świetne parówki na gorąco. Ile go to kosztowało, to uczucie…. Bo trochę mu przeszkadzało to związanie uczuciami. No i to zniewolenie: jakby nie było tkwi w sidłach uczucia.
Ale wtedy mówił sobie, ze to nie dla niego. To dla drugiej osoby. Sławek bowiem kochał ludzi, kochał robić im przyjemność i chciał, żeby czuli się szczęśliwi.

Co innego Joasia z pracy – z nią nie mieszkał. Joasia mile wypełniała jego wolny czas między ósma a siedemnastą. A czasem nawet po pracy, kiedy brał nadgodziny, które musiał odrobić u niej w domu. Dużo wysiłku i umiejętności kosztowało go udane połączenie życia prywatnego i zawodowego, zwłaszcza przy tej ilości pracy, której wykonania podejmował się. Bez względu na okoliczności. Trzeba przyznać, ze wspomniana Marysia nie zawsze wykazywała zrozumienie dla ogromu jego obowiązków, bo często, telefonując do niego, zmuszała go do prowadzenia rozmowy w niesprzyjających dla niego warunkach. Mieli z Marysia wiele wspólnego: kochali kręcić lody w pracy. To wprawdzie Sławka trochę stresowało i stawiało w niekomfortowej sytuacji, ale wtedy mówił sobie, ze Zycie nie jest usane samymi różami.

Sławek żywił tez sentyment dla sympatii z uprzednich okresów jego życia. Tych z lat szkolnych, studiów, harcerstwa, oazy i kółka różańcowego oraz – po prostu – z osiedla. Bliski kontakt utrzymywał cały czas, nawet kiedy kosztowało go to wiele bólu. Każda z jego partnerek z tej kategorii, tj. Ola, Basia, Zosia, Agnieszka i inne, była już w związku z innym partnerem. Sławek musiał zatem zmierzyć się z tym piętnem „kainowskim”, które jego przyjaciółki nosiły: z bierzmem niewierności i brakiem całkowitego oddania Sławkowi. Bo mąż, bo dzieci, bo szkoła…. Ile Sławek wycierpiał się spotykając się z nimi, to tylko on sam może wiedzieć! Ale nikomu nic mówił tylko męczył się wypełniając obowiązek społeczny, który sam na siebie narzucił.

Osobnym rodzajem uczucia darzył Sławek szefową: ona zajmowała szczególne miejsce w hierarchii, która on wyznawał. Szefowa dbała o niego, więc on dbał o Szefową. Tam gdzie chciała i kiedy chciała: w samochodzie, na przerwie obiadowej, po pracy, po służbowej kolacji. W zamian za to jego kariera rozwijała się dynamicznie, a on poznawała świat. Szefowa była starsza, ale przez to wiele mógł od niej nauczyć się. Trochę czasem było mu ciężko, bo szefowa była starsza. Ale wtedy przypominał sobie konferencję na Kanarach, Majorce, Ibizie i mówił sobie, że …
„Nic to, nic to Sławek. To tylko zapach wina. Starego wina i dojrzałego sera. A Ty, Sławek, jesteś Koneserem”.

No i żona. Zona była najważniejsza. To ona stworzyła mu dom i to Sławek tez dla niej stworzył dom. Kiedy był przy niej zapominał o całym świecie, tak potrafiła komponować melodię miłości. Z żoną jeździł na wakacje, do teściów, na ryby i do lasu na grzyby. Spędzał z nią cały swój wolny czas i był bezgranicznie oddany. Zona patrzyła na niego z czułością i wyrozumieniem i mówiła – bo tak czuła – że wreszcie dała mu miłość, której tak potrzebował.
Sławek tez na nią patrzył i patrzył. I jednego był pewien, ze jeśli nawet nie dała mu miłości „wreszcie”, to na pewno dała mu ja raz jeszcze. I kochał ja jeszcze bardziej za to poświecenie.

Córkę tez Sławek kochał: taka projekcja uczuć z zony na córkę. Ale, na razie, z przyczyn obiektywnych, w sposób niepełny. Czekał, aż podrośnie. Teraz nie chciał, bo bardzo kochał i żonę i córkę. Był wprawdzie pewien uczuć obu, ale nie chciał im robić przykrości i psuć relacji między nimi. Tak jak to parę razy już zdarzyło się, co wyczytał w mediach

Kiedy tak Sławek siadywał wieczorami na fotelu, czasem nawet samotnie, to myślał sobie, ze człowiek bez uczuć, to jak bydlę jest. I że bez uczucia, a miłości w szczególności, nie można istnieć społecznie. Wtedy docierało do Sławka czemu on – w przeciwieństwie do innych – ma tyle szczęścia w miłości.
Ano dlatego, że wszystko, co robi – także kocha – robi całym sobą, bez ograniczeń. Z wiarą. Poświęca się dla kogoś i oddaje wszystko, co ma.
I to samo otrzymuje z powrotem.
Jak u Sławka.


Opętanie 2012-01-30

Katecheta zaczął spokojnie:
-Dziś dzieci chciałbym wam opowiedzieć o piekle.

Dzieci, jak to dzieci. Kiedy usłyszały o piekle zaczęły wiercić się z zaniepokojeniem. Niepoznawalne je ekscytowało i wzbudzało emocje zgoła niedziecięce.

Katecheta popatrzył na stadko dzieci z zadowoleniem – bo wzbudził reakcję, jakiej spodziewał się - i kontynuował głosem wieszcza niosącego prawdę objawioną:
- Papież przypomniał nam niedawno, że "nie przyznając się do popełniania
grzechów i nie obiecując poprawy, skazuje się na wieczne potępienie".
- Ty Jasiu, ty Zosiu i ty też Weroniko - wskazywał palcem na konkretne osoby -
macie wolną wolę, by samym wybrać, czy chcecie być zbawieni.
Powinniście jednak wiedzieć, że wszyscy nieposłuszni woli Bożej usłyszą: "Odejdźcie ode Mnie wy, którzy dopuszczacie się nieprawości" (Mt 7, 23*).
Katecheta popatrzył się na młodych. Zdał sobie zarazem sprawę, że temat zajęć jego też kręci.
Mówił dalej:
- Matka Boża, objawiając się w Fatimie, przypomniała, że największą tragedią i nieszczęściem człowieka jest grzech i trwanie w grzechu, które może doprowadzić do całkowitego odrzucenia Boga, czyli do piekła. “Dlatego powinno się każdego dnia rozmawiać z Bogiem: *1. w codziennej modlitwie
różańcowej i medytacji tekstów Pisma św., a także w praktyce postu; 2. poprzez odwrócenie się od grzechu i życie zgodnym z przykazaniami i nauką Kościoła
Katolickiego; 3.co miesiąc spowiadać się, aby zawsze być w
stanie łaski uświęcającej i jak najczęściej przyjmować Jezusa w Eucharystii.


Dzieci przestały się wiercić, nachyliły główki ku sobie, jakby coś
konsultowały.
I rzeczywiście!
- A ja nie wierzę w piekło po życiu - wyrwała się Weronika. Bo, według mnie, każdy ma już na ziemi takie niebo, czyściec i piekło, na jakie zasługuje.
- Tak uważasz, kruszyno?- zainteresował się nieufnie katecheta odnosząc wypowiedź dziewczynki do dręczącego go w jej towarzystwie piekła nienasycenia - Powinnaś doszukiwać się Boga w każdym przejawie istnienia. W genie i memie. Powtarzalności. Powinniście, dzieci, wszyscy razem i zespołowo – tu rozszerzył zakres adresatów - szukać Boga.
- Taaa, pewnie – replika była błyskawiczna - Kocham puste słowa panie wielebny: zwłaszcza w nich widzę Boga. A Piekło to przywilej specjalny, zastrzeżony wyłącznie dla tych, którzy go bardzo żądali. I mieli, choć nie wyrażali tego bezpośrednio, nadzieje na jego nadejście: żarliwie go oczekiwali.
Weronika zamyśliła się na chwilę, po czym kontynuowała:
- Tak. Zresztą najgorsze w piekle to nie palący ogień, wieczność męczarni, utrata łaski bożej czy poddanie szatańskim torturom. Najgorsze w piekle jest to, że nie wiesz, czy już się w nim nie znajdujesz. Tak całkiem przypadkiem.

Katecheta ze wstydem schował nogi pod blat nauczycielskiego stolika.

- A oprócz tego - dodał Jaś - Jak ktoś jest w piekle i Bóg od niego odwrócił się na zawsze, to taki ktoś nie jest całkowicie bezradny.
-Nie? - Katecheta nieco poweselał, bo wszystkie wypowiedzi dzieci odnosił do sienie a teraz odnalazł nadzieję. Także dla siebie.
- Nie. Potępiony ma szansę. Bo przecież diabeł może takiej osobie pomóc. Zresztą tylko diabeł, skoro Bóg
odwrócił się od takiej osoby.... To właśnie zło wcielone może być dobroczyńcą potępionego.

- Ale dzieci, posłuchajcie mnie: przecież do piekła trafia się za złe uczynki. Idzie tam ten,
kto tego chce i manifestuje poprzez zło, które sprawia- Katecheta nie poddawał się.

Jasiu był bezlitosny:
- Przecież nikt nie chce męczyć się, więc nikt nie trafiłby do piekła z własnej woli. Uważam, że miejsce zwane piekłem w czeluściach Tartaru nie istnieje. A nawet, gdyby istniało, to teraz stoi puste. Z tego powodu, że wszystkie diabły są tutaj. U nas, na Ziemi. Stalin, Hitler, Bush….

Katecheta pokręcił z dezaprobatą głową. "Natenczas" Zosia włączyła się do
dyskusji:
-Piekło i niebo są przecież identyczne. Nawet bramy do każdego z tych miejsc sąsiadują ze sobą: z tych samych miejsc raz wychodzi demon a raz anioł. Chociażby Hitler albo Hussain. I od wieków wiadomo, że próba zrealizowania nieba na Ziemi, kończy się zwykle piekłem. Popatrzmy na naszych rodziców i ich „rajskie” związki małżeńskie albo na historię kościoła katolickiego. I odwrotnie: próba stworzenia piekła może skończyć się stworzeniem nieba. A dla każdego piekło i niebo to odrębne pojęcia. Dla mnie piekłem jest… ….
- Mylicie się dzieci – Katecheta kompulsywnie próbował protestować przerywając wypowiedź Zosi. Piekło to dzieło szatana, a nie Boga. A Piekło i Niebo to dwa różne miejsca. I dla innych osób. Potępionych albo wywyższonych.
Teraz z kolei niewierny Jasiu pokręci, kompulsywnie a z dezaprobatą, głową:
- A czy mudżahedin trafi do Piekła czy Nieba? Bo skoro Niebo jest wspólne dla wszystkich i obowiązuje zasada ochrony praw nabytych, to chyba do Nieba i do Piekła jednocześnie. Bo dokonał czynów chwalebnych, lecz popełniał także ciężkie grzechy. Ma przebywać w tych miejscach - w piekle i w niebie - jednocześnie? Czy po 12 godzin na dobę w każdym i odbywać podróż do piekła z każdego miejsca, bez bariery czasowej? To zresztą wyjaśniałoby - Jasiu zakpił - czemu tak wielu księży katolickich, spędzających życie w miejscach świętych, ma tak wiele do powiedzenia o piekle. No i o aborcji, bez doświadczeń w dziedzinie prokreacji.


Katecheta posmutniał. Poczuł się taki niezrozumiany. Opuszczony. Samotny i pogrążony w beznadziejności.
Cóż, wprawdzie wiedział o tym od dawna, ze samotność jest cena wielkości a i, że od wielkości nie ma ucieczki.
-Zanim odejdę i zamknę drzwi od klasy z drugiej strony, jeszcze raz spojrzę na moich wychowanków – pomyslał z zadumą.


Podniósł głowę i bystro zerknął. I wtedy właśnie zauważył to, co było jasne przecież w kraju, w którym nie dopuszcza się do wyjaśnień spektakularnych wypadków komunikacyjnych:
1. Jasio wyglądał przecież jakoś tak niecodziennie i szczerze;
2. Zosia przyozdobiła się czarną, obfitą szczeciną;
3. A Weronika na jego widok zamachała przyjaźnie kosmatym ogonem
- To tylko żeby muchy odganiać - wyjaśniła Katechecie ziejąc z kształtnych ust wonią siarki, zepsutych zębów i przetrawionej smoły.

Jasiu nadto, poczuwszy luby zapach, przygładził z ukontentowaniem diabelskie włosie na głowie, z którego ułożyły się dwa, piękne a kształtne i jędrne obiecujące różki.

Stadko dzieci patrzyło zaś z wyczekiwaniem na milczącego Katechetę licząc na dalszy ciąg zajęć….

Gra słów 2012-01-24



Tytuł artykułu to jest najmniejszy tekst prasowy: jest reklamą. Postrzega się go jako zewnętrzną fizjonomie tekstu, sposób na pozyskanie odbiorcy. Często przy tym tytuł prezentuje stanowisko autora względnie redakcji: jego nastawienie do tematu, to co uważa w temacie za najistotniejsze i … co kusi autora: stanowi projekcję jego pragnień na ogół.

To właśnie tytuł wpływa na świadomy wybór lektury przez Czytelnika w ogóle, a Internautę w szczególności. Jest jak przyprawa do posiłku. Wszyscy wiemy, że jeśli posiłek źle doprawiono, to nikt go nie ruszy… Tytuł nadają tekstowi smak i charakter.



Właśnie tytuł przekazuje Czytelnikowi obietnicę rozwiązania problemu, ale bez zdradzania sposobu, który to sposób powinien znajdować się w artykule. Zapowiada to coś nieoczekiwanego a pożądanego przez Czytelnika.



Istnieje kilka zasad, według których należy konstruować tytuł:

Tytuł powinien obiecywać korzyść, ma być formą obietnicy, która mówi internaucie jaką korzyść odniesie po przeczytaniu całego tekstu. Tytuł powinien obiecać Czytelnikowi sposób na pozbycie się problemu, osiągniecie celu. Tytuł powinien sprzedawać Czytelnikowi korzyść, czyli to, o czym marzy, nawet skrycie. Przy czym tytuł nie powinien być zbyt poetycki: powinien pokazywać raczej coś prosto i konkretnie, jak w niemieckich filmach. Przeciętny Internauta (Czytelnik) myśli wyłącznie schematami, wiec tytuł nie powinien wykraczać poza szablon ustalony przez wiele lat praktyki i usankcjonowanie społecznie podejście do tematu.

Po dzisiejszym przeglądzie prasy już wiem, co jest ważne dla Czytelnika, Autorów i Redakcji:
- Latami gwałcił nieletnie córki. "Bo żona była w ciąży";
- Dlaczego coraz trudniej zawlec faceta do sypialni? Co z tym libido?
- Wygrała milion funtów. W trzy lata została bezdomną. Bingo
-Zrobili to pierwszy raz – skończyło się amputacją
-Wybuch na Słońcu – materia trafi w Ziemię
-Spalili jego ciało na oczach tłumu – zdjęcia
- Mordercy nie oszczędzili nawet dzieci - zdjęcia
Już wiem, jak zrobić to, na co ukierunkowują mnie Autorzy publikacji. …
Odchodzę, bo &#8230;.. 2012-01-11
To był dobry czas dla nas.
Kiedy Cię poznałam było mi źle, w nic nie wierzyłam. W przyjaźń, bezinteresowność, zabawę, szczęście. Że kiedykolwiek będę szczęśliwa.
Dni mijały – jeden za drugim. Takie same i szare. Beznadziejne. Jakby cały czas panował półmrok na świecie i padał zimny deszcz.. Nie wychodziło słońce.
Było mi tak źle, że często wychodziłam z domu i szłam byle gdzie. Tylko żeby poczuć na skórze przenikliwe zimno wiatru i lodowate strugi deszczu na twarzy. Żeby już nie myśleć i żeby już nie bolało.
I wtedy pojawień się Ty, Mój Mężczyzna.
Znów zaświeciło słońce, a jazda windą na ósme piętro stała się przygodą: jeśli Ty byłeś w tej windzie.
Chciałam być dla Ciebie porannym zapachem kawy, promieniem słońca. Wybrać dla nas dom. I ogród. Z Tobą mogłam oglądać nawet brazylijskie seriale. Do wczoraj jeszcze, jak Ci mówiłam
Ale było tak przez sześć lat. Wystarczy.
Zrozumiałam, ze będąc z Tobą – krzywdzę Cię.
Swoja nieodpowiedzalnościa, impulsywnością, emocjami. Tym, że robie, co chcę. A czasem nawet to, czego nie chcę – byle postawić na swoim.
I nie jest to żart. Psikus, jaki czasem Ci robię. Głupio mi, ale zostając z Tobę, będę Cię tylko krzywdzić.
Po prostu jesteś dla mnie za dobry. I wiem to na pewno, że zasługujesz na kogoś lepszego. Zasługujesz ta takie wyjaśnienie, żeby bardziej nie bolało, żeby rozstać się cywilizowanie
Dlatego dowiesz się dziś o tym z facebooka pierwszy.
A do Twojej mamy wyślę smsa, żeby nie myślała, ze jestem zła.
Zasługujesz na przyszłość. Ja tez zasługuję na przyszłość jeszcze – inną niż w złotej klatce.
Jestem tego warta.

Efekt motyla 2011-12-21


Przyjęło się, że w Polsce księża święcą, co się rusza. I to wbrew temu, że czasem poświęcenie danego miejsca może mieć znikomy wpływ na sposób działania danego miejsca w przyszłości, jak tez znikomy na materię, którą w danym miejscu będzie się obrabiać.
Tak też było – zdaniem złośliwych – w Kobiórze, gdzie w uroczystym otwarciu oczyszczalni ścieków sam Ksiądz Proboszcz wraz ze swoim Kropidłem.

Interwencja boska była jednak niezbędna, gdyż, zdaniem niektórych, nowa oczyszczalnia jest naszpikowana automatyką i bardzo łatwo w niej o wypadek. Zwraca się zwłaszcza uwagę na przypadki śmiertelnego zatrucia gazami. No i na to, żeby opatrzność czuwała nad pracownikami.


Pytanie tylko, co stanie się, kiedy osobami korzystającymi z usług nowej oczyszczalni ścieków nie będą tylko „katolicy”? Czy oczyszczalnia ścieków, natchniona duchem świętym, odmówi posłuszeństwa i odchody Żyda czy Protestanta staną się nieczyszczone. Albo, co gorsze – niekoszerne?
Czy też może, co wg. niektórych rodaków-katolików jest gorsze, stanie się święte – w myśl zasady, że milsi nawróceni niż wierni grzesznicy.
A co powiedzą sami innowiercy, powołując się na konstytucyjną zasadę równości wyznań. W końcu, od 2 kwietnia 1997 r. Konstytucji Rzeczypospolitej Polskiej wprowadziła nowy etap w rozwoju stosunków wyznaniowych w Polsce. Potwierdziła ona, już w preambule, nie wspominając o art. 25, równość w prawach i powinnościach wszystkich obywateli Rzeczypospolitej, w tym także w zakresie wolności sumienia i religii.
I czy taki hinduista nie będzie się czuł urażone, że jego guano traktowane jest, w istocie rzeczy, wodą święconą.
W końcu przepisy Konstytucji należy stosować wprost.
Chocby nawet trzeba było skleić skrzydła motyla czystym, żywym gównem

W oczekiwaniu na kontakt 2011-12-14
Mamy kontakt ze zmarłymi. Z życiem pozagrobowym. To nic dziwnego choćby dlatego, ze istniejące światy muszą komunikować się ze sobą. A że inne światy, w tym metafizyczne, istnieją, trudno racjonalnemu człowiekowi zaprzeczać. Nawet jeśli przyjąć, ze życie na Ziemi ma swoje źródło tylko i wyłącznie w mutacji białka, nawet tego przetransportowanego z innych zakątków Kosmosu przez meteoryty, to jest to dodatkowy argument za istnieniem Boga. Albo, jak kto woli – innych wymiarów istnienia, w tym życia pozagrobowego.
Osobiście doświadczyłem łączności z innymi istnieniami, w innych wymiarach.
Należę, zresztą wbrew – póki co - budowie ciała, do smakoszy. Znaczy lubię jeść i … znam się na tym: co, kiedy i jak zjeść. I jak przyrządzić. Jestem rasowym konsumpcjonistą.
Miałem kiedyś na talerzu kawałek cielęciny. Z ziemniaczkami. Wyborne, kruche mięso, rozpływające się w ustach. Lekko korzenny smak, wzmocniony aromatem ziół. Doprawione, nieco wbrew Regułom, czerwonym winem. Ale to tylko potęgowało unikalność smaku potrawy.
Rozmarzyłem się i zamknąłem oczy.
I wtedy odniosłem wrażenie, że ktoś na mnie patrzy. Poczułem wyraźnie muskające mnie spojrzenie smutnych i spokojnych, wilgotnych oczu. Pełnych bólu i …. pytających: „czemu?, czemu ja?”
Oczu cielaczka, którego fragment ciała, niczym rasowy katolik, spożywałem.
Co dziwniejsze nie miałem wrażenia, ze cielaczek ganił mnie za ten fakt: on rozumiał, ze nie wiedziałem, co czynię.

Otworzyłem oczy i otrząsnąłem się z tego, odczuwanego po raz pierwszy, wrażenia.

Rosół na kurzych żołądkach był pyszny. Tłusty i złocisty. Z makaronem. Szybko zjadłem makaron i wypiłem płyn. Zostały kurze żołądki.
Tym razem nie zamykałem oczu, żeby uniknąć nieoczekiwanych spotkań.
Jak okazało się – nie musiałem. I tak poczułem kurzą radość z życia ptaka biegnącego na fermie hodowlanej do korytka z ziarnem. Satysfakcję z „dosiadania” jednej z kur, emocje związane z utarczką o miejsce na grzędzie. Trzepotanie skrzydłami, grzebanie w ubitym klepisku. No i tą euforię, gdy, wbrew prawdopodobieństwu, udawało się znaleźć w prawie betonowej podłodze, kawałek dżdżownicy – samobójcy, która zabłąkała się na Fermę pragnąc jedynie spulchniać glebę. A zamiast tego mogłaby, co najwyżej, spulchnić zupełnie co innego, gdyby los ptaka nie był już przesądzony. Zanim jednak ptak oddał życie i jego żołądek posłużył do przyprawienia zupy, zdążył on zasmakować robala w całym wachlarzu doznań. A przeżycie to udzieliło się teraz i mnie tak silnie, że poczułem niemal pod zębami zgrzytające ziarenka piasku oblepiającego dżdżownicę.
Byłem wciąż głodny, ale z odrazą popatrzyłem na „naturalną” kiełbasę, kaszankę, salceson i parówki. Napiłem się tylko wody, którą posłodziłem, działając z pewną obawą, dwoma łyżeczkami cukru: widok rozgniatanych na miazgę buraków by do zniesienia.
Od tego czasu nieco schudłem. Teraz trochę więcej piję, trochę więcej palę i trochę mniej śpię. Za to, jakby rekompensując ubytek czasu snu, więcej śnię i śpię bardziej nerwowo.
Teraz, kiedy nie śpię, to bardzo długo i starannie rozważam elementy składników żywieniowych wchodzące w skład moich posiłków.
Boje się popełnić jakiś błąd.
I czekam na kolejny kontakt – na moich warunkach.
O naturze człowieka&#8230; 2011-12-05
To, że historia ma charakter regresywny wiemy już od dawna, bo co najmniej od starożytności. Jednym z najstarszych obiegowych sądów dotyczących młodzieży, jest ten głoszący, że każde następne pokolenie jest gorsze od poprzedniego.
Aby odpowiedzieć sobie na pytanie czy to prawda, nie mając zarazem możliwości bezpośredniego porównania zjawisk społecznych ze względu na długość naszego życia i nie chcąc zawierzać sądom starszych, którzy deprecjonują młode pokolenie, należy sięgnąć do zdobyczy świata nauki.
Analizując wskaźniki liczbowe wojen i niepokojów społecznych w XX wieku bez trudu dojdziemy do wniosku, że równie krwawego okresu w historii człowieka nie było uprzednio. Tylko tzw. II wojna światowa pochłonęła kilkadziesiąt milionów istnień, mając takich jednostkowych bohaterów jak ten żołnierz Wermachtu na wybrzeżu Atlantyku odbierający życie 2700 innym ludziom w ciągu 12 godzin (225/ha lub 3,75 na minutę)… Walki gladiatorów „starożytności” wydają się zabawą, jeśli chodzi o liczbę ofiar, w porównaniu z walką o chleb w obozach koncentracyjnych.
Niektórzy powiedzą: cóż korzyści skali, stąd przekłamania. Proporcje są dziś, jeśli chodzi o „szkodliwość czynów”, lepsze. Czyngis-chan zabiłby więcej gdyby miał karabin maszynowy.
Ja jednak, może to ze względu na wrodzoną wrażliwość i empatię, jak też wspomniane liczby, czuję się zaniepokojony o los moich wnuków: zarówno z prawego jak i nieprawego łoża (ponieważ jestem wyznawcą zasady demokratycznego państwa prawa i silnie popieram zasadę równości także w zrównywaniu szans potomków: niezależnie od tego czy żyją w Polsce, dalekiej Tajlandii, Uzbekistanie czy w Mont Saint Michele).
Moje pytania, które zadaję sobie codziennie na nowo– czemu Oświęcim, czemu Kosowo, Ostaszków, Starobielsk, Kołyma, Tutsi wraz z Hutu – pozostają bez odpowiedzi.
A rzucony kamyk „ludobójstwa” natychmiast pociąga za sobą wyjawienie lawiny całego zła i nieprawości społecznej, które to niesie postęp. Obnaża wspomniany regresywny charakter historii.
Narkotyki? Narkomania kiedyś?
Nie było takiego zjawiska, bo nie było zakazów.
Był co najwyżej grzech nieumiarkowania: wystarczyło wyspowiadać się i człowiek był wolny jak ptak. Od grzechu i od „nałogu”. To nie obecność narkotyków i wolny do nich dostęp był przyczyną drastycznego zwiększenia liczby jednostek uzależnionych.
Pedofilia?
No jakże oskarżać o pedofilię męża czternastoletniej kobiety. Mąż to mąż. Za takie słowa – „pedofil” – jeśli ktoś zrozumiał co one znaczą, można było, nawet, dostać w dziób. A dziś zapełnia się więzienia statecznymi ojcami i opokami rodzin, zaś nieletnie niewiasty pozbawia się jakże intratnego i przyjemnego źródła dodatkowych dochodów. Że nie wspomnę o pedagogicznej funkcji zjawiska polegającego na uświadomieniu dziatwie odwiecznej relacji praca – zysk. Nie bez znaczenia pozostaje także wypełnianie funkcji naprawczej kulejącego programu MEN dotyczącego przysposobienia do życia w rodzinie czy religii.
Aborcja?
Nikt nawet nie podejrzewał jej istnienia, co dopiero wspominać o karaniu za nią. Co najwyżej doceniano aktywność młodzieży, żon oczekujących na powrót męża z wojny czy sióstr zakonnych w celu odpokutowania za uniesienia parnych czerwcowych nocy.
Zabójstwo w afekcie?
Rzeczą honoru było onegdaj stawić się na pojedynek, jeśli kogoś niebacznym i umyślnym słowem lub czynem – obraziło się. Jak ktoś nie stawia się – z rozkoszą szukał możliwości popełnienia samobójstwa. Ze wstydu. Dziś sytuacja jest odwrotna: karze się najczęściej tego, kto przestrzega praw honoru i eliminuje jednostkę naruszającą prawa do dobrego imienia. I w sposób nieuzasadniony zapełnia się więzienia.
Jeszcze niespełna stop lat temu istniała znakomicie funkcjonująca „decentralizacja w sferze penalnej”. Zachowanie uczniaka czy żaka, który popełniał nieprawidłowości, najczęściej bez świadomości tego faktu, mogło zostać skorygowane poprzez działanie czujnych nauczycieli, którzy dysponowali szeregiem środków represyjnych. Odbywało się to – za obopólną zgodą – w sposób nieoficjalny i trzymane było w sekrecie. Dziś, każde frywolne zachowanie młodzieży karane jest w majestacie prawa, czego przykładem są procesy kibiców piłkarskich, lewaków lub członków Młodzieży Wszechpolskiej. Skutkiem jest zamknięcie drogi na przyszłość dla tych młodych ludzi – aż do momentu zatarcia skazania.
Prostytucja?
Nie była zjawiskiem nagannym. Wręcz była to sfera umożliwiająca zrobienie szybkiej kariery dla niezamożnej, lecz utalentowanej młodzieży, czego dowodem są biografie słynnych kurtyzan czy utrzymanków (artystów). Nie bez znaczenia dla oceny zjawiska są kwestie związane z ułatwieniem inicjacji seksualnej czy związane z zapobieganiem przestępstwom na tle seksualnym. Do utartych zwyczajów wieczorów kawalerskich była wizyta w renomowanym „buduarze” prowadzonym przez nimfy wiadomej profesji..

Takich przykładów możnaby znaleźć więcej, lecz nie to jest celem autora. Celem tym jest zwrócenie uwagi Czytelników na potrzebę szacunku – i wyrażania szacunku – dla dokonań przodków. Czyli szacunku do tradycji.
Poczucie wagi wpływu poprzednich pokoleń na rzeczywistość społeczną, wartości ich przekonań, prawdy zawartej w czynach – to pierwszy krok do uzdrowienia społeczeństwa i więzi międzyludzkich.
Wróćmy do korzeni!


Podróż w nieznane 2011-12-01
Czy marzyliście kiedyś o podróży w nieznane? O takiej magicznej wyprawie tam, gdzie jeszcze nie byliście?
Na pewno tak, każdy o czymś takim marzy. Któż z nas nie wędrował w dzieciństwie palcem po mapie.? Zwiedzał, wraz z Arkady Fiedlerem dorzecze Amazonki, śpiewał – wraz z rybami – w Ukajali.
Zresztą i w telewizji publicznej, jak też w płytach DVD nie brak programów o najbardziej egzotycznych wyczynach globtroterów. Możemy podróżować wraz z Tony Halikiem np. do legendarnej stolicy Inków – Vilcabamby albo w poszukiwaniu ptaka dodo.
Możemy zwiedzać, wraz z Jacques-Yves Cousteau na statku „Calypso", Morze Czerwone i tworzyć pierwszy podwodny kolorowy film - zrealizowany na głębokości 45 m! To razem z Jacque spenetrowaliśmy starożytny wrak statku greckiego do przewozu wina, spoczywającego na głębokości 40 m niedaleko Marsylii.
Z Martyną Wojciechowską zwiedzimy Hongkong. Z Wojciechem Cejrowskim możemy poznać blisko sześćdziesiąt krajów na sześciu kontynentach. Pokonać bagnistą puszczę Darien, na granicy Kolumbii i Panamy, przejechać trasę Camel Trophy, w Gujanie i dotrzeć do - m.in. do odległych osad plemienia Wai Wai.
Ci spośród nas, o większych wymaganiach i aspiracjach, mogą wybrać się wraz z Juliuszem Verne w głąb ziemi albo w 20 tys mil podmorskiej żeglugi. Lub z Twórcami Awatara – na inna planetę, względnie z Leonardem Di Caprio w podróż do krainy snu (Incepcja).
Niektórzy z Was machną ręką i stwierdzą, ze to tylko film, fikcja. Że takie podróże to niemożliwe są do zrealizowania przez normalnego człowieka. Lub, co najwyżej, tylko osoba niezmiernie bogata może sobie na coś takiego pozwolić.
I tu Was mam! To nieprawda!
Każdy z Was może odnaleźć feniksa, zgwałcić jednorożca, odnaleźć dodo, polatać na gryfie, czy poprzeglądać się w lustrze z … bazyliszkiem
To ostatnie byłoby, z uwagi na codzienną obecność tego gada w naszym życiu, wskazane. Mało kto bowiem wie, ze bazyliszek - rodzący się z jaj, które składają siedmioletnie koguty, a następnie wysiadywany 9 lat przez ropuchy lub węże - może żyć i żyje wiele wieków. A we współczesnym ucywilizowanym życiu brak jest naturalnego czynnika, który może doprowadzić do śmierci bazyliszka- czyli piania koguta. Względnie łasicy, która mogła zabić go swoim zapachem.
Taka podróż jest dostępna dla każdego. Trzeba tylko przejść przez długi, biały tunel. Zarezerwować miejscówki i opłacić ubezpieczenie, by rodzina nie miała kłopotów.
Ucieknijmy od Cejrowskiego, Halika, Wojciechowskiej opisujący swoje ułomne próby odkrywania oczywistego – czyli życia. Odrzućmy ich i ich fałsz zmieszany z zakłamaniem, ponieważ jednym z ważniejszych motywów działania w świecie mediów jest nikczemny zysk – miast dążenia do zgubienia prawdy istnienia.
Zamiast nich wybierzmy innych przewodników, tych prawdziwych: Mictlantecuhtli, Izraela, Hadesa, Tanatosa, Ozyrysa, Anubisa. Oni zabiorą, każdego, które zechce, w prawdziwą „podróż życia”, do miejsc, których jeszcze nie znacie. O których nikt Wam nie opowiedział.
Bilety na podróż Waszego życia możecie zakupić w najbliższej aptece. Organizacją podróży może zająć się wybrany, także najbliższy, zakład pogrzebowy.
Świętokradztwo 2011-11-28

Aktualny stan zdrowia jednostki jest wypadkową czynników nań działających, zwykle, pomijając schorzenia wrodzone, reakcją organizmu na czynniki zewnętrzne. Dotyczy to zarówno stanu zdrowia fizycznego, jak psychicznego.
Jeśli żyjemy w zanieczyszczonym środowisku to pewnie będziemy mieć schorzenia układu oddechowego. Jeśli nie ubieramy się ciepło w zimę, przeziębimy się.
Podobnie jest z tzw. „chorobami psychicznymi”.
Do ich powstania – rzekomego - przyczynia się wiele czynników zewnętrznych i wewnętrznych, które wzajemnie na siebie wpływają. Mają znaczenie właściwości wrodzone i to, jak chory rozwijał się, jakie przeżył wstrząsy życiowe, jaki jest jego aktualny stan zdrowia i przemiana materii w organizmie, oraz środowisko społeczne, w którym żyje. Podkreśla się decydujący wpływ wczesnego dzieciństwa na tworzenie podstaw zdrowia psychicznego. Istotny jest wpływ rodziny, wzajemnych stosunków między rodzicami, stosunków rodziców do dziecka, systemu wychowania, w czasie którego dziecko przyswaja sobie zasadniczą postawę wobec rzeczywistości, wobec obowiązków i uczy się współżycia z ludźmi.
Choroba psychiczna jest zatem często reakcją organizmu na czynniki zewnętrzne, objawem dostosowania się jednostki. Niektórzy mówią nawet o wykorzystaniu zdolności samoregulacyjnych organizmu i wyrazie jego zdolności adaptacyjnych do społeczeństwa.
Zatem jeśli pewnego dnia poczujesz się Napoleonem albo Carycą Katarzyną, względnie Iwanem Groźnym, to może tego właśnie społeczeństwo oczekiwało od Ciebie. Oczekiwało Napoleona, Adolfa Hitlera, wizjonera niezrozumianego przez Otaczających. Może Twój organizm odpowiedział na sygnał wysłany przez Zbiorowość i dopasował się do Konwencji. A jeśli nawet nie zrobiłeś tego Ty, całym swoim sercem i całą duszą swoją, to uczyniła to jedna z Twoich osobowości, które w Tobie drzemały, czekając tylko na wspomniany sygnał.
To nieprawda, że ten sygnał płynie z Twojego serca: ten sygnał to odpowiedź na zew gotowy, zaproszenie do uczestnictwa w życiu społeczeństwa, na który w szczerości swego serca – odpowiedziałeś.
I po co Ci leczenie? Duszy człowieka wszak nie uleczysz, a narazisz ją – co najwyżej – na cierpienie.
Nie można zaprzeczać naturze i rzucać wyzwania nie tylko biologii, ale i Bogu. Człowiek wszak został stworzony na obraz jego i podobieństwo, we wszystkich detalach. A poprawianie natury boskiej należy oddać Bogu, a nie ludziom. W ten sposób oddamy co boskie bogu, a co cesarskie – cesarzowi
Za wegetatywnym podejściem do leczenia schorzeń psychicznych przemawiają też inne argumenty.
Służba zdrowia ma ograniczone środki finansowe. Jeśli Ciebie będą leczyć, boi zachciało Ci się rzucić wyzwanie Bogu, to zlekceważą kogoś innego, mniej dynamicznego. I jak będziesz czuł się, zdając sobie sprawę, że kuracja odbywa się kosztem innego człowieka? Czy nie zniszczy Cię poczucie winy? A jeśli nie zniszczy, to czy na pewno zdrowym jest taki brak poczucia odpowiedzialności za słabszą jednostkę?
Tym bardziej, że, pomijając proces leczenia, jak to w naturze boskiej: wiatru halnego i jego następstw nie unikniesz, choćbyś chciał. W końcu i tak trzeba będzie polecieć.
Czy pomyślałeś o tym, czy zdajesz sobie z tego sprawę, że depresja i zaburzenia psychiczne są domeną wielkich jednostek?
Może zamiast rozczulać się nad sobą, sam stwórz coś wielkiego. Popatrz na Michaela Josepha Jacksona, który, nawet po śmierci potrafi zarabiać nawet na swoim gównie wystawianym na sprzedaż na ebay-u. Albo na jego piosenkach wystawianych na you tube.
Pomyśl jakim wspaniałym ukoronowaniem Twojej kariery Twórcy, choćby nawet nie wiem jak krótkiej, byłoby samobójstwo, jakże skutecznie i oczywiście wieńczącej proces choroby psychicznej. Mógłbyś stać się Kurtem Cobainem pokolenia Emo czy Witkacym Interii – gdybyś tylko zechciał podciąć sobie tętnicę szyjną i zażyć weronal
Czy rozważałeś aspekty kreacyjne choroby psychicznej? Jak mocno możesz zwiększyć wartość społeczeństwa zwracając ludziom uwagę na to, czego normalnie nie dostrzegają. Oczywiście, wiem, nie będzie łatwo. Ale nic, co łatwo przychodzi nie jest warte nawet trudu, który w to włożyłeś. Bo w takim razie nie zwrócisz nawet uwagi na efekt, który osiągnąłeś. Smak zwycięstwa najlepiej czuć poprzez łzy odrzucenia i gorycz porażki: wtedy jest to prawdziwie zwycięstwo, bo wynikające z istoty Ciebie. Po śmierci zresztą i tak Ogół Cię doceni. Choćby jako niezłomnego bloggera, autora Interii.
Pomyśl o tym wszystkim, co Ci wyjaśniłem pokrótce.
A potem wybierz jak chcesz żyć.
Boża godzina 2011-11-25


Odwlekał powrót do domu jak długo to było możliwe. Zamówił jeszcze jedno piwo. Powrót do domu go przerażał. Ona znowu będzie dobierać się do niego. A pomyśleć, że miała zajmować się tylko sprzątaniem i gotowaniem. Tak mu obiecywała. Skończyło się, jak widać.
Teraz pewnie na niego czeka. Na pewno nie położyła się spać ani nie poszła do domu. Po prostu czeka. Na okazję. Ile to razy udało mu się wrócić do mieszkania, kiedy ona zasnęła? Dwa? Trzy? Nie więcej. Może cztery..
Kiedy w końcu poczuł się gotowy do powrotu, taki bardziej odważny, był już nieźle wstawiony. Zapłacił. Z przyjemnością zauważył, że ręce barmana były bardzo delikatne. Palce pieszczotliwie przebierały w banknotach. Te ręce były stworzone do wyższych celów. Godne miłości. Pieniędzy, to wiedział.
Już za drugim razem udało mu się trafić kluczem w otwór zamka, lecz już samo trafiane w dziurkę spowodowało histeryczny atak strachu i lęku. Nawet minimalny ubytek precyzji spowodował natychmiastową reakcję za drzwiami.
-Przygotowałam ci kolację. Jak zjesz to przyjdź do mnie.
Specjalnie opóźniał jedzenie, licząc, ze może jednak ona podda się. Jadł aż wytrzeźwiał. I Az zrobiło mu się zimno. Tak, że zabolało. Do łóżka poszedł jednak dopiero, kiedy ustały wszelkie odgłosy z sypialni. Był już ranek. Łudził się, ze może zapomniała, zasnęła, zabłądziła w drodze do łóżka. Albo po prostu szlag ją trafił.
Niepostrzeżenie wsunął się pod kołdrę. Myślał, że już udało się, kiedy poczuł jej palce na ciele. Na tych najwrażliwszych częściach. Uśmiechnął się zwycięsko. Bo wystarczyło, ze uświadomił sobie do kogo należą i jego ciało stało się doskonale nieczułe na dotyk. Potem mógł już w myślach podróżować po krainach, do których zawsze chciał pojechać: Haiti, Karaiby i zamieszkujący je Czukczowie. Rozwiązywać najtrudniejsze zadania matematyczne i rebusy. Jak ten: „Twój wuj to zbój. Albo – Lubię spać i pływać.
Niebacznie zdekoncentrował się. Przypomniały mu się te delikatnie cudowne dłonie barmana i jego uduchowiony dotyk. Nie wytrzymał i zdradził się, a ona błyskawicznie to zauważyła.
Zaczęło się. Marzył żeby ją zabić, nie mógł jednak sobie teraz na to pozwolić. Wszystko musiał załatwić poprzez ruchy, których od niego oczekiwała. Żeby tylko mógł sobie okleić tłuczonym szkłem, albo drutem kolczastym owinąć. Zrobić koronę cierniową i nawet zostać męczennikiem, jeśli to tylko by coś dało. Chciał ja zabić, choćby gwałtownością, przebić się do mózgu, lecz to budziło tylko większy jej entuzjazm. I okrzyki.
Ona zasnęła w końcu. On zaś – nie. Niesmak w ustach, który czuł po tym musiał spłukać dużą ilością alkoholu. A potem musiał przejść się. Uciec choćby na chwilę.
Tak jej nienawidził Tak ich nienawidził. Musiał uciec stąd i ruszyć w końcu przed siebie.
Wychodząc z klatki wpadł na chłopca. Wydał mu się znajomy. Taki podobny do tego barmana z ładnymi dłońmi. I miły. Taki jak barman.
- Dzień dobry.
-Cześć. Chcesz się napić wina. Mszalnego. Mam na górze. Chodź ze mną.
Był pijany ale stara się iść prosto. Wziął chłopca za rękę.
-To tu, niedaleko.
-Ale to suszarnia.
-Nic się nie martw. Przyniosę wino, ale teraz… musisz mi coś dać.
Przytrzymał chłopca jedną ręką, a drugą usiłował rozpiąć mu rozporek. Udało mu się.
-Co pan robi. Proszę mnie puścić
-To nic wielkiego, takie tam…. Jestem natchnięty Duchem Świętym.
Chłopiec wyrywając się zdwoił wysiłki. Zaczął, dodatkowo, krzyczeć. Był jeszcze ranek, wiec mieszkańcy nie dali na siebie czekać. Dopadli go. Odsunęli małego w bezpieczne miejsce. Uderzenia i kopniaki spadały na gwałciciela dziatek ze wszystkich stron. Zboczeniec, osłaniając zakrwawioną już twarz, upadł na kolana. Ostatkiem sił udało mu się wykrztusić parę słów:
-Zostawcie, jestem księdzem
Rozpiął górny guzik zakrwawionej bluzy i pokazał koloratkę pod szyją.
Zapadła cisza. Ktoś przyznał mu rację:
-Zostawciegoonjestksiędzem
Napadnięty pokrzepiony sukcesem dodał:
-Wypieprzać
Co członkowie zbiegowiska skrzętnie uczynili. Tym bardziej, ze nie stało się nic nadzwyczajnego. Alarm okazał się niepotrzebny
Albowiem sługa wiary chciał przekazać miłość bożą, którą jest wypełniony, innym ludziom. Natchnąć duchem świętym.
On i ono: bohaterowie losu 2011-11-21



Udało mu się przespać część poranka. I to pomimo tego, ze ONA cały czas coś mówiła. Po prostu ryj jej nie zamykał się. Żeby coś zrobił, obudził się, nakarmił dziecko, wstał chociaż. Już nawet chciał przywalić jej w ten głupi psyk, ale pomyślał, że w ten sposób ta głupia suka osiągnie swój cel – bo zmusi go do poderwania się z łóżka. Więc tylko zacisnął pięści i spał dalej – czekając, że może podejdzie na odległość ręki i będzie mógł jej przywalić nie wstając.
Ta myśl, że – być może – dowali jej nie wstając z łóżka tak go nakręciła, że zamiast spać zacisnął mocniej pięści i przyczaił się. Zaczął polowanie, jak prawdziwy łowca, a dreszcz podniecenia i adrenalina mile połechtał mu lędźwie.
Ona tylko jednak powiedziała, żeby zrobił coś z dzieckiem, bo płacze. I wyszła po prostu. Jakby przeczuwała. Taaa: kobiety są gorące i maja intuicję.
Suka! Co za wredna larwa, ze złośliwą mordą i chudym tyłkiem. Od razu zaczął żałować, ze złamał się tydzień temu i ją przeleciał: pewnie miała, w przeciwieństwie do niego, z tego frajdę. Poczuł ogarniający go niesmak i narastający odruch wymiotny. Zapłaci za to, pomyślał. Stówkę co najmniej.
Gdyby się teraz poruszył na pewno by się zrzygał: był przecież tak wrażliwy. A jeszcze bardziej nieszczęśliwy, bo wykorzystany. I wiedział o tym, w przeciwieństwie do tej suki, która najpierw go obudziła, a potem po prostu wyszła do pracy.
Podniósł się ostrożnie, żeby nie narzygać na dywan. Ten mały pokurcz wciąż wydzierał się. Nawet mocniej wrzeszczał od kiedy wyszła.
Pewnie zesrał się. I go piecze – pomyślał z wyraźnym zadowoleniem.
Nieśpiesznym krokiem podszedł do łóżeczka. Zaniechał z bezpiecznej odległości, ale nic nie poczuł. Ośmielony podszedł bliżej, rozchylił pieluchę. Skondensowany smród odchodów prawie powalił go na podłogę. Rzeczywiście gówno – pomyślał.
Nie maił zamiaru śpieszyć się, bo coś od życia należało mu się. Dość narobił się już. A gówniarz, teraz już dosłownie, niech uczy się męskości. Bo jak nie to wepchnie go kiedyś, żeby zamknąć mu ryja, tam, skąd przyszedł. I tak bachor ma mniejszego penisa, pomyślał z zadowoleniem, wiec niech zna swoje miejsce.
Ta myśl bardzo poprawiła mu humor. A był najwyższy czas, bo od wczoraj już miał zły nastrój. Depresję, przypomniał sobie hasło w krzyżówce. Wczoraj znowu powiedziała, żeby zaczął chodzić szukać pracy. W ten ziąb jeszcze, wściekł się.
A co źle im tu? Ona pracuje przecież. On opiekuje się dzieckiem. Co chcieć więcej? Źle zajmuje się domem? Prawie jej przywalił. Dobrze im. Materialistyczna dziwka. Mamona ją kusi. Z kim oni związał się?! Gdzie miał oczy? Taki facet jak on, co dba, żeby wszystkim było dobrze.
Żeby tylko ten pokurcz zamknął w końcu ryja. Głodny pewnie. Rzucił mu skórkę od chleba. Bachor zamknął się na chwilę usiłując ściumkać nieznany przedmiot.
Wreszcie spokój.
Wstał. Co za burdel, pomyślał. Ta leniwa suka mogłaby w końcu też coś zrobić w domu.. I nic nie ma do jedzenia. No to sobie nagrabiła. Teraz już ją dorwie jak wróci.
Spojrzał na potomka. Odezwała się w nim solidarność męska i uczucia ojcowskie.
Zobacz synku, jaką masz sukę za matkę. Mały patrzył bezrozumnie, nie wypuszczając z rączki skórki od chleba.
Na, masz smyku. Jeszcze jedną skórkę. Ja idę do sklepu coś do jedzenia kupić, bo z głodu umrzemy.

Kiedy wracał, cztery wina grzechotały dźwięcznie w siatce. Może nie dużo, ale dość żeby wytrzymać, aż ta larwa wróci. I żeby nie być tak nawalonym, żeby jej nie przywalić. I maił świeżą kajzerkę dla ukochanego synka.


Moja walka 2011-11-14
Praca to nie wszystko. Podobnie jak pieniądze. Najważniejsza jest prawda. Niby wszyscy to wiedzą, jednak wciąż spotykamy się w życiu codziennym z postawami, które są żywym zaprzeczeniem tych przywołanych powyżej prawd.
Na przykład dziś, z podziwem i niekłamaną zazdrością przeglądam CV i listy motywacyjne kandydatów do pracy. Nie ode mnie zależy decyzja, kto zostanie przyjęty, lecz mnie polecono przeprowadzić selekcję kandydatów.
I jestem zdziwiony.
Bo kto może chcieć tu pracować? Stanowisko pracy niezbyt rozwijające, praca pod wpływem dużego stresu, schematyczna. Owoców pracy nigdy pracownik nie zobaczy, co najwyżej błędy: wcześniej czy później zrobi. Wystarczy poczekać. I nagana, upomnienie, relegacja - gotowa.
Za to, jakby rekompensując nieatrakcyjność stanowiska pracy, każdy z kandydatów skończył trzy kierunki studiów, biegle włada dwoma językami obcymi. Jest niekarany, ma nieposzlakowaną opinię, odznacza się solidnością i umiejętnością działania w zespole.
Każdy osiągał sukces, obniżał koszty, odznaczał się solidnością.
Ambitny, pełen zapału, szybko realizuje wyznaczone cele.
Zapał, entuzjazm, całkowite zaangażowanie w pracę….

Wybrałem, kierując się dobrem pracodawcy, trzy teczki ewentualnych przyszłych pracowników..

Jeden ukończył La Sorbonie, ma dziesięć lat stażu pracy na podobnym stanowisku, pochlebne opinie. Biegle zna nawet trzy języki obce. I polski. Bezgranicznie oddany pracy i tylko pracy. To dla niej poświęcił swoje dwa małżeństwa i prawo sprawowania opieki nad dziećmi. Tu, zadeklarował, nie będzie już dekoncentrował się sprawami spoza pracy.

Drugi kandydat ukończył uczelnie w kraju, ale za to dwie. To jego pierwsza praca, więc zrobi wszystko żeby ja utrzymać. Wcześniej pracował na bezpłatnym stażu. Poprzedniej pracy nie przerwała nawet przewlekła terminalna choroba rodziców. Podobnie pogrzeb. Tu będzie podobnie.

Trzeci, którego poleciłem szczególnie, obiecał dobrze bawić się podczas pracy. Zaliczać koleżanki z pracy, bo dobra atmosfera jest najważniejsza, a dziewczyny trzeba dowartościować. W czasie wolnym zadeklarował, że przeleci charytatywnie największego kaszalota w pracy, ewentualnie żonę szefa - chyba, że nie będzie dość pijany. Legalne zatrudnienie jest mu potrzebne z uwagi na możliwość nielimitowanego korzystania ze zwolnień lekarskich i możliwość wygrania zakładu z rodzicami. Ci rodzice nie wierzą, że ktoś go może zatrudnić. Na koniec stwierdził, ze nie wierzy, że ktoś czyta jego podanie. Ale jeżeli ktoś kto robi, to niech ma możliwość przeczytania słów prawdy.

Pozostałe podania aplikujących zwróciłem do kadr z adnotacją „nie spełnia warunków”:. Nie każdy ma szczęście, a lepiej nie obciążać firmy, w tej trudnej sytuacji rynkowej, bierzmem pecha innych osób.
Pozostaną trzej kandydaci w równej walce: niech prawda zwycięży. Niech zwycięży najlepszy.
Taki jak ja.:)





Stwórz sobie własne piekło 2011-11-07
Człowiek jest skazany na potępienie i prawie pewne jest to, że każdy z nas nagrzeszy tyle w życiu, ze wszyscy spotkamy się w wiecznym Piekle. Jest jednak pewna iskierka nadziei, światełko w tunelu: to od Ciebie zależy, jak będzie wyglądać Twoje Piekło.

Życie doczesne jest tylko krótką chwilą. Człowiek jest istotą niedoskonałą, niezdolną do trwałego przestrzegania reguł, w tym reguł wyznawanych kościołów. Jak wskazują wyniki badań, jest tez niezdolny do trwałej, szczerej skruchy i poprawy postępowania. Sami wiemy ilu jest „praktykujących-niewierzących” albo i „niepraktykujących - wierzacych”, co jest – w wymiarze kary - równoznaczne.
Człowiek jest grzeszącym recydywistą, co, zgodnie z regułami sztuki prawniczej, tylko zaostrza jego odpowiedzialność za czyny.

Każdy nasz krok, każdy czyn będą podlegać ostatecznemu rozliczeniu. Dlatego tak ważne jest żebyśmy kierowali się w życiu tym, co uważamy za dobre i sprawiedliwe. Słuszne i zbawienne -dla siebie i innych.
Śmieszne i zupełnie niepotrzebne, jak też bezskuteczne moralnie byłoby, jeśli rozliczanoby nas wprawdzie za nasze własne uczynki, lecz za czyny - popełniane - nie wynikające z naszego własnego, wewnętrznego imperatywu działania. Za czyny, które popełniamy, bo tak kazano, tak jest przyjęte w społeczeństwie albo nie pomyśleliśmy, co robimy.
Żeby zapewnić efektywność oceny ludzkiego życia za każdą myśl, wypowiedź lub czyn moralnie naganny, należy się, bezapelacyjnie, kara. I nikt tego nie powinien kwestionować.
Co może być tą karą?
Na pewno nie śmierć, bo przecież święci, którzy nie zasługują na karę, też umierają. W ich wypadku śmierć to raczej nagroda, bo zaraz po niej idą do nieba.
Karą za grzechy jest Piekło (w różnych religiach Gehenna, Szeol, Naraka i in) .
Są różne grzechy, są zatem też różne Piekła – w zależności od skali przewinień.
Przyjęło się twierdzić, że Piekło jest miejscem wiecznej męki dla ludzi w grzechu ciężkim. To kara wieczna (Mat. 5, 22), miejsce, gdzie ,,robak nie umiera, a ogień nie gaśnie" (Mk 9, 43), otchłań, gdzie "będzie płacz i zgrzytanie zębów" (Mat. 8, 12).
Każdy grzech ciężki zasługuje na wieczną karę, bo to wynika z „bezwzględnej sprawiedliwości Stwórcy”.
Istnieje kanon zachowań i norm, których trzeba przestrzegać. Wynikają one bezpośrednio lub pośrednio z nakazów religijnych: dekalogu, prawd wiary, zbioru grzechów głównych.
Jak wynika z katolickich forów internetowych za grzech jest uznawane wychodzenie na papieroska w czasie mszy lub palenie przy grobie. Żucie gumy, skąpe stroje, rozmowy przez telefon, cudzołóstwo, onanizm, sodomia, aborcja, pedofilia, zabójstwo, kradzież, oszustwo, palenie marychy, picie piwa, drażnienie palcem odbytu podczas defekacji – to tylko najbardziej popularne grzechy wiernych.
W większości wypadków, już zaraz po tym, kiedy zgrzeszymy, wiemy, że zrobiliśmy źle. I przykro nam z tego powodu.
Piekło, czyli kara za grzechy, jest nieodłącznie powiązane z czynem grzesznym: tak, by potępiony wiedział za co cierpi.
Zostało przewidzianych w „doktrynie” - kilka rodzajów najcięższych kar, choć formy ukarania mogą różnić się w zależności od popełnionego grzechu. Bo rodzaj kary jest pokrewny popełnionego grzechu, by kara, nawet wieczna, mogła pełnić podstawowe swoje funkcje: prewencyjną, wychowawczą, odpłaty z nikczemne czyny i funkcję odstraszającą.
Zatem najcięższa i najokropniejsza kara za grzech polega na tym, że potępiony człowiek nigdy nie będzie mógł oglądać Boga. " (Mat. 25, 41). I to pomimo nieprzepartej tęsknoty za Najwyższym Dobrem, które utracił na wieki.
Nie sposób pominąć przy analizie form kary ognia piekielnego ani kary wyrzutów sumienia, które umiejętnie będą wzbudzane: potępiony męczy się, dręczy i rozpacza, bo wie, iż on sam jedynie i wyłącznie jest przyczyną swego odrzucenia.
Są też kary piekła lżejsze, odpowiadające wymogom i grzechom współczesnego świata: przecież nie każdy grzech obraża Boga do żywego. W karach tych stosuje się jednak wspomniany powyżej „dorobek”.
I tak, np., dokonujący aborcji - także lekarze - przy świadomości dezaprobaty kościołów, będą skazani na wieczne przebywanie w wśród owoców zabiegów łyżeczkowania. Smakując efekty grzechu będą mogli – patrząc na krwawe oczy nienarodzonych dzieci, bezgłośnie otwierające się usteczka i wyciągające się ku nim niewykształcone w pełni kończyny - rozważać słuszność drogi, którą obrali.
Onaniści – Ci ludzie marnujący potencjał Boży - będą zmuszeni, być może, do ciągłego pływania w oceanie zmarnowanych możliwości, wdychając ciągle nikczemny zapach oceanu. Rozgarniając płyn, usiłując się utrzymać na powierzchni, będą walczyć o życie z zalewającą im usta kleistą breją.
Politycy będą mamieni daremnymi obietnicami poprawy warunków bytowych w Piekle. Oczywiście, pod warunkiem, że „zacisną pasa” i „raz jeszcze dadzą kredyt zaufania”.
Lekarze poznają smak choroby i zapewnień „nic Panu nie jest”. Względnie postarają się znaleźć odpowiedź na pytanie zadawane przez nich tak często ich pacjentom: „A ile Pan By chciał żyć”?
Seksoholicy będą zmuszani do ciągłego, nieustannego seksu. Tak, by poznali zło „drugiej natury”. Podobnie zwolennicy zalegalizowania konopii poznają efekty ciągłego ich zażywania.
Grzech lenistwa będzie karany przymusem „nicnierobienia”
I tylko od Ciebie zależy, w jaki sposób będziesz cierpiał w przyszłości. Bo że będziesz – to pewne.
Otwórz się na innych 2011-11-02
Każdy z nas zadawał sobie nieraz pytania: Co się dzieje, gdy umieramy? Żyjemy nadal? Czy może nie? A jeśli żyjemy, to jak?

Większość z nas wierzy, że istnieje życie pozagrobowe, w którym spotykamy znajomych – bliższych i dalszych, przyjaciół, wrogów. I zawieramy nowe znajomości.

Co więcej, wśród nas jest wielu ludzi, którzy mówią, że umarli i wrócili do życia. Że już doświadczyli życia pozagrobowego, spotkali znajomych i rodzinę.

- O cześć stary! Kiedy umarłeś?
-A dwa dni temu …
- Dwa dni temu? To ile ty miałeś? Sześćdziesiąt siedem? To ty nawet emerytury nie zużyłeś swojej… A na co zszedłeś?
- A serce. Wiesz - papierosy, alkohol, podwójne życie. Wątroba mi siadła. No i pikawa, bo miałem kłopoty z erekcją i bardzo się tym przejmowałem.
-Papierosy, alkohol… No co ty? Poważnie? Paliłeś wiedząc, że 95 procent pacjentów w Centrum Onkologii to palacze? Zszedłeś na serce w dwudziestym pierwszym wieku? Skończywszy sześćdziesiąt siedem? Ty jakiś niepoważny jesteś: weź nie podchodź do mnie. Wstyd mi za ciebie.



- A ty Alu? Ty też tutaj? Przecież ty masz dwanaście lat.
- Pedofil mnie zgwałcił. Podszył się pod Janka co też ma dwanaście lat i zgwałcił czternaście razy.
-Bydle! Ale od tego się chyba nie umiera?
- No nie, sama się zabiłam. Ze wstydu.
- Hmmm... sama się zabiłaś? Ze wstydu, że zgwałcił? Wiesz.. . może to i dobrze zrobiłaś, że zabiłaś się? Zawsze to może przyśpieszy rozwój drabiny ewolucji.
- A powiedz mi jeszcze, czemu się z nim umówiłaś?
-Bo ma dwanaście lat i ładny charakter pisma na facebooku.
-Tak, to dobra decyzja. Ta, po tym gwałcie.




-O Ziutek! Ty tutaj?
- A tak.
-A czemu?
- A czemu nie?
-To smutne zostawiać rodzinę samą i odchodzić w tak młodym wieku..
-Nie, czemu? Wszyscy ucieszyli się.
-Ucieszyli się? Czemu?
-Bo tak od razu fajnie się zrobiło w rodzinie. Bez napięcia.
-A jeśli tak, to zmienia postać rzeczy.


Jak widać z powyższego można wieść wspaniałe życie nie tylko na ziemi: możliwe jest to także po śmierci. Po śmierci można nawet więcej, bo mamy większa ilość czasu żeby delektować się kontaktami towarzyskimi i rozwijać własną osobowość. No i możemy spotkać osoby przynajmniej tak interesujące, jak w życiu doczesnym.
Zatem, spróbować nie zaszkodzi.
Na fali emigracji 2011-10-05


Każde społeczeństwo, także polskie, ma zdolność do samoregulacji, czyli dostosowania swojej struktury do panujących warunków, względnie podjęcia działań w celu zmiany tych warunków.
Zdolności samoregulacyjne społeczeństwa umożliwiają wyodrębnienie zdrowej tkanki społecznej - często podstępnie niszczonej przez wrogów Ładu. Dla pilnych obserwatorów życia społecznego jasne jest, że istnieje naturalna dominacja silniejszych w stadzie, a elita ma większe prawa niż przeciętny człowiek.

Wyrazem przedstawionych prawidłowości jest panujący, prawie na całym świecie - od RPA, poprzez Gabon i Polskę, do Stanów Zjednoczonych - system demokracji liberalnych.

Jednym z przejawów wspomnianej zdolności do samoregulacji jest zjawisko emigracji, które zostało wykorzystane w Polsce w sposób prawie idealnie. Choć za główne przyczyny emigracji podawało się poprawę warunków ekonomicznych i bytowych, turystykę czy prześladowania polityczne, to w istocie mechanizm emigracji nie różni się od tego, który poznaliśmy analizując dzieje Czarnej Afryki, „spichlerza” z niewolnikami. Po prostu społeczeństwo pozbywało się, czasem w sposób wysublimowany, jednostek nieprzystosowanych społecznie, tj leniwych, tchórzliwych, niezdolnych do kooperacji w słusznym celu lub pracy w ogóle albo zagrażającym pokojowemu ładowi reszty społeczeństwa.

Skutki tej polityki możemy obserwować w USA, gdzie więcej Murzynów jest w więzieniach niż szkołach, podobnie jak Polacy górują w statystykach przestępstw w Wielkiej Brytanii, a zawód dilera marychy jest obiecującą perspektywą dla emigranta z Meksyku.

I chociaż zważywszy na podpisane przez rządzących w niektórych państwach Afryki kontrakty na dostawę do tych państw dużych ilości pługo-solarek do odgarniania śniegu, który nie występuje w tamtych warunkach klimatycznych nakazują wątpić w zbawienny wpływ emigracji dla tamtych obszarów, to w Polsce możemy za to obserwować zwiększoną produktywność przeciętnego zatrudnionego, wzrost przeciętnych wynagrodzeń, spadek bezrobocia, w wzrost gospodarczy kraju.

Innym przejawem procesów samoregulacji, majacych na celu zachowanie zdrowia społeczeństwa, jest dynamicznie rozwijająca się turystyka aborcyjna. Chyba nikt nie ma wątpliwości, ze niepożądane potomstow może doprowadzić do pauperyzacji życia wielu gimnazjalistów i licealistów.

Także polityka imigracyjna, umiejętnie prowadzona, może wychodzić na przeciw potrzebomn społecznym. Wiele zawodów jest, z różnych powodów - na przykład ze względu na warunki pracy i płacy - nieprzychylnie postrzeganych przez naszych rodaków, którzy niechetnie poddają sie procesom rekrutacyjnym. To jednak nie przeszkadza degustwoać wykintności potraw chińsko-koreańsko-wietnamskich, samkowac zioła wychodowanego przez Ormian, czy korzystać z uroków nastoletnich Rumunek lub Ukrainek.

Zdolności samoregulacji społeczeństw możemy obserwować także w polityce państw, też Polski, w stosunku do rencistów, emerytów i bezrobotnych.

W szczególności, objęcie ich opieką zdrowotną z jednej strony, reglamentowanie dostępu do skutecznych lekarstw i terapii oraz rozsądnie wydzielane im świadczeń pieniężnych z zaopatrzenia społecznego z drugiej strony, ma stymulować ich do poszukiwania bardziej wydajnych źródeł zaspokajania ich potrzeb względnie do ukierunkowania ich w osiągnięciu satysfakcji z zastanej długości życia i oszczędzenie im wysiłków – z góry, wobec formy terapii i zaopatrzenia społecznego - skazanych na niepowodzenie.

Temu celowi służy być może twórczość niektórych „dziennikarzy”:).

I Ty możesz to zobaczyć! 2011-09-22
Nie wahaj się! To może być jedyna taka okazja w Twoim życiu. Grzech z niej nie skorzystać, tym bardziej, ze opłata za wstęp jest symboliczna
Jeśli tylko zechcesz będziesz mógł podziwiać porozrywane płody, rozszarpane ciała nienarodzonych dzieci poukładane na monetach – tuż obok wizerunku Hitlera i człowieka wycieńczonego z głodu. Wszystko to, dla wszystkich chętnych - tuż obok szkoły, na terenie parafii na osiedlu N.M. w Białymstoku
Dziatki podobno chętnie i tłumnie odwiedzały wystawę, wychodząc naprzeciw oczekiwaniom duszpasterzy: był to osiedlowy hit tygodnia. Nie każde jednak dziecko, kiedy z przejęciem studiowało obrazy, rejestrowało tytuł wystawy „Wybierz życie”.
Zorganizowana przez białostocki oddział Katolickiego Stowarzyszenia Młodzieży i Fundację Pro-Prawo do Życia wystawa cieszy się dużym wzięciem. Największe uznanie zdobyły plakaty dużego formatu z martwymi ludzkimi płodami. W tle mnóstwo krwi. Także oderwana głowa płodu zaciśniętą w kleszczach ma wielu zwolenników wśród trzynastolatków.
Wprawdzie proboszcz zdecydował się już podobno zdecydował się na jej usunięcie, ale wystawa cel wychowawczy spełniła: dzieciaki i osoby trzecie już wiedzą jak to się odbywa. To ważne, bo kilka tysięcy aborcji rocznie się wykonuje zgodnie z prawem, a znacznie więcej – niezgodnie. Świadomość okrucieństwa dokonywanych zabiegów pomoże też w zapobieżeniu popularnej wśród młodzieży akcji „wyskrob się sam”, jak też popularyzacji środków antykoncepcyjnych.
Smutno ciężko robi się na sercu jedynie z tego powodu, że likwidacja akcji uświadamiania obywateli zbiegła się z podaniem do publicznej wiadomości faktu, ze „ według sądu lekarze postąpili słusznie sterylizując kobietę bez jej zgody” tylko dlatego, że „nie zna się na antykoncepcji, była w ciąży już dziewięć razy i jest lekko upośledzona”. Czy naprawdę fakt, że niewiasta posiadała poziom sprawności intelektualnej na poziomie dolnej granicy upośledzenia umysłowego w stopniu lekkim naprawdę uzasadnia łamanie jej praw i podkreślanie jej nierówności w społeczeństwie? Skoro tak bardzo i tak bardzo po prostu, chciała mieć dzieci? W końcu Maryja też uwierzyła w niepokalane poczęcie, tak rzadkie w jej czasach, że uzasadniające stworzenie nowej religii.
A ja tam, ze swojej strony, palę faję za fają i zapraszam wszystkich na mój pokaz, który organizuje nad Stawami Szczęśliwickimi w Warszawie.
W każdy piątek września o 20 będę nadmuchiwał przez słomkę żabę. A potem dokonywa aborcji, bo żab i skrzeku w tym roku – dostatek.
Podziel się z innymi 2011-09-22
Szedłem do pracy. Na rogu stała babcia
- „Dajte Pane…. Na chleb”
Sięgnąłem do kieszeni po drobne i wrzuciłem jej garść monet i zwitek banknotów na wyeksponowaną tackę. Wszystkie drobne, które miałem.
W pracy byłem na czas. To dobrze, bo szef przywitał mnie słowami:
- Cześć! Słuchaj, położyłem Ci na biurku papiery. Wiem, to nie Twoja działka, ale… Ty jesteś tak szybki i dobry: dasz radę?
-Dam – odparłem pełen wiary we własne siły i w miłość braterską Przełożonego
Włączyłem komputer. Szybki przegląd informacji. To przykuło moją uwagę:
„Szukam kontaktu (jakiegokolwiek), który umozliwiłby mi znalezienie dawcy nerki dla dorosłej osoby.(…) jest dializowana od 8 lat. ma wysoki poziom przeciwciał i bardzo trudno jest znaleźć dawcę (grupa krwi BrH-). Tel….”
A zaraz potem
„Szukamy dawcy szpiku dla naszej koleżanki… . Tel…”
Nie lubię być bez czynny tak bardzo jak lubię pomagać. Wykonałem dwa telefony.
Czułem się taki odporny na zło tego świata, ze lałem na wszystko. Było mi łatwiej – bez jednej nerki i dawki szpiku.
Kiedy wychodziłem z toalety, z której skorzystałem w drodze wyjątku, zobaczyłem To zjawisko…. Jak ona poruszała się. Prawie jak w piosence:
„Czy pamiętasz jej szalejące dreadlocki
Czy pamiętasz buziaka figurę i kocie kroki
Czy pamiętasz jak wypuszczała w górę dymu chmurę
Czy chciałbyś być dla niej tej nocy ragga-kocurem
Mówię tobie man jej taniec to mega wypas. Każdy kto tu o nią pyta mówi że to rarytas”
Straciłem oczy i nic nie mogłem na to poradzić. Zresztą czułem się dobrze, tylko może nie wszystko widziałem.
Ale serca nie straciłem.
Bo serce oddałem żonie. I byłem martwy od tego czasu, choć o tym nie wiedziałem.
Jutro mam się wyprowadzić, bo już nie czuje do mnie tego co kiedyś.
A nie, zmieniła zdanie: znów mnie kocha. To dobrze, znaczy – nie wybrałem źle i mam to coś, ten zmysł wyboru. I dowiedziałem się od żony, że znów awansuję….
Został mi jeszcze mózg.
Wiem, co teraz powinienem zrobić
Dorzucę parę plastikowych nakrętek, bo ktoś zbiera na wózek inwalidzki.
Wtedy poczuję się naprawdę dobrze.

Podziel się z innymi 2011-09-22
Szedłem do pracy. Na rogu stała babcia
- „Dajte Pane…. Na chleb”
Sięgnąłem do kieszeni po drobne i wrzuciłem jej garść monet i zwitek banknotów na wyeksponowaną tackę. Wszystkie drobne, które miałem.
W pracy byłem na czas. To dobrze, bo szef przywitał mnie słowami:
- Cześć! Słuchaj, położyłem Ci na biurku papiery. Wiem, to nie Twoja działka, ale… Ty jesteś tak szybki i dobry: dasz radę?
-Dam – odparłem pełen wiary we własne siły i w miłość braterską Przełożonego
Włączyłem komputer. Szybki przegląd informacji. To przykuło moją uwagę:
„Szukam kontaktu (jakiegokolwiek), który umozliwiłby mi znalezienie dawcy nerki dla dorosłej osoby.(…) jest dializowana od 8 lat. ma wysoki poziom przeciwciał i bardzo trudno jest znaleźć dawcę (grupa krwi BrH-). Tel….”
A zaraz potem
„Szukamy dawcy szpiku dla naszej koleżanki… . Tel…”
Nie lubię być bez czynny tak bardzo jak lubię pomagać. Wykonałem dwa telefony.
Czułem się taki odporny na zło tego świata, ze lałem na wszystko. Było mi łatwiej – bez jednej nerki i dawki szpiku.
Kiedy wychodziłem z toalety, z której skorzystałem w drodze wyjątku, zobaczyłem To zjawisko…. Jak ona poruszała się. Prawie jak w piosence:
„Czy pamiętasz jej szalejące dreadlocki
Czy pamiętasz buziaka figurę i kocie kroki
Czy pamiętasz jak wypuszczała w górę dymu chmurę
Czy chciałbyś być dla niej tej nocy ragga-kocurem
Mówię tobie man jej taniec to mega wypas. Każdy kto tu o nią pyta mówi że to rarytas”
Straciłem oczy i nic nie mogłem na to poradzić. Zresztą czułem się dobrze, tylko może nie wszystko widziałem.
Ale serca nie straciłem.
Bo serce oddałem żonie. I byłem martwy od tego czasu, choć o tym nie wiedziałem.
Jutro mam się wyprowadzić, bo już nie czuje do mnie tego co kiedyś.
A nie, zmieniła zdanie: znów mnie kocha. To dobrze, znaczy – nie wybrałem źle i mam to coś, ten zmysł wyboru. I dowiedziałem się od żony, że znów awansuję….
Został mi jeszcze mózg.
Wiem, co teraz powinienem zrobić
Dorzucę parę plastikowych nakrętek, bo ktoś zbiera na wózek inwalidzki.
Wtedy poczuję się naprawdę dobrze.

Podziel się z innymi 2011-09-22
Szedłem do pracy. Na rogu stała babcia
- „Dajte Pane…. Na chleb”
Sięgnąłem do kieszeni po drobne i wrzuciłem jej garść monet i zwitek banknotów na wyeksponowaną tackę. Wszystkie drobne, które miałem.
W pracy byłem na czas. To dobrze, bo szef przywitał mnie słowami:
- Cześć! Słuchaj, położyłem Ci na biurku papiery. Wiem, to nie Twoja działka, ale… Ty jesteś tak szybki i dobry: dasz radę?
-Dam – odparłem pełen wiary we własne siły i w miłość braterską Przełożonego
Włączyłem komputer. Szybki przegląd informacji. To przykuło moją uwagę:
„Szukam kontaktu (jakiegokolwiek), który umozliwiłby mi znalezienie dawcy nerki dla dorosłej osoby.(…) jest dializowana od 8 lat. ma wysoki poziom przeciwciał i bardzo trudno jest znaleźć dawcę (grupa krwi BrH-). Tel….”
A zaraz potem
„Szukamy dawcy szpiku dla naszej koleżanki… . Tel…”
Nie lubię być bez czynny tak bardzo jak lubię pomagać. Wykonałem dwa telefony.
Czułem się taki odporny na zło tego świata, ze lałem na wszystko. Było mi łatwiej – bez jednej nerki i dawki szpiku.
Kiedy wychodziłem z toalety, z której skorzystałem w drodze wyjątku, zobaczyłem To zjawisko…. Jak ona poruszała się. Prawie jak w piosence:
„Czy pamiętasz jej szalejące dreadlocki
Czy pamiętasz buziaka figurę i kocie kroki
Czy pamiętasz jak wypuszczała w górę dymu chmurę
Czy chciałbyś być dla niej tej nocy ragga-kocurem
Mówię tobie man jej taniec to mega wypas. Każdy kto tu o nią pyta mówi że to rarytas”
Straciłem oczy i nic nie mogłem na to poradzić. Zresztą czułem się dobrze, tylko może nie wszystko widziałem.
Ale serca nie straciłem.
Bo serce oddałem żonie. I byłem martwy od tego czasu, choć o tym nie wiedziałem.
Jutro mam się wyprowadzić, bo już nie czuje do mnie tego co kiedyś.
A nie, zmieniła zdanie: znów mnie kocha. To dobrze, znaczy – nie wybrałem źle i mam to coś, ten zmysł wyboru. I dowiedziałem się od żony, że znów awansuję….
Został mi jeszcze mózg.
Wiem, co teraz powinienem zrobić
Dorzucę parę plastikowych nakrętek, bo ktoś zbiera na wózek inwalidzki.
Wtedy poczuję się naprawdę dobrze.

Ostatni lot 2011-09-09
Jak zawsze w poniedziałek rano życie wydawało się Aniołowi Miłości takie…. Takie bez sensu. Szare i nijakie. Wstrętne i obmierzłe. Po prostu kloaka, w której musiał pływać z zamkniętymi ustami. I nawet nie mógł nic powiedzieć, bo jak tylko odzywał się, to gówniana rzeczywistość wlewała mu się do buz, niczym górski potok, nieposkromionymi fekalicznym strumieniem. I wtedy, zamiast mówić po ludzku, po prostu pluł wkoło odchodami i nienawiścią. „K…a, Ch…j, idź się j….ć, p….y ch….ju” było na porządku dziennym. I tak toczyło się życie Anioła, z godziny na godzinę, od poniedziałku do poniedziałku. Nie ważne. jaka epoka, jaki wiek, jaki rok, jaki miesiąc, jaki dzień I jaka godzina kończy się, a jaka zaczyna. Nic Anioła nie ruszało w takich chwilach i nie zmieniało jego nastawienia do życia.
Tymczasem Anioł wiedział to na pewno, że został stworzony do wyższych celów. I rozpaczliwie szukał sposobu, by wieść takie życie na jakie zasługiwał: życie wzniosłe.
„Jak to zrobić, jak to zrobić, jak żyć wzniośle?” – zastanawiał się często męcząc się na kacu
„Czytanie. Tak, czytanie. Ale czytać za dobrze nie umiem” – kombinował sobie – „A jak nawet przeczytam, to nie bardzo rozumiem. No, chyba, ze komiks. Ten o Tytusie”- przyznał sam przed sobą.
„Kasy na alkohol wzniosły, ten z górnej półki, też nie mam”. I to właśnie przelało czarę goryczy i wszelkie hamulce powstrzymujące nagromadzone i złoża jadu i nienawiści, które pobrał Anioł z fekalicznego strumienia wlewającego mu się co poniedziałek do paszczy podczas kacowych męczarni Hamulce zawiodły niczym wieża kontrolna w Smoleńsku, pilot prezydenckiego Tupolewa., prałat Jankowski, Osama i Obama w jednym.
I pewnie skończyłoby się to wszystko zupełnie jak w każdy poniedziałek ogólnym sponiewieraniem i utratą świadomości po spożyciu szlachetnego wina owocowego marki Tur lub Żubr albo Adam i Bill z serii Bonanza, gdyby nie palec boży wskazujący zbłąkanej owieczce kierunek drogi: napis, który Anioł ujrzał na murze kościoła:
„Miłość uskrzydla, uczy latać za tobą pójdę Jezu w ogień lub na koniec świata”.
Anioł skrzywił się początkowo, bo przypomniał sobie napis na furtce u sąsiada: „Jezus Cię zawsze widzi”: było to imię wyjątkowo mało wyrozumiałego rotwaillera, który posiadał równie wyjątkowo kąśliwe poczucie humoru.
Ale potem od razu poprawił mu się nastrój, bo doczytał słowo „miłość”.
„Taaak” – mruknął do siebie.
Miłość, kochać się, fuck i reiten: to naprawdę lubił. I znał się na tym.
Nie zawsze miał partnerkę, bo Anioł to zwyczajny mężczyzna był. Ale radził sobie: w kieszeni na piersi nosił zawsze komplet zdjęć Brigitte Bardot, które wyciął przed laty z poczytnego magazynu dla panów, porzuconego na śmietniku po wieloletnim używaniu przez pierwszego właściciela. Bardzo ją kochał, więc starał się ją mieć zawsze przy sobie, podobnie jak chusteczki higieniczne.
Anioł, będąc na kacu, miewał czasem bardzo precyzyjny i przenikliwy umysł, stąd szybko potrafił wykorzystać wskazówki boże, jak osiągnąć harmonię i szczęście. Tak było i teraz bo plan działania pojawił się mu w głowie niemal od razu.
- Dwa bilety do Smoleńska proszę - zażądał Anioł w kasie biletowej na lotnisku
- Bagaże Pan ma?
- Nie, z narzeczoną tylko jadę pozwiedzać – wyjaśnił Anioł, wysuwając z górnej kieszeni koszuli kawałek poplamionego i posklejanego zdjęcia, z którego wyzierała jego dziewczyna: szeroko rozwarta.
Sprzedająca bilety spojrzała na niego dziwnie. Podniosła rękę chcąc nacisnąć czerwony przycisk widniejący przed nią na pulpicie, ale powstrzymała się w ostatniej chwili.
„A co mi tam”- mruknęła tylko do siebie pod nosem „Niech debeściaki też coś z życia mają”.
Anioł Milości od dziecka bardzo chciał latać. Pomimo wszelkich przeciwności, bo w realizacji pasji przeszkadzały mu tak braki sprzętowe, jak niedostatki gotówki, o lęku wysokości nie wspominając. Ten ostatni zresztą – lęk wysokości – udało się Aniołowi zwalczyć, bo jak zauważył, po odpowiedniej dawce (leczniczej) alkoholu lęk ten zmniejsza się w sposób widoczny. Na trzeźwo nie chciał się, po pierwszej udanej próbie ze spirytusem salicylowym, już uczyć trudnej sztuki pilotażu. Także braki sprzętowe i niedostatki gotówki udało się przezwyciężyć, ponieważ Anioł zastąpił fizyczne latanie maszynami cięższymi od powietrza – odlotem osiąganym w wyniku spożycia odpowiednio zmieszanych lekarstw zawierających pseudoefedrynę, dostępnych bez recepty. Rezultat w mniemaniu Anioa był porównywalny z lataniem „in natura”.
Teraz, po boardingu, jego marzenie o locie miało się spełnić. Lot zaczął od paru piwek.
„-Wznioślej w życiu już nie mogło być”- pomyślał Anioł – „Samolot, dobry alkohol, dziewczyna: wszystko ponad chmurami”.
Poprawił dwiema małymi wódkami, ochoczo doniesionymi przez stewardessę. Ochoczo, bo po 30 zł za setkę.
„Ja i ona w przestworzach” – szeptał tuląc jej zdjęcie do piersi – „To uskrzydli naszą miłość”.
Dwa koniaczki, którymi popił wódeczkę, jeszcze bardziej roztkliwiły Anioła:
„-Nie myśl ze nie kocham. Lub ze tylko trochę. Jak Cię kocham nie powiem, no bo nie wypowiem” – szeptał rozpinając rozporek
Stewardessa donosząca wódkę była już, pomimo ceny i marży, jakby mniej ochocza. Udała, że nie widzi obnażonego Anioła, czym tylko utwierdziła go w męskiej atrakcyjności
„-Podobam jej się”- pomyślał – „Tylko wstydzi się”
A na głos wyjawił, zasłaniając nieco przed nią przyrodzenie:.
„-Nic z tego… To nic osobistego, jesteś ładna i fajna , ale ja jestem zajęty. Mam dziewczynę”- Tu pokazał nawet rękę, na którym widniała srebrna obrączka założona kiedyś na znak wierności jego dziewczynie wyciętej z pisemka.
Stewardessa odsunęła się z wyraźnym obrzydzeniem, co Anioł zinterpretował jako „posiadania zasad”. Natomiast sam fakt pozostawienia go we względnej samotności– nie licząc sześćdziesięciu pasażerów na sąsiednich miejscach – ze względu na osiągnięty wystarczający poziom alkoholu we krwi, powitał jako sprzyjające dalszej grze miłosnej.
Był romantykiem, więc rozpoczął grę wstępną: bez tego nie prowadził sztuki miłosnej. Jawnie już wyciągnął fotkę: tą najbardziej posklejaną, od której zwykle zaczynał. Obnażył się jeszcze mocniej, choć ze względu na poziom gotowości i skudloną sierść, nie było tego prawie widać.
Zwykle sama wola gotowości wystarczała – jednak nie tym razem. Próbował na różne sposoby, wyobrażał sobie różne, perwersyjne dla niego, sytuacje: że jest w kościele, że daje datki na budowę obiektów sakralnych, ze pomaga młodej matce i nie oczekuje przysługi seksualnej, że daje jeść bezdomnemu psu albo po prostu – mówi życzliwie „dzień dobry”.
Wszystko na nic!
Nic! Nic nie działo się, nic nie wydarzyło się. Null. Zero.Nie był zdolny nieść miłości! Posunął się nawet do stymulacji oralnej, zawodząc po pijacku: „taś, taś ptaszyno”. Nawiązał do literatury pięknej nawołując do swego przyrodzenia:
„Panie pułkowniku, wstawaj! Nieprzyjaciel w granicach! A Ty się nie zrywasz do walki. Na koń nie siadasz? Cóż się z Tobą stało mój pułkowniku?”
Odpowiedziała mu jednak tylko cisza i szmer dezaprobaty pozostałych pasażerów..
Aniołowi Milości z piersi wyrwał się nieposkromiony szloch. Płakał tak do siebie, nie kryjąc już tego i nie dbając, ze inni to widzą. Na nic mołojecka sława naczelnego zakapiora szemranych zaułków.
Siedział bezradnie na fotelu z rozpiętym rozporkiem i oklapniętym swoim – jeszcze do wczoraj - szczęściem,… A w uszach dźwięczała mu muzyka Die toten hosen (http://www.google.com/url?q=http://www.youtube.com/watch%3Fv%3DNm3L6VSZkqM&sa=U&ei=wedpTpToN4zKsgbcoqXJBA&ved=0CCcQtwIwBQ&usg=AFQjCNFgQ270Q_38XHVaGflPHTGchdDQmw) i (http://www.google.com/url?q=http://www.youtube.com/watch%3Fv%3DLi2t_XbXaRY&sa=U&ei=wedpTpToN4zKsgbcoqXJBA&ved=0CB4QtwIwAg&usg=AFQjCNGbg507D2sWM-zLlcDqTICYZPCg0g)
I choć dla wszystkich pasażerów było jasne, co widzą, to on sam nie wiedział, czy to łzy były, czy – po prostu, choć okna samolotu pozostawały zamknięte - deszcz
Sfrustrował się nawet nie tym, że nie mógł przy zdjęciu – co w końcu zdarzało się nawet kotu Alikowi – ale tym, że niemoc pozostawała dla niego zagadką: nie wiedział czy to współpasażerowie go deprymowali, czy alkohol, czy może, po prostu już nie kochał miłości swojego życia.
A jak jej już nie kochał, to znaczy, że ….ona go też nie
Na samą myśl o tym zalał się znowu rzewnymi a szczerymi łzami. A jak tylko wyobrażał sobie, kompulsywnie i tak gorąco, że ona go nie kocha, to jeszcze mocniej płakał. Siedział tak z rozpiętym rozporkiem i zdjęciem ukochanej, świadomy własnej bezradności i szeptał do siebie- „Tyś moja przecież, tyś moja”
A czarna otchłań, w której znajdował się ich związek wydawała się być bardziej przepastna od największej czarnej dziury, o której słyszał, ze istnieje w kosmosie.
W końcu dotarło do niego, ze tym razem orzeł wylądował już na dobre. I nie wystartuje.
Wyścig 2011-09-05


Przygładził łapką szczecinę na głowie. Popatrzył się w lustro z zadowoleniem:
„Całkiem, całkiem” – mruknął do siebie
Poprawił jeszcze krótkie wąsiki i był już gotowy do działania. Do sukcesu. Zapowiadał się naprawdę udany dzień, bo miał już na ten dzień koncepcję.
Zaczął od zmodyfikowania składu kawy kolegi, za pomocą nowego składnika – ziemi. Cmentarnej, bo taka wydała mu się najbardziej pasująca. A właściwie od zastąpienia kawy nowym środkiem, ponieważ wiedział, że kolega częstuje kawą szefa, kiedy ten zaczyna rano obchód stanowisk. Kiedy pomyślał o reakcji przełożonego i aspirującego do jego pozycji kolegi od razu poczuł się lepiej. Znacznie.
Potem wystarczyło zasiąść przed komputerem i wyrobić te pięćset procent normy do południa. Przy okazji wysłał parę maili do szefa i poinformował go o poglądach pracowników na temat pobieranego przez nich wynagrodzenia, warunków pracy i kryteriów przyznawania awansów.
Dzięki tej usłużności zyskiwał od przełożonych pewną swobodę w doborze godzin świadczenia pracy, porach posiłków i otrzymywał wyższe wynagrodzenie. W końcu świadczył nietypową pracę delatora i ponosił związane z tym ryzyko, jak również narażał się na brak sympatii kolegów.
Lunch w towarzystwie młodszych kolegów wymagał szczególnej uwagi, by należycie monitorować ich zachowania, a informacje o tym przekazywać do przełożonych. Udało mu się zdobyć informacje, które deprecjonowały jego kolejnego rywala: dowiedział się, że nie tylko był anonimowym homoseksualistą, ale też źle wypowiadał się o stosunkach panujących w Firmie.
Wszystko znalazło wyraz w mailach i w jego zaciekłości, z którą przedzierał się przez kolejne sterty papieru. Musiał śpieszyć się, bo chciał dziś wyjść wcześniej – świętował dziesiątą rocznicę osiągnięcia sukcesu zawodowego i uzyskania bardzo satysfakcjonującego stanowiska.
Udało mu się: kiedy wklepywał ostatnie zdanie na komputerze w pracy zorientował się, że wybiła godzina dwudziesta druga.
Już o dwudziestej trzeciej otwierał drzwi swojego M-2 w podmiejskiej „sypialni”. A o dwudziestej trzeciej pięć stał nagi, gotowy do kąpieli, przed lustrem i ściskał w ręku butelkę wina. W końcu miał dziś święto! Miał nawet erekcję. Przygładził charakterystyczne wąsiki i wypił, jednym łykiem, pół butelki.
Był dziś szczególnie zadowolony z siebie, bo udało mu się nie pomyśleć, że nawet jeśli wygrał dzisiejsza konkurencję w wyścigu szczurów, to nie przestał być jednym z nich.

Głosy 2011-08-10
Obudził się. Zjadł śniadanie. To co zwykle miał na śniadanie: kawa i cukier. I coś na deser- zapalił. Odetchnął z ulgą. Męczące sny w nocy.
Coś zaszeptało. Nie usłyszał. Natężył słuch. Znowu szept.
To on. To on to zrobił. Tak mówiła jego nauczycielka. I wskazywała na niego palcem.
Przerażony otworzył oczy. Poduszka była mokra od potu. Zerwał się czym prędzej. Nie miał czasu normalne śniadanie, spieszył się. Tylko kawa. I cos słodkiego – papieros.
Ktoś zaszeptał. To on! To on sam to zrobił
Poznał głos, to mówi jego teść.
Aż poderwał się z łóżka, tak nie lubił gada. Pościel skotłowana, jakby z kimś walczył. Spojrzał na zegar. Nie ma czasu. Tylko deser: papieros.
Wybiegł do pracy. Cały dzień sterty papierów. Nie dziwne, ze z nikim nie rozmawia i nie ma znajomych. Znał tylko Times New Roman i ariel, tfu, Arial 12, odstęp 1,5.
Za plecami usłyszał szept
To on, to on, to on….Poznał gada, to był inny gad: szef. Też jadowity.
Nie dał sobie zepsuć snu, po raz kolejny. Uniknął tryskającego jadu i dalej śnił przy biurku.
Kolejny szept: Ale czemu to zrobił. Poznał swoją dziewczynę. Już dwanaście lat z nią był. Z przerwami na drugą i trzecią. Z przerwami na pracę. Na pracę i na sen. To dalej śnił.
Wrócił do domu późno. Zmęczony był. Zapalił na deser.
Położył się. Kiedy zasypiał śniło mu się, że wreszcie obudził się. Zaraz śniadanie. Z cukrem. I coś na deser: może papieros. Spojrzał na zegar ścienny. Taki stary, jeszcze od rodziców. Ma czas, nawet na deser. Zamiast wahadła na łańcuszku wisiała miniaturka człowieka. Twarz wydawała mu się znajoma. Przyjrzał się. Czy to on. Kołysał się tak spokojnie i tak miarowo. Hipnotycznie. Każdy by tak chciał pobujać się, pomyślał sobie we śnie.
Dobrze, że się obudzi?
Pięć prawd w działalności obywatelskiej 2011-08-08

Bycie dobrym obywatelem to nie tylko ciężka praca: to też powołanie. Kształtowanie obywatelskich postaw odbywa się poprzez różnego rodzaju zabiegi socjotechniczne. Przykładowo, propaguje się ideę dziennikarstwa obywatelskiego, budzi się w jednostkach poczucie współodpowiedzialności za losy kraju w wyniku uczestnictwa w wyborach, czy też poczucie siły sprawczej poprzez wybór właściwych kandydatów.
Ludzie często zresztą nawet nie czekają na stymulację ze strony Państwa i Jego służb. Sami starają się znaleźć sposób, żeby zostać dobrym obywatelem. I piszą:
"Uprzejmie informuję, że przedsiębiorca uszczupla Skarb Państwa przez fałszywą dokumentację. Mając na uwadze trudną sytuację finansową budżetu czuję się zobligowany jako praworządny obywatel płacący całe moje życie podatki, więc proszę o skontrolowanie tego podmiotu. Przepraszam, że nie podaję nazwiska, jako że jest to mój sąsiad i boję się odwetu".
albo
"Wiem, że jest zadłużony w urzędzie na dużą kwotę. Posiada w okolicach Gdańska dom i wynajmuje go odpłatnie. Nie odprowadza podatku, bo urząd go gania za długi. Ten człowiek mnie wrobił i dlatego siedzę w więzieniu. Skontrolujcie firmę jego żony. Z poważaniem".
Działalność ta jest, wbrew pierwszemu odczuciu, pożyteczna i szlachetna.
Po pierwsze dlatego, że prawo zostało ustanowione, w przepisanym do tego trybie po to, żeby go przestrzegać. Suweren, w postaci narodu, nikogo nie zwolnił z tego obowiązku. Dlatego każdy, kto znalazł choćby jeden przejaw jego naruszenia, powinien, dla dobra ogółu poinformować o tym odpowiednie służby; najlepiej ze wskazanie osoby, która reguły złamała.
Po drugie, trzeba definitywnie odrzucić odziedziczony po komunie i czasach zaborów paradygmat, ze władza publiczna to zło wcielone. Wręcz odwrotnie: władza to Twój przyjaciel, dobroczyńca i opiekun. Przecież po to władza publiczna powstała, a odmienne poglądy to nic innego jak nawoływanie do „bakuninowskiej” anarchii. Szwajcarzy to wiedzą, reguł przestrzegają i stąd zapewne tak wysoki kurs franka w ostatnich tygodniach..
Po trzecie, jeśli Twój sąsiad nie zapłaci należnego podatku – bo oszukiwał – to Ty poniesiesz koszt jego luksusu. Ciebie może na to stać, ale w sposób najbardziej dotkliwy, wbrew pozorom, są opodatkowane podatkiem dochodowym – dochody osób najuboższych. Ich na to nie stać: pomyśl o innych!
Po czwarte, jednorazowe złamanie prawa, za które dana jednostka nie zostanie pociągnięta do odpowiedzialności, spowoduje wzrost jej poczucia bezkarności. W Twoim interesie jest, by przerwać tą narastającą lawinę złą i nieprawości.
Po piąte, nic tak nie podbudowuje moralnie, jak wytknięta publicznie ułomność moralna drugiej jednostki. Już Nietsche bowiem twierdził, ze większość ludzi czuje się wielka nie ze względu na swoją wielkość, ale ze względu na ułomność innych. Natomiast prawomocny wyrok to namacalny dowód cudzej ułomności, którą prawy obywatel wykazał.




Przykłady donosów zaczerpnięte z artykułu: Porzucona narzeczona to skarb,. Dostępnego na gazeta.pl
Człowiek kulturalny 2011-08-03

Zobaczyłem wczoraj żebrzące dziecko. Cygańskie chyba albo rumuńskie, bo ciemne jakieś takie było.
Popatrzyło na mnie tymi ogromnymi oczami. Właściwie wyglądało, jakby miało same oczy i nic poza tym. I…zdecydowałem.
Miałem pieniądze, przecież nie odczuję tego datku. I, to też wiedziałem, miałem poczucie odpowiedzialności za innych. Bardzo silne poczucie, a głód i nieszczęście odczuwałem nawet silniej niż te osoby, co głodowały.
Pozwoliłem sobie nawet na świadomą myśl: „Warto pomagać ludziom zarówno tym najbliższym jak i całkiem obcym ponieważ uszczęśliwiamy przez to inne osoby”.
Sięgnąłem do portfela…
Oczy tego chudego dziecka rozjarzyły się blaskiem wdzięczności i – prawie – miłości. Ja też poczułem się, od razu, lepiej, bo to uzasadniło moje lepsze mniemanie o sobie, które miałem już jakiś czas.
Przebierałem miedzy nominałami albowiem nie mogłem zdecydować się, co wybrać: 100,- zł, 200,- zł czy może dać 100 euro?
-„W kantorze powinni mu wymienić” – pomyślałem z empatią
Dziecko musiało liznąć podstaw matematyki, ponieważ, kiedy zobaczyło jakie nominały wybieram, zrobiło jeszcze większe oczy. Teraz wyglądałoby, gdyby nie zapadnięty brzuch, prawie jak Totoro w deszczu.
Przypominało też trochę te dzieci z głodujących krajów: Somalii, Erytrei, Nigerii, Sudanu. Przypomniały mi się te zdjęcia i publikacje z Polityki, Forum, Wprost, Przeglądu, Nie i innych, które, jako człowiek kulturalny, czytałem
To jeszcze bardziej wzbudziło moje poczucie odpowiedzialności za innych. Nie mogłem znieść myśli, że żyje sobie w dostatku, jeżdżę „piątką” BMW i na rowerze, rozważam seksturystykę w Tajlandii i zakupy w cofee shopach w Amsterdamie, a inni – w tym czasie - głodują.
Muszę coś z tym zrobić, to wiedziałem. I nawet wiedziałem jak, bo w porę przypomniałem sobie, co przeczytałem w gazetach.
Uśmiechnąłem się czule do chudego dziecka. Nie zauważyło mojego uśmiechu bo wciąż wpatrywało się w papierową obietnicę sytości, którą chowałem do portfela.
- Chcesz takie mieć? To musisz sobie zarobić – poradziłem łagodnym głosem tym wielkim, ciemnym oczyskom, które wciąż wpatrywały się we mnie.
Z aksamitnym trzaskiem zamknąłem drzwi.
Nie mogłem pozwolić na utrwalanie „żebractwa zawodowego jako specjalnego typu przedsiębiorczości”.
Zwłaszcza jako człowiek kulturalny.
Tynktura 2011-08-02

Dla niektórych mężczyzn obiekt dumy i źródło autorytetu, dla innych przedmiot frustracji i łez – zgodnie z powiedzeniem „mała rzecz a wstyd”.
A dla kobiet, w zależności od pokroju i konstrukcji psychicznej – przedmiot zazdrości i zawiści względnie znienawidzony symbol zniewolenia i zależności. Może to kwestia pamięci historycznej: u szympansów gwałt i stosunek seksualny to – w praktyce – jedno i to samo. A człowiek, jest najbliższym krewniakiem szympansa (bliższym niż jakakolwiek małpa)-dzieli z szympansem 99,6% aktywnych genów…
W języku potocznym istnieje około ponad sto nazw na określenie penisa (gwarowe, staropolskie, paramedyczne, slangowe). Podobnie, istnieje liczny panteon bóstw płodności i wiążących się z nimi fallicznych kultów – żeby wymienić tylko Dionizosa, skandynawskiego Fricco, egipskiego Ozyrysa, moabickiego Baal). Przyjęło się uważać, że im bardziej jakaś osoba czy kultura represjonuje seks, w tym większym stopniu ukrywa się on w symbolach. Trudno też ukryć, ze w sprawach otwartości seksualnej nie należymy do prowodyrów.
Czy dlatego tak często wysyłamy jednoznaczne komunikaty seksualne mówiąc „chuj ci w dupę”,”, „pierdol się”, „jebać Legię/policję/PZPN, „wyrucham Cię jebany chuju”, „HWDP” – mylnie tłumaczone jako „Chcemy wstąpić do Policji”itp.?
I wizualnie machamy „penisem”, pokazując środkowym palcem „fuck” czy grożąc wskazującym, ewentualnie podnosimy erekcyjnie kciuk w geście zwycięstwa
Zresztą nie tylko my…
Anglicy zwykli stosować zwrot „fuck you”, czyli „pierdolę cię”, by wzbudzić w kimś poczucie niższej wartości. Z drugiej strony Rosjanie zdają się dbać bardziej o swój komfort, zalecając inną formę uległej współpracy: „paszoł na chuj”, czyli „wskakuj na dzidę”.
Wpływ penisa na rzeczywistość społeczną jest zresztą znacznie większy, niż wynikający ze wskazanych symboli lingwistycznych.
Przykładowo, według Tatu Westling z Uniwersytetu w Helsinkach („Male Organ and Economic Growth: Does size matter?), przy średnim rozmiarze męskiego członka 13,5 cm, kraj osiągał wyższy wzrost PKB, jeśli zaś średni rozmiar penisa przekraczał 16 cm, wówczas oznaczało to dla państwa załamanie ekonomiczne”. Zbadana prawidłowość dotyczy sprawdzili korelacji pomiędzy wzrostem PKB w 121 krajach w latach 1960-1985.
Inna, powszechnie przyjęta społecznie prawidłowość to: duży penis = wysoka samoocena = wiara w siebie = dobra praca = wysokie zarobki.
Większość mężczyzn twierdzi też, że dla kobiet liczy się duży penis, kasa, wygląd... A charakter faceta – tego biednego i zagubionego - nie ma znaczenia.
Tym ważniejsze zatem wydaje się być wyniki analizy zagadnień związanych z korelacją wyglądu genitaliów a cech charakteru, czy nawet wysoce prawdopodobnych zdarzeń w przyszłości, zwłaszcza, że było to przedmiotem badań naukowych. Do orzeczenia we wskazanych sprawach niezbędne jest ustalenie danych dotyczących właściciela: czy posiada zwis lewy, prawy a może prosty; przy erekcji należy ustalić kierunek i kąt wahania i in. Na podstawie klasyfikacji autorzy wyodróżniają następujące rodzaje członków: Wcięty Wacek, Książęcy Pistolet, Różdżka, Muchomor, Kogut (dr Seymore Klitz & dr Ima Peeper, Wróżenie z genitaliów)

Na podstawie „Słownika Encyklopedycznego Miłość i Seks” Wydawnictwa Europa. Autor - Lew Starowicz. ISBN 83-87977-17-9. Rok wydania 1999.
Gra wstępna 2011-07-27
Jako chłopak nie mogłem kiedyś zrozumieć, czemu dziewczyny przywiązują tak duże znaczenie do zabiegów mężczyzny. To tego wszystkiego, co robi, zanim To stanie się. Czyli do gry wstępnej.

Prezydent Lech Wałęsa obiecał w czasie wyborów każdemu Polakowi 100 milionów. Jego następca – bezpłatną edukację i służbę zdrowia. Lecz Kaczyński obiecał prawo i sprawiedliwość, co wcielał w życie poprzez amnestie i ułaskawienia. Donald Tusk obiecywał wzrost zarobków, stopy życiowej i w ogóle.
Moi szefowie wspominali, że jeśli będę dawać z siebie wszystko dla Firmy, to awansuje, zarobię na mieszkanie samochód i – co najmniej – dwie laski na boku oprócz żony.
Zresztą już w szkole nauczyciele mówili, że ten co uczy się (i nauczy) będzie doceniany.
No to zagłosowałem na Wałęsę, Kwaśniewskiego, Kaczyńskiego. W Firmie pracowałem tak, ze z kalendarza wykreśliłem sobotę i niedzielę, nie wspominając o Świętach Bożego Narodzenia. W szkole zakuwałem z sukcesem.
Wprawdzie pracuję, ale awansował mój kolega zza biurka na podstawie pracy, którą ja wykonałem. Zresztą nie byłby w stanie jej wykonać, bo nie miał wiedzy i kwalifikacji. 100 milionów nikt nie dostał, ale Prezydent chciał dać. Służba zdrowia i oświata są bezpłatne, ale nie sposób bezpłatnie z nich skorzystać. Mam jedną żonę, czasem chodzę na panienki: nieszczególne, bo do klubu, na który mnie stać nic szczególnego nie przychodzi.
Zrozumiałem jednak, czemu gra wstępna jest tak ważna dla kobiet.
Mają zdolność przewidywania.

Zagoń babę do garów! 2011-07-27
W naszym społeczeństwie przyjęło się – i słusznie - że jak facet zaliczy panienkę to gratuluje się mu. Kobieta natomiast, w takiej samej sytuacji, czyli po udanym spotkaniu prokreacyjnym, bywa określana w sposób dla niej nieprzyjemny.
Wskazane postawy są przejawem tego, że facetom bardzo spodobała się emancypacja, kobiet. Pod warunkiem, że emancypacja ta sprowadza się do tego, iż kobieta musi być dobrze wykształcona, świetnie zarabiać, płacić za siebie. Prawdziwi mężczyźni nie przyjmują do wiadomości tego, że ta sama kobieta może oczekiwać, np.., pomocy w domowych obowiązkach. No i tego, że ma prawo sama decydować o swoim życiu seksualnym. Poglądy polskich mężczyzn nie są zbieżne z trendami światowymi, ponieważ to właśnie emancypacja sprawia, że znikają zakazane sfery aktywności dla obu płci.
Pada też mit, zgodnie z którym prostytutkami zostają kobiety biedne i z najniższych warstw społecznych. Badania ekonomistów z University of Arkansas (http://truthdive.com/2011/05/15/Many-US-affluent-educated-women-entering-high-quality-illegal-sex-market.html) wykazały, że coraz więcej zamożnych i dobrze wykształconych Amerykanek wybiera wolny zawód w postaci świadczenia usług seksualnych, na różnych poziomach wtajemniczenia.

Na istniejący rynek tych usług wskazują dane o masowości korzystania z usług seksualnych przez mężczyzn. Przykładowo, aż 32 proc. Austriaków przyznało, że przynajmniej raz w życiu zapłaciło za seks prostytutce. Brak jest przy tym danych, ilu nie zapłaciło, co pozwoliłoby ocenić prawdziwy rozmiar rynku. Trudno też przypuszczać, ze polscy mężczyźni są mniej „kochliwi” od swoich germańskich europejskich sąsiadów. Dlatego te wskaźniki w Polsce mogłyby być wyższe, na co wskazuje rosnąca populacja ssaków leśnych napotykanych przy drogach.
Nie dziwne zatem, że rośnie liczba dziewczyn, które przedkładają korzyści z prostytucji nad karierą w wyuczonym zawodzie czy szczęśliwym życiem małżeńskim. Tym bardziej, jeśli praca w seksbiznesie jest połączona z poczuciem powołania: w takim wypadku można osiągnąć nie tylko stabilność zawodową, ale też poczucie spełnienia i niezależności.
Dlatego mężczyzno, jeśli przeszkadzają Ci następstwa emancypacji, nie pozwól dziewczynie pracować i zagoń ją do kuchni!
A Ty, Kobieto.. . Dla Dobra Rodziny daj zagonić się.
Trwaj chwilo 2011-07-27
!
Leżeli razem w łóżku. Wieczór i deszcz. A oni razem w ciepłym łóżku, choć to już ósmy rok małżeństwa. Było mu naprawdę dobrze. Teraz.
-Napij się – uśmiechnęła się do niego podając mu kubek z ciepłą herbatą
On też uśmiechnął się z czułością
-No to się napije – odpowiedział. I napił się. Herbata była wyborna. Pachniała migdałami.
-Wiesz, kocham Cię – dodał. I pomyślał: te nasze nieporozumienia to przeszłość. Ona nie mogła być zazdrosną o tą moją pracę, lepsze zarobki. No i o spadek po rodzicach. Któż mógłby zazdrościć śmierci najbliższych? Ważne, że teraz rozumieją się. Jaki on był głupi zmieniając testament! I bijąc ją za domniemane złośliwości. Jak mógł podejrzewaj, że zależy jej tylko na samcu z prezencją i pozycją. I na kasie! Dobrym samochodzie i mieszkaniu w apartamentowcu. Miał prawdziwy skarb przecież, a w ogóle tego nie doceniał. I do tego ja zdradził: z jej najlepszą przyjaciółką. Dobrze, że opamiętał się i nie odszedł od żony. Dobrze, ze żona nie dowiedziała się. Dobrze, ze nie dowiedziała się, co zjadł jej ukochany jamnik, ze tak drapał w konwulsjach parkiet w pokoju, zanim odszedł. I kto mu to dał.




Ona patrzyła na niego z czułością i rozrzewnieniem, kiedy przełykał herbatę.
- Ja Ciebie też kocham. Teraz – wyjawiła
-Żeby chwila mogła trwać wiecznie – zrewanżował się jej czułością
-Będzie: mam aparat. Polaroida - odpowiedziała

Zrobiło mu się trochę tak dziwnie. Poczuł przypływ czułości i oddania. Ciepło mu było i jakby unosił się w powietrzu. Jakby nie był sobą. Tak pragnął jej wszystko wyjawić
- Muszę Ci coś powiedzieć
- Tak, kochanie. Kocham Cię - odpowiedziała
- Muszę ci coś wyznać - nalegał.
- Nic mi nie mów. Kocham Cię
- Naprawdę, muszę Ci to powiedzieć. Spotykałem się z Baśką. Jeszcze niedawno.
- Nie musisz mówić: wszystko wiem. Gdybym nie wiedziała, to nie miałbyś herbaty o smaku migdałów. Bo nie doprawiłabym jej cyjankiem potasu
Chciał coś powiedzieć, ale poczuł, że całkiem odlatuje. Przypomniał sobie ukochanego jamnika żony, to jak zamiatał bezradnie łapkami podłogę i pomyślał: „To nie cyjanek. Po cyjanku jest inaczej”. Zdążył jeszcze usłyszeć, jak żona mówi:
- Bardzo Cię kocham, wiesz. Tak bardzo, że nie wyobrażam sobie, co by stało się ze mną, gdybyś odszedł na zawsze. A tak, widzisz, będziemy już na zawsze razem. Będę Cię nosić w torebce”.
Ciekawski 2011-07-25
Usłyszał – gdzieś tam, na ulicy - hasło, że ciekawość to pierwszy stopień do piekła. Właściwie to usłyszał je dawno, lecz dopiero teraz zrozumiał wagę i przesłanie sloganu. Przeczytał też w gazecie, że społeczeństwo polskie składa się w 95 procentach z katolików. A problemem społeczeństwa polskiego jest bezrobocie i alkoholizm.
Od razu ucieszył się. Bowiem już od dawna rzeczywistość społeczna, w której egzystował, nie spełniała jego oczekiwań. Chciał sprzeciwić się rzeczywistości. Całej i w jak największym stopniu. A teraz wiedział jak to zrobić: powiększyć problemy społeczne, zatracić wartości.
Tak, między nami, nie musiał zbytnio wysilać się z tym, powiększaniem problemów: w szkole niewiele co robił, a i popić w wolnych chwilach – których miał wobec tego dużo – lubił wypić.
Teraz jednak miał odpowiednie narzędzie, by zgnębić swoje otoczenie. Bo zrozumiał, że ciekawość, która była jeszcze niedawno jego przekleństwem i której musiał się wstydzić niejednokrotnie, jest – dla jego celów - błogosławieństwem. Ciekawość mogła zaprowadzić go do piekła, miejsca tak nieakceptowanego przez większość członków społeczeństwa. Zrozumiał, że w ten sposób może powiększyć szeregi opozycji katolickiego systemu społecznego.
Przystąpił bez zwłoki od budowania bazy wiedzy.
I od razu zaciekawił się, a potem ustalił, gdzie młodsza siostra chowa słodycze. Co, w rzeczywistości, babcia trzyma w butelkach z napisem „lekarstwo” i ile potrzebuje dziennie wypić, żeby lepiej poczuć się. Gdzie mama chowa portmonetkę, ile ma pieniędzy i jak uczynić, żeby nie zorientowała się, że ma mniej. Z kim tata chodzi biegać, żeby schudnąć. I dlaczego nie chudnie, a sąsiadka, z którą biega też nie: wręcz przeciwnie. Na końcu zainteresował się i dociekał, czym różnią się czerwone majtki koleżanki od czerwonej róży. Oraz co, tak naprawdę, dziewczyny trzymają w majtkach.
Kiedy już pojął te tajemnice, myślał – przez chwilę - że poznał tajemnicę zła. I poczuł się taki szczęśliwy.
Przez chwile.
Bo potem zaciekawi się, co będzie, jak powie swojej dziewczynie, co o niej myśli.
Zupełnie niepotrzebnie.
A mogło być tak pięknie…
Idź za głosem serca! 2011-07-14
Zewsząd słychać narzekania: „zmęczony jestem”, „za mało płacą”, „szef to kretyn”, „molestuje mnie kolega”, „nienawidzę tej roboty”, „mam hemoroidy i zanim nie pogrzebie sobie w tyłku nie mogę skupić się na słuchaniu rozmówcy”.
Prawda jest taka, że zdecydowana większość społeczeństwa to ludzie, którzy wykonują swoja pracę wyłącznie dla pieniędzy. Czasem niewielkich. I to jest źródłem ich frustracji i mało optymistycznego nastawienia do życia. Można ich określić mianem „minimalistów egzystencjalnych”.
Są jednak szczęśliwie profesje, w których dominują fascynacji wykonywanego zawodu. Można tu wspomnieć o nurkach (któż nie fascynował się losami głównego bohatera z „Wielkiego Błękitu”!), kasiarzach („Va bank”), oficerach straży pożarnej (Waldemar Pawlak), czy szpiegach (seria filmów z Bondem) albo poszukiwaczach skarbu Templariuszy („Pan Samochodzik” i ,” Raz w roku w Skiroławkach”).
Nie można zapomnieć oczywiście o przedstawicielach zawodów bardziej zwyczajnych, bliżej zwykłego obywatela, jak górnik, aptekarz, nekrofil czy pracownik ogrodu zoologicznego.
Kiedy już poszliśmy drogą rozwoju zawodowego, którą zwykle ktoś wybra za nas (bo z tym „wyborem” to jak z I komunią – nie mamy wyboru) i czujemy, ze czegoś nam jednak brak i nie jest to alkohol, to może warto…. być szczęśliwym. I powrócić do swoich marzeń z lat dziecięcy, zostać tym, kim od początku chcielibyśmy być. Może warto odrzucić presję otoczenia i rodziców (starych już więc słabszych) i podążyć za głosem serca? Pewnie nie odniesiemy już w życiu w tej nowej dziedzinie spektakularnego sukcesu, lecz przynajmniej będziemy robić to, co lubimy. I będziemy szczęśliwi.
Na przykład powszechnym marzeniem chłopców jest zawód ginekologa. Z sondaży opinii publicznych wynika, że profesja ta, wykonywana przez mężczyzn, ma rzesze zwolenniczek wśród pacjentów. Wprawdzie niektórym wydaje się, że większość mężczyzn w tym zawodzie to zboczeńcy: polowa już przyłapanych, a polowa jeszcze się cieszy dobra opinia do czasu: jest to jednak pogląd nietrafny, bo oparty na seksistowskich uprzedzeniach.
W opinii pacjentek jednak ginekolożki bywają mało delikatne. Niektóre twierdzą wprost, że „(…) jak mi baba paluchy tam ładuje to mam ochotę jej strzelić.”
Nadto pacjenci, wybierając się do ginekologa mężczyzny wiedzą, że mają większą szanse trafić na człowieka z pasją. Bowiem lekarz na studiach medycznych, wybierając specjalizację jest jeszcze „młodym szczylem i kieruje się powołaniem i zainteresowaniami – a nie innymi względami, np. materialnymi.
Nie ma dla takiego lekarza znaczenia – jeśli czuje do swojego zawodu powołanie, że przychodzą do niego kobiety z problemami, brzydkie, zarośnięte, bo… kieruje się powołaniem i pragnieniem pomocy, niezależnie od tego, czy ma żonę i dzieci.
A to poklepywanie po gołej pupie, kiedy pacjentka zsiada z fotela, dopytywaniu się o życie seksualne, czułe głaskanie po łechtaczce, czy wnikliwe komentarze to jedynie ubarwienie wykonywania zawodu.
Korzystanie z usług ginekologa-mężczyzny ma też taką zaletę, że rzadko będzie w stanie poznać swoją pacjentkę. I odpadną powitania w rodzaju:
- "O, pani jest moją pacjentką. Wiem na pewno, jestem ginekologiem”.
Oczywiście odpadną na ulicy.

Suka 2011-07-13

- Gdzie byłeś! Cały czas sama jestem!
- W pracy.
-Cały dzień i pół nocy? Gdzie łaziłeś! Śmierdzisz wódą!
-Miałem spotkanie służbowe.
-Nawet wejść cicho do domu nie potrafisz! Dzieci obudziłeś! Zachowuj się jak dorosły człowiek, a nie jak szczeniak.
- To ty krzyczysz.
-Tak?! Mamy zaległości w rachunkach za mieszkanie. Za sześć miesięcy. Masz pieniądze?
- Nie
-A na jedzenie? A na ubranie? Małemu buty trzeba kupić, małej zeszyty i ołówek. A dla Zosi katechizm, bo ksiądz kazał. Pampersów dla maleństwa nie musisz: wyprałam. Znowu!
- Nie. Nie mam pieniędzy.
-Znowu!
- Co z nimi zrobieś, łajzo!
-Wydałem
- Przychodzisz, budzisz mnie o drugiej w nocy i mówisz, że nie masz pieniędzy!?
-Lepiej tak, niż rano. Wtedy będę miał kaca.
- Co mam dzieciom dać do jedzenia? Karmę dla kotów? I do picia: wódkę? Niieee! Wódką to ty nie podzielisz się. Sam wychlejesz. Albo z kolegami!

Nie wytrzymał wtedy. Przywalił jej z kopa. I pięścią w twarz. A potem poprawił młotkiem. Czternaście razy! W ciszy, żeby dzieci nie niepokoić bardziej.
Kiedy zasypiał zmęczony pomyślał tylko: „co za suka”
I nie pomyli się.
W końcu urodziła mu czwórkę dzieci.
Zasady popierane w życiu społecznym przez ustawodawcę &#8211; przegląd opinii. 2011-07-06

Są pewne reguły postępowania, których uwzględnianie w swoich poczynaniach może przynieść korzyści także w sferach życiach niepopieranych przez ustawodawcę.
Te reguły (wartości uwzględniane w postępowaniu) to dbałość o zdrowie, o bliźniego, stosowanie zasad „achimsy”, czy zasadę solidaryzmu społecznego albo działania zgodne z prawem.
Zatem, kiedy policja złapie nas na jeździe po pijaku na rowerze, to co robiliśmy? Jechaliśmy po pomoc, bo koleżanka spadła z „drzewa”. I nie mieliśmy innego sposobu zawiadomienia służb, a istniała realne zagrożenie zdrowia/życia poszkodowanej. Można nawet użyć terminu „stan wyższej konieczności”, bo chociaż nie zawsze będzie pasował do sytuacji, to brzmienie terminu wzbudzi szacunek i uznanie dla „kónsztu” prawniczego kierowcy.
Jeśli zapomnimy o „stanie wyższej konieczności” można wspomnieć o:
1. konsumpcji dużej ilości owoców (lub soków) w okresie poprzedzającym złapanie (w przypadku niektórych, żeby osiągnąć wynik wskazany przez alkomat – nawet 70 kg jabłek);
2. schorzeniach tłumaczących woń (cukrzyca)
3. zapobieganie zawałowi serca poprzez spożycie alkoholu;
4. immunitet
5. wady alkomatu i postępowania przy badaniu trzeźwości (brak homologacji, niesprawność techniczna, dmuchał kolega/brat bliźniak – pijany, spożycie alkoholu nastąpiło po wypadku w celu uspokojenia nerwów)
6. świętowanie odejścia żony z policjantem. (nieszczęście potencjalnego rywala w walce o stołki zawsze cieszy)
Podobny spis reguł postępowania, których przestrzeganie może przynieść korzystne dla nas rezultaty, a które uwzględniają wskazane powyżej zasady, dotyczą także innych substancji psychoaktywnych: nawet tych popularnych, a zabronionych wyraźnie przez ustawodawcę.
Tak wiec, jeśli policja przyłapie nas na jaraniu medialnego ostatnio zioła, należy:
1. realizując zasadę legalizmu zweryfikować dane (nazwisko, stopień, etc) nieumundurowanych funkcjonariuszy, choćby za pośrednictwem telefonu 112. Brak weryfikacji danych i wątpliwości co do tożsamości funkcjonariuszy (wynikające chociażby z ich zachowania) uzasadnia samowolne oddalenie zatrzymanego.
2. zioło zawsze zażywamy w celach leczniczych – jaskra, środek antydepresyjny. Dbamy o zdrowie;
3. zioło dostaliśmy od nieznajomego w tramwaju (solidaryzm społeczny). Nie wiemy kto to jest, bo nie pamiętamy. Pamiętamy tylko, ze nie mówił po Polsku, a w jakimś obcym, niezrozumiałym języku. No i miał znak szczególny: wytatuowaną kotwice na prawym ramieniu.
4. palił (jeżeli ktoś ma mentalność Chrystusa) tylko ten, co dzierży fifkę w ręku podczas złapania (odpowiedzialność za własne czyny).
5. mamy prawo do nieudzielania odpowiedzi na pytania (zasada achimsy). Po co denerwować się bez przemyślenia sprawy?
6. dobrze jest spalić cały towar, zanim policja nas zatrzyma (trudno jest udowodnić, że spalona konopia zawierała niedozwolona ilość THC (suma zawartości delta-9-tetrahydrokannabinolu oraz kwasu tetrahydrokannabinolowego przekracza 0,20 % w przeliczeniu na suchą masę (zasada przestrzegania prawa)
7. maryche trzymamy nieporcjowaną. Chodzi o to, by przeznaczenie „niehandlowe” nie budziło wątpliwości;
Aha. Przed sądem warto podnieść kwestię znikomej społecznej szkodliwości czynu. Nie znam sędziego, który będzie wewnętrznie przekonany o zasadności karania za spożywanie konopii na podstawie idiotycznego przepisu, stąd i wyważenie społecznej szkodliwości czynu będzie odpowiednie.
Znawcy tematu i zwolennicy zasady praworządności, czyli zasady działania organów państwa wyłącznie na podstawie ustanowionego prawa, mogą analizować przepisy ustawy o przeciwdziałaniu narkomanii i dociekać, skąd prokuratora wnosi, że części zioła (suszu), które zostały zabezpieczone, to dokładnie te części roślin (kwiatowe lub owocujące wierzchołki roślin) wskazane – nieudolnie przez ustawodawcę. Należałoby też badać, mając na względzie definicję z art. 4 pkt 5 i przepisów następnych ustawy o przeciwdziałaniu… czy nielegalna 'marycha' to wierzchołki po zawiązaniu wiechy, czy liście i łodygi przed tym faktem. Ziele konopi, którego uprawa i posiadanie jest penalizowane (podobnie, jak żywica), to kwiatowe lub owocujące wierzchołki konopi, z których nie usunięto żywicy, a w przypadku roślin w stadium przed zawiązaniem wiechy - liście i łodygi konopi. Natomiast sama roślina nie jest nielegalna…
Bada to ktoś podczas procesów sądowych? Bo jeśli nie, to jest to podstawa do wznowienia postępowania…
By zatriumfowała zasada praworządności.
Żołnierz, bohater, czasu kurz&#8230; 2011-06-15

Możnaby jeszcze dodać: Człowiek , Patriota, Altruista, Przyjaciel Zwierząt i Kobiet. Albo cokolwiek innego, ponieważ właściwie wszystko za co się brał, robił z przekonaniem a wrodzoną mu skromnością. Za ten sposób działania i postawę ludzie go doceniali albo nienawidzili.
Nie bardzo wiedzieli jednak, jak dać wyraz tym uczuciom, na pozór sprzecznym.
Próbowano docenić Go uderzeniem cegły w głowę.
Bezskutecznie. A na dodatek prosił o niewymierzalnie kary sprawcy.
Próbowano medalami.
Na przykład w 1999 r. odznaczono go medalem "Cztery Wieki Stołeczności Warszawy". Medal wręczył wiceprezydent miasta Jacek Zdrojewski.
Bezskutecznie.
Ponieważ jak tylko dowiedział się, że polityk dzierżący mandat zaufania wyborców, mieszkańców „stolicy” Paweł Piskorski, prezydent Warszawy, nie podtrzymałby tej decyzji, gdyby o niej wiedział, to … medal zwrócił.
Bo, jak wyjaśnił w liście:
„Z całą powagą przyjąłem też Pańskie stwierdzenie, iż Pan nie przyznałby mi tego medalu. Wyciągając z powyższego logiczny wniosek, zwracam go na Pańskie ręce. Będę starał się zadowolić medalem z 1945 roku Za Wyzwolenie Warszawy, a także orderem Virtuti Militari, dwoma Krzyżami Walecznych oraz trzema srebrnymi Medalami Zasłużonym na Polu Chwały, w których to odznaczeniach mieści się cząstka uznania również dla warszawskiego etapu mej żołnierskiej drogi.”

Na tym nie koniec: został odznaczony przez Lecha Kaczyńskiego Krzyżem Zesłańców Sybiru. I nawet ucieszył się z tego medalu, jako nadanego „ponad historycznymi podziałami”
Przedwcześnie jednak, ponieważ dowiedział się, że „został odznaczony przez pomyłkę, gdyż Prezydent akceptował tylko postanowienia, nie zaś listy osób i nie zdawał sobie sprawy, że na liście występuje Wojciech Jaruzelski”.

No to znowu odesłał otrzymane odznaczenie prezydentowi Lechowi Kaczyńskiemu.



Teraz jego zwolennicy i przeciwnicy mają problem. Ponieważ jest on poddawany chemioterapii i nie mogą zdecydować się, mając na uwadze wpływ chemioterapii na stan zdrowia i samopoczucie, czy zachęcać go do leczenia, czy już może … odpuścić.
Paradoksalnie, podjęcie decyzji o tym nie należy już do znamienitych dwóch „polityków”, którzy oceniali zasadność przyznawania mu medali.
Tylko skrzydeł żal 2011-06-09

Uciekała skutecznie. Bardzo skutecznie. Przypominała mu, kiedy tak przemykała pomiędzy półkami, jego pierwszą dziewczynę: taka była zwinna i gibka. To samo spojrzenie, te same ruchy. A jemu przeszkadzał mundur. Ledwo ją złapał. Teraz zauważył, że i twarz była prawie taka sama, jak jego pierwszej dziewczyny: jak dwie krople wody. Tylko młodsza i ładniejsza.
Trzymał ja mocno.
- Dlaczego mi Pan to robi?
- To mój obowiązek służbowy.
- Nie może Pan niczego nie zauważyć? Przecież nic nie stało się…
- Nie stało się? Ukradłaś towar na trzy tysiące.
- Od razu ukradłam… Chciałam zapłacić. Tylko później.
- To jest ścigane z urzędu. Trzy tysiące
- Ale … Proszę. Mama będzie zła. Odwdzięczę się Panu.
- Jestem policjantem już czternaście lat. Z nienaganną opinią. Wzorową nawet. Za rok idę na emeryturę
- Emeryturę? Tak młodo Pan wygląda.
- Bo nie piję, nie palę i nie kradnę. A dowody wdzięczności postrzegam w kategoriach moralnych.
- A w tej kasie to było jeszcze tysiąc złotych. Tu są. Mogę Panu oddać.

Policjant szybko zastanowił się. Przed oczami zobaczył i pierwszą komunie jego córeczki, i przyjęcie dla rodziny, i wyjazd na wakacje całej rodziny. No i ten nieszczęsny kredyt wzięty na samochód we frakach szwajcarskich. Skalkulował i przeliczył. Dodał tysiąc złoty. Przypomniał sobie hasła sędziów walczących o wyższe zarobki: że wyższa płaca to gwarancja czystego sumienia, że niezawisłość tego wymaga, ze gwarancja należytego wykonywania zawodu.
I stwierdził, ze on też jest sędzią. Swojego sumienia.
- Dobra. Może być. Oddam w kościele na msze w Twojej intencji. Żebyś nie robiła więcej głupot
-Dziękuję Panu.

Kiedy policjant odszedł, ona wciąż patrzyła za nim. Było jej przykro. Nie tylko dlatego, że policjant był tak dobry i tak prawy, ze trudno jest spotkać takich ludzi w życiu. Nie tylko dlatego, ze ona była taka zła i – pewnie – nienależycie oceniała policjanta.
Było jej przykro też z tego powodu, ze dała – pierwszy raz w życiu łapówkę. I to takiemu dobremu człowiekowi.
A on tą łapówkę wziął.
Spłonęły aniele skrzydła.
Apokalipsa 2011-06-03

Zdaniem izraelskiego pisarza Boasa Evrona tzw. świadomość holokaustu jest niczym innym jak „oficjalną, propagandowa indoktrynacją oraz produkcją sloganów i fałszywego wizerunku świata” , a jej prawdziwym celem „wcale nie jest zrozumienie przeszłości, lecz manipulowanie teraźniejszością” .

W tym miejscu wszyscy bali się. Panicznie. W tym miejscu wszyscy kulili się, żeby zajmować jak najmniej miejsca. Żeby wzrok nadzorcy ich nie dosięgnął. Bo wtedy nie wiadomo, co mogłoby stać się. Albo może odwrotnie: każdy mógł przypuszczać, co go za to spotka. To, co innych w takiej sytuacji.

Tylko niektórzy wiedzieli, że pod prysznic prowadzili ludzi nie tylko po to, żeby ludzie ci mogli umyć się. Więc tylko niektórzy wyłapywali fałsz w słowach zachęty: „Schnella, schnella! Nie bać się! Idziemy się kąpać! Schnella!”. I dwuznaczne uśmiechy przy wydzielaniu mydła.

Dla nikogo jednak nie było już tajemnicą, że Hitler na każdym kroku twierdził, iż Słowianie to podludzie. Natomiast nigdy nie powiedział tak o Żydach. I każdy wiedział, że Słowianie nie byli objęci nawet planem eksterminacji tylko częściowej redukcji całej populacji. Natomiast dla Żydów była przewidziana całkowita zagłada.

Ale co z tego, że każdy to wiedział, skoro nikt nie miał odwagi powiedzieć tego wszystkiego Nadzorcy, prosto w twarz. Bo nikt nie wierzył, że to coś pomoże. Podobnie jak nikt nie wierzył, że ktoś jest w stanie opanować wszechogarniający lęk i stawić czoło Władzy.

Nadzorca i jego Poplecznicy mogli robić, co im się podoba. Dysponowali pełną wolnością. Pełnią imperatywy władzy.

I pomyśleć, że zanim nadzorca wybrał sobie osoby spośród zgromadzonej ciżby w tym dusznym i rozjaśnionym światłem jarzeniówek, wystarczyło zbuntować się. I głośno powiedzieć: „Nie! To nie tak było!”

Nikt tego nie zrobił, wiec wybrano z listy trzy nazwiska:

- Kowalski, Jabłoński, Gruszczyński! Do odpowiedzi - zagrzmiał Nadzorca

I poszły te trzy, niewinne osoby. Jeszcze raz powielając schemat znany od pokoleń, któremu jednak nie miały siły przeciwstawić się.

I znowu zwyciężyło judeochrześcijańskie piętno winy, które tak naznaczyło cierpieniem całe nasze społeczeństwo.
Perfekcjonista 2011-05-26
W 2010 r, w Polsce, odnotowano 192 napadów. To rekord. W 2009 r. było dwa razy mniej napadów, a w 2008 r. blisko pięć razy mniej. Bandyci najczęściej wybierali niewielkie miejskie placówki, które nie miały ochroniarzy.
Wpadło ok. 50 proc. z nich. Wykryto sprawców 65 przestępstw z 2009 r. i 78 z 2010 r
Napadają w różny sposób, nie przebierają w środkach. Mogą przemieszczać się rowerem albo tramwajem. Czasem po zuchwałym napadzie rozsypują pieniądze. A nieświadomi napadu przechodnie pomagają je pozbierać. Inny rabuś, który w grudniu 2010 r. napadł na bank w centrum Poznania, barwurowo uciekał ze skradzionymi pieniędzmi -taksówką.


On też potrzebował kasy, to jedno wiedział. Oprócz tego, oczywiście, że Ona go kocha.
Ale skąd ją brać, tą kasę?
Można by pójść do pracy, ale tam wiele nie zarobi się. I kilka godzin dziennie wycięte z życiorysu.
Szkoda czasu po prostu. Zwłaszcza, ze życie stygnie.


Żeby nie zostawiać śladów wziął tramwaj: samochód mógłby ktoś poznać. W końcu na ulicach rzadko można spotkać takiego „srebrnego szerszenia”, którym poruszał się.
Przeszedł od przystanku tramwajowego do banku. Tak niezbyt szybko, żeby nikt nie wyczuł w nim zamiaru napadu. Bez kominiarki na razie, z nonszalancko i zawadiacko przewieszonym przez ramię workiem, bo nie chciał zwracać uwagi. Kominiarkę założył tuż przed samym wejściem do banku: musiał, bo inaczej mógłby zostać rozpoznany.

- "To jest napad. Róbcie co wam każę, a nikomu nic się nie stanie” – oznajmił już od wejścia.
Na dowód, że nie żartuje przyłożył sobie pistolet do głowy. I spojrzał bezkompromisowo na obsługę.
Kasjerki, podobnie jak pracownik ochrony, zdębiały.
Pora na napad była niezwykła, ponieważ napad miał miejsce tuż po tym, jak przekazały środki finansowe dla konwojentów z Centrali. No i w kasie raczej było … niewiele.
Forma wymuszenia też była niecodzienna… Paradoksalnie to właśnie ona, forma wymuszenia, zadecydowała o sukcesie napastnika. Bo kasjerkom wydawało się, ze głos napastnika jest podobny do głosu syna jednej z ich emerytowanych koleżanek. Dodać należy, że znajdującej się w niekorzystnej sytuacji materialnej. Kasjerki nie mogły pozwolić na to, by koleżankę dotknęła nowa tragedia: tym razem – straty syna. Zadziała empatia.
- „ No juuu! Dawać pieniądze. Ale już!”- zaryczał samczo
- „Eeee. Nie ma” – odpowiedziała ta, której – ze względu na niewierność narzeczonego – na życiu najmniej zależało.
- Dawać, bo odstrzelę się! Tu i teraz!
-No nie ma. W kasie pusto. Zabrali.
-Qwa! Zaraz wam tu zrobię jesień średniowiecza! – przypomniał sobie fragment monologu, który często wygłaszał będąc w szkole
- A może być pistolet ?– włączył się nieśmiało w dyskusję ochroniarz, który był podatny na stres bardziej niż przeciętny ratlerek.
Napastnik zawahał się, co było widać po przerwie w dyskusji.
- A jaki? – napastnik wyraził zainteresowanie
-A gazowy.
-A dobry?
-A gazowy – potwierdził ochroniarz
-Dobra. Może
-To my też byśmy coś dorzuciły – włączyła się do akcji starsza kasjerka – Żeby głupio nie było, że napad jest i że nic nie zginęło.
Napastnik spojrzał się na nią z uznaniem i zadecydował, nie bez oporów:
- Dobra
- To ja dam dwie dychy – rzuciła starsza kasjerka
- I ja dam dwie – dorzuciła jej koleżanka
- A ja tyle nie mam – zasmuciła się referentka – Mam piętnaście tylko. Podpaski kupiłam, bo okres mi zbliża się.
- Ona nie kłamie – usprawiedliwiła koleżankę starsza kasjerka – Ma pms od początku tygodnia. Coś o tym wiemy- dodała znacząco
Napastnik, po chwili wahania, postanowił wybaczyć
-Dobra, niech będzie piętnaście złotych. I podpaski – postanowił być bezlitosny.
- A teraz – zakomenderował cały czas trzymając pistolet przy swojej głowie – morda w kubeł, siedzieć na tyłkach i nikomu nic nie stanie się.
Powoli zaczął przemieszczać się w kierunku wyjścia. Otworzył drzwi. Wychodząc zręcznie zdjął kominiarkę, żeby nie budzić podejrzeń na ulicy.
Udało się.
Prawie.
Dopiero kiedy odwiedzili go wieczorem policjanci, wyjaśnili mu, że nie uwzględnił w planowaniu napadu rozkładu kamer miejskiego monitoringu. Nie wspominając o kamerze przy wejściu do banku. No i cały proces przebierania w kominiarkę został uwieczniony.
Big Brother czuwa.
Gimnazjalisto uśmiechnij się! 2011-05-23
Odwzajemnij ten uśmiech losu. Przecież słoneczko też uśmiecha się do Ciebie.
Egzamin gimnazjalny może być postrzegany przez społeczeństwo jako selekcja ludzi na jednostki mniej i bardziej uzdolnione. Mniej i bardziej pracowite. Wielu uczniów spędziło godziny na nauce i przeżywało potworny stres. A wszystko to zdało się, w ostatecznym rozrachunku, na nic
Inni uczniowie – na odwrót: zero stresu, luzik … i te sprawy. Oczywiście kompletnie bez przygotowania podchodzą do egzaminu. Często z sukcesem. Jaimś
Bo wychodzą z egzaminu po niecałej godzinie.
… Dwadzieścia trzy punkty, it’ s good enough
I to też jest, w ostatecznym rozrachunku, bez znaczenia.
Spotykają się potem, te dwie grupy uczniów, w ławie szkolnej. Zasłużenie – czy nie – to bez znaczenia. Bo ława szkolna ich zrównuje. Jak to w demokratycznym państwie prawa, które wciela ideały równości i sprawiedliwości społecznej. Tak, jak zrównują ich wspólne gry i zabawy. Na przykład zabawa w słoneczko. Legenda głosi, ze wymyślił ją Joseph Vissarionovich Stalin. I dlatego nazwali go „Słoneczko”.
Zabawa polega na tym, że dziewczynki kładą się w kółku, głową do siebie, zakrywają oczy, a chłopcy po kolei z nimi kopulują. Wygrywa ten, który ostatni zakończy stosunek. Bywa nazywany potem „master – distaster”, bo wszystko idzie na jego rachunek.
I wszyscy są szczęśliwi.
Zwycięzca – bo wygrał. Dziewczyny – bo też wygrały. No i przegrywający też– bo mimo wszystko, chociaż przegrali, to jednak - wygrali. Perpetuum mobile, po prostu.
Szkoda tylko, ze kadra pedagogiczna wciąż pozostaje w tyle za gimnazjalistami i nie dostrzega preferowanych przez gimnazjalistów form aktywności. I wciąż proponuje im, zamiast satysfakcjonującego obie strony wspólnego spędzania czasu, lekturę tych samych – rodzajowo – książek. Jak, np: „Matematyczno-przyrodniczy czar par. Gry i zabawy konkursowe dla gimnazjalistów.” Za 22,80.
Może stąd wciąż na forach internetowych posty z prośbą o pomoc:

Witam! Już 3 lipca wyjeżdzam nad morze pracować jako wychowawca kolonijny. (…) mi w udziale przypadła młodzież gimnazjalna (14 - 16 lat) W związku z tym mam do Was wielką prośbę... Czy ktoś jest mi wstanie przesłać na maila, bądź napisać tu na forum zabawy oraz gry jakie mógłbym zorganizować tej młodzieży?
Bardzo proszę o pomoc!
Z góry ślicznie dziękuję!

My też dziękujemy. Z pewnością Czytelnicy pomogą, przesyłając propozycje zabaw dla gimnazjalistów na adres Autora.


Geniusz 2011-05-13
Dwa główne dzieła John Ronald Reuel Tolkien, Hobbit i Władca pierścieni mają swoje źródła w roli ojc, którą autor tych dzieł wypełniał wobec swoich dzieci wzorowo. Fantastyczny, przemyślany do nadrobniejszych szczegółów świat z powieści powstał wprawdzie w wyobraźni pisarza, ale barwna fabuła kryje głębszy sens i wiele analogii do współczesności: tak do rzeczywistości społeczno-politycznej, jak też do konkretnych osób.
Przykładem może być postać Gandalfa. W rzeczywistości, Gadnalf, a raczej Gandzialf – bo taki przydomek nosił pierwowzór postaci - mieszkał w Europie Środkowo-Wschodniej, w jednej z wiosek na terenie byłego Królestwa Polskiego. Był nieślubnym synem jednego z poetów Młodej Polski.
Niechciany przez własnego ojca, który to ojciec jednakowoż cieszył się dużą popularnością wśród niewiast w wiosce, był wychowywany, samotnie, przez matkę. Przez całe swoje życie zmagał się z przydanym mu przez społeczność lokalną bierzmem „bękarta”. To właśnie ostracyzm społeczny i niechęć otoczenia była powodem wykształtowania postaw Gandzialfa, które potem cały świat podziwiał i brał za wzór w powieściach Tolkiena.
Zatem Gandzialf był samotnikiem. Lecz nie z wyboru: by samotnikiem z przymusu społecznego. Każdą chwilę wykorzystywał na ucieczkę od niechęci i złych słów otoczenia: na ucieczkę z wioski. Włóczył się, bez celu, po polach i lasach. I z nudów podsłuchiwał zwierzęta. Na początku nic nie rozumiał, ale z biegiem czasu, jak się wsłuchał dobrze, to już wszystko rozumiał. No i oczywiście jak podjadł magicznych jagódek, co rosły na takim niedużym krzaczku, obok. Zresztą wtedy – jak podjadł tych jagódek - nie tylko rozmawiał ze zwierzętami, ale także widział magiczne stwory, jak na przykład smoki. Walczył z nimi i – zwykle - wygrywał.
Dlatego też, przez te rozjuszone i agresywne smoki, Gandzialf coraz częściej rezygnował z jagódek na rzecz aromatycznych – podczas palenia – ziół, z którymi dzielił imię. Zresztą teraz już nikt nie był w stanie powiedzieć, czy to przydomek Gandzialfa wziął się od gandzi, czy tez nazwa „gandzia” na zioło powstała dlatego, że palił ją Gandzialf. Jak by nie było, jak Gandzialf zjawiał się gdzieś publicznie, wbrew swoim utartym zwyczajom, to wiadomo było, że już palił i palić jeszcze będzie tego wieczora. Zapach ziół otaczał Gandzialfa niczym całun i… wszystko było od razu jasne: nastała pora zabawy, bo wreszcie było z kogo pośmiać się.

Obecność Gandzialfa odbierano jako śmieszniejsze nawet od psa goniącego swój ogon. Był, w opinii ludzi, jak niepełnosprawne dziecko goniące swoje marzenia, kiedy tak machał dookoła kijem i wołał: „giń bestio!”.
Aż do czasu, kiedy dano mu do ręki pióro.
Wtedy żarty skończyły się.
Powstała literatura piękna.
Człowiek sukcesu 2011-05-06

Nie doceniali go w życiu. Ani w szkole, ani po ukończeniu szkoły. A przynajmniej nie tak doceniali go, jak na to zasługiwał. A on wiedział przecież, że jego wygląd, czy zdolności intelektualne nie powinny być podstawą do dyskryminacji w świecie, w którym rządzą zasady demokracji.
Żeby to udowodnić – i sobie i innym – nosił kurtkę z wężowej skóry, która była symbolem, jak słyszał, wolności i niezależności jednostki. No i palił Marlboro: to samo, co paliła jego matka, zanim umarła.
A jednak dyskryminowali go i źle traktowali!
Bo odkąd sięgnął pamięcią to zawsze dostawał słabe oceny. A czasami nawet nie zdawał z klasy do klasy. Zdarzyło mu się nie dostać promocji nawet z religii.
Niby nigdy nie odrabiał lekcji i nie uczył się, ale…. Inni też nie uczyli się, a jakoś mieli lepsze oceny.
Z pracą było podobnie.
Nawet kiedyś jej szukał. Ale…albo nie chcieli go zatrudniać, albo kazali mu przychodzić o jakieś barbarzyńskiej porze. O dziewiątej rano! I codziennie. A płacić też by mogli więcej: w końcu człowiek rezygnuje z części swojego życia na ich rzecz. Jak już zdarzyło mu się pracować, to pracodawca nie dawał mu podwyżek. Chyba, że rosła płaca minimalna.
No to przeżywał chwile zwątpienia w życiu. Właściwie ciągle te chwile zwątpienia przeżywał. A może to zwątpienie było regułą, a przeżywał chwile radosne?
Modlił się do Boga, w tych chwilach zwątpienia, o szczęcie, dostatek, miłość.
Modlił, modlił i wymodlił!
Pomogła mu, za sprawą Boga, jak to często w życiu bywa, muzyka. Masowa.
I wszystko stało się jasne. W jednej chwili. Znalazł sposób na życie. Sposób, który już dawno znał, ale nie zdawał sobie z tego sprawy. Posiadł głębię samoświadomości. Już nikt nie śmiał się z niego na osiedlu ani na klatce. Bóg pomógł mu zorientować się, że popełnia błąd we wnioskowaniu. W rozumowaniu. Bowiem Bóg nie mógł nikomu niczego samodzielnie dać. On może wskazać drogę.

Wprawdzie pracy nie znalazł i nie poprawił ocen w szkole, nie wspominając o wspomnieniach z dzieciństwa, ale wreszcie był traktowany poważnie. I, co najważniejsze, wiedział, co robić.
- To na pewno Bóg. To Bóg wysłuchał modlitw w jakiś, tylko sobie znany boski sposób – mawiał sam do siebie.
A potem, wykonując swą powinność, nucił pod nosem: "Bij, ile sił, z tego nieźle można żyć". I że może, z czasem, będzie miał z tego nawet kobietę


****
Posłowie
Siedziała w kącie i pochlipywała
Za co?
Ty już wiesz za co – odpowiedział usiłując zebrać myśli

Wyglądała na jakoś tak nieszczególnie
On też
Może źle uderzał? – zastanowił się


Mit urzędnika 2011-04-27
Urzędnik Syzyf toczył pod górę głaz, już od wielu lat. Głaz, jak tylko znalazł się na szczycie, to spadał siłą własnego ciężaru. Ten głaz to były obowiązki służbowe Syzyfa - nudne, jednostajne i jednorodzajowe a powtarzalne. Znaczy, jak tylko wykonał jedne zadania, to otrzymywał następne polecenia.

Szefowie, rozdzielając pracę, nie bez racji doszli do wniosku, że nie ma straszniejszej kary dla ambitnej jednostki niż praca bezużyteczna i bez nadziei.
Może dlatego, że Syzyf był najmądrzejszym z roku? Albo na stołówce pracowniczej. Może dlatego, że było odwrotnie – był wręcz głupi? Albo, że przystojny. A może to dlatego, że traktował szefów lekceważąco?
W każdym razie posadzili Syzyfa za stołem w urzędzie. Żeby tworzył okólniki, instrukcje, schematy postępowań. I upubliczniał je. No to tworzył i upubliczniał. Schematycznie i codziennie.
Syzyf siedział za tym stołem już wiele lat i raczej nie był, w opinii otoczenia, przykładem człowieka sukcesu. Ani nawet przykładem człowieka z pasją. Bo kto mógł traktować, jako pasję, tworzenie instrukcji i okólników?
Taki też był zamiar szefów, żeby nie postrzegano go ani jako człowieka sukcesu, ani człowieka zaangażowanego w swoją pracę.
A Syzyf, jak rzadko, poddawał się karnie tym intencjom.
Czasem tylko, kiedy był pewien, ze nikt go nie widzi, uśmiechał się chytrze do lustra naprzeciwko w jego urzędniczym pokoju.
Uśmiechał się z zadowoleniem.
Bo jednego nie mogli mu zabrać: czuł się potrzebnym urzędnikiem.
Hej ho! Hej ho - na kebab by się szło! 2011-04-18

W restauracji najważniejsze to mieć apetyt i dobry smak. Dotyczy to – przede wszystkim – klientów. Ale nie tylko: osoby zatrudniane przy wytwarzaniu posiłków powinny mieć dobry smak, węch, zręczne palce i ręce. Tak, by wiedzieć, co będzie smakować klientowi i jak dobrze przygotować każdą potrawę.
Powszechnie wiadomo, ze najlepsi kucharze to mężczyźni. A najlepsi kucharze potraw orientalnych, to mężczyźni wywodzący się z „Orientu”.
To dlatego w barach serwujących kebab w Polsce tak wielu pracuje Turków i Pakistańczyków. Bo oni wiedzą, jak najlepiej przyrządzić mięso, by smakowało głodnym.
Przyznam się, że podzielam tą opinię: Najlepszy kebab – tylko od Turka. Albo od innego ciemnego. I dlatego tak zacięcie wypowiadam się w ich obronie, jeżeli chodzi o dostęp do tego segmentu rynku pracy. Po prostu są bezkonkurencyjni w swoim fachu kucharza!

Podobnego zdania są zresztą także mieszkańcy innych krajów: sieć kebabowi dynamicznie rozwija się, np., na Wyspach Brytyjskich. Tworzone są nowe jadłodajnie, nowe receptury potraw. Jak też – nowe miejsca pracy.
W takim Blackpool, tylko w jednym punkcie, znalazło zatrudnienie, w różnym okresie czasu, około 60 dziewcząt w wieku szkolnym. Dziewczynki, najmłodsze z nich w wieku 11 lat, pracowały wśród innych pracowników, spośród których większość była azjatyckiego pochodzenia.
Od samego początku, właściwie „od dziecka” były wdrażane w tajniki dorosłego życia, w tym w tajniki życia pracownika baru szybkiej obsługi. Dzieciom proponowano nie tylko samo jedzenie, ale i inne rzeczy przydatne nastolatkom, jak alkohol i papierosy, w zamian za stosunki seksualne.
Dziewczyny podobno były zadowolone, bo pracownicy kebabowni obdarowywali je prezentami i oferowali opiekę. A dopiero później - wykorzystywali i czerpali korzyści z udostępniania ich wdzięków.
Z tego też powodu, ze względu na rozmiar prezentów, za pomocą których udawało się zaskarbić sympatię dziewczyn, postrzegane były, przez pracowników baru szybkiej obsługi, jako „łatwe mięso”,
Nawet policja stwierdziła w swoim raporcie - przypuszczam, ze z uznaniem - że bar przyciągał młode dziewczyny - skuteczniej niż inne instytucje kulturalne. Bo wałśnie w barze, a nie w instytucjach kulturalnych dziewczyny były ekwipowane w alkohol i kokainę. Ze względu na obawę przed oskarżeniami o rasizm policja wstrzymywała się jednak od podania skali zjawiska i narodowości osób zajmujących się procederem, do publicznej wiadomości.
Zresztą handel alkoholem i narkotykami, względnie ich udostępnianie, przez muzułmanów, to raczej objaw asymilacji kulturowej niż skłonności fundamentalistycznych. Być może, zdaniem policji, takie działania należało wspierać, by zapewnić większość spójność i zwartość społeczeństwa.

Jak okazało się policja postąpiła słusznie.
W jednym z procesów karnych, mimo nagrań policyjnych z których wynikało, że ciało dziewczynki zostało „przepuszczone przez maszynę do mielenia”, po czym trafiło do sprzedaży, jako nadzienie kebabów, uniewinniono oskarżonych.
Ze względu na uchybienia proceduralne podczas gromadzenia materiałów dowodowych. Każdy z oskarżonych uzyskał po 250 tys funtów odszkodowania.
Z tego powodu – z powodu uniewinnienia - słuszne było nakłanianie policjantów przez zwierzchników do wstrzymywania dochodzenia w sprawie napastowania i wykorzystywania przez imigrantów ok. sześćdziesięciu dziewcząt pracujących w sieci jedenastu kebabów.
Gwoli sprawiedliwości należy dodać, ze żaden z klientów nie skarżył się - ani wcześnie, ani później - na smak kebabów.


Niestety!
Dwulicowość działania instytucji demokratycznych uniemożliwiła - nawet pomimo zmiany nazwy sieci z Funny Boyz na Mr Bezan – dalsze działanie sieci, której właściciele byli beneficjentami angielskiej poprawności, czyli – uniewinnieni. A to ze względu na odmowę wydania licencji na sprzedaż posiłków podyktowane obawą o nieumiarkowaną seksualną aktywność związaną z miejscem pracy.

Zapewne na decyzje w tym względzie nie mają wpływu wyniki badań, ze niektórych rejonach Wielkiej Brytanii 90 procent przestępców seksualnych to muzułmanie pakistańskiego pochodzenia.
I dlatego udam się dziś do mojej kebabowi, gdzie potrawę będzie mi serwować zwykła, tradycyjna, polska dziewczyna.
W ciemnych okularach.
Bo ma męża Turka, właściciela baru, przyrządzającego wyśmienity kebab.
Może, jeśli sprzeda dziś wystarczająco dużo, jutro będzie pracować bez okularów.
I Tobie można pomóc! 2011-04-14
To ważne, żeby obywatel czuł, że państwo troszczy się o niego. Państwo dba o samopoczucie obywatela na różne sposoby.
Może troszczyć się o niego poprzez ramię zbrojne, tj policję: może zapewniać bezpieczeństwo na stadionach sportowych i podczas innych imprez publicznych. Może budzić poczucie bezpieczeństwa obywateli poprzez przemowy polityków: „na żywo” i z archiwów telewizyjnych – jak w przypadku sprzedawanej ostatnio płyty z „Największymi przemówieniami Lecha Kaczyńskiego”.
Państwo może też stanowić sprawiedliwe prawo, jak też dbać o zachowanie standardów jego stanowienia.
I tak właśnie czyni Rzecznik Praw Obywatelskich.
Na tle spraw badanych przez niego, w szczególności po przeprowadzanych przez pracowników Biura RPO w izbach wytrzeźwień, ujawnił się problem konstytucyjności regulacji dotyczącej wysokości opłat pobieranych za pobyt w izbie wytrzeźwień (Wniosek RPO z 30 marca 2011 r. RPO/571581/07/II/705 RZ do Trybunału Konstytucyjnego)
Rzecznik, a jego doświadczeni pracownicy w szczególności, twierdzi, że art. 42 ust. 6 ustawy o wychowaniu w trzeźwości i przeciwdziałaniu alkoholizmowi nie zawiera wytycznych pozwalających na ustalenie, czym powinien kierować się organ upoważniony określając w rozporządzeniu maksymalną wysokość opłat związanych z pobytem w izbie wytrzeźwień. Jaki jest skutek niedbałości ustawodawcy? Otóż w rezultacie opłaty te mogą być ustalane, przez zarządzających przybytkami trzeźwości, w sposób całkowicie dowolny. Zakwestionowany przez Rzecznika § 29 rozporządzenia Ministra Zdrowia z dnia 4 lutego 2004 r. w sprawie trybu doprowadzania, przyjmowania i zwalniania osób w stanie nietrzeźwości oraz organizacji izb wytrzeźwień i placówek utworzonych lub wskazanych przez jednostkę samorządu terytorialnego może być niezgodny z art. 92 ust. 1 Konstytucji RP, ponieważ ustala bez dostatecznych wskazówek zawartych w ustawie maksymalną wysokość opłaty. To z kolei pozwala na zawyżanie należności z tytułu noclegu i zabiegów kosmetycznych w izbach.
A nie ma nic gorszego, kiedy po spędzonej w niezbyt komfortowych warunkach nocy, będąc obarczonym poczuciem winy za czyny z „dnia wczorajszego”, obywatel jest dodatkowo okradany przez izbę wytrzeźwień poprzez wystawienie zawyżonego rachunku za nocleg.
Wie zapewne o tym bardzo dobrze i Rzecznik Praw Obywatelskich i pracownicy Jego Biura, bo wczuwają się oni zawsze w ciężką sytuację obywatela.
Granice zniewolenia 2011-03-30

Państwo niweczy powszechną solidarność wszystkich ludzi i jednoczy ich część jedynie po to, by podbić, ujarzmić i zniszczyć wszystkich pozostałych. (Michał Bakunin)


Ramy ustrojów demokracji liberalnych gwarantują wolność i równość jednostek. Niestety formalna równość to za mało, żeby zagwarantować każdemu rzeczywisty udział w życiu społecznym: możliwości jednostki są uzależnione od pozycji społecznej rodziców i szerokiego kręgu „przyjaciół”, jak też zastanych przyzwyczajeń kulturowych.
Istnieją grupy społeczne, domagające się uznania ich praw, które są pomijane w równym rozdziale szans. Już Prezydent Lech Kaczyński zauważył, że „(…) należy zastanowić się, czy należy wprowadzić 50-procentową reprezentację kobiet na listach wyborczych, czy mniejszą”.
Oczywistym jest, ze społeczeństwo polskie, dźwigające bierzmo patriarchalizmu, w którym uwarunkowania kulturowe uniemożliwiają niektórym jednostkom „rozwinięcia skrzydeł”, wymaga interwencji Państwa w tej materii. Dość przypomnieć problemy i piętno nietolerancji, z którymi borykały się Nelly Rokita, Renata Beger, Beata Sawicka czy ostatnio – Marta Kaczyńska.
Parytety, wpierw na listach wyborczych, potem w organach ustawodawczych, a następnie w dostępie do zawodów zagwarantują zmianę mentalności politycznej narodu.

Konsekwencją będzie zrównanie szans społecznych innych członków społeczeństwa pomijanych dziś w życiu. O tym jakie będą to grupy zadecyduje dynamika rozwoju zdolności organizacji jednostek w odbiorze społecznym.
Dziś mamy w Polsce prężnie działające zrzeszenia mniejszości muzułmańskiej, ludzi pochodzących z kontynentu Afryka, kilka niezależnych grup homoseksualistów, byłych narkomanów i zwolenników konopii indyjskich. Błedem byłoby pominięcie w parytetach łysych, otyłych, kaprawych, leworęcznych, jak też pochodzących z nieprawego łoża.

Namiastką parytetów, do czasu skutecznego ich wprowadzenia, mogłoby być zrównanie szans wszystkich członków społeczeństwa poprzez przyznawanie stosownych punktów za pochodzenie i skłonności społeczne przy dostępie do wybranych dóbr społecznych, np. wykształcenia czy służby zdrowia.
I tak na uprzywilejowane traktowania, będące wyrazem sprawiedliwości społecznej w znaczeniu materialnym, mogłyby liczyć, np. osoby takie jak czarnoskóra samotna matka, z nabytym obywatelstwem polskim, prostytuująca się nosicielka wirusa HIV. Zgodne z podanymi wartościami mogłoby być także uprzywilejowanie naturalizowanych przedstawicieli Afryki, uprzednio karanych, ze skłonnościami do sado-maso.
Dlatego, wiedząc, ze pierwsze kroki w kierunku wskazanych zmian społecznych zostały uczynione, głęboko wierzę, ze machiny czasu nie da zatrzymać się i działania te nie zostaną zmarnowane. Bo, „społeczeństwo jest naturalnym sposobem istnienia zbiorowości ludzkiej. Społeczeństwem nigdy nie rządzą kanony prawne, lecz obyczaje i tradycja. Bodźcem rozwoju społeczeństwa nie jest myśl i wola prawodawcy, lecz inicjatywa poszczególnych jednostek.” (Michał Bakunin)
Dlatego dbajmy, piętnujmy i kultywujmy tą wole jednostek.

Rocznica 2011-03-25
Był podekscytowany. Śpieszył się. To już dziesięć lat: i dużo i mało; i straszno i śmieszno.
Sam nie wiedział, kiedy to wszystko minęło. Jak sen. Jakby ptaszek usiadł i … poleciał.
Dziesięć lat! Trzeba to uczcić!
Na chwilę przystanął. Zobaczył – w myślach – sceny, do których był przywiązany. Te wspólne sceny. Niezapomniane. Te, od których serce mocniej biło i, jednocześnie, o których nie opowiadało się nawet najbliższym.

Zobaczył dziewczynę. Uśmiechała się do niego z empatią. Była piękna: jasne włosy, idealna figura. Szczupła. I najważniejsze – naga
Pytała go o coś:
- Mogłabyś powtórzyć
- Czy nie będziesz mnie uważał za dziwkę, jeśli pierwszą randkę skończymy w łóżku?
- Nie… Może brat.. W końcu jesteś jego narzeczoną…

Aż zamknął z przejęcia oczy. Kiedy otworzył, znowu ją zobaczył. Była jeszcze piękniejsza.
I wyglądała tak dostojnie, kiedy go przekonywała:
- Naprawdę, twoim rodzicom będzie lepiej w domu opieki. Tam potrafią zająć się nimi. Dom i ziemię sprzedamy, a pieniądze zainwestujemy – to będziemy mogli im pomóc

Pamiętał też, ze przekonała go o tym, iż niedobrze jest im pomagać, czy odwiedzać w tym domu starości. Bo w ten sposób różnicuje ich sytuację w stosunku do pozostałych pensjonariuszy. I naraża na społeczny ostracyzm.

No i miała rację – jak okazało się – że jego dziecku, które wychowywał samotnie, będzie lepiej w rodzinnym domu dziecka. Bo on cały czas pracował, a tam jego syneczek miał towarzystwo…
Podobnie, jak jego ukochany pies – w schronisku dla zwierząt.

Miała też rację, kiedy mu mówiła, że jest jedyny. No i był jedyny, bo zawsze do niego wracała. Czasem po miesiącu, czasem po dwóch… Ale zawsze.


Dotarł do sklepu. Skinieniem głowy pozdrowi znajomego sprzedawcę. Ten odpowiedział mu:
- Co dla Szanownego?
- Eee…. Sam nie wiem. Rocznicę mam.
- Yyy?
- Ślubu. Dziesięć lat. Bardzo się cieszę… To taka okazja.
Sprzedawca popatrzył na niego w zadumie. Pomyślał. Wywiesił na drzwiach napis „przyjęcie towaru”
Sięgnął na półkę i postawił na ladzie litrową butelkę wódki.
- Żeby zapomnieć. No i żeby uczcić- szybko dodał.

Samozaparcie 2011-03-14
Gorące popołudnie. Był koniec lata. I właściwie końcówka wakacji już była. Nudziliśmy się z kolegami. Wszystko co nam wolno było zrobić, to już zrobiliśmy. Zrobiliśmy nawet trochę tego, co nam nie było wolno. Wydawało się, że do końca dnia będziemy popadać w leniwy marazm. Albo to siedząc na ławkach w parku, albo rzucając kamieniami w kaczki pływające na stawie, albo robiąc inne – naganne a bezproduktywne – rzeczy.
Jeden z kolegów chciał zabłysnąć w towarzystwie i ożywić nas. Zaproponował:
- Może pójdziemy powrzucać przekupkom szczury?
- Nie, po co – zgasił go inny.

Zabawa „w szczury” była przednia. Polegała na tym, ze przekupkom, obok Hali Banacha wrzucało się do beczki z ogórkami kiszonymi martwego gryzonia. I obserwowało się.
Wybrana handlara zachowywała się w różny sposób: czasem sprzedawała szczura z ogórkami, licząc sobie za jego wagę niczym za najdorodniejszy owoc, czasem nie. Nigdy jednak nie zrezygnowała ze sprzedaży reszty ogórków z beczki. Co najwyżej odkładała martwe zwierzę na bok. Zabawa przednia, tyle tylko, ze powtarzana za często przez nas.

Nie wiadomo, jak potoczyłyby się nasze losy tego popołudnia, gdyby nie dziewczyny. Zupełnie nie znane, ale w naszym wieku. Przyszły skądś do naszego parku
Szybko znalazłem sens życia. I nawet sens tego letniego wieczoru.
Jak by nie było wybrałem się na spacer po parku z jedną z poznanych dziewczyn. Było tak romantycznie.
Bo księżyc i woda, i szum wiatru. Romantyczne białe łabędzie na stawie. I kaczki. Gdzieś, schowany w drzewach, słowik – albo inna zięba - umilał nam czas swoim śpiewem.
Przytulaliśmy się, a ja myślałem sobie, jak to przypadki chodzą po ludziach. Jeszcze przed chwilą jedyną rozrywką była zabawa w szczury, a teraz znalazłem, być może, dziewczynę swojego życia. A na pewno wieczoru: bo udało mi się zrobić, pierwszy raz w życiu, palcówkę. Znaczy uprawiałem seks. Samodzielnie.
Byłem naprawdę dumny z siebie.
Nawet, kiedy starając się otworzyć cicho drzwi do domu, by nie zbudzić rodziny, wszedłem i zorientowałem się, ze ich nie zbudzę. Bo wszyscy na mnie czekali: ojciec, matka, siostra.
- Gdzie byłeś tyle czasu – rozpoczął ojciec
Nie miałem sobie nic do zarzucenia, więc powiedziałem, zgodnie z prawdą,:
- W parku
- Pewnie paliłeś, szczeniaku! Papierosy!
- Nie – nie wiedziałem, co powiedzieć więcej, tak absurdalne było to oskarżenie
- Nie? Akurat! – włączyła się mama – To daj powąchać palce!
- Nie…. To znaczy tak. Paliłem
-A nie mówiłam – triumfowała mama


Przebudzenie 2011-03-14


Żeby to nie stało się! Żeby czas można było odwrócić. Ile ja bym dał za to!
To było zima. Miesiąc temu.
Ale ilekroć o tym pomyślę, przechodzi mnie dreszcz i wydaje mi się, że to było zaledwie przed chwilą. Najdalej wczoraj.
I nie zdarzyło się to naprawdę, lecz był to zły sen, imaginacja chorego umysłu. Koszmar był tak okropny, że nie mógł zdarzyć się naprawdę.
Bo przecież bezmiar nieszczęścia, które może dotknąć zwyczajnego, szarego człowieka ma swoje granice: chociażby wynikające z rachunku pawdopodobieństwa.
A jednak! Apokalipsa, wbrew tym kalkulacjom, ziściła się. A może Bóg nie znał elementarnych zasad rachunku?
Może to przez bezmiar nieszczęscia na świecie? Zła? Zepsucia?
A może zawinił alkohol?
Któż to może wiedzieć…
Nie przyczyna jest ważna. I nie powód, dla którego ręka – Boga chyba - zakreśliła spiralę losu: mojego i innych.
Ale od początku:
Do tego wypadku doszło po południu. Świadkowie może i widzieli jak zarwał się lód. Pod wędkarzem. Na pomoc ruszył mu – chyba - drugi wędkujący.
I wszystko na nic! Ten także wkrótce znalazł się w wodzie.
Przez chwilę utrzymywał się na powierzchni w przerębli, ale potem zsunął się pod wodę. Potem do wody wskoczył pies. Ratować pana swojego ukochanego. Bezradnie szamotał się w lodowej kaszy, odgarniając łapkami kawałki kry. I on jednak nic nie mógł zrobić, choć miał mężne, psie serce.
Wtedy na pomoc ruszyłem ja:
Przebiegłem 100 metrów po kruchym lodzie, rzuciłem torbę z zakupami obok przerębla i wskoczyłem do lodowatej wody. Ratować. Wiedziałem, w który przerębel wskoczyć, bo
na lodzie leżały dwa plecaki, dwa zestawy do wędkowania. I smycz.
Nurkowałem niczym wydra, by pomóc. Nic jednak nie widziałem i nie miałem nawet za co chwycić. Jak żałowałem, ze nie wziąłem z sobą do sklepu moich okularków do nurkowania. Może wtedy byłoby łatwiej.
Zanurkowałem jeszcze raz i jeszcze głębiej. Woda uspokoiła się i zrobiła się nawet cieplejsza. Tak: ciepła i przyjemna. Zobaczyłem światło w oddali.
Bez trudu tam podpłynąłem.

Zobaczyłem wielki, biały tron i tego, który na nim siedzi. Biło z niego światło. Zobaczyłem umarłych, wielkich i małych, stojących przed tronem. Stali w kolejce do tronu i Pana. Od razu uspokoiłem się.
- Umarłem – pomyślałem – Ale nie mam czego bać się. W końcu umarłem ratując życie innych ludzi. Czyniąc dobro.
-No i towarzystwo całkiem fajne – pomyślałem rozpoznając w kolejce Jana Pawła II.
Zrelaksowałem się całkowicie. Bo nie dość, że zginąłem chwalebnie, stoję w kolejce z wielkimi, znanymi mi Rodakami, to jeszcze przypomniały mi się słowa Alberta Camusa, że nie należy lękać się Sądu Ostatecznego, bardziej niż zwykłego dnia powszedniego. Bo ten Sąd odbywa się co dzień. Pogrążyłem się w rozkosznym odrętwieniu, czekając na swoją kolejkę. Po plecach przechodziły mnie dreszcze związane z radosnym oczekiwaniem na ta Jedyną Chwilę.
Do rzeczywistości wróciłem w sposób dość nieoczekiwany. Usłyszałem, jak Pan na Tronie, zwraca się do Mojego Wielkiego Rodaka:
- No cóż, synu…. Zdajesz sobie sprawę, ze mogłeś w życiu zrobić więcej…. Co tu z tobą zrobić?

I wtedy pomyślałem; „Żeby to nie stało się! Żeby czas można było odwrócić. Ile ja bym dał za to!”.



Próba dojrzałości 2011-03-04

- Ja ... Marcin biorę sobie Ciebie...Moniko za żonę i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.
Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.

- Ja ... Monika biorę sobie Ciebie...Marcinie za męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci.
Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci.


Marcin nałożył Monice obrączkę.
I powiedział, tak od serca: przyjmij tę obrączkę jako znak mojej miłości i wierności,
w imię Ojca i Syna i Ducha Świętego.

Kapłanowi, który w imieniu Boga, odbierał przysięgę, choć robił to już tyle razy w życiu – a tego dnia to już dwunasty raz – zalśniły się łzy w oczach.
Bardzo to przeżywał – ten kapłan - za każdym razem, sakrament małżeństwa.
W końcu towarzyszył Młodym niemal od dziecka.
Nikt tego wzruszenia wielebnego nie zauważył, bo wszyscy zaproszeni też płakali: rodzice, wujkowie, ciotki, kuzynki. Dziadkowie, sąsiadki i sąsiedzi. Byłe, obecne i przyszłe narzeczone. Koleżanki i koledzy.
Zwłaszcza koledzy.
Mało osób docenia tą unikalną więź, która łączy – zwykle - Pana Młodego z kolegami.
A to przecież z nimi bawił się w piaskownicy. Potem w chowanego i w wojnę. Następnie jeździ na rowerach, grał w piłkę. Chodził podrywać dziewczyny. Przeżywał rozstania i rozczarowania życiem. Pił wódkę i pali pierwsze, nieporadnie splecione – skręty. Kto znał Pana Młodego tak dobrze, jak starzy kumple.
Jeszcze wczoraj, zdawało się, raczkował na czworakach po podwórku,
taplał się w kałużach i gaworzył rozkosznie.
A dziś, niespełna dwadzieścia cztery godziny po wieczorze kawalerskim- ślub. Prawie na trzeźwo. Niewiele już z ulotnych chwil szczęścia zostało w żyłach.
W zupełnie innej atmosferze, w zupełnie innej roli.
Bo to, co wypada na wieczorze kawalerskim – nie zawsze wypada na ślubie.
Zatem odpadało gaworzenie, raczkowanie i taplanie sie w kałużach.
 Tak, jak ucieczka.

Bojownik 2011-02-16
Był ostatni. Taki zwykły, ostatni bojownik, o jakich często w historii.
Siedział, wpatrując się w okno z zaciętą miną. Niby obojętnie, niby nic go nie obchodziło… ale był gotowy do akcji. Czekał na swój czas.
Nie ugnie się! Nie on! Tak być nie może. On to wie i nie godzi się na zastany stan rzeczy. No to nie ugnie się!
Hardo popatrzył na bezkształtny tłum: oni też byli przeciwko niemu. Bo byli bezwolni i pozwalali na manipulowanie sobą za pomocą utartych schematów. Szli na łatwiznę, zamiast walczyć o swoje.
Mocniej zacisnął pięści. Aż kostki zbielały. Zazgrzytał zębami w bezsilnej złości. Ale walczył dalej.
Pot skroplił mu czoło. A na czole odznaczyły się grube sploty żył. Nie tyle dlatego, że było gorąco, ile dlatego, że czuł presję bezwolnego tłumu. Nieakceptację i wyczekiwanie zmiany. Nacisk psychiczny i ingerencję w sferę woli i poczynań, do tej pory zastrzeżonych tylko dla niego. Terroryzm mentalny. Gwałt na wolności myśli i czynów jednostki.
Wokół rozlegały tłumione szepty i pomruki dezaprobaty. Coraz głośniejsze. Ktoś szturchnął go łokciem. Niby przypadkiem, a jednak! Potem nadepnął na nogę. Oparł się całym ciężarem ciała - też przypadkiem.
No i w końcu bezpośredni, brutalny, frontalny atak:
-Panie! Co pan robisz najlepszego?! W ch…. Pan sobie lecisz?….
Atakujący nie dokończył: musiał podtrzymać osuwającą się na podłogę autobusu staruszkę. O kulach.
Staruszka zajęczała tylko:
- Nie trzeba, nie trzeba.. Dam sobie radę. W powstaniu przeszłam kanałami z Ursynowa na Tarchomin. Potem byłam w Auszfic, Stuthofie, Katyniu i Smoleńsku. Brał udział w II Wojnie Światowej, Burskiej i Wojnie Trzydziestoletniej. Naprawdę, wytrzymam. Dam sobie radę i teraz. Nic to, ze byłam odznaczona Krzyżem Odrodzenia Polski, Odznaką Przodownika Pracy i Żelaznym Krzyżem. Jakby moje wnuczki, dla których jestem jedyną opoką i żywicielką, płakały, to proszę im powiedzieć.. Niech Pan im powie, patrząc te słoneczne buźki… „nic to”.. Niech Pan im powie „nic to”.


I w tym miejscu bojownik (ostatni) poległ.
Na miejscu.
Ugiął się i wstał.
- Może Pani usiądzie?
Przypadek, co chodzi... 2011-02-08
Wczoraj spotkałem w pubie uroczego człowieka.
Siedziałem sobie przy barze i nic nie zapowiadało tak udanego zakońcenia wieczoru.
Mimowolnie zarejestrowałem wzrolkiem przystojnego mężczyzne, który szukał - bezskutecznie - wolnego miejsca.
Bezradny podszedł do mnie i zapytał:
- Przepraszam, czy  mogę dosiaść się? Wszystko zajęte
- Proszę. Rzeczywiście wszystko zajęte. Ale kołomnie akurat - wolne.
- Mogę panu postawić drinka? Taki Pan przystojny.
- Och, jak pan sympatyczny. Jest pan gejem?
- Nie, a pan?
- Też nie.
- Szkoda.
- No, szkoda.


Przypadki chodzą po ludziach
Anielski numer 2011-01-28




Pani bardzo lubiła ład i harmonię. Porządek. W przedszkolu, w domu, w dzeciństwie i w życiu w ogółe. Jej też wpojono kiedyś znajomośc Zasad: jest czas nauki i zabawy. Czas wojny i pokoju. Miłosci i nienawiści. Dzieciństwa i Dorosłości. Pani była, szczęśliwie, już dorosła, więc znałą te wszystkie prawidła. I miała swoją samoświadomość.

- Dobrze dzieci. Teraz trochę odpoczniemy i porysujemy, a potem znowu bawimy się.

Dzieci posmutniały. Wszystkie: Jasiu, Zosia, Patryk, Ania, Alfons, Zuzia i Wacek. Odpoczywać? Rysować? W chwili, która powinna trwać tak, jak zaczęła się. To znaczy, w mniemaniu dzieci, powinni bawić się w berka cały czas.



Przedszkolanka jednak w porę zauważyła smutne miny podopiecznych i dodała:

- A będziemy bawić się w to, co sami wybierzecie.

- Naprawdę – Jasiu nie mógł uwierzyć – Sami?

- Sami – Przedszkolanka potwierdziła – To porysujcie teraz, a ja wypiję herbatę.



Dzieci popatrzyły na panią uważnie. A potem ich oczy zabłysnęły odblaskiem ufności, wierności i oddania. Piątka dzieci zaczęła wypełniać kolorami kolorowanki.

- Może przyniesiemy dla pani tą herbatę z kuchni – Jasiu z Alfonsem byli gotowi wypełnić najtrudniejsze nawet zadania, żeby zasłużyć na uśmiech przedszkolanki.

Przedszkolanka to wiedziała. I miała względem chłopców daleko idące plany. Droczyła się jednak z nimi:

- Nieee nie dacie rady. Herbata jest gorąca. Oparzycie się jeszcze – udawała zatroskaną

- Nie, nie oparzymy się. Na pewno, psze pani.



Chłopcy, niczym młode źrebaki, pobiegli do kuchni. Pani uśmiechnęła się: ze szczęku naczyń kuchennych wnioskowała, że przygotowania kuchenne idą w dobrym kierunku. I, co nie było bez znaczenia, bez niespodziewanych zdarzeń i wypadków.



Tymczasem w kuchni chłopcy mieli poważny problem. I dylemat.

- Ile jej tego dać, żeby nie odjechała na zawsze? - zainteresował sie Jasiu

-Rozpuść dwa kryształy

-Nie za mało będzie?

-To trzy - Alfons wzruszył ramionami



Dzieci nie musiały długo czekać na efekty tea-time. Pół godziny po tym, kiedy przedszkolanka wypiła herbatkę, rozglądała się już dookoła wzrokiem dzikiego zwierzęcia zapędzonego w róg klatki i oczekujacego na walkę na smierć i życie. Ledwie nad sobą panowała. Ostatkiem swiadomości tłumiła narastajacy jej w gardle krzyk rozpaczy. Ta groźba utraty autortetu w grupie przerażała ją. Przygniatała niczym brzemię odpowiedzialności: jak pierścien, który ciążył niziołkowi w filmie o chodzeniu. Nie chciała zwracać na siebie uwagi dzieci za wszelką cenę: starała się nawet nie oddychać, skutkiem czego znacząco poczerwieniała na twarzy i traciła momentami świadomość. Cały czas wodziła jednak za gromadką podopiecznych wzrokiem i starała się zrozumieć, o czym mówią. Oprócz tego, że przerażona, była też zafascynowała podopiecznymi i ich przemianą. Podobały się jej zwłaszcza nowe skrzydła Jasia wyrastające mu z ramion: były takie....opierzone. No i błyszczące, duże zęby Zosi. Może i straszne, ale bardzo, bardzo okazałe. I takie zdrowe.



A dzieci, jak to dzieci.... Po chwili zadowolenia z udanego psikusa i całkiem udanego brykania, zaczynały modyfikować plan rozrywki.
- Popatrzcie, jaka spokojna - zagaiła Zosia, poklepując opiekunkę po tyłku - żeby zawsze taka była potulna.
- Nie ma szans- precyzyjnie oceniła Zuzia - W koncu kwasowa faza zejdzie. I będzie normalnie. Znaczy nudno.

Tu zawiesiła glos i dopowiedziała:

- Chyba, żeby podkręcic ja na ostro i pohandlować jej dupcią. No wiecie, wśród uczestników tej konferencji episkopatu, co odbywa sie w tygodniu w naszym kościele.

-Taaak! To jest myśl-włączył się Jasiu - jakby tak marketingowo podejść. Mozna przeprowadzić wśród klechów ściepę po stówce. Potem by uskutecznili modlitwę w jej intencji i publiczne egzorcyzmy. Żeby wypędzic z niej szatana i żeby była milsza. A na końcu mogliby ją grupowo wydupczyć. Ulokowalibyśmy ją na noc w pakamerce ciecia - tak gdzie trzyma mopy. Nie przeszkadzałaby, bo w dzień by pracowała na konferencji. A na ścianach mozna pierdolnąć wizerunki świętych, żeby klienci czuli się swojsko. I zeby miała powołanie do pracy.

- Moglaby obskoczyć pięciu, sześciu na raz - liczył Alfons - Znaczy jakby ją utrzymać na kwasie przez dłuższy czas, możnaby z niej mieć po pięć stów za nockę



Przedszkolanka uśmiechnęła się. Podobało jej się. To było takie ekscytujące. Wyrastające, opierzone skrzydła Adolfka też jej podobały się. Tak, jak jego błyszczące zęby. Wprawdzie bała się sie cały czas, ale przecież kochała te swoje aniołki.



Dzieci zaczynały nudzić się już całkiem poważnie. Zabawa trwała wprawdzie zaledwie pół godziny, ale była zbyt statyczna. Sytuację uratował Jasiu

-Patrzcie, co ta larwa chowała przed nami – zawołał dzierżąc w dłoni butelkę rumu – Napijemy się?

- Mowa!- Zosia była zawsze chętna, także do picia

– Nie wal z gwinta – mitygował ją Wacek – Polej do plastików. Po równo lej, kurwo jebana!





Może to było przeznaczenie? A może kara boża za to, że zwrócił Zosi uwagę na maniery. W każdym razie Wacek złapał się nagle za otwór gębowy i pognał do łazienki.

Nie zdążył jednak dobiec, co wskazuje na karę bożą. Bo nieunikniona była

Cuchnąca struga wytrysnęła mu spomiędzy palców i wypełniła buty dzieci ustawione w szeregu pod ścianą. Przeraźliwy odór wypełnił pomieszczenie powodując przedwczesny uwiąd nie tylko paprotek, ale nawet dość odpornego – kaktusa. Wydawało się, że proces wypróżniania żołądka nie powinien trwać długo, bo Wacek nie był zbyt dużym chłopcem i nie miał zbyt dużego żołądka. Czy to jednak atmosfera w pomieszczeniu podziałała stymulująco, czy Wacek odkrył ukryty w sobie do tej pory talent, czy może – po prostu – nie weszło mu dobrze… Dość, ze rzygał i rzygał. I nie miał zamiaru przestać. Rzygał jak Etna- lawą, w najlepszych swoich czasach. To było niczym namaszczenie, błogosławieństwo ducha świętego, znak boży. Tak niespotykane. Wstrząsane spazmatycznymi torsjami plecy Wacka , zdawały się mówić: "obleję Pompeje, a magma niech tryśnie przez szczyt".
Kałuża rzygowin stawała coraz większa, ale Wacek zdawał się nic sobie z tego nie robić. Kontynuował dzieło, zapamiętany w swojej aktywności, jakby zafascynowany produktem swojego tworzenia. Zahipnotyzowany przez nieprzezwyciężona moc poczucia wewnetrznego obowiązku, któremu musiał sprostać.
Skąd to wzięło się w nim, ten wewnętrzny imperatyw?
Moze to była reminescencja procesu kształcenia, w którym uczestniczył ojciec Wacka, powtarzający mu zamiast bajki na dobranoć, że "dzieło zniszczenia w dobrej sprawie jest święte, jak dzieło tworzenia". A może był to objaw spontanicznej partycypacji Wacka w życiu przedszkolnym grupy? Albo alergia na dietyloamid kwasu D-lizergowego, który Wacek jeszcze niedqwno tak ochoczo rozpuszczał w szklance przedszkolanki.
Nie to było ważne. Ani nawet to, że rzygowin wciąż przybywało. I że stali już wszyscy po kosztki w wymiocinach.
Ważne było to, że wymiociny te zmieniały się.
Jakościowo. I Zaczynały żyć własnym życiem.
Tu tworzyły się jakieś strasznowiry, sięgające do podłogi.
W innym miejscu, pod powierzchnią rzygowin widać było coś jakby prądy morskie na kształt Prądu Zatokowego, Golfstromu, czy El Nino: prądy wstępujjące i zstępujące. Kłębiące się, ścierające, mieszające. Jakby dawały, zgodnie z regułami dialektyki marksowskiej - teza, antyteza, synteza - początek nowej jakości.
W jeszcze innym miejscu, na powierzchnię wymiocin, wydostawały się bąbelki, sygnalizując, ze pod powierzcnią dzieje się coś ważnego. Coś równie ważnego, jak w czasach powstawania ziemi: bo i objawy były przecież podobne.











Przedszkolanka uśmiechnęła się. Podobało jej się jeszcze bardziej niż na początku. To było takie ekscytujące. Cofnęła się tylko do stolika i usiadła na nim, bo nie chciała zamoczyć nóg.
Wyrastające, opierzone skrzydła Adolfka nie były już takie ważne. Bo nie tylko Adolfek był już aniołkiem. Wszystkim jej podopiecznym wyrosły skrzydełka. Nawet Wackowi - rzygusowi. W większości - na plecach. I koloru białego. Tylko Zuzi wyrosły z tyłka. Czarne.
Przedszkolankę to zastanowiło: czemu z tyłka i czemu czarne. Szybko jednak zarzuciła myslenie o tej kwestii: teraz, w tym natłoku najmniej oczekiwanych zdarzeń, i tak nie miało to znaczenia.
Przecież zawsze mogą wyrosnąc jeszcze raz i w innym miejscu - usprawiedliwiła się przedszkolanka w myślach


*****



Pani otworzyła oczy i przeciągnęła się. Miała wrażenie, jakby zasnęła na chwilę, jednak zaraz skarciła się za tą myśl:

-Nie, to niemożliwe. Przecież jestem w pracy. I nawet nie położyłam się.

Zauważyła jednak, że nikogo nie ma w sali. A powinny być jeszcze dzieci.

Nagle drzwi wejściowe otworzyły się.

- A dzień dobry. Nie miałyśmy okazji poznać się jeszcze. Ja jestem nową kucharką. Będę przygotowywać jedzenie dla dzieci. No i herbatę dla pań. – dodała ze znaczącym uśmiechem.

- Nie wie pani, gdzie dzieci?

- A tak. Rodzice odebrali już wszystkie. Pani zajęta była rysowaniem

Przedszkolanka uśmiechnęła się z ulgą. Przez chwilę czuła, coś na kształt niepokoju, ze dzieciom mogło stać się coś. Ale kucharka, do której od razu poczuła zaufanie, rozwiała jej wątpliwości. Zycie stało się jasne i klarowne. Ułożyło się w logiczną całość, a żaden z elementów całości nie psuł harmonii.
Przedszkolanka podeszła naśrodek sali i skrupulatnie zebrała kilka białych piór, które, nie wiedzieć skąd, znalazły się tam.
I dopchneła drzwi niedomykajacej się szafki, z której wystawało skrwaione, nierówno obcięte, czarne skrzydełko aniołka.
-Do dupy z czarnymi skrzydłami - pomyślała
Tak przecież lubiła harmonię i ład.

Samoocena 2011-01-19
Usiadł na sprawdzonym fotelu pilota przed niezawodnym i sprawdzonym komputerem.
O wszystko był spokojny. Jest najlepszy I będzie. Wie to na pewno. Bo jest wirtuozem w swoim fachu.
Inni, konkurenci, też to wiedzą. Tylko czasem udają, że nie wiedzą.
Ze strachu przed porażką. I wstydem. Poczuciem niższości. Beznadzieją. I ze strachu przed tym, że ich kobiety dokonają porównania. I nie będą chciały ich więcej znać.
To udają, że go nie pamiętają. Jakby nie wiedzieli, że od przeznaczenia nie można uciec.
Ojciec udaje, ze go nie zna. Matka udaje, ze go nie zna. Świnka morska tez udaje to samo.
No.. ..świnka uśmiecha się przynajmniej – i szczerzy znacząco zęby - podczas karmienia.
To dlatego życie staje się coraz piękniejsze. Z dnia na dzień. Po prostu i zwyczajnie. Spontanicznie. Tak niewiele potrzeba mu do szczęścia.
Do tego, by udać się w podróż do odległych krain. Afryki. Azji. Na Wyspy Towarzystwa.
- Taaaak – pomyślał – dzień był zdecydowanie udany. A będzie jeszcze lepszy.
Przygryzł zębami ustnik. Ścisnął mocniej wolant i ściągnął go do siebie.

Jeden mach

Poczuł, jak przyśpieszenie wciska go w fotel, a trzewia w rytm dance macabre zaczynają podrygiwać niczym galareta polana ruskim octem.
Wytrzymał!
Się wie… Kto by wytrzymał, jak nie on.
Nie lubił tracić czasu i ściągną akcelerator do siebie.

Dwa machy

No i zaczęła się jazda… Dwa machy, to nie byle co.
Świat wariował. Wszytko trzęsło się. Nawet komputer wpadał w wibracje. Kto wie, co by było, gdyby nie ustnik, który doprowadzał „pilotowi” niezbędnych substancji. Chyba by wypadł z fotela. I umarł nawet.
A tak to tylko zwiększył szybkość. O jednostkę.

Trzeci mach

zawsze wprawiał go w euforię. To wtedy poznawał krainy zamknięte uprzednio dla niego. Nieznane światy i wymiary. Gdzie królowały smoki i dziewice: te drugie – niedostępne. A tych pierwszych bał się. I nie podejmował ryzyka ani ze smokiem, ani z dziewicą.
Bo i po co - po trójmachówce?
Miał niską samoocenę przecież
Błąd wliczony 2011-01-11
Parę lat po ślubie, ale wciąż tak wspaniale było miedzy nimi, jakby ślub był wczoraj.
Kochali się, bez wątpienia. Do tego wspólne pasje, zainteresowania. Nawet wspólna praca w Katolickiej Ludowej Archidiecezji Progresji Antyczasowej (DUPA). Dwie połówki jabłka. Albo nawet jajka: jak u Platona. Nieznaczna różnica w poziomie IQ nie miała znaczenia: to raczej dodawało pikanterii, wzbogacało ich związek o niespodzianki wynikające z nieporozumień i podsycało namiętność – niż różniło. Było bez znaczenia dla potęgi uczucia.

- Dzień Dobry, kochanie
-Dzień dobry. Aaach …
- Coś stało się?
- Nie…... Tylko….. Im więcej Ciebie, tym mniej
- Do późna wczoraj pracowałaś…
- Taaak. Bo im więcej Ciebie, tym mniej., Jedyny.

Wiedział, czemu siedziała do późna. Awans. A raczej jego pragnienie. Odkąd odłożyła macierzyństwo na czas późniejszy, awans stał się jej obsesją. Ale cóż mogła biedna zrobić? Rektor awansował tylko te dziewczyny, z którymi łączyły go zażyłe relacje. Z nią nie łączyły, bo była w związku małżeńskim. Szczęśliwa do granic wytrzymałości. Natomiast w związku małżeńskim, zatrudnionym w jednej instytucji, wiadomo było, kto może awansować – zgodnie z doktryna katolicką. Stąd, jej wyniki na teście IQ, organizowanym co pół roku przez pracodawcę, oscylowały między 80 a 90 punktów. Co uniemożliwiało jakikolwiek awans. W hierarchii.
- Co mam zrobić, by lepiej wypaść? – pytała wpierw co pół roku, a teraz już właściwie każdego wieczora.
- Starać się, starać i jeszcze raz starać. A potem znów starać. – odpowiadał z kochającym uśmiechem, pełen zrozumienia – Jutro może przygotowałabyś pieczone żeberka z jabłkami?
- Ale żeby ten test lepiej napisać
- Zrób te żeberka. I golonkie. I w ogóle gotuj dobrze, to zobaczymy – powiedział poklepując ją po tyłku.
Uwielbiał odgłos plaśnięcia otwartej dłoni o pośladek. Odgłos ten umacniał go w słusznym poczuciu samczej wyższości. No i był symbolem realizowania Woli Pana, nadrzędności rodzaju męskiego i wyrazem przyjęcia przez niego jedynych słusznych struktur społecznych, jak też symbolem niezależności, wiary w wolność jednostki i równości praw wyborczych.


Kiedy wsiadał do wehikułu czasu, pożegnała go uśmiechem pełnym oddania i miłości wstydliwie skrywanej przed technicznymi. Nie mogła inaczej: byli w końcu małżeństwem i w miejscu pracy nie należało afiszować się z uczuciami. Kochał ją. I wierzył, nie tylko w to, że kochał, ale także w słuszność tego, co robił w imię miłości.
Chociaż nieżyczliwi mu ludzie z Komisji Uzupełnień Rezerw Wariacji Antyczasowych (KURWA) powiedzieli potem, że łamał prawo w zamiarze bezpośrednim, dolus directus. I wnioskowali o sterylizację.
Wiedział też to, że po wylądowaniu w przeszłości, pod koniec jej czwartego roku studiów, w czasie alkoholowej sesji letniej, ma pięć minut. Zanim zakrzywienie czasoprzestrzeni przestanie działać i będzie musiał wrócić. Oczywiście, jeżeli chce wylądować u siebie, a nie w epoce dinozaurów.
W ciągu tych pięciu minut, podczas „przypadkowego” spotkania na korytarzu akademika podczas „przypadkowej” imprezy, udało mu się wetknąć w rękę żony – jej samej, tej sprzed piętnastu lat – scenariusz wydarzeń z przyszłości i gotowiec z prawidłowymi odpowiedziami na teście IQ. I „list otwarty” napisany przez nią w przyszłości - do niej z przeszłości. Zresztą, pełen zaufania do zony, przeczytał ten list i aż się zarumienił: nazywała go ambitnym „Mężczyzną”, który wie czego chce i nieposkromionym gorylem w łóżku. Udało mu się też….
- Przepraszam..
- Tak?
- Ja tylko…
- Puść mnie, zboku!
- Ja tylko…
- Bo zawołam kolegów! Przynieś winko i fajki, to pogadamy!
- Ale ja tylko….
- No za ładny uśmiech i parę kartek z wykładów jeszcze z nikim tego nie robiłam. Przynieś alpagi, to pogadamy – powtarzała z pijackim uporem, rozchylając nogi, żeby zobaczył, ze jest bez majtek.

No może nie udało mu się. Ale przynajmniej próbował. I dowiedział się, jaki skarb był z jego przyszłej żony: nie można było łatwo jej kupić. Nawet w czasach, kiedy była studentka i powinna przejawiać zainteresowanie dobrze sytuowanymi mężczyznami.

Zmaterializował się w przyszłości, z której wyruszył, prawie idealnie: dwa dni po skoku zaledwie. Zgodnie z założonym w wyliczeniach marginesem błędu. Był ciekaw zmian w rzeczywistości, które wprowadził. W to podwyższenie żonie IQ nie wierzył. Nie chodziło nawet o politykę w ramach programu Dyssynchronizacji Uprzedzeń Poprzez Akceptację (DUPA). Po prostu znał żonę i jej możliwości umysłowe: żeberka – tak; praca intelektualna i myślenie – nie.
Rozejrzał się wokół siebie.
- Raut albo prywatka – stwierdził z wrodzoną mu inteligencją
Wokół tłum ludzi. Niektórzy w wieczorowych strojach, a niektórzy w t-shirtach. Za to każdy trzymał albo kieliszek, albo szklankę z napojem. Ci bardziej zaangażowani w spotkanie popijali wprost z butelek. Niektórzy dzierżyli, oprócz drinków, jakieś teczki wypchane papierami. No i wszyscy pijani. Ci z butelkami w dłoniach - w trzy dupy.
- Jak to na imprezach korporacyjnych – pomyślał
Z daleka zobaczył żonę. Obejmował ją w talii ten świntuch rektor, a drugą rękę wkładał publicznie w majtki.
Śmiała się do niego i wyglądała na szczęśliwą. Zupełnie, jak z nim, ze swoim mężem!
Nie mógł zdzierżyć tego widoku: poczuł się pozbawiony własności. Bez zwłoki ruszył w kierunku małżonki. Przechodząc obok lustra sprawdził, odruchowo, czy dobrze wygląda. I aż zatrzymał się z wrażenia: był w koloratce, a wokół nóg plątała się szata duchowna.
- Nieeeee.. To musi być bal przebierańców
Dopadł żony z rektorem
- Dzień dobry panie rektorze
- Aaa to Ty bracie. Jak pokuta? Samoumartwianie? Kontakt z Bogiem?
-?
- To świetnie! Zatem powodzenia – zlał go dokumentnie
- Ale ja chciałem z .. tą panią.. porozmawiać.
Rektor zdawał się nie dosłyszeć, bo odwrócił się do niego plecami i już witał się z następnym gościem, który z wdzięcznością całował rektora w wilgotną jeszcze rękę.
Za to żona odwróciła się od rektora i uśmiechnęła się. Jak jeszcze niespełna tydzień temu, nie licząc następstw skoku w czasie.
Po czym podniosła prawą rękę i wysunęła powoli środkowy palec. Patrząc w oczy mężowi, wyszeptała: „nienawidzę włochatych goryli w łóżku”.
- Pani dyrektor, idziemy – zakomenderował rektor, znów obejmując ją w talii

Nie pamiętał kiedy wyszedł z imprezy i jak znalazł się w pokoju. Może to przez żonę, może przez wzruszenie… A może przez alkohol? Któż to wie…
Wiedział jedno: na bratnią pomoc można jednak liczyć. Bo koło niego był jakiś młody mężczyzna w komży. Prawie chłopiec. Ministrant? Sam już nie wiedział. I nie chciał wiedzieć. Był rozbity i było mu smutno. Czuł tylko jedną, wielką potrzebę.
- Pomodlimy się?
- Tak jak zawsze, ojcze?
-Tak, poproszę
Działał instynktownie. Sam dopiero odkrywał znaczenie ruchów, które już wykonał. Były dla niego zaskakujące. Ale zarazem tak przyjemne i uświęcone łaską boską.
- Aj, to boli! Mamo! Tato!
-Zamknij się! Bóg Cię kocha moim pachałem! Łaski pełnym! Święty wytrysk…. Uuaach! Ja pierdolę!
-Nie tak mocno…. Proszę..
- Nie przeszkadzaj. Jeszcze w ... Jedzcie i pijcie z niego wszyscy….

Kiedy odpoczywał po modlitwie, znowu poczuł, zupełnie, jak przy żonie, nadrzędność gatunku męskiego w każdym calu. Nadrzędność i poczucie jego wartości było nawet większe, niż dawniej. Bo zdał sobie sprawę z tego, że nie potrzebuje już kobiety. A gotować żeberka – nauczy się. Albo nauczy ministranta.
Zasypiając pomyślał znów o żonie:
- Jednak pomyślała – stwierdził ciepło. I odpłynął w swą samcza krainę snów, gdzie, jak zapowiedź losu, występowała i KURWA, i ministrant i sterylizacja.
No i żona z okrwawionymi nożyczkami.
W otchłani beznadziejności 2011-01-06
Śmierć. Chyba codziennie z nią obcujemy w jakimś wymiarze. A to wspominając najbliższych, co odeszli. Albo konsumując przetwory z martwych roślin i zwierząt. Lub poruszając się pojazdami mechanicznymi, poruszanymi olejem skalnym – powstałym przecież ze szczątków martwych ciał.
Niektórzy myślą o śmierci z życzliwością i żarliwym oczekiwaniem, a inni - z niechęcią.
Niektórzy myślą o śmierci parę razy dziennie, inni - tylko codziennie, a jeszcze inni, choć przecież nasza cywilizacja opiera się na wykorzystaniu martwych organizmów – rzadziej.
Osoby w podeszłym wieku, emeryci oraz renciści, należą zwykle do tej pierwszej grupy. Dla nich rozważania o śmierci są najbliższe, bo wydolność biologiczna ich organizmów zmniejsza się i droga ich życia –statystycznie - zbliża się ku finałowi.
Podświadomie rejestrują to, że przeżyli swój czas w cywilizacji, która swój sukces opiera na wykorzystaniu śmierci jednostek.
Społeczeństwo daje im odczuć bliski koniec.
Niezależnie od wydajności ich pracy świadczenia zostają zmniejszone. Stanowiska kierownicze są rezerwowane dla młodych, bo …. po co to osobom dojrzałym. Taki stres związany z przywództwem. Emerytury, jeżeli rosną, to o współczynnik inflacji. Niepełny. ALE dlaczego niby maja rosnąć? Emerytury i renty są wypłacane obecnie – w większości – z budżetu państwa, natomiast jednostka pobierająca emeryturę jest przecież nieefektywna gospodarczo. I ta dziura budżetowa… Politycy nieustannie sygnalizują, jak łatwo pozbyć się „dziury”. I nieustannie przypominają, że najlepsze, co starzy ludzie mogliby zrobić dla swoich żyjących dzieci, to umrzeć. Nie byłoby wtedy dziury budżetowej, bo nie trzebaby było wypłacać tych przeklętych przez potomnych emerytur i rent.
Dzieci osób starszych także nie ułatwiają życia. Sami wiecie, jakie w Polsce sa warunki mieszkaniowe i jak trudno o mieszkanie. Czasem, w całej rodzinie, jedynie ta przysłowiowa „babcia” ma godne warunki mieszkania i życia. A sama przecież, ze względu na stan zdrowia, nie potrafi ich docenić. I wykorzystać…. Wniosek nasuwa się sam, jak „babcia” mogłaby, przy odrobinie dobrej woli, pomóc młodej rodzinie. Mogłaby zwolnić to duże mieszkanie: zamienić je na kwaterę w bardziej zadrzewionym zakątku.
I stąd u osób starszych troska o stan zdrowia. A z drugiej strony – obawa przed korzystaniem z pomocy medycznej. Bo osoby starsze, kiedy dzwonią po pogotowie, nigdy nie wiedzą kto przyjedzie: lekarz z powołania (dr. House), czy wyznawca misji uzdrowienia stanu finansów publicznych i uzdrowienia warunków mieszkaniowych rodziny.

Nie ulega wątpliwości, że w Polsce nie ma komu troszczyć się o osoby starsze. W polityce nie ma prawie, w porównaniu, na przykład, do wzorcowo Francji osób w podeszłym wieku” : tam średnia wieku polityka to 72 lata.
Co kilka lat zmieniają się preferencje emerytalne państwa w Polsce: wpierw były to osoby zasłużone w walce o Polskę, potem inne osoby zasłużone w walce o Polskę. Za kilka lat będą inne osoby zasłużone w walce o … . Przejawy nowych tendencji w polityce można obserwować na bieżąco, obserwując walkę o ograniczanie zbójeckich przywilejów OFE.
Wynika z tego, że i w przyszłości nie uda się wykształcić kadry polityków-gerentofili, którzy tak znakomicie dbają o interesy osób starszych, np. we Francji.
Żebro Adama 2010-12-27
 Jak donosi PAP, archeolodzy, na stanowisku na terenie Etiopii znaleźli najstarszy kompletny szkielet – w ich mniemaniu pierwszego człowieka, biblijnego „Adama”. Nazwali go, roboczo, „Ardipithecus ramidus”. Szczątki są znakomicie zachowane, co umożliwi ustalenie nie tylko ostatnich chwil życia, ale także diety, zwyczajów, sposobu życia. A, być może nawet, przyczyn śmierci.


Bóg umieścił Adama w ogrodzie Eden. Bo w Jego mniemaniu rośliny, kwiaty i zioła były symbolem dostatku, pomyślności, szczęścia i dobroci. Bóg powołując człowieka do życia obdarował tym, co najlepsze. A zakazując spożywania z jednego, jedynego drzewa, zabezpieczył go w jego trwaniu, chronił go przed śmiercią.
Adam wyglądał z początku na zadowolonego. Ale szybko mu przeszło. Coraz częściej wybierał się na samotne wyprawy w głąb ogrodów, za towarzysza biorąc – co najwyżej –kozicę albo owcę. I zawsze smutną, jak on. I zawsze samą, tak jak on był sam.
Kiedy akurat był w pobliżu Domu Bożego, drażnił uszy Najwyższego, mamrocząc coś gniewnie pod nosem. Okazywał też swoje niezadowolenie defekując w ulubionych miejscach Stwórcy, jak też tworząc malowidła naskalne – nie dbając nawet o zachowanie anonimowości. Zresztą, Adam musiał to przyznać - nawet ta sfera aktywności, wypróżnianie, nie dawała mu już dawnej ekscytacji.
I właśnie wtedy, Bóg, który wie wszystko najlepiej, zainterweniował. Dopiero wtedy, bo chciał, jak to on – działać „w sama porę”. No i nie chciał popełniać błędu ahistoryzmu, bo jego wpadki z ocena następstw czasowych interwencji, np. podczas holokaustu, czy przy konflikcie Tutsi i Hutu – nie miały jeszcze miejsca. Przynajmniej wierni Bogu o nich nie wiedzieli.

- Co jest Adaś? Coś nie w porzo?
- Mhmam, mmmamma, hwag!
- Nie, no… daj spokój, nie prowokuj. Reagujesz zbyt impulsywnie.
- Gwah, jjuu j, huj! hui, huj, chuj!
- Sam rozumiesz. Kozy trochę inaczej żyją. One spędzają wolny czas na brykaniu. A to, co z nimi robisz nie podoba się ich mamom
- Hrry, ghrr, wrs, yeaaabunny who youuuu!
- Tak, masz rację.„Nie jest dobrze, żeby mężczyzna był sam”. Słuchaj…. Jak powiem dziesięć – zaśniesz. A ja coś na to poradzę. Nieinwazyjnie – zażartował – No to dalej: adin, dwa, tri, czietyrie… . Twoje powieki staja się ciężkie … Jak z ołowiu.

Terapia

Wtedy to Pan sprawił, że Adam pogrążył się w głębokim śnie. Gdy Adam spał, wyjął jedno z jego żeber..., Zbudował z tego żebra niewiastę. A gdy ją przyprowadził do mężczyzny, mężczyzna powiedział: «Ta dopiero jest kością z moich kości i ciałem z mego dala! Ta będzie się zwała niewiastą, bo ta z mężczyzny została wzięta». Dlatego to mężczyzna opuszcza ojca swego i mat¬kę swoją i łączy się ze swą żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem" (Rdz 2,18-24). '
W ten sposób samotność Adama została zażegnana. I radość wielka zstąpiła na Adama, tak jak sztywność na jego członki.. Bo dzień zwyczajny stał się nieustającym świętem. Erupcją radości i beztroski.
Adam, niemal z dnia na dzień, zarzucił wycieczki w towarzystwie samotnych owieczek i kóz. Zaczął też dbać o higienę. No i wypróżniał się już tylko w miejscach do tego przeznaczonych, ku aprobacie Ewy. Jak też i innych mieszkańców ogrodów rajskich, którzy nie polubili smaku niepewności.

----------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------------
Zdaniem archeologów, człowiek pierwotny dużo biegał. Jadł, oprócz tego, co upolował, wyłącznie płody lasu, żył pośród leśnych zwierząt. Był zbieraczem i myśliwym prowadził bardzo aktywny tryb życia i aby zaspokoić swoje potrzeby energetyczne jadł relatywnie dużo, by zaspokoić zwiększone potrzeby energetyczne. W pierwszym okresie życia – zawsze do syta.

Nie ma jednak róży bez kolców, a niewiasty bez wad. Początkowy okres fascynacji nowym zwierzątkiem minął i Adam zaczął coraz bardziej dostrzegać zalety starych, dobrych owiec i kóz, jak też wszelkiego innego bożego dobytku.
Gdyż, zdaniem Adama, dziwne było to nowe stworzenie. Ewka - tak kazało do siebie wołać. Na początku chętne do pomocy i gorliwe…. Ale potem, jak tylko pozwolił Ewce zamieszkać w swojej jaskini – szkoda gadać. Niby z żebra Adama, a siły to nie miało wcale i do roboty nie nadawało się. Albo nie chciało nadawać się: na polowanko – nie; sprzątanko – nie.; rąbanko drzewa – nie; łowienie rybek – nie.
Tylko przytulanie, kilkukrotne w nocy. Do utraty sił. Kto by to wytrzymał?
Poza tym gadało bez przerwy: gadało tak, ze myśleć nieraz nie dało rady. I żeby każdej rzeczy jakieś nazwy przydawać?! Toż groziło takie działanie inflacją. A to stworzonko – chodziło i wymyślało: to będzie kamień, to drzewo, to ryba, to pierdoła, a to Miękusem robiony...
Nie to, żeby Adam ganił to stworzenie. Dobry z niego był chłop, to źle o drugiej istocie nie myślał. No i sam nabył ogłady i obycia poprzez obcowanie z nową istotą. Bóg komplementował Adama nawet: mówiąc, że zrobił się… „wyszczekany” i „hardy”.
No ale te żądania stworzonka… A to gruszek chce, a to śliwek, a to ananasa albo….loda. A ostatnio tylko kwaśne jabłka i ogórki.

Nowy świat
Spróbowałby tylko Adam odmówić! Jak ostatnio powiedział „nie”, to przez dwa miesiące skazany był na towarzystwo owiec. No i na własną kuchnię, która, choć pożywna, miała tą istotną wadę, że była… własna.
Ostatnio znowu Ewie zamarzyły się owoce. I to do tego, te kwaśne psiajuchy, z drzewa objętego ochroną przez samego Boga.
No przyniósł Adaś , przyniósł… Bo dziewczynom i owcom nie mówi się nie, taka miał zasadę. I to był ten ostatni raz, kiedy rozumieli się bez słów. Ona podawała mu jabłka – on dziękował zań uśmiechem. Ona rozchylała przed nim uda – on, patrząc w te cudne oczy, zagłębiał się w jej umysł.
- Złamałeś przyrzeczenie – powiedział Bóg – to i kara być musi. Poniesiesz konsekwencje
- A poniosę, poniosę. Co ma być poniosę - odpowiedział Adam z frasunkiem, bo wydawało mu się, że sytuacja tego frasunku wymaga – Byle tylko nie długo, żebym udźwignął – dodał z ostrożności
W myślach Adam nie martwił się jednak, bo i czym? Nosił i owcę i kozę. I Ewkę też nosił, jak nie chciała zamoczyć się, przechodząc przez rzekę.
- No ile może ważyć taka „konsekwencja” – zastanawiał się w myślach tylko – 50 kg, 100 kg?
- Czy długo, czy nie, to zależy od Ciebie Adaś. I od Twojego sposobu życia. Wiem, wiem… To nie Twoja wina, to ona kazała. A ja sam ją stworzyłem. Ale… sam rozumiesz, nie mogę sam siebie wygnać z raju. Jak by to wyglądało? Zaczęliby gadać, że stary to masochista, albo sfiksował. Albo, że baby się boi. Wiesz, jak jest, w relacjach służbowych: ja popełniłem błąd, ale Ty musisz odejść. Ale ….- tu Bóg zawahał się – dam Ci rekompensatę, za ten błąd. Tu, w tej butelce, masz prawdziwie wiernego przyjaciela. Alkohol. On Cie nigdy nie opuści. I nie będziesz sam. Jak źle poczujesz się – pobądź z nim przez chwilę.
Dozgonna więź
Adam nawet nie miał specjalnych pretensji do Boga, ze mu karze opuścić raj. Naruszył zasady, to było jasne, że nie ujdzie na sucho. Za to Ewka miała pretensje za tą – jak to nazywała – „eksmisję”.
Do Adama, bo był najbliżej. Pod ręką
Odstawiła go od jaskini (przytulanie - około 1 raz na księżyc), stała się w stosunku Adama chamska, opryskliwa, zaborcza. I twierdziła, że on ją nie obchodzi. I – na dodatek - nie chce jej pomagać. Utrzymywała, że jest jej dobrze jak Adam jest po kilka dni na polowaniu, a ona sama w jaskini.
To prawda ... Adam ciężko polował żeby było na wszystko czasami nawet po 16-18 godzin na dobę. Czasami dłużej. Co raz częściej zdarzały się w jaskini tak zwane ciche dni. A właściwie – tygodnie. Bo jak Ewie się coś nie spodoba to i 2 tyg potrafiła się nie odezwać słowem. Potem dłużej i dłużej. Ż doszła do jednego roku.
Adam był z dnia na dzień coraz bardziej rozgoryczony. Wstawał rano...szedł na polowanie albo na ryby, zapier...ał bez śniadania żeby szybko zdążyć wcześnie do jaskini… wracał do jaskini…. Miał jej za złe, że Ewa nawet nie zainteresuje się, że ktoś wszedł. Tylko kołowrotek i robienie na drutach: średnio godziny 21 z przerwami na karmienie szympansa... między karmieniami to Adam nosił szympansa non-stop na rękach bo tak był szympans przyzwyczajony. Oczywiście – przez Ewę. Jeśli był Adam zjadał obiad. Zwykle jednak nie zjadał. Bo albo obiadu nie było, albo…. Adam nie miał apetytu po widoku kwaśnej miny Ewki.
Adam nie mógł wyjść, ze zdumienia skąd w jednej osobie tyle zła i egoizmu. I siły. Wydawała się kraść każdą jego cząstkę energii, każdy przejaw wolnej woli i inicjatywy. Żyć jego kosztem. Uczuciami, marzeniami, dążeniami, emocjami. Nie wspominając o tak prozaicznych rzeczach, jak pokarm, który zdobył, czy skóry na ubrania.
I kiedy, któregoś dnia, wygnany – po raz kolejny - z jaskini, usiadł na kamieniu, chłodząc twarz na zimnym północnym wietrze, nie mógł znaleźć odpowiedzi na pytanie, skąd taka mordercza istota, jak Ewka, znalazła się na ziemi: przez przypadek to było, przez ślepy los, chorobę, czy przez zemstę Boga.
PAP donosi, że bezpośrednią przyczyną śmierci „Adama” było wycieńczenie i wychłodzenie organizmu. Z badan patomorfologicznych wynika jednak, że do stanu zdrowia „Adama” i stopnia jego odporności przyczyniła się zaawansowana choroba nowotworowa: „Adam” cierpiał na mięsaka kościopochodnego. Brak fragmentów kości skazuje, że nawet prymitywne ludy podejmowały próby usunięcia operacyjne zmienionej chorobowo kości lub jej fragmentu – w tym wypadku części żeber. Niestety, niedokładne wyczyszczenie miejsca chorobowego, nie umożliwia powrotu do zdrowia. Namiastki chemioterapii, które znały ludy pierwotne – stosując pochodne alkoholu etylowego – nieznacznie tylko przynosiły ulgę chorym.


 
Idą święta 2010-12-16
Zbliża się okres świąteczny. Okres Świąt Bożego Narodzenia to magiczny czas: wypełniony magią, czarami, radością i pięknem.
To także czas spełniania marzeń, czas okazywania troski i miłości najbliższym, najbardziej kochanym osobom.
W okresie Bożego Narodzenia, trzymając się za ręce, zapatrzeni w roziskrzoną choinkę i w uśmiechnięte twarze naszych bliskich – a czasem śpiewając razem kolędy - odkrywamy smak życia. I sens życia.
Bo to właśnie w te Święta, których obchodzenie ma znaczenia zwłaszcza dla nas, Polaków, jak żadne inne, skłaniają nas do refleksji nad życiem naszym: nad dniami, które minęły bezpowrotnie. Nad chwilą, która trwa – i żeby trwała wiecznie. No i nad zdarzeniami przyszłymi, a prawdopodobnymi.
Boże Narodzenie łączy w sobie ból rozłąki i radość zmartwychwstania, powołania do nowego życia. To dlatego właśnie Boże Narodzenie jest tak ważne dla nas.
Tym ważniejsze, im dłużej razem nie widzieliśmy się z najbliższymi z kręgu rodziny przy wspólnym, wigilijnym stole.

Dziękuję Ci Mamo!

Za to, że zawsze mnie strofowałaś. No i musiałam robić to co mi kazałaś. Za to, ze skupiłaś się na rodzinie: kosztem rozwoju własnej osobowości. Może przez to masz kiepski kontakt z ludźmi? I robisz sobie z nich wrogów. A może dlatego, że zamiast nie zwracać na coś uwagi – skupiasz się na jakimś szczególe i drążysz temat w taki sposób że doprowadza do stanu wrogości innych. Dzięki temu, że mieszałaś się w moje prywatne życie w sposób nieprzyzwoity, byłaś wręcz upierdliwa, nie zrobiłam wielu głupstw. Kilka tylko zrobiłam. To Ty wpoiłaś mi bezwarunkową miłość i posłuszeństwo względem autorytetów. Takich jak Bóg, Ojczyzną, Prezydent, Ojciec, Proboszcz.
Z Bogiem, nie powiem, trafiłaś: poznałam sympatycznych ludzi z Hare Kryszna, smak wina liturgicznego, spotkań w gronie Ruch OAZA Carlsberg. Prezydent załatwił ułaskawienie taty.
No i ten Ojciec i Proboszcz….
Właściwie ojcu należą się oddzielne podziękowania.

Dziękuję Ci, Tato!

Za to, że cały czas mówiłeś mi: „słuchaj się matki”, „chodź do kościoła”, „ucz się”, „uważaj na policjantów”. Dzięki rozmowom z Tobą poznałam, co to sprawiedliwość. Bo Ty byłeś samotny w swojej walce z całym światem: z władzą ludową i „poludową”, z nierównym rozdziałem dóbr pomiędzy członków społeczeństwa, z naruszaniem przyrodzonych obywatelowi praw do posiadania różnego rodzaju przedmiotów, na posiadanie których władza nie wyrażała zgody. Walczyłeś z ograniczeniami narzuconymi przez skorumpowane Państwo w sferze obrotu towarowego. O prawa do wyboru przez imigrantów miejsca życia, o prawa kobiet do wyboru partnerów seksualnych w sposób zapewniający im, w danej sytuacji na rynku, największą opłacalność. Pomagałeś nie tylko odkrywać seksualność nieletnim, ale także pomagałeś im czerpać z tego zyski.
Szkoda tylko, że te nasze rozmowy, często były bez słów. No i szkoda, ze odbywały się tak rzadko: tylko na widzeniach i w przerwach w odbywaniu kary.

Zanim przyjdzie Ksiądz

Chcę, żebyś wiedział Tato… I Ty mamo – że to dzięki Wam tak mocno zbliżyłam się do Kościoła. Czułam się nieco … zagubiona, jako dziecko.
No i Ksiądz Proboszcz wyczuł to. Taki miał węch!
I bardzo mi pomógł psychicznie. Rozmową.
Na początku czułam się nieco zmieszana, kiedy mówił.
Nawet raz chciałam uciekać. I wołałam: „Mamo! To boli”.
Ale potem, jego słowa: „Ty mała … . Nie płacz! Bóg Cię kocha! Poprzez moją osobę. Dostąpisz eucharystii. Dzięki mojemu paschałowi, łaski pełnemu. Jeszcze w odbyt… Będzie, jak wniebowstąpienie” – wywoływały we mnie pusty śmiech. No i poczucie zadowolenia. Z zemsty.
Pytacie się: Mogłam uciec? Na kim zemsty?
A dokąd miałam uciec?
Do neurotycznej matki, która swoje niepowodzenia w życiu rekompensowała sobie dziełem zniszczenia? Mojego życia. Taki masz mamo zmysł kreacji. Rodem z formułki: bo dzieło zniszczenia jest święte, jak dzieło tworzenia.
Do Ciebie Tato? Zastanawiałam się… Pytałam się nawet. Ale to było niemożliwe. Nieletnich nie przyjmowali do więzienia. Tak mi powiedział strażnik, kiedy Cię odwiedzałam.
Do księdza? On sam przychodzi, cały czas. I cały czas mówi, że to dla mojego dobra, udziela mi komunii. Bo chyba nie chcę, żeby dowiedzieli się wszyscy o naszych eucharystiach.
No to Wam powiedziałam rodzice, żebyście pierwsi wiedzieli. Przed sąsiadami.
A zemsty już nie ma: nauczyłam się wybaczać, jak każe Biblia.
No to jeszcze raz chciałam Wam podziękować: to za Waszą przyczyną stałam się dobrym człowiekiem. Potrzebnym w społeczeństwu.
Po opłatku?
Zanim przyjdzie Ksiądz Proboszcz...
Prawo czy miłość 2010-12-13
Odwiecznym dylematem osób sprawujących władzę, podobnie, jak osób tworzących prawo są granice władzy i granice tworzenia prawa.


Niejednokrotnie osoby te są wewnętrznie rozdarte: przeżywają wewnętrzny konflikt tragiczny, który polega na zderzeniu dwóch racji, które zawsze są równorzędne. I musi skończyć się ten konflikt obustronna porażką.

Zapewne by temu zaradzić, jakiś czas temu, na forum Rady Europy głosowano nad rezolucją wzywającą państwa członkowskie do uznania prawa do klauzuli sumienia.

I słusznie, bo każdego z nas obowiązują przepisy prawa: stanowionego lub moralnego albo prawa miłości! Czasem te normy prawa - stanowionego i wewnętrznego - mogą tworzyć prawdziwa klatkę.

A ludzi wierzących, członków społeczeństwa kwalifikowanych moralnie, obowiązują nakazy i zakazy wynikające z wiary, z czego bywają publicznie rozliczani. Wiara bowiem nakłada na wyznawcę dodatkowe ograniczenia - które wcale nie muszą być skodyfikowane – podobnie, jak silne przekonanie, czy miłość także warunkuje zachowania nieuniknione czasami.

Przykładem normy prawnej, która może powodować – u niektórych członków społeczeństwa – konflikty moralne, godne co najmniej Antygony, jest art. 8 ustawy z 6 czerwca 1997 r.. Przepisy wprowadzające kodeks karny (Dz.U. Nr 8, poz 554 ze zm). Zgodnie z tym przepisem, kto powoduje oddanie osoby w stan niewolnictwa lub utrzymuje ją w tym stanie albo uprawia handel niewolnikami, podlega karze pozbawienia wolności na czas nie krótszy od lat 3.





Tymczasem, nie tylko w zaciszu domowym polskich „Fritzli”, ale także w sferze publicznej, można dostrzec przejawy zaczątków wspomnianych konfliktów moralnych. Przy czym nie są to przejawy nieśmiałe: bo tłumione przez społeczeństwo popędy, ujawniają się w pełnej krasie.

I tak, na pierwszym z brzegu portalu społecznościowym, takim jak facebook, czy nasza klasa, możemy znaleźć wpisy, takie jak:

„Uwielbiam napier…lanie w goły tyłek aż do krwi (…) Jestem wierna, posłuszna, zrobie dla ciebie wszystko. Im bardziej będziesz brutalny, tym lepiej dla mnie.”

Albo

„Sześćdziesięciolatek wolny, szukam niewolnicy (…). Zwiążę Cię, skatuje Cię na różne sposoby. Będziesz żałować, ze urodziłaś się. Będziesz prosić o łaskę”.

Lub

„Jestem brutalnym i męskim homoseksualistą, który pozna wymoczkowatego pedała, aby zrobić z niego faceta z prężną pupą. Przy mnie poczujesz, kim może być prawdziwy homoseksualista”.



Smutny i rozpaczliwy jest to znak naszych czasów, kiedy wrodzone skłonności – bez ich wartościowania – miast znaleźć ujście w domowych pieleszach, wychodzą na światło dzienne, prowokując do działania tak organy ścigania prokuratury, jak przedstawicieli kościołów.
Recepta na sukces 2010-11-29

To bardzo ważne w życiu żeby czuć się potrzebnym. I pożądanym. Bez tego wewnętrznego przekonania trudno żyć. Człowiek popada w rutynę. Eeee… nic go nie cieszy. Traci umiejętność nawiązywania kontaktu z „bliźnimi”. Staje się chory na otaczający go świat. Rozumiecie panowie?

Zatem to wewnętrzne poczucie bycia potrzebnym to lekarstwo dla mojej duszy: muszę zażywać je regularnie.

Kim jestem z zawodu? No wiecie panowie kim jestem, bo inaczej nie przyszlibyście do mnie. Jestem lekarzem pogotowia. I jeżdżę pomagać ludziom. W pogotowiu.

Wydawałoby się, cóż łatwiejszego w zawodzie lekarza, niż czuć się potrzebnym…. Otóż nie: ludzie, którzy dzwonią po karetkę, wcale nie potrzebują tylko lekarza od ciała. Oni potrzebują czegoś więcej: potrzebują lekarza od duszy. Znaczy też chcą czuć się potrzebni. Taaaak…. Na czym to ja skończyłem?

Że chcą czuć się potrzebni? Pozwolicie panowie, ze napiję się? Zawsze w tym momencie wzruszam się i zasycha mi w gardle. To był decydujący moment, kiedy to zrozumiałem, z tą potrzebą afiliacji. Wtedy podjąłem decyzję, co robić w życiu. A panowie spróbujecie.? Mam wyborna żytnią. Z colą? No dobrze, to chociaż po małym. Wiem, wiem…. Intoto orbe terrarum, non sunt alko ola perfecta.. Ale zawsze jakaś namiastka. Szczęścia.

Nie zapomnę oczu tej pierwszej staruszki, której zaordynowałem melisę na uspokojenie i paracetamol. Te oczy wściekłej kocicy, pełne oburzenia…. A następnego dnia wpłynęła na ręce dyrektora szpitala skarga, ze zlekceważyłem pacjenta. Że mógł umrzeć. A ja, że nie powinienem pomagać ludziom. Bo nie potrafię.

Dyrektor zagroził zwolnieniem, jak nie poprawię się. I nakazał traktować pacjentów, zgodnie z przysługującymi im prawami z Karty Pacjenta. No zabił mi ćwieka z tym traktowaniem „z przysługującymi im prawami”. Czyli z jakimi, powiedzcie panowie? Z żadnymi? Dobrze, ze miałem w ekipie pana Zenka, kierowco-pielęgniarza. Wirtuoza lewatywy, jak potem okazało się. On wziął, początkowo, staruszki na siebie. Dosłownie i w przenośni. Miał tam jakieś problemy rodzinne z żoną, to i powołanie do pomocy bliźnim posiadał. Cały czas mówił, że naprawdę szkoda że tak mało kobiet jest do analka przekonanych. Bo facetów to naprawdę rajcuje. A i z tymi resztkami kału to przesada, wystarczy że kobieta przed pójdzie na kibelek, potem dobrze się umyje i żadnych nieczystości nie będzie.
Żadna już skarga nie wpłynęła na mnie. To co? Po maluchu jeszcze? Doskonale, ja tez napiję się. Ale wyborowe, dla odmiany. Z Zenkiem był ten kłopot, ze nie chciał leczyć facetów. No mówił, że może i lubi anal, ale pedał nie jest. Dla facetów musiałem sam coś wymyślić. No trzy dni myślałem, ale wymyśliłem. Jak tylko przyjeżdżałem do mężczyzn, to od razu – siup! I zastrzyczek z fenatylu. Albo tiopentalu. Albo heksobarbitalu. Żebyście panowie widzieli wdzięczność w ich oczach, zanim zasnęli. Jak oni mnie kochali! Potem pavulon, wizytóweczka z adresem zakładu pogrzebowego dla rodziny, gdyby coś nie tak….. i pełen odjazd!

Coś nie tak powiedziałem? Panowie tak patrzycie po sobie… W porządku wszystko? Jeszcze po maluchu? Nie? No cóż i tak chyba wystarczy: he, he…

Od zakładów pogrzebowych nic nie brałem. Wystarczała mi ich wdzięczność. No i poczucie, ze jestem potrzebny. Dopiero potem, jak pan Zenek rozbestwił się z tą lewatywą i zaczął hurtowo doprowadzać samotne staruszki do orgazmu, zawarliśmy kontrakt z zakładami. Bo pan Zenek na orgazmie nie poprzestawał niestety: wstrzymywała go dopiero …. perforacja jelita grubego – bo tak to określałem w karcie zgonu. A z ciałami staruszek coś trzeba było robić, by jakiś debil nie dopatrzył się śladów Zenzowych fantazji. No.. oczywiście tak, żeby czuć się potrzebnym. No to mieliśmy po stówce od zwłok. A za trzy dni pracy, to i na Teneryfę można było czasem lecieć. Do pięciogwiazdkowego hotelu.
Co się panowie tak na mnie patrzycie? Myślicie, że zwariowałem opowiadając wam tą historię? No.. może trochę. Ale ja po prostu szczery jestem od urodzenia, do bólu. Nie potrafię ludzi okłamywać. Nawet trzech funkcjonariuszy CBŚ naraz. Zresztą do wycieczki na Tahiti brakuje mi czterystu złotych. Że was jest trzech, a nie czterech? Nie no, spokojnie! Jest jeszcze Zenek. Już gotowy. Przecież to świr kompletny. A ja, jako lekarz musze dbać o reputację… . Złożycie raport?
Nie sądzę: takiej mieszaniny benzodwuazepin, butyrofenonu i alkoholu nikt jeszcze nie przeżył.
Mam nadzieję, ze przyjemnie wam będzie z Zenkiem w jednym zakładzie.
Może to i świr, ale porządny facet….


Sadyści 2010-11-23

Odkąd pamiętał otaczali go. Byli zawsze i wszędzie.
Do tej pory pamiętał, jak w przedszkolu, kiedy nie dał rady zjeść mielonego z ziemniakami, Pani powiedziała mu, ze nie wstanie od stołu, zanim nie skończy posiłku. Innym dzieciom pozwoliła za to bawić się. Kiedy dwie godziny później wciąż nie zjadł, Pani zarządziła zbiórkę całej grupy koło jego stolika: żeby grupa zobaczyła, jak nie należy jeść.
Potem było już tylko gorzej.
W szkole szybko Wychowawczyni wyznaczyła mu miejsce odpowiednie dla – jak to określiła – jego możliwości intelektualnych. Była to pierwsza ławka. Wychowawczyni była szlachetna: klasie powiedziała, żeby nie mylić pierwszej ławki ze znaną z książek historycznych „oślą ławką”, ponieważ – jak to ujęła – „nomenklatura się zmieniła”.
Wychowawczyni zresztą nie zmuszała go, za często, do siedzenia w tej pierwszej ławce: większość czasu i tak spędzał w kącie. Lub za drzwiami.
Czuł się przez to nieco pomijany.
Kto wie, do czego by doprowadziło to poczucie „społecznego osamotnienia”, gdyby nie zajęcia z Wychowania Fizycznego. Na nich Nauczyciel pozwalał mu pokazać klasę: pompki, na zmianę z przysiadami, robił – podczas, kiedy inni grali w kręgla albo w warcaby - przez całe lekcje: dwa razy w tygodniu.
No i starzy, Ciągle czegoś od niego chcieli, nękali go. Wpierw całymi dniami, potem miesiącami i latami: osobiście i telefonicznie.
„odrób lekcje”, „przygotowałeś się do klasówki?”, „idź do kościoła”, „ubierz się czysto”, „używaj prezerwatyw”, „zacznij zarabiać na swoje utrzymanie”, „może byś kupił coś innego oprócz gołdy i marychy!”, „napisz doktorat, jak ojciec Ci wszystko załatwił u Profesora H.! Obronisz na pewno, on jest teraz Prezesem NSA, a ze zdaniem czołowego przedstawiciela Polskiej Akademii Nauk i Kierownika Zakładu Prawa Europy – Prezes Najwyższego Sądu Administracji musi się liczyć!”

Trwało to aż do jego czterdziestych urodzin, pamięta to dokładnie. To wtedy dowiedział się, jak nazywa się to, co robili jego starzy: mobbing i stalking. No i dowiedział się o Prawach Dziecka i aktach prawnych, gwarantujących te prawa: Konstytucji RP, ustawy o rzeczniku praw dziecka oraz Konwencji Praw Dziecka.

Wreszcie mógł, po raz pierwszy w życiu, postawić na swoim. I wytknąć starym, że ma prawo do kultury, wypoczynku i rozrywki, wszechstronnego rozwoju osobowości,
dostępu do informacji, ochrony przed wyzyskiem i poniżającym traktowaniem, prywatności.
Jak też prawo do zabezpieczenia socjalnego, czego nie omieszkał się wytknąć rodzicom przy wieczornej kolacji, przygotowanej przez mamusię: szybko kończyła się nędzna pensja i kieszonkowe wydzielane przez starych.
„- Kultury?!!! Zabezpieczenia socjalnego?! – zaryczał stary, niczym ranny łoś – Jakiej kultury imbecylu! Obetnij włosy najpierw!”
„-Nawet brak kultury jest kulturą – zgasił starego sloganem zasłyszanym na studiach- Zresztą Sąd orzeknie, kto ma rację”
Trzasnął drzwiami i wyszedł.

Nie czekając na przeprosiny starych wysłał mejla do kumpla:
„ Wchodzę. Wytaczamy powództwo cywilne o zadośćuczynienie za szkody niematerialne spowodowane przez naruszenie dóbr osobistych takich jak zdrowie psychiczne , wolność, cześć, swoboda sumienia. Dodamy żądanie odszkodowania spowodowane pogryzieniem przez chomika ojca, co zostało spowodowane brakiem właściwego nadzoru nad bestią.”

W końcu odegrał się, na wszystkich sadystach, którzy go otaczali< Za wszystkie krzywdy!




One shot, one love 2010-11-18

Lekarz wpatrywał się w niego bez słowa. Niczym bazyliszek.
W końcu zapytał:
-Obcisłe rzeczy Pan nosi? Spodnie, majtki, skarpetki?
-Noszę, bo trzeba mieć styl.
-Pije Pan? Dużo?
- Piję. Ale nic nie pomaga
- Taaaa… - Lekarz zamruczał z niedowierzaniem - Narkotyki?
- Czasem trawka. Albo jak kolega poczęstuje czasem brodnikiem.
Lekarz popatrzył się z nieskrywaną już bazyliszkową zawiścią.
Nie wytrzyma! I dał wyraz zawiści:
- Drogi panie! Prawidłowy ejakulat ma objętość od 2 do 5 ml, na każdy ml przypada od 20 do 300milionów plemników. Co najmniej 30% ma prawidłową budowę, a przynajmniej 40% ma średnią prędkość wynosi nie mniej niż 25l'm/s.
Tu przerwał, ale tylko na chwilę:
- U pana, te wskaźniki należy podzielić na pół…. Znaczy jest pan w połowie mężczyzną. Często Pan spółkuje? –kończąc rozmowę zadał pytanie, ze słabo tajoną ciekawością
- Raz, dwa razy w miesiącu
-Za rzadko. Proszę sobie wyobrazić, że nie jest Pan w połowie mężczyzną. A prawdziwą, w pełni sprawną jednostką społeczną. No musi Pan potwierdzić jakoś swoją męskość! Mężczyzna bez jaj, to nie mężczyzna!


Pacjent zamknął starannie drzwi gabinetu. Przepuścił następną osobę w kolejce, które weszła do środka nie czekając na wezwanie lekarza. Zamyślony podszedł do recepcji zapłacić rachunek za wizytę. Zapłacił. Nagle, jakby ocknął się, raźnym krokiem ruszył w kierunku wyjścia. Wyglądało na to, że wie, co ma robić.

Nie minął miesiąc, a kobiety w mieście popadały w radosny stan ekscytacji: zaczęły dbać o siebie, staranniej się ubierać, wybierały najdogodniejszą - dla ich celów - drogę do pracy. Kilka z nich szczyciło się przeżyciami niedostępnymi dla innych i z duma o nich opowiadały. Inne starały się, w jakiś sposób dorównać koleżankom i wzbudzić zainteresowanie innych osób, otaczających je i …. też opowiadały.
Mężczyźni zaś organizowali obławy, plakatowali miasto, a pula nagród dla osoby bądź osób, które pomogą w złapaniu sprawcy lub sprawców „ataków”, wzrastała nieumiarkowanie. Powstawały najrozmaitsze portrety pamięciowe.


I tylko sprawca, opisany powyżej pacjent, który starał się wykonywać polecenia lekarza najlepiej, jak umiał – pozostawał niepocieszony.
Bo nie pomagało.

Specialite de la maison 2010-10-28

Ojciec przyrządził to królewskie danie zgodnie ze wskazaniami – jeszcze swojego ojca.
Młodemu bardzo smakowało. Zjadł dwie dokładki.

Potem dni stały się tak podobne do siebie. Coraz dłużej spał, coraz rzadziej wstawał i coraz rzadziej uśmiechał się. Zresztą za ciężko mu było nawet uśmiechać się. Cały wysiłek wkładał nabieranie powietrza i wydychanie go.
Do czasu, oczywiście. Do tego czasu, kiedy było mu już lżej. Bo oddychał za niego respirator.
Nastrój młodego w następnych tygodniach był wyznaczany przez malejący poziom wydolności funkcji wątroby. Az do całkowitego prawie ich zaniku.

- Tato, chcę być z Tobą
- Jesteś
- Ciężko mi oddychać. Boję się. Tak bardzo boli.
- Nie bój się. Jestem z Tobą.
- Boli… Pomóż mi.
- Nie potrafię.
- Powiedziałeś, ze pomożesz, jak przyjdzie czas.
- Nie potrafię. Naprawdę nie potrafię trzymać martwego syna w ramionach. Powiedziałem, ze potrafię, ale to nieprawda. Przepraszam Cię, synku. Jesteś najlepszym dzieckiem pod słońcem. Zawsze byłeś i zawsze będziesz. Ale to nie wystarczy, żebym Cię zabił. Bo nie potrafię tego zrobić.
- Nie chce być sam. Kiedykolwiek.
-Nie jesteś. Jestem cały czas przy Tobie. I będę zawsze. Pomyślisz o mnie i …. Już jestem. Nie bój się! Wytrzymasz! Jeszcze trochę. I będziesz tam, gdzie zawsze świeci słońce. Po prostu weź mnie za rękę.


Schwycił mocno dłoń syna. Trzyma ją tak długo, aż młody zasnął. A potem on także zasnął.
Śniło mu się, że pływa w rzece,. Nurkowa po kamienie. Jednego nie mógł wyłowić, próbował kilka razy.
W końcu udało mu się.
Był lodowato zimny i śliski. Ściskał go w dłoni, jak najcenniejszy skarb. Aż obudził się, ściskając w dłoni ten lodowaty kamień.
To nie był kamień.
To była dłoń młodego: zimna i śliska.



Bardzo mu smakowały te smażone kanie. Młody zjadł dwie dokładki.
Tak żałował teraz, że młody nic dla niego nie zostawił.
Wieczór gimnazjalisty 2010-10-27
Hania miała problem ze swoim synkiem.
Poszła do Pani Psycholog.
Pani Psycholog wiedziała, jak trzeba postępować. I od razu poradziła synkowi:"..." jak czujesz, że coś Cię denerwuje, to nie tłamś emocji. Wyraź siebie po prostu. Wykrzycz to i wytup! Nie zło nie tkwi w Tobie. Niech inni ludzie dowiedzą się, ze cierpisz. I niech Ci pomogą. Musisz pamiętać: nie jesteś sam. Żyjesz w społeczeństwie. A inni ludzi powinni Ci pomóc. Bo od tego społeczeństwo jest, żeby pomagać.


Mama potakiwała: tak, tak synku. Nie duś w sobie nienawiści. Wykrzycz to. Wyrzuć z siebie. Będzie lepiej. A ja z ojcem... i tak będziemy Cię kochać. Byleś był szczęśliwy.

Chłopiec wyszedł z gabinetu Pani psycholog na korytarz lecznicy. Potem z lecznicy -- na ulicę. Odprężył się. Nic złego nie stało się. Było dobrze.
Był prawie szczęśliwy. Prawie, bo poczuł, że coś go ssie. W żołądku.
To przez te papierosy -- zakonotował. Miał tak - to ssanie - odkąd rzucił wczoraj palenie.
Chciał zapalić, w odruchu obronnym, ale jak sobie przypomniał, że rzucił palenie, to tylko mocniej podirytował się .
A jak podirytował się, ze nie może zapalić, to od razu zaczęło go suszyć.
Na nerwy niezawodnie pomagała mu witamina B zawarta w piwku. Jak na złość piwka nie miał: nie wziął do psychologa. To też go wkurwiło.
I do tego jakoś tak... zimno było. Nieprzytulnie. Piździło straszliwie. Mendownia, nie pogoda. Jak w psiarni.
Każdego by ta pogoda podirytowała.
Chłopiec, kiedy tylko pomyślał o tej o psiarni, to od razu przywołał w myślach twarze wszystkich pracowników Komendy Rejonowej Praga Północ.
Wiedział, że wszystkich, bo przeprowadził czynności sprawdzające fejsbuku: żeby nie pomylić się, kiedy uciekać.

Mamo, to ja pójdę się pouczyć do Kamila
Przecież dziś piątek
Ale czuję głod wiedzy.
Idź

Mama wsiadła do autobusu.
A chłopiec schował się do wiaty na przystanku.
Zobaczył jakieś próchno palące papierosa i rozmawiające z żoną.
Tu już miarka przebrała się: chłopiec bardzo zdenerwował się:
że próchno, że papieros, że rozmawiające, że z żoną.
No i - oczywiście - że pod wiatą.
Przypomniał sobie rozmowę z psychologiem. Jego nauki: "wyraź siebie, wyrzuć to, co Cię dręczy".
Chłopiec podszedł powolnym krokiem do próchna. Spojrzał na próchno wzrokiem, w którym skryte były chłopięce marzenia i rozterki. Po czym wyjebał próchnu z dyńki. Poprawił sierpem i dokończył nogą.
Żonę próchna potraktował cegłowską, która leżała koło próchna. Po sąsiedzku.
Teraz po sąsiedzku cegłowskiej leżała też żona próchna. Wyciekał z niej jakiś czerwony płyn.
Synek odetchnął z ulgą: był zadowolony. Miał z czego. Wyrzucił z siebie całą złość.
Poczęstował się papierosem z paczki próchna. Z czystym sumieniem, bo wiedział, że próchno nie potrzebuje już fajków.
Zaciągnął się z lubością.
Chłopiec powoli zaczął się uspokajać.
Ta psycholog wie, co mówi -- pomyślał z wdzięcznością i w uznaniu umiejętności profesjonalisty.
Wyciągnął komórkę. Swoją.
Wie mamusia co... Ma mamusia rację: dziś piątek. Nie ma co się uczyć.
Super synku.
To ja zaraz będę w domu.
Zrobię herbaty.
Błąd 2010-10-22

Krasnal Henio był smutny. Niby taki sam, jak inne krasnale – a jednak …. .
Tak, tak. Wiem. Pozory świadczyły o tym, że był, jak inne - niski, gruby, śmierdział czosnkiem. Miał skołtunioną brodę i nie mył się za często, więc z reguły był brudny. Jak zresztą miał myć się, skoro, jak każdy krasnal, chodził ubrany w kolczugę, a z toporkiem i mieczem nie rozstawał się nawet w latrynie.
Henio był niezbyt inteligentny. Właściwie to nawet całkiem tępy. Może stąd brały się jego problemy w terminowym skorzystaniu z toalety we wspomnianej konfiguracji: Henio w kolczudze, podtrzymujący wysiłek zwieraczy ostatkiem sił oraz toporek i miecz w każdej ręce.
Jak jest ryba – pila, to chyba może być też krasnal-młot? No to był Henio młot.
Do tego wszystkiego nie miał powodzenia u płci przeciwnej. To znaczy nie tylko u krasnalic, ale u jakiejkolwiek płci przeciwnej.
Henio bowiem nie gardził ani owieczką, ani jałówką, ani skorą do figli – kózką, o wilgotnej sierści. Co więcej, Henio, ku obrzydzeniu swoich kumpli krasnali, nie gardził nawet ludzkimi dziewicami.
Znaczy nie musiał, prawdę mówiąc, gardzić. Ludzkie dziewice same nie garnęły się do Henia: zapach czosnku pomieszany z zapachem popsutych zębów, sklejona zaschłą plwocina broda oraz wzrost, jakby przeciętnego czytelnika fantastyki, załatwiały sprawę.
Może z tych samych powodów nie darzyły go sympatia ani krasnolice, ani, kózki, ani nawet jałówki?
W każdym razie Henio musiał radzić sobie w tych sprawach, zupełnie jak każdy inny krasnal.
Bo, jak wspomniałem, inne krasnoludy, z racji podobnej do Heńka fizjonomii, nie cieszyły się również, z małymi wyjątkami, względami płci przeciwnej.
Te małe wyjątki natomiast dotyczyły tych krasnoludów, którzy wykorzystywali w konkurach umiejętność gwałcenia, albo byli skłonni wynagradzać sowicie usługi wybranek.
Inni musieli kombinować w sposób typowy dla krasnali, z zachowaniem standardów wiary typowych dla krasnoludów.

Krasnoludy bowiem, jak wiadomo, miały pewną przywarę: nikomu nie wierzyły. Nawet najbliższemu przyjacielowi.
Nie bez powodu, większość z krasnoludów odmawiało, co wieczór, modlitwę: „Panie Boże chroń mnie od przyjaciół, bo od wrogów obronię się sam”.
Przywara ta miał wpływ na sposób zaspokajania ich potrzeb. Po prostu krasnoludy, z powodu tej nieufności, radziły sobie same.
I Henio robił tak samo, od małego. Prawie codziennie.
A że talent miał tak wielki, jak popęd, uparty był jak stary cap, a przy tym zaliczał się do jednostek niezależnych a samodzielnych, to nie zrażał się porażkami i stał się sławnym, w całym krasnoludowie, wirtuozem masturbacji.

- Początki były trudne – mówił w prawie każdym wywiadzie – Ale praktyka czyni mistrza. Jak mi coś nie wychodziło, to próbowałem jeszcze raz. I jeszcze. Aż do skutku, aż do zupełnego wyczerpania. Tak, jak Kasparow jest królem szachownicy, ja stałem się królem napletka. Nie przeszkadzał mi mróz, nieopłacony czynsz, czy obecność rodziców. Po prostu robiłem swoje; to, w co wierzyłem, że dobre dla mnie. Masturbacja stała się moją drugą naturą. To był … zew Boga. Dotarła do mnie ta iluminacja, kiedy zdałem sobie sprawę, jak wielkie poczucie bezpieczeństwa daje mi powtarzalność ruchów i codzienny a całodzienny rytuał. I pewność rezultatu.
Henio, z czasem zaczął dzielić się doświadczeniami z innymi: otworzył szkółkę masturbacji dla krasnoludów.
Chodził między licznymi adeptami sztuki i ze znawstwem ordynował:
- Ty, parchaty, nie tak ręka! Kąt prosty ma być. I delikatnie zsuwasz… Nieeee, tak to możesz paliki sobie strugać dla krów.
- Delikatnie trzymaj, to nie łopata. Z uczuciem złap. Tak jakbyś najcenniejsze ostrze wykuwał, najdelikatniejszym młotem. Tak trzeba.
- Kaprawy! Miałeś dobry początek, ale potem osłabłeś. A finał to zupełnie do bani…. Nie machaj nim na końcu, jak batem. Bo to nie bat. To przyrodzenie, dar Boga. Boży miecz. To traktuj ten miecz w przypisany mu sposób. Kochaj. I czuj.

Dzień Henia był wypełniony najróżniejszymi obowiązkami związanymi ze szkołą.
Rano wykłady. Potem ćwiczenia. Następnie, zajęcia kondycyjne na Sali gimnastycznej. Na końcu pokaz techniki Henia dla najmłodszych, połączony z naukowym dyskursem i samokrytyką.
I właśnie podczas pokazu techniki połączonego z dyskursem, kiedy Henio stał na podium, padło to pytanie z sali:
- A dzieci z tego będą?
Henio zastygł bez ruchu dzierżąc w jednej ręce przyrodzenie, a drugą trzymając, w geście pozdrowienia „Ave Cesar”, nad głową. Chciał zrobić krok w stronę pytającego, ale nie dał rady.
Może to przez opuszczone spodnie, może przez przydeptana brodę, a może ze wzruszenia.
Nie wiedział, ale i tak dotarła do niego straszliwa prawda: dzieci z tego nie będzie.
To wszystko to był próżny, trud.
Niepotrzebny ani dla Henia, ani dla innych krasnoludów.
Po prostu błąd.




Fascynacja 2010-10-15


Krew mnie zawsze fascynowała. Już jako dziecko bawiłem się strzykawkami, wyobrażałem sobie pobieranie krwi, zabiegi. W ogóle nie myślałem, że mógłbym być w życiu kimś innym.
W szkole byłem szczęśliwy. Może dlatego, że byłem nieszczęśliwy w miłości?
Na lekcjach biologii oglądałem umieszczone w gablotach narządy wewnętrzne różnych zwierząt, tasiemce, pająki i motyle. W domu, w oczekiwaniu na zajęcia z biologii, sam przekłuwałem szpilką muchy i motyle. Robiłem sekcje żuków i ślimaków. Nadmuchiwałem żaby. Czasem trafił się jakiś inny, drobny zwierz, wdzięcznie rozchylający trzewia pod skalpelem.
Naprawdę, mówię Pani, początki nie były łatwe. W szkole pielęgniarskiej ciągle robiło mi się niedobrze od ssania. Kiedyś nawet zemdlałem przy badaniach. A koleżanki nikczemnie wykorzystywały, kiedy byłem pijany, moje skłonności. Fuj! Nauczyciel kazał – w trosce o mnie - nawet przemyśleć mój wybór.
No i te zęby. Niby nikt nie ma idealnych, ale…. Mam fatalny zgryz, o widzi pani? Zachodzą, jeden na drugiego. Jak krzyże przy drodze, albo pod Pałacem Namiestnikowskim.
Dlatego krew ciągle kapała mi po brodzie na pacjenta. Zanim doszedłem do laboratorium połowa była na ubraniu albo na podłodze. Much było pełno.
Koledzy się ze mnie wyśmiewali. Krzywousty, tak na mnie wołali. Jak zły byłem na nich, to nie ssałem. I z tej złości egzaminy na piątki pozdawałem, żeby nie było, ze tylko do ssania nadaję się.

Teoria – teorią. Ale z wykonywaniem wyuczonego zawodu w praktyce było gorzej. Bo nikt nie chciał mi praktyk zaliczyć: trzeba było pobierać po dwa razy! No i gryźć, co najmniej, dwa razy. Pacjenci unikali mnie, bo nie dość, ze bali się bólu kilkukrotnego gryzienia, to nie zdarzyło się, żeby pacjent wyszedł czysty. Ja zresztą musiałem też zacząć nosić czerwony kitel i czyścić zęby po każdym pacjencie. To zresztą też niewiele pomagało, bo zacieki na ubraniu zostawały. Krew się cholernie ciężko spiera. No i kły zaczynały odbarwiać się.

Zarzuciłem pilęgniarkę i poszedłem na studia. Na prawo, bo tam nie trzeba za dużo myśleć. Potem trochę pracowałem jako prawnik w zakładach mięsnych, gdzie robili kaszankę. Nie mogłem wyzwolić się z pragnień młodzieńczych i chciałem uzbierać na aparat. Wyprostować te nieszczęsne zęby. Wie Pani jaki aparat? Taki, jak teraz co drugi nosi.
Ale papierkowa robota to nie dla mnie. Nie mogłem wytrzymać za biurkiem, uciekłem po dwóch miesiącach: zapach kaszanki wciąż nęcił i nęcił, a dekoncentrował. No i zaczęli robić to głupie dochodzenie w sprawie nocnych pogryzień. A bo to ja je zapraszałem do mnie? Same pod kieł wchodziły, napalone.
Zgłosiłem się do pogotowia na sanitariusza. Pomyślałem sobie, że może u nich mi się uda. Wiadomo, praca ciężka, kiepskie zarobki, to mało chętnych. No i w czasie akcji może nie będą tak bardzo zwracać uwagi na tę higienę. No i okazuje się, że miałem rację. Daję radę. Chłopaki mnie lubią, bo chociaż zęby krzywe, to prosty ze mnie gość. A ludzie, co ich ratuję, to w ogóle nie zwracają uwagi na te plamy. Są szczęśliwi, że żyją. Co tam brudne ubranie, nieświeży oddech, czy brudny ząb! No bo, czy czystość jest w życiu najważniejsza? Nie! Najważniejsze to robić to, co się lubi. I nie zwracać uwagi na tych, którzy mówią, że się do tego nie nadajesz.
A teraz proszę usiąść wygodnie, rozpiąć górne guziki bluzki.
Proszę się nie wyrywać, sama Pani tu przylazła! Może dam Pani jakąś chusteczkę, nie martwi się pani, że się pobrudzi? A ty suko, gryziesz?! Poczekaj, ja Ci zaraz pokażę, jak się gryzie!
Myślisz, że jak mam krzywe, to nie potrafię? Nie taką jak Ty obsługiwałem i była zadowolona.
No naprawdę…. Proszę się przez chwilę nie wyrywać, będzie ukłucie.
A chyba oboje nie chcemy, żebym źle trafił?.
Cześć!vJestem Obcy. 2010-10-14
Każdy z nas, prawie co dzień, w niektórych sytuacjach odczuwa, że nie jest równy drugiemu. Nie ma w tym nic złego i nic nienormalnego, bo zawsze znajdzie się jakaś cecha, która sprawia, że jeden czuje się gorszy lub też lepszy od innych.

I tak, na przykład, żeby poczuć się mieszkańcem dużego miasta, rok nie wystarczy. Nie wystarczy też, żeby „rodowici” mieszkańcy traktowali przyjezdnego, jak swojego.
Stare warszawianki twierdzą wprost „Po wojnie nawet łobuz miał swój kodeks honorowy, ludzie byli milsi i lepsi, śpiewali warszawskie piosenki, mówili tutejszą gwarą. Dziś przyjeżdża tu każda swołocz.”
Przyjezdnych wini się za architekturę, nowoczesność, kolory, upadek obyczajów, złodziejstwo, brud i zalegające śmieci. Za wszystko.

Natomiast przyjezdni twierdzą – w odniesieniu do stolicy - że warszawiakiem jest ten, kto się uważa za warszawiaka! To, że ktoś się w Warszawie urodził, to żadna zasługa i o niczym tu nie musi świadczyć. I zwracają uwagę, ze to nie ich wina, że dobrych miejsc pracy jest za mało dla „rdzennych” i „przyjezdnych”. No to trzeba się pozbyć konkurencji, nie przebierając w środkach. Tako powiada prawo Darwina i prawo działań mafijnych.
Skrzętnie natomiast ukrywają – zamiast czerpać z tego dumę – że pochodzą z
malutkiej wsi. I tylko po pijaku wyjaśniają, że jest to zapadła dziura i że super
jest się stamtąd wyrwać. A mieszkać w dużym mieście to…. Nobilitacja. Prawie taka, jak habilitacja albo koegzystencja.
Do tego dochodzi swoiste rozdwojenie jaźni: na stałe mieszkają gdzieś
w Polsce. Natomiast „w mieście” wynajmują mieszkanko i nie meldują się. Będąc w mieście, krytykują to miasto i ich mieszkańców: to ich obrona przed
nieznanym. Jakże ciężko poruszać się po mieście, wśród samochodów z silnikiem spalinowym.
Dlatego wiele dużych miast utraciło swój klimat.
W takiej Warszawie, nawet Starówka jest taka jakaś … obca. W urzędach warszawskich, jak sama nazwa wskazuje, pracuje wiele osób z innych miast. Ci ludzie Warszawy nie znają i nie czuja. Jeden powołany na stołek, ciągnie za sobą
„przyjaciół”. Bo miło poczuć się w obcym mieście, jak u siebie w domu.

Dlatego rodowici stają obcy w miejscu urodzenia i opuszczają swoje domostwa.
No bo ile można przypominać, że jak się wejdzie do cudzego domu to wypada zachowywać się grzecznie i nie pyskować na gospodarzy. A szkalowanie miasta które karmi i ubiera top jakoś tak nie licuje z powagą. Nawet przyjezdnego. Ile można bronić domu przed
przed dzikimi hordami przyjezdnych tatarów

W konsekwencji, w takiej Warszawie, większość przyjezdnych nie poczuje już, jak smakuje - wódka na Ząbkowskiej, pyzy na Różycu, czy nocleg na Kolskiej.
Czas umierać.

Nagonka 2010-10-14

Z bólem przeczytałem wyciąg z badania CBOS, z którego wynika, że zmanipulowanych przez media 58 proc. Polaków jest przeciwnych powstaniu w Warszawie pomnika Lecha Kaczyńskiego.
Gorycz moją osłodził wprawdzie fakt, ze „za” opowiada się 34 proc. badanych.
Osłodził jednak na chwilę tylko.
Bo od razu zdałem sobie sprawę, że nikt nie liczy się z tym, co czuje te 34 procent obywateli. Po prostu ziściła się przepowiednia Tocquevilla: demokracja zamieniła się w tyranię motłochu, który tłamsi wartościowe jednostki społeczeństwa. Tłamsi wyznawców Prawowitego Prezydenta.
Ci z „większości” uważają, że Prezydenta wystarczająco uhonorowano pochówkiem na Wawelu. Ale czy można kogoś uhonorować… pochówkiem? To wytwór chyba niezrównoważonych i niedojrzałych umysłów.
W nurt kampanii przeciw Prezydentowi wpisują się mieszkańcy Jego domu w Sopocie., którzy skarżą się na bałagan.
Co to jest ten bałagan?
Jako bałagan określa się ludzi, którzy po tragicznej śmierci Lecha i Marii Kaczyńskich, pół roku temu , wciąż pamiętają o prezydenckiej parze. I składają pod ich domem, w zorganizowanych wycieczkach, znicze, kwiaty. Modlą się i śpiewają, całą dobę, siedem dni w tygodniu – tak pieśni religijne, jak patriotyczne. Czasem uczczą pamięć Prezydenta symbolicznym toastem, żeby się rozgrzać.
Ja dziś już nie wstydzę się. Dorosłem bardzo szybko i dojrzałem. Nie wstydzę się, że należałem do tych, którzy mieli łzy w oczach i uśmiech na ustach, kiedy Lech Kaczyński meldował bratu wykonanie zadania.
Wiedziałem, jak bardzo politycznie nieopłacalny był to gest. Bo zbyt przejrzysty, łatwy do ośmieszenia. Bo dawał spontaniczny obraz polityka. A prawdziwy polityk strzeże swojej intymności i moralności, jeśli – w ogóle – ją posiada. Od tamtej chwili wiem, że jest coś ważniejszego niż marketing, wizerunek, czy PR.
Ten mój uśmiech, o którym wspominałem, trwa w niezmienialnym grymasie – do tej pory.
Przetrwał spory kompetencyjne z Tuskiem, Czerwoną Małpę, brawurowe podejście do lądowania w Gruzji i jeszcze bardziej brawurowe w Smoleńsku, Wawel, Zimnego Lecha. Uśmiech ten – i łzy – dzielnie podtrzymuje, od czasu kampanii reelekcyjnej na Urząd, Jarek, brat Prezydenta.
I jestem teraz przekonany, tak silnie, jak nigdy przedtem, że Pomnik powinien stanąć na Krakowskim Przedmieściu w Warszawie.
Dla obu.
Misja 2010-10-07


Miał już dwadzieścia pięć lat. To dużo w małym miasteczku. Jego koledzy mieli już poukładane życie: rodziny, stałe zatrudnienie, psy, samochody i kochanki.
On nie.
Nie żeby nie chciał. Chciał. Ale nie to było dla niego najważniejsze. No bo cóż warte są dobra materialne, jak dom, samochód, pies, czy stała praca – jeśli nie zostanie zrealizowany cel życia człowieka. Jego cel.
Uważał, ze życie jest za krótkie, by skupiać się na rzeczach przyziemnych. Bo byłoby to marnotrawstwo Daru Bożego.
Chciał być jak Matka Teresa z Kalkuty: dziecko boże, które swoją altruistyczna postawą stała się uosobieniem szlachetności, filantropii i bezinteresowności.
I on tez chciał stać się takim dzieckiem bożym. Właśnie poprzez dbanie o swój rozwój duchowy, realizację misji i zaspokajanie potrzeb wyższego rzędu.
Wiedział, bo wpojono mu to w szkole i w domu – że pieniądze szczęścia nie dają. Może ułatwiają życie i je umilają, lecz nie mogą dać tego, co najważniejsze: pamięci i sławy wśród współczesnych. No i u potomnych – co zwłaszcza w jego misji nie było bez znaczenia.
Do czego dążył?
Jego cele były tak proste, jak prosta była jego wiara.
On chciał być, po prostu……ojcem.
Nie raz i nie dwa.
Wiele razy.
I nie z jedną kobieta. Z wieloma.
Bo chciał rozpowszechniać dzieło Boga, jego Obraz i jego Podobieństwo – na całym świecie. Być wysłannikiem stwórcy. I jego członkiem tworzącym.
Nie było mu łatwo.

W konflikcie „być albo mieć” większość kobiet w jego wieku, wybrało „mieć”. Nie dawały mu szansy. Przeszkodą były te przyziemne sprawy: brak stałej pracy, domu, psa.
Może to i dobrze, ponieważ materiał genetyczny dziewczyny po dwudziestym pierwszym roku życia nie gwarantuje już zdrowego potomstwa.
Materiał genetyczny młodszych natomiast – wręcz odwrotnie. A i owszem, z przyjemnością.
Młodsze mówiły – „tak”. One, nieskażone jeszcze piętnem wyrachowania i cywilizacji, pragnęły dzieci. Zgodnie z naturalnym instynktem.
Zwłaszcza z takim mężczyzną, jak On: prawie dziesięć lat starszym, doświadczonym życiowo, przystojnym. Nietuzinkowym. Outsiderem.
Trochę niby bały się reakcji znajomych, rodziny. No i reakcji w szkole. Wiedziały, ze są jeszcze młode i mają na to czas, ale…. chciały.
No to miały. Co parę miesięcy – nowa. Nowego dzidziusia. Pełne podziwu dla jego mocy twórczych.
A on chodził, po ulicach miasteczka, jak…. Sułtan
Mógł być dumny: może nie miał domu i samochodu, ani nawet psa – jak jego koledzy.
Ale za to tylu dzieci nie miał żaden z nich.
Stał się legendą
I nakręcili o nim film.
Przyjaciel 2010-10-01


Przyjaciel to człowiek, który jest na dobre i złe. Jest się szczerym wobec niego i dzieli się z nim wszystkim co się przeżywa.
Ania zwykła mawiać: "Kto przestaje być przyjacielem, nigdy nim nie był." Bo prawdziwy przyjaciel jest niezawodny i jest zawsze przyjacielem. Ania wie, że jeżeli przyjaciel zepsuje się, to trzeba szukać nowego przyjaciela. Nikt nie jest niezastąpiony.
Ania jest osobą otwartą. Stwierdzenie, że pomiędzy mężczyzną i kobietą nie ma miejsca na prawdziwą przyjaźń uważa za wytwór chorych umysłów seksistów. Przyjaźń przecież nie zależy od płci, ale od „pokrewieństwa dusz”. Może być przecież tak, ze dwoje ludzi doskonale się rozumie. Wtedy płeć nie ma znaczenia.
Ania jest bezlitosna i sprawiedliwa. Swoich wrogów niszczy bez skrupułów. Świat i otaczających ją ludzi postrzega w kategoriach wróg albo przyjaciel. Zwykle wróg.
Zresztą Ani modli się często, by Bóg chroni ją przed przyjaciółmi. Bo: „od wrogów obronię się sama”. Bo o kim można powiedzieć przyjaciel?
To przecież jasne, w ocenie Ani: tylko o kimś, kto nas całkowicie rozumie i akceptuje można mówić, że przyjaciel.
Dlatego Ania często poddaje otaczających ją ludzi próbom. Żeby mieć pewność, ze nie myli się.
Kiedy wraca do domu rozpoczyna „próbowanie” obecnego przyjaciela z uśmiechem:
„Dlaczego tu tak bródno? Znowu dziś nic nie zrobiłeś? Czy myślisz, ze tyle ile zarabiasz wystarczy na utrzymanie domu? Popatrz na siebie, jak Ty wyglądasz! Jesoo! Wstyd mi za Ciebie. Brzydzę się Tobą. Mogę uprawiać z Tobą seks tylko wtedy, kiedy jestem pijana. Nie mogę znieść myśli, ze mogłabym być z Tobą w ciąży. I że dziecko mogłoby być podobne do Ciebie. Czy Ty jesteś chory? Dlaczego tak drżą Ci ręce, kiedy mówię do Ciebie? Myślisz, że wszystko Ci wolno w tym domu? Wiesz, myliłam się: nie odejdę od Ciebie. To byłoby niehumanitarne. Będą z Tobą z litości. Nie wiem, czy Ci mówiłam kochanie, ale jesteś najlepszym kochankiem, jakiego miałam. No, może za wyjątkiem Twojego najlepszego przyjaciela i Twojego ojca. Ty wiesz z kim się przyjaźnić… No i niedaleko pada jabłko od jabłoni”
Zdesperowana wraca zwykle do swojego starego przyjaciela.
Wyniku jej ciągłych poszukiwań i prób. Dzięki temu spotkała kogoś, z kim jest szczęśliwa i który ją rozumie. I akceptuje.
Bo nigdy jej nie opuścił w potrzebie
Może - zawsze - powierzyć mu wszystkie moje smutki. Podpowiada jej rozwiązania. Poprawia humor. Po prostu pomaga.
Przysięgła mu, ze pozostanie mu – za to wszystko, co dla niej robi - wierna już do śmierci.
Alkohol to jej jedyny .
Ten najwierniejszy przyjaciel......
Żółta febra 2010-09-23


Takashi Miike czuł się znowu dziś rano fatalnie. Na dodatek moskitiera w oknach nie chroniła: pod sufitem kłębiło się i bzyczało stado, „trzysztukowe”, wygłodniałych komarów. Zdawały się czyhać tylko na chwilę nieuwagi Takashiego.
Czuł się tak podle, że rzygał jak kot po tuńczyku nie zakupionym w markowej sieci delikatesów.
Takashi cierpiał także z powodu obezwładniającego bólu głowy i bólu pleców.
Tak było już od trzech dni, odkąd zapoznał się z tym chirurgiem z trzeciego piętra i z jego kumplem epidemiologiem
Poczuł ucisk w dole brzucha, więc pobiegł do kibla. Byle zdążyć.
To, co z niego wyszło, paszczą i druga paszczą, było ciemne i śmierdzące.
Ale poczuł się trochę lepiej.
Na tyle lepiej, że wziął w rękę lusterko i spojrzał w nie. Miał czerwoną twarz, a lusterko w ręce niepokojąco drżało.
Rozpoznał kolejny objaw: zwiotczenie mięśni. Serce też zaczęło wpadać w arytmię.
Takashi bardzo zaniepokoił się. Nie było już sensu łudzić się dłużej, więc teraz już nawet zdenerwował się bardziej niż zwykle w takich sytuacjach.
Popatrzył na swoją skórę i pomyślał: „cos w tym może być”
Zdenerwował się jeszcze bardziej, kiedy przypomniał sobie, ze ma w teczce wyniki badań sprzed dwóch lat, co je odebrał wczoraj z lecznicy.
Ręka Takashiego z kartka papieru, kiedy zapozna się z drukiem, zaczęła drżeć jeszcze bardziej niż wtedy, kiedy dzierżył w niej lusterko. Na kartce było napisane:
„Tłuszczowe zwyrodnienie wątroby, nerek oraz serca. Podejrzenie postępującej marskości wątroby.”
Miał dowód, teraz już na nic nie musiał czekać. Nawet nie mógł.
Podniósł słuchawkę od telefonu i wykręcił numer.
„-Halo? Tak, to ja, Panie Dyrektorze. Nie będę dziś w biurze. I jutro też nie. Czemu? To poważna sprawa… Bardzo poważna. Jestem ciężko chory. Lekarze mają uzasadnione podejrzenia. Badania. Zespół badań koniecznych. Na co? Żółta febra. Niestety. Tak, rozumiem. Dam znać. Będę uważał na siebie. Naprawdę. Dziękuję”.

Trzymał słuchawkę w dłoni jeszcze przez czas jakiś po skończonej rozmowie. Do odczuć związanych z cierpieniem fizycznym dołączyło się cierpienie psychiczne.
„- Zadziwiające – myślał Takashi – jak szybko stawiają na człowieku krzyżyk”
Bolała go ta nieczułość ludzka i lekceważenie społeczeństwa.
„-Nic to – pomyślał – Będę twardy. Nie poddam się łatwo”.
Drżącymi rękoma zaczął wybierać z barku butelki na wieczorne spotkanie z chirurgiem i epidemiologiem.
Tego wieczora on będzie stawiać.
W końcu jutro nie musi iść do pracy.
Bo ma żółtą febrę.

Wyrzeczenia 2010-09-21

Wiesiek- Wędkarz, rencista, był zadowolony z osób rządzących jego Ojczyzną. Widział, że bardzo im zależy na dobrobycie Obywateli. Z trudem skrywaną dumą przysłuchiwał się publicznym debatom polityków i ich deklaracjom – zawsze realizowanym.

Mr Prezydent ogłosił:
„- Przeżywamy ciężki okres. Ożywienie gospodarcze słabnie. Notujemy spadek dochodów”
Mr. Doradca i Rzecznik Prasowy w jednym, który w ramach jednoosobowej działalności gospodarczej świadczył dla Mr Prezydenta usługi z zakresu PR, dodali:
„- Jest to spowodowane załamaniem koniunktury na rynkach światowych. Spadkiem popytu. Załamaniem branży strategicznych i zmniejszeniem skali importu. Dlatego odnotowujemy spadek wpływów do budżetu i osłabienie wzrostu PKB. Przekłada się to na zdolność Państwa do finansowania ochrony zdrowia, szkolnictwa – podstawowego i wyższego, wydatków związanych z rehabilitacją osób niepełnosprawnych, pomocy społecznej, bezpieczeństwa i porządku, refundacji leków, rent i emerytur. Konieczna jest daleko posunięta oszczędność w planowaniu wydatków. I cięcia oraz ograniczenia w już zaplanowanych”
Mr. President zadeklarował:
„ - Ja, ze swojej strony, rezygnuję z 20 % wynagrodzenia. To jest wysokość, którą przeznaczam na wydatki związane z codziennym utrzymaniem. Nadto, rezygnuję z wakacji. Nie będę też używał prywatnego samochodu, ponieważ wiążą się z tym dodatkowe wydatki. Ani z prywatnego fryzjera i kosmetyczki. Nie będę też chodził – prywatnie – do fitness. Deklaruję też, w imieniu mojego Doradcy i Rzecznika w jednym, że on uczyni to samo”.
Mr. Doradca i Rzecznik Prasowy powiedział:
„-Potwierdzam. Bo nie wartości materialne są ważne. Tylko poczucie zadowolenia z życia we współnym Panstwie”

I tak, w ramach oszczędności, koszty wakacji pokryła Kancelaria Prezydenta. Podobnie jak koszty wyżywienia, zakwaterowania, fryzjera i fitness, jako związane były z działalnością Prezydenta.
Także Doradca Prezydenta i Rzecznik Prasowy w jednym zrezygnował z prywatnych wydatków: wszystkie zaliczył do kosztów uzyskania przychodów związanych z prowadzoną przez niego jednoosobową działalnością gospodarczą.

Natomiast Agencja xPAPx natomiast doniosła: „Wskutek daleko posuniętych oszczędności w wydatkach związanych z funkcjonowaniem Państwa, przemyślanych reform gospodarczych oraz zadeklarowanych przez Mr Prezydenta cięć w wydatkach, w szczególności wskutek osobistych wyrzeczeń Mr Prezydenta, osiągnęliśmy lepszy – niż planowany – wynik budżetowy”.

Wiesiek- Wędkarz, rencista, był zadowolony z osób rządzących jego Ojczyzną. Widział, że bardzo im zależy na dobrobycie Obywateli.
Niestety! Nie przysłuchiwał się z trudem skrywaną dumą publicznym debatom polityków i ich deklaracjom – zawsze realizowanym. Bo wyczerpały mu się baterie w aparacie słuchowym. I po prostu nic nie słyszał.
To nie miało znaczenia, ponieważ przedtem – dwa tygodnie – skończyła mu się insulina i niewiele do niego już docierało.
Wiesiek-rencista nie winił jednak za ten stan rzeczy polityków. Jak tu ich winić, że nie ma insuliny, skoro i tak nie maiłby kto mu zrobić zastrzyku: nie zapłacił rachunku za świadczone usługi medyczne. A do skorzystania z opieki społecznej nie kwalifikował się, gdyż pobierał stałe miesięczne świadczenie w wysokości 650,- zł.
Zresztą, gdyby nawet ktoś mu ten zastrzyk w końcu zrobił, ktoś wymienił baterie w aparacie słuchowym, to i tak Wiesiek nic by nie usłyszał. Odcięli mu bowiem prąd już miesiąc wcześniej.
Bo nie płacił wszystkich rachunków: musiał wybierać, które zapłacić.
Ale Wiesiek-Wędkarz, choć był moment, że troszkę się irytował, teraz był już zadowolony. Znalazł spokój.
Wieczny. Z braku insuliny.
Franciszek Kolekcjoner 2010-09-13

Cześć, jestem Franciszek. Franciszek Kolekcjoner. Pracuję w szpitalu. Jako chirurg. I wykonuję operacje. Chirurgiczne. Spotykam się z różnymi przypadkami: poważnymi, bardzo poważnymi, zagrażającymi życiu i zagrażającymi społeczeństwu.
Czym te wypadki są spowodowane? Najczęściej winę ponosi Pan Przypadek.


Intuicja i mentalność dziecka

Dziś, pojęcie intuicji, spontaniczności i asertywności stało się modne. Nowoczesny człowiek wie, jak ważna jest spontaniczność i jak tragiczne skutki pociąga za sobą tłumienie uczuć. Bez spontaniczności, bez "mentalności dziecka" niemożliwe jest poznanie. Nauka. Kształcenie. Doskonalenie się. Podwyższanie kwalifikacji zawodowych. Zdawanie egzaminów korporacyjnych. Bo niemożliwe jest doświadczenie. Ani logika, ani kontemplacja, inne metody zgłębiania rzeczywistości, nie zastąpią poznania poprzez doświadczenie, czego nawet politycy zdają się nie dostrzegać.

Jednak tak, jak spontaniczne dziecko może stać się utrapieniem dla rodziców, “spontaniczny” członek społeczeństwa może wywoływać coraz większą konsternację u współobywateli.

Zwłaszcza, gdy codziennie człowiek, także spontaniczny, musi się zmagać ze złośliwością rzeczy martwych. Złośliwość rzeczy martwych to rzecz powszechnie znana ludziom, a pomijana w towarzyskich rozmowach: przy kawie, herbacie, czy na wieczorkach poetyckich. Tymczasem, gdyby znajomość tematu rozpowszechnić w społeczeństwie - społeczeństwo mogłoby bronić się przed tymi smutnymi a krępującymi wypadkami.
Należy tu jednak zaakcentować, że wypadkom wskazanego rodzaju ulegają zarówno dzieci, jak i dorośli. Bo i dorośli przez lata, po osiągnięciu dojrzałości zachowują ciekawość dziecka. Tą ciekawość, która umożliwia im otwieranie drzwi zamkniętych dla innych.

I tak, dzieci są uwalniane od karalucha siedzącego w uchu, od spinek do włosów z przełyku, gwoździa w nosie, łyżki z żołądka, złotego zegarka, ołowianego żołnierzyka, termometrów i figurek kalibru świętego Antoniego. Spotykam się w swojej praktyce Franciszka Kolekcjonera z przypadkami wkładania przez dzieci do uszu bazi. Zdarza się też, że dostają się tam owady. Oj! Owad w uchu jest bardzo dokuczliwy, bo dotyka do błony bębenkowej, na której, uwięziony w woskowinie, przebiera nogami niczym po błonie perkusji. Aby pozbyć się intruza trzeba go utopić poprzez płukanie ucha.
Dzieci zresztą przodują we wpychaniu sobie – przed wszystkim - w nos czy uszy najróżniejszych przedmiotów.
Niebezpieczne są przypadki, gdy coś utkwi dziecku w krtani i oskrzelach. W oskrzelach, po sekcji, można znaleźć części zabawek, guziki, pinezki, a nawet... nasadki od mazaków. Szczęśliwie z wiekiem, upodobania dzieci do wpychania przedmiotów w otwory ciała, zmieniają się. Na inne…
Pamiętam, opowiadana w kuluarach szpitalnych, historię Patryka, któremu siostra wbiła w czoło nożyczki krawieckie. Ostrze utkwiło w kości czaszkowe. Siostra jednak nie miała na tyle siły, by przebić się do jamy czaszki czołowej i uszkodzić mózg.

Pamiętam historię, kiedy podobnie, jak Patryk z nożycami, z nożem w głowie trafił na ostry dyżur inny młody człowiek. Operacja wprawdzie uratowała mu życie, ale konsekwencją była utrata możliwości widzenia. Rutynowe są przypadki pacjentów z widłami w czole, czy z gwoździem w sercu.

W szpitalu w Wejherowie, dobrze znany jest Jaś. Jaś Od Sprężyn alias Sprężynowy Jasiu. Z Jasiem są problemy klasyfikacyjne: czy dorosły, czy dziecko. W każdym razie Jaś konsumuje sprężyny od łóżek. Do tej pory zjadł on 33 sprężyny, co skończyło się zapaleniem otrzewnej. Jaś skarżył się, że dręczy go ból istnienia. Na ból istnienia, jaskółczy niepokój, sprężyna – zdaniem Jasia - ponoć niezawodna.


Druga strona medalu
Po drugiej stronie medalu są dorośli. Z mentalnością dziecka często. „A nawet zawsze.” Co robią dorośli? Dorośli robią wszystko to, co dzieci. I ciut więcej. Bo sąd dorośli i im wolno.
Zadziwiające przedmioty odkrywałem osobiście w pęcherzu moczowym lub odbytnicy. Czy zdajecie sobie sprawę, Szanowni Czytelnicy, że wkład od długopisu wkładany do cewki moczowej może wpaść do pęcherza? Niewiarygodne!
Z odbytnicy usuwałem termometry pęknięte w wyniku nieudanych pomiarów temperatury. W praktyce poznałem też chłopca, który w niewiadomym celu, włożył sobie w odbyt patyk. Rozgałęziony, niestety, co implikowało, być może, jego późniejsze problemy z rozdwojeniem jaźni: z jednej strony chciał pomocy lekarza, z drugiej – nie chciał.
Patrząc na zagadnienie patyka, nawet rozwidlonego, patyk nie wydaje się tak groźny, jak inne przedmioty znajdowane „po tej stronie medalu”.
Niedawno dokonałem swoistej „ekstrakcji”: wydobyłem, nie bez trudu, pewnemu panu – słoik po ketchupie. Z odbytu, który wydawał się naturalnym schronieniem dla tegoż pojemnika. Niestety słoik był pusty! Dlatego Pan był w dużym niebezpieczeństwie, ponieważ słoik pusty może łatwo stłuc się.
Inny Pan - w tym samym miejscu – pieczołowicie „zachomikował” butelkę z szamponem. Do włosów.
Niedawno, jednemu z moich ulubionych pacjentów, a prywatnie, przyjacielowi, jakiś niegodziwiec pozostawił, podczas praktyk homoseksualnych… nóż rzeźnicki. Skutkiem było kałowe zapalenia otrzewnej. Nóż odzyskałem, tnie, jak dawniej.
Pamiętam też pana, który pojawiał się u nas trzykrotnie z choinką w odbycie. Dodam, że nie zawsze w okresie świątecznym. Pierwszy raz tłumaczył, że przypadkowo usiadł na pień. Pozostałych wypadków nie tłumaczył. Tylko choinek trochę żal…
Nie tylko panowie są, szczęśliwie, moimi pacjentami.
Niedawno zgłosiła się na ostry dyżur pewna urocza dziewoja. Z szyszką w pochwie. Ta operacja był szczególnie operacja, ponieważ szyszka pod wpływem wilgoci spęczniała. Nie udało nam się uzyskać wytłumaczenia dla sposobu dostania się tego ciała obcego w to miejsce. Często wydobywam nadgnite parówki, czy resztki bananów – zagubione w trakcie praktyk masturbacyjnych. Zgromadziłem też pokaźna kolekcje markowych pisaków i skuwek. .Mam pióro „Mont Blanc”: nie pamiętam tylko, czy wydobyłem, czy dostałem, jako wyraz wdzięczności.
Operowałem także pewną panią, której mąż, wzmocnił sobie penisa kredką. Kredka była świecowa i połamała się w trakcie stosunku. Po zabiegu udało się zaspokoić ciekawość zespołu: kredka była niebieska.


I inni

Zawsze są jacyś „inni”. Ci „inni”, o których nie mówi się. Pomija. „Inni” – specjaliści od innych sytuacji. Ale oni też mają wkład w budowanie historii. Także historii przypadków medycznych. I dlatego nie wolno ich pomijać.

„Inni” mężczyźni nakładają sobie na członka różnego rodzaju przedmioty. Po co? Wszystko dla kobiet. Bo polski mężczyzna potrafi kochać. I poprawia sobie męskość. Niekiedy znacząco: jeden z nich nałożył sobie na członka łożysko. Kulkowe. Doszło do obrzęku. Trafił na salę operacyjną. Jednak naprawdę mógł pomóc dopiero fachowiec z Fabryki Urządzeń i Uchwytów. Wszystko na nic, trzeba było ciąć. Łożyska kulkowego nie udało się uratować!
W białostockich szpitalach lekarze miewali też pacjentów, którzy trudnili się przemytem precjozów ze Wschodu. Złote pierścionki czy obrączki ukrywano w odbytach i pochwach, a także połykano. Do legendy celników przeszła dziewoja, wielokrotna turystka, której „kupa była na wagę złota”. Gdy jednak po bezpiecznym przekroczeniu granicy biżuterii nie udawało się odzyskać, przemytnicy trafiali – skruszeni - na stół operacyjny. Czasem jednak nie mogli doliczyć się po zabiegu prezozjów…
Co jeszcze zmieści się do odbytu? To: - 2 szklanki; - butelka z przymocowaną do niej linką; - banan z nałożoną prezerwatywą; - żarówka; - widelec; - dezodorant ''Impulse Body Spray'' ; - pasternak; - 2 jabłka; - rączka od bata; - tępy nóż; - osełka do noży; - kufel piwa; - latarka; - numer pisma ''The Church Times''; - drut sprężynowy; - puszka pudru dla dzieci; - petarda (przypadek z 1955 roku - mężczyzna, któremu wybuch zrobił dziurę w ściance odbytu tłumaczył się potem, że umieścił w tyłku petardę ponieważ czuł się przygnębiony); - róg bydlęcy - ktoś pozazdrościł matadorom; - zamrożony ogon świni; - telefon komórkowy ( dostał się w wyniku poślizgu posiadacza na śliskiej nawierzchni, podobno telefon trzy razy dzwonił w trakcie gdy lekarze próbowali go usunąć); - cementowa bryła (dostał się on do odbytu podczas aktu miłosnego. Igraszki polegały na wlaniu cementu do tyłka przez lejek).


Dlaczego Franciszek Kolekcjoner? Franciszek, bo tak mam na imię. Kolekcjoner, bo chcę być młody. A osoba młoda to ta, co czuje głód doświadczeń. Potrzebę eksperymentowania. No to eksperymentuję i powtarzam. Nic, co podejrzałem, nie poszło na marne. Mam w domu piłkę do cięcia twardych przedmiotów. I spiralę drucianą. Kolekcję butelek.
I wazelinę.
Dzięki temu szybko awansuję w hierarchii społecznej.






Z uwzględnieniem informacji z:''Ciała obce w odbycie: Relacje z przypadków i przegląd literatury światowej” written by David Busch i James Starling
Aluzja 2010-09-13
"Daj mi proszę siłę, by pomagać innym. Siłę, by ratować ludzkie życie. By pomagać innym" - powtarzał te słowa co wieczór przed zaśnięciem. Trząsł się przy tym: czy to z zimna, z bojaźni bożej. Sam nie wiedział.



Powtarzał, co wieczór, odkąd On mu odpowiedział. Wyraźnie:
"-Dostaniesz siłę. Nadejdzie czas próby. Kiedy oddzieli się ziarno od plew, a owce od tryków"
No to czekał. I powtarzał modlitwę co wieczór.

Oprócz tego skończył uczelnię medyczną w Moskwie. Zdobył drugi stopień specjalizacji u cyrulika koszarowego. Czynnie pracował w lazarecie wojskowym.

A w 1888 r. pojechał do Gori, pomagać - bezinteresownie - biedocie. Ratowac ludzkie istnienia tam, gdzie najwięcej ich mógł uratować. Bo najwiecej umierało: z głodu, brudu, niewiedzy. Wystarczyło rzucić z dwa bochenki chleba, by uratowac rodzinę.
W Gori znowu poczuł na sobie Jego spojrzenie: czas próby nadszedł!
Spojrzenie było piekące, karzące takie jakieś. Jakby piętno Kaina, czy alergia po spozyciu jabłka, na którą niekiedy zapadał.
I poczuł w sobie taką Siuę. I moc. W uszach usłyszał nieznajoma mu melodię: "Teraz! Teraz! Teraz!".
I zobaczył chłopca. Chłopiec szedł brzegiem gliniastej drogi. Potem wyszedł na środek drogi: omijał kałużę, żeby nie pobrudzić butów.
Wyszedł jednak prosto pod koła rozpędzonego powozu. Bez szans na zahamowanie. Bez szans na zatrzymanie koni, wstrzymanie rozpędzonego kombajnu do miażdzenia kości.
O codziennie odmawianej modlitwie pamiętał także w tym momencie. Jak pamiętał o słowach Boga, którymi przemówił do niego. I o niedawnym Znaku.
Wyciągnał zatem rękę schwycił chłopca za kark i przyciągnał do siebie, sapiąc z ogromnego - dla siebie - wysiłku. Rozpędzony powóz, kierowany przez szalonego chyba czarnego woźnicę, a ciagniony przez zrodzone z diabelskiego nasienia konie, minął ich zaledwie o włos.
Cyrulik, płacząc ze wzruszenia klęknął na drodze i powiedział: "To dla Ciebie, Panie"
A może nie klęknął, tylko napięcie nerwowe ustapiło i nie mógł ustać na rozdygotanych nogach?
Potem zapytał się chłopca, modelując głos, łagodnym tonem arcybiskupa Paetza:
"-Czemu synu nie uważaleś? Mogłeś zginąć!". I pogładził chłopca czule po włosach, jakby chciał zdjąć z niego bierzmoi strachu.
"- Kałużę chciałem przeskoczyć. Butów nie mogłem mieć brudnych: do szkół idę"
"- Jak się nazywasz?"
"-Syn szewca jestem. Ioseb. Ioseb Besarionis Dze Dżugaszwili"

Kiedy cyrulik wrócił do domu, wieczorem, chciał pomodlić się, porozmawiać z Bogiem. Jak codzień. Udało mu się nawiazać kontakt: kiedy wygłosił swoją wieczorną mantrę:

" - Daj mi proszę siłę, by jeszcze pomagać innym. Siłę, by ratować ludzkie życie. By bardziej pomagać innym"
Bóg mu odpowiedział:
"Spieprzyłeś sprawę. Jeszcze nigdy tak wielu nie zawdzięczało tylu istnień jednej tylko osobie. Utraty istnień. Naprawde spieprzyłeś."
I zapiekł się w urazie boskiej na resztę życia cyrulika. I nidy więcej już nic do cyrulika nie powiedział.
Cyrulik natomiast poczuł, jeszcze tego samego wieczora, że plecy zaczyna mu porastac dobrej jakości wełna.
"-Szetland" - mruknął z ukontentowaniem....
Już nigdy nie trząsł się przy wieczornej modlitwie.
Byo mu tak dobrze, jak nigdy przedtem
Leser 2010-09-03

Wczoraj wieczorem wyszedłem na spacer. Z kolegą.
Kolega mieszka koło komisariatu, więc zaraz po wyjściu natknęliśmy się na policjantów.
Czterech stojący w grupie. Piąty był odwrócony do nich plecami a twarzą do drzewa i trzymał coś ciężkiego w ręce.
- Co panowie robią? - zagadnął kolega
- Leję - odparł ten stojący przodem do drzewa.
- A my sobie pijemy winko – uprzejmie odparł jeden ze stojących w grupie
Jakiś czas obserwowaliśmy lejącego policjanta, by zidentyfikować, co takiego ciężkiego trzyma w dłoni.
- Niezła metoda - zagaiłem – Dzięki temu możecie panowie lepiej wczuć się w roli popełniających przestępstwa I lepiej przeciwdziałać.
Lejący przełożył mokre narzędzie do suchego rozporka i zabezpieczył suwakiem. Wytarł higienicznie ręce o spodnie i wyciągnął rękę w kierunku butelki.
- Wreszcie mieszkańcy przestaną narzekać, ze niebezpiecznie- rzekł – Tam, gdzie policja nie pojawi się żaden nieproszony menel
- Możliwe - powiedział kolega. - Chociaż niektórzy utrzymują, że na bandytę najlepsza pała, gaz i krata
Policjant prawie zakrztusi się winem. Zakaszlał ze zgorszeniem i przestał pić. Spojrzał spode łba macając przy pasku.
- Nie podoba się? – zapytał rzeczowo
Zaprzeczyliśmy i cofnęliśmy się dla bezpieczeństwa parę kroków. Ale funkcjonariusz już nie dawał wiary zapewnieniom werbalnym i mowie ciała..
- Wiecznie coś się nie podoba - ciągnął. - Jak pałowaliśmy, było źle, bo bolało. Jak gazem, też źle, bo gaz kosztuje. Teraz pijemy z miejscowymi – albo na miejscu miejscowych – i też źle! No ludziom to, qwa, nie można dogodzić – dokończył z charyzmą
Wyraziliśmy mu współczucie, pełne poparcie i gotowość partycypowania w kosztach następnej butelki.
- Ludziom ciężko dogodzić - dodał kumpel – Kobietom i po pijaku zwłaszcza
- Tym razem dogodzimy wszystkim - oświadczył policjant, odwrócił się do nas plecami i cisnął butelka w najbliższe okno. Kolega natychmiast podał mu druga – pełną. I wyjaśnił:
- Obrobiliśmy dziś monopol, a jako, że wysłali nas na zabezpieczanie śladów, to zabezpieczyliśmy linie papilarne miejscowych kibiców – uśmiechnął się z satysfakcją
Policjanci mieli rację.
Pierwszemu dogodzili mieszkańcowi pierwszego piętra, któremu wybili szyby,. Potem – posiadaczowi srebrnego Audi, na którego samochodzie zrobili ognisko i śpiewali piosenki. Pod koniec patrolu dogodzili sami sobie: bo pobili się o ostatnią butelkę.
Mieszkańcy osiedla przestali narzekać. Oprócz komendanta komisariatu, któremu ktoś spalił nowiutkie Audi. Nie ubezpieczone jeszcze..
Komendant chodził po osiedlu i mówił, ze zaj….. s….synów.
Razem z kolegą nie rozumiemy go.. W końcu sam powinien pilnować lepiej porządku. Mógł wczuwać się w role bandytów z podwładnymi. A nie zwalać na innych.
Policjanci natomiast udali się na chorobowe. Bo podczas pełnienia obowiązków służbowych ktoś ich zaatakował.
Jak zgodnie zeznawali: wysoki, chudy blondyn o krępej budowie ciała i ciemnych włosach, w marynarce i z wytatuowaną kotwicą na ramieniu.
Szczęście 2010-08-30

Szczęście to pewien stan. Ducha zwykle. Wprawdzie istnieją ludzie, dla których szczęście to stan ciała, ale zwykle nie mogą się oni podzielić z innymi doświadczeniami: tak ze względu na aktywość mózgu, jak pracę respiratora.
Według znawców tematu, szczęście to: „ta chwila co trwa... . Szczęście to piórko na dłoni, Co zjawia się, gdy samo chce I gdy się za nim nie goni”.
Niektórzy twierdzą, że wszystkie działania człowieka są podejmowane w celu osiągnięcia szczęścia. Na przykład, do elementów niezbędnych do zapewnienia szczęścia, zalicza się zapewnienie ładu społecznego i spokoju. W tym celu stosowało się nawet najwyższe stopnie represji, także tortury.
Torturowanie zresztą to cały ceremoniał, na fundamencie którego opiera się nowoczesny świat. To swoista spuścizna przodków. Kiedyś tortury rozpoczynane były przez „grę wstępną”: obligatoryjnie działania poprzedzające właściwe tortury: zamknięcie w celi, unieruchomienie w nienaturalnej pozycji, zimno, brak snu, ostre światło, obecność insektów czy szczurów w celi. Często ofiarę głodzono lub pozbawiano wody do picia. Przewidywano niekiedy „taryfę tortur" (określona przez arcybp Kolonii; za R. A. H a s s l e r, Zabójcy Boga, Katowice 2002, s. 192.), tj. 49 rodzajów kar i odpowiednie za nie opłaty, które rodziny ofiar miały ponosić na rzecz kata i Kościoła. W cenie było, przykładowo, obcięcie języka i wlewanie płynnego żelaza do ust.. Kiedy ofiara została skazywana na śmierć — rodzina musiała wydać obfitą ucztę dla katów w „podzięce za dobrą robotę".
Przekazywane są informacje z zamierzchłej historii o: próbach wody, żelaza, trzewika, ognia, łoża sprawiedliwości, „hiszpańskie buty", „żelazna dziewica", przyrząd do miażdżenia kciuka. Cenione było wahadło Judasza, zgniatacz czaszki, widełki heretyków, szczypce do szarpania części ciała, takich jak nosy, palce rąk i nóg; gruszka (przyrząd do lewatywy, zaopatrzony w specjalną śrubę, która powodowała zwiększenie jego rozmiarów, i kolce. Do stosowania doustnego dopochwowego i – wedle życzeń - doodbytniczo); ruszt (do przypiekania ogniem na ażurowym, żelaznym łożu).
Z zestawienia informacji o torturach w czasach dawniejszych i tych bardziej współczesnych, wynika, ze nastąpił rozwój społeczny i zwiększenie świadomości obywatelskich wśród mieszkańców. Nie tylko zwiększeniu uległ asortyment świadczonych usług, ale też – większość z nich, wprawdzie w wersji niekiedy uproszczonej– świadczona była nieodpłatnie, nie wspominając o spontanicznym nieraz charakterze poczynań w tej materii. A wszystko dlatego, ze nieoceniona kultura masowa uczy nas nie tylko, jak zabijać. Ona uczy nas, jak zadawać ból w niezapomniany sposób.
Choć, prawdę mówiąc, już nasi ojcowie – nawet bez zdobyczy techniki – dawali sobie znakomicie radę, jeżeli chodzi o partycypację w życiu publicznym we wstydliwej – na pozór – sferze aktywności człowieka.
Jeżeli chodzi o tortury, to zwłaszcza w latach 1944 -47, na kresach wschodnich znane były:

1. Wbijanie dużego i grubego gwoździa do czaszki głowy; 2. Zdzieranie z głowy włosów ze skórą (skalpowanie); 3. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czaszkę głowy; 4. Zadawanie ciosu obuchem siekiery w czoło; 5. Wyrzynanie na czole „orła"; 6. Wbijanie bagnetu w skroń głowy; 7. Wyłupywanie jednego oka; 8. Wybieranie dwoje oczu; 9. Obcinanie nosa; 10. Obcinanie jednego ucha.; 12.Obrzynanie obydwu uszu; 13. Przebijanie zaostrzonym grubym drutem ucha na wylot drugiego ucha; 14. Obrzynanie warg; 15. Obcinanie języka; 16. Podrzynanie gardła; 17. Podrzynanie gardła i wyciąganie przez otwór języka na zewnątrz; 18. Podrzynanie gardła i wkładanie do otworu szmaty; 19. Wybijanie zębów; 20. Łamanie szczęki; 21. Rozrywanie ust od ucha do ucha; 22. Kneblowanie ust pakułami przy transporcie jeszcze żywych ofiar; 23. Podcinanie szyi nożem lub sierpem; 24. Zadawanie ciosu siekierą w szyję; 25. Pionowe rozrąbywanie siekierą głowy; 26. Skręcanie głowy do tyłu; 27. Robienie miazgi z głowy przez wkładanie głowy w ściski zaciskane śrubą; 28. Obcinanie głowy sierpem; 29. Obcinanie głowy kosą; 30. Odrąbywanie głowy siekierą; 31. Zadawanie ciosu siekierą w szyję; 32. Zadawanie ran kłutych w głowie.; 33. Cięcie i ściąganie wąskich pasów skóry z pleców; 34. -37. Zadawanie ciosu nożem lub bagnetem w serce lub okolice serca; 38. Zadawanie ran kłutych nożem lub bagnetem w pierś; 39. Obcinanie kobietom piersi sierpem; 40. Obcinanie kobietom piersi i posypywanie ran solą; 41. Obrzynanie sierpem genitalii ofiarom płci męskiej; 42. Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską; 43. Zadawanie ran kłutych brzucha nożem lub bagnetem; 44. Przebijanie brzucha ciężarnej kobiecie bagnetem; 45. Rozcinanie brzucha i wyciąganie jelit na zewnątrz u dorosłych; 46. Rozcinanie brzucha kobiecie w zaawansowanej ciąży i w miejsce wyjętego płodu, wkładanie np. żywego kota i zaszywanie brzucha; 47. Rozcinanie brzucha i wlewanie do wnętrza wrząteku-kipiącej wody; 48. Rozcinanie brzucha i wkładanie do jego wnętrza kamieni oraz wrzucanie do rzeki; 49. Rozcinanie kobietom ciężarnym brzucha i wrzucanie do wnętrza potłuczonego szkła; 50. Wyrywanie żył od pachwy, aż do stóp; 51. Wkładanie do pochwy - vagina rozżarzonego żelaza; 52. Wkładanie do vaginy szyszek sosny od strony wierzchołka; 53. Wkładanie do vaginy zaostrzonego kołka i przepychanie aż do gardła, na wylot; 54. Rozcinanie kobietom przodu tułowia ogrodniczym scyzorykiem, od vaginy, aż po szyję i pozostawienie wnętrzności na zewnątrz; 55. Wieszanie ofiar za wnętrzności; 56. Wkładanie do vaginy szklanej butelki i jej rozbicie; 57. Wkładanie do analu szklanej butelki i jej stłuczenie; 58. Rozcinanie brzucha i wsypywanie do wnętrza karmy dla zgłodniałych świń tzw. osypki, który to pokarm wyrywały razem z jelitami i innymi wnętrznościami; 59. Odrąbywanie siekierą jednej ręki; 60. Odrąbywanie siekierą obydwóch rąk; 61. Przebijanie dłoni nożem; 62. Obcinanie palców u ręki nożem; 63. Obcinanie dłoni; 64. Przypalanie wewnętrznej strony dłoni na gorącym blacie kuchni węglowej; 65. Odrąbywanie pięty; 66. Odrąbywanie stopy powyżej kości piętowej; 67. Łamanie kości rąk w kilku miejscach tępym narzędziem; 68. Łamanie kości nóg w kilku miejscach tępym narzędziem; 69. Przecinanie tułowia na wpół piłą ciesielską, obłożonego z dwóch stron deskami; 70. Przecinanie tułowia na wpół specjalną piłą drewnianą; 71. Obcinanie piłą obie nogi; 72. Posypywanie związanych nóg rozżarzonym węglem; 73. Przybijanie gwoździami rąk do stołu, a stóp do podłogi; 74. Przybijanie w kościele na krzyżu rąk i nóg gwoździami; 75. Zadawanie ciosów siekierą w tył głowy, ofiarom ułożonym uprzednio głową do podłogi; 76. Zadawanie ciosów siekierą na całym tułowiu; 77. Rąbanie siekierą całego tułowia na części; 78. Łamanie na żywo kości nóg i rąk w tzw. kieracie; 79. Przybijanie nożem do stołu języczka małego dziecka, które później wisiało na nim; 80. Krajanie dziecka nożem na kawałki i rozrzucanie ich wokół; 81. Rozpruwanie brzuszka dzieciom; 82. Przybijanie bagnetem małego dziecka do stołu; 83. Wieszanie dziecka płci męskiej za genitalia na klamce drzwi; 84. Łamanie stawów nóg dziecka; 85. Łamanie stawów rąk dziecka; 86. Zaduszenie dziecka przez narzucenie na niego różnych szmat; 87. Wrzucanie do głębinowych studni małych dzieci żywcem; 88. Wrzucanie dziecka w płomienie ognia palącego się budynku; 89. Rozbijanie główki niemowlęcia przez wzięcie go za nóżki i uderzenie o ścianę lub piec; 90. Powieszenie za nogi zakonnika pod amboną w kościele; 91. Wbijanie dziecka na pal; 92. Powieszenie na drzewie kobiety do góry nogami i znęcanie się nad nią przez odcięcie piersi i języka, rozcięcie brzucha i wybranie oczu oraz odcinanie nożami kawałków ciała; 93. Przybijanie gwoździami małego dziecka do drzwi; 94. Wieszanie na drzewie głową do góry; 95. Wieszanie na drzewie nogami do góry; 96. Wieszanie na drzewie nogami do góry i osmalanie głowy od dołu ogniem zapalonego pod głową ogniska; 97. Zrzucanie w dół ze skały; 98. Topienie w rzece; 99. Topienie przez wrzucenie do głębinowej studni; 100. Topienie w studni i narzucanie na ofiarę kamieni; 101. Zadźganie widłami, a potem pieczenie kawałków ciała na ognisku; 102. Wrzucenie dorosłego w płomienie ogniska na polanie leśnej, wokół którego ukraińskie dziewczęta śpiewały i tańczyły przy dźwiękach harmonii; 103. Wbijanie koła do brzucha na wylot i utwierdzanie go w ziemi; 104. Przywiązanie do drzewa człowieka i strzelanie do niego jak do tarczy strzelniczej; 105. Prowadzenie nago lub w bieliźnie na mrozie; 106. Duszenie przez skręcanie namydlonym sznurem zawieszonym na szyi, zwanym arkanem; 107. Wleczenie po ulicy tułowia przy pomocy sznura zaciśniętego na szyi; 108. Przywiązanie nóg kobiety do dwóch drzew oraz rąk ponad głową i rozcinanie brzucha od krocza do piersi; 109. Rozrywanie tułowia przy pomocy łańcuchów; 110. Wleczenie po ziemi przywiązanego do pojazdu konnego; 111. Wleczenie po ulicy matki z trojgiem dzieci, przywiązanych do wozu o zaprzęgu konnym w ten sposób, że jedną nogę matki przywiązano łańcuchem do wozu, a do drugiej nogi matki jedną nogę najstarszego dziecka, a do drugiej nogi najstarszego dziecka przywiązano nogę młodszego dziecka, a do drugiej nogi młodszego dziecka, przywiązano nogę dziecka najmłodszego; 112. Przebicie tułowia na wylot lufą karabinu; 113. Ściskanie ofiary drutem kolczastym; 114. Ściskanie razem dwie ofiary drutem kolczastym; 115. Ściskanie więcej ofiar razem drutem kolczastym; 116. Periodyczne zaciskanie tułowia drutem kolczastym i co kilka godzin polewanie ofiary zimną wodą w celu odzyskania przytomności i odczuwania bólu i cierpienia; 117. Zakopywanie ofiary do ziemi na stojąco po szyję i w takim stanie jej pozostawienie; 118. Zakopywanie żywcem do ziemi po szyję i ścinanie później głowy kosą; 119. Rozrywanie tułowia na wpół przez konie; 120. Rozrywanie tułowia na wpół przez przywiązanie ofiary do dwóch przygiętych drzew i następnie ich uwolnienie; 121. Wrzucanie dorosłych w płomienie ognia palącego się budynku; 122. Podpalanie ofiary oblanej uprzednio naftą; 123. Okładanie ofiary dookoła słomą-snopem i jej podpalenie, czyniąc w ten sposób pochodnię Nerona; 124. Wbijanie noża w plecy i pozostawienie go w ciele ofiary; 125. Wbijanie niemowlęcia na widły i wrzucanie go w płomienie ognia; 126. Wyrzynanie żyletkami skóry z twarzy; 127. Wbijanie dębowych kołków pomiędzy żebra; 128. Wieszanie na kolczastym drucie; 129. Zdzieranie z ciała skóry i zalewanie rany atramentem oraz oblewanie jej wrzącą wodą; 130. Przymocowanie tułowia do oparcia i rzucanie w me nożami; 131. Wiązanie - skuwanie rąk drutem kolczastym; 132. Zadawanie śmiertelnych uderzeń łopatą; 133. Przybijanie rąk do progu mieszkania; 134. Przebijanie kołami dzieci na wylot; 135. Wleczenie ciała po ziemi, za nogi związane sznurem; 136. Przybijanie małych dzieci dookoła grubego rosnącego drzewa przydrożnego, tworząc w ten sposób tzw. „wianuszki".
(Ze strony: http://www.kki.pl/piojar/polemiki/rubiez/wirtuoz/wirtuoz.html, art.: Aleksander Korman w swoim referacie "Ukraińska Powstańcza Armia na terenach II Rzeczypospolitej Polskiej i jej stosunek do ludności polskiej" , opublikowanym w czasopiśmie "Na Rubieży" Nr 35/1999”)

Problematyczna jest sytuacja, kiedy ktoś, w dążeniu do szczęścia, zatraca się. I nie odróżnia celu od środków. Jeszcze bardziej niezręczna sytuacja następuje wtedy, kiedy, w świadomości społecznej następuje redefinicja celów szczęścia. Tak, po prostu: imię „sąsiedzkiego współdziałania”.
Bo wtedy nie wiemy, czy do szczęścia w dalszym ciągu dążymy, czy – może – już je osiągnęliśmy.
Czy taką szanse da nam kultura masowa?
Odruch warunkowy 2010-08-27

Miał dość. Policjant. Dwadzieścia lat służby czynnej robiło swoje. Ciągły stres. Niechęć społeczeństwa – bo, przecież, siłą rzeczy nie obracał się wśród tej części społeczeństwa, która nie lubiła policjantów. I dawała mu to poznać. Nieudane małżeństwo. Bo – jak mówiła żona, była – ciągle był albo w pracy, albo praca była w nim.
Miała trochę racji… Ale co miał robić, kiedy widział małolatów kradnących wódkę. Albo samochód. Albo bandytów okradających starszego człowieka: „daj trochę dla potrzebujących. Na wódkę”, „Na zioło”, „Na dziwki”. Znał to na pamięć. I reagował: tak jak go nauczono: pałą, kopem, gazem i „gunem.”
Po prostu musiał interweniować. Bo był prawym człowiekiem i nie mógł pozwolić, żeby ktoś czerpał korzyść z przestępstwa. Wiedział tez, ze tak dużo zła dookoła. Że nigdy nie wiadomo, czy uda się bezpiecznie dojść do domu. Jak Iwonie W.
Bolało go jednak, ze nikt nie ceni jego dokonań. Że jest sam. Że nie ma żony. Dzieci i psa. Do kogo pyska otworzyć. Czuł się taki rozbity. Taki bezradny, taki samotny.
„-Do kogo by się zwrócić? Z kim mógłbym porozmawiać? Kto mógłby mi pomóc w życiu?” – zastanawiał się
Sam nie wiedział kiedy znalazł się w kościele.
Eucharystia rozpoczęła się
I nagle to odczuł. Bóg przestał być dla niego Bogiem osobowym i zaczął jawić się jako jakaś kosmiczna energia: wszystko we wszystkim, przenikająca i serca i ściany.
To było takie niesamowite, ze został na następnej mszy świętej. A potem na jeszcze jednej.
Na początku trzeciej mszy podszedł do niego kapłan, który spowiadał do tej pory w konfesjonale obok, i zapytał:
„-Jak się czujesz?”
Policjant odpowiedział, że chce mu się z tego wszystkiego śmiać. I faktycznie zaczął się śmiać: taka miłość boska go ogarnęła.
Na to ksiądz powiedział tylko:
"-Dobra jest! Modlimy się dalej! Jedziemy w stronę Boga! Bez trzymanki.".
W połowie trzeciej mszy, ogarnął go taki zapał modlitewny, że zaczął szczerzyć zęby jak pies i warczeć. Nie mógł nad tym zapanować. Dotarło do niego, że to opuszczają go demony pracy. I że będzie wolnym człowiekiem.
Coś pchnęło go z tak ogromną siłą, że padł na kolana. I poczuł – jeszcze mocniej – opiekę istoty, która go kocha. Miłością czystą i prawdziwą. Bezwarunkowa, nie tak, jak żona. Wtedy na dobre już wyrzekł się sił demonicznych i spojrzał na siebie i swoje życiowe dokonania z innej perspektywy. Bożej perspektywy. Zrozumiał i pojednał się z Bogiem i przeznaczeniem. Zamknął oczy i znowu się modlił.

Poprzez modlitewne uniesienie poczuł, ze ktoś go szturcha w ramie. Nie reagował, bo przecież rozmawiał z Bogiem, a takich rozmów nie wolno przerywać. Szturchanie stało się bardziej natarczywe. Doszedł go też głos:
„-Zbieramy na biednych. Datek trzeba dać. I na samochód dla księdza proboszcza, bo starym wstyd posługę kapłańską sprawować.”
Trzeciego szturchnięcia, dzięki unikowi wyćwiczonemu w Szkole Policyjnej w Szczytnie, nie doświadczył. Odruchowo wyszarpnął z kabury pistolet i z zamkniętymi oczami oddał trzy strzały tam, gdzie powinien znajdować się napastnik.
Usłyszał tylko odgłos osuwającego się ciała i charkotliwy szept: „Jezus Maria”.
Okrzyków wiernych – „księdza zastrzelili”- nie usłyszał już.
Bo Policjanta znowu ogarnęło go uniesienie modlitewne.
Było prawie, jak na służbie.
W latach osiemdziesiątych.
Kryteria wyboru 2010-08-27
- Wiem, że się kochacie, ale…. – matka była niezdecydowana – Małżeństwo to poważna sprawa.
- Tak, wiemy – powiedział On
- Nie ciebie pytam synu – matka zgasiła jedynaka. I zwróciła się do dziewczyny: – Studia skończyłaś, to wiem. A pracowałaś?
-Pracuję – odparła Ona
- Taak? A jak długo?- matka była ciekawska
- Rok już
- Praca to jedno. Jest jeszcze gotowanie, sprzątanie … Umiesz to robić? – matka zapytała podstępnie
- Nie narzekam – Ona też odpowiedziała podstępnie
- A mieszkanie własne, czy wynajmujesz? – mama przeszła do konkretów
-Wynajmuję – Ona odparła pewnie. Cóż w tym złego, ze wynajmuje - pomyslała
- A bo syn ma własne. Kupiłam mu. Ale nie chciałabym, żeby ktoś syna wykorzystał. Majątkowo – wyjaśniła wątpliwości – Znaczy wynajmujesz, ale na kupno swojego mieszkania masz te sześćset – siedemset tysięcy?- mama wymieniła sumę od niechcenia. Sugerując, że każdy rozpoczynający aktywność zawodową otrzymuje wynagrodzenie o zbliżonej wartości
- Nie mam – Ona odpowiedziała bezradnie
Jego matka spojrzała na nią w oskarżycielski sposób. Potem zwróciła się do syna: - Mówiłam?
On nic nie powiedział. Patrzył to raz na matkę, to na swoją dziewczynę. To mu pomagało podjąć zwykle decyzję. Teraz jednak dalej nie wiedział, co zrobić. Spojrzał zatem jeszcze raz – na matkę. Matka wytrzymała spojrzenie jedynaka, pewna swoich racji i słuszności podejrzeń.
Potem spojrzał na swoją dziewczynę. Ona z kolei, zaczerwieniła się – była taka wrażliwa. Opuściła wzrok i znacząco przełknęła głośno ślinę.
Jedynak, na ten dźwięk, jakby sobie coś przypomniał i powiedział:
- Nie, mamo. To nie ma znaczenia. Ona, to biały kruk wśród wszystkich moich koleżanek.
I uśmiechnął się oralnie do swoich wspomnień.
Mama też uśmiechnęła się do swoich myśli: „dobrze wychowałam syna. Nie jest materialistą”
Ona natomiast wzdrygnęła się na wspomnienie tego odgłosu. Równie wielką odraze budziło w niej wspomnienie smaku. I pomyślała: „mam nadzieję, ze po ślubie więcej nie będę musiała tego robić”
Rutyna 2010-08-23

Są takie chwile w życiu, że masz ochotę coś zrobić. Coś innego niż zwykle. Doniosłego. Pragnienie jest tak silne. Czy to zrobisz? I jak? Co będziesz czuł? Smak krwi z przegryzionych warg? Zimny pot strachu? Ból w podbrzuszu?
Co będziesz czuł, kiedy przyjdzie czas żeby Ją zabić?

Stoisz na peronie. Czekasz na pociąg. Zbliża się, widzisz światła. Jest coraz bliżej i bliżej. Słychać stukot kół, czujesz podmuch powietrza pchanego przez lokomotywę. Powtarzasz sobie: „teraz, teraz, teraz”. Ale nie myślisz o wskoczeniu do pociągu. Ty chcesz wskoczyć przed pociąg, na tory. Ostatni raz.
Potem pociąg jest tuż przy Tobie. I wiesz, że można jeszcze ześlizgnąć pod koła. Po krawędzi peronu. Wiesz, ze jeszcze masz szansę. W końcu pociąg zatrzymuje się. A Ty wskakujesz Do pociągu. Drzwiami. I nigdy nie wiesz, czy to pierwszy raz, czy ostatni….

Przygotowujesz kotlety na obiad. Mielone. Jeszcze parę kawałków mięsa musisz rozdrobnić. Maszynką elektryczną. Niecierpliwie napychasz do dozownika kolejne kawałki wołowiny. Maszyna pracuje. Słychać chrzęst miażdżonych ścięgien i kości. Napychasz i sięgasz coraz głębiej i głębiej. I myślisz sobie: „to już teraz, czy jeszcze nie”?

Nurkujesz. Bez butli. Na powierzchni oddychasz intensywnie i zakładasz pas. Potem z całych sił – w dół. Machasz rozpaczliwie płetwami, żeby zejść jak najgłębiej. Ciśnienie rozsadza Ci bębenki w uszach, brakuje powietrza - a Ty płyniesz w głąb. Siłą woli jedynie, bo ciało buntuje się. W końcu nie wytrzymujesz! Sam nie wiesz kiedy pozbywasz się ołowianego pasa. Ciśnienie z prędkością ekspresu Inter city wyrzuca Cię na powierzchnię. Oddychasz. I tylko czujesz, z każdym haustem powietrza, ze jest coraz gorzej.

Wiesz dlaczego udaje Ci się? Raz jeszcze wypłynąć, raz jeszcze wsiąść do pociągu drzwiami? Zjeść kotleta mielonego tylko z wołowiny? Bo masz nabytą wprawę w życiu. I kontrolę nad nim, choćbyś czasem chciał inaczej. Jesteś bohaterem społecznym, bo powielasz te same, przewidywalne zachowania. Chociaż masz czasem nadzieję na inne rezultaty. Tak jest wygodnie dla wszystkiuch, bo wszystko pozostanie takie samo.
Kiedy wracasz z pracy, to ktoś Ci przygotuje obiad. Zrobi herbatę. Umówi z kolegami. Załatwi bilet na najnowszy film z Leonardo Di Caprio, w sposób, który tylko Ty stosujesz.
Kiedy pływasz w jeziorze, to skądś wiesz, jak trzeba składać ręce. Jak oddychać. Jak nurkować i wynurzać się. Nie myślisz o tym.
Kiedy wsiadasz do pociągu, to wiesz, kiedy powinieneś zrobić pierwszy krok. I w jakim kierunku. Kiedy otworzyć drzwi. Nawet, jakbyś z całych sił chciał inaczej, to Ona Tobą pokieruje, w najlepszy dla Ciebie sposób.

To Twoja najlepsza przyjaciółka, która jest z Tobą przez cały czas. Jak nikt inny. Zna Cię od dziecka. I tylko ona rozumie Twoje wybory. Kocha Cię i Ty ją kochasz. Dlatego może warto żebyś się czasem napił ze swoją przyjaciółką Rutyną. Tak bardzo niedocenianą…
A potem wskocz do pociągu nieco wcześniej niż zwykle i ją zabij.
Zanim Ona zabije Ciebie.

Ciężko być smakoszem 2010-08-17
 


Także zaledwie "dobrzy kucharze", o których istnieniu wzmiankowałem w „Sercu kucharza”, mają z czym się zmagać na rodzimym gruncie, w Polsce. Fakt, że polska, czy nawet europejska kuchnia opiera się głównie na smaku – nie zapachu, czy dźwięku - nie zmienia jednak faktu, że europejski konsument posiada większą wiedzę nt. przygotowania potraw i stopnia odczuwania zwierząt. Posiada empatię. Dysponując zarówno nośnikami masowej informacji, jak empatią, współczesny, "europejski", myślący konsument jest trudniejszym wyzwaniem dla kucharza, niż ten prosty "zjadacz trzech pisków" z Azji. Kucharz, przygotowując potrawę, musi dbać nie tylko o kubki smakowe konsumenta: on zmaga się także ze skojarzeniami, które konsument zapewne posiada, starając się przełknąć kolejne kęsy „pieczystego”.

Europejski konsument wie - bo zna materiały publikowane w sieci - że horror w rzeźni to norma, nie wyjątek. Bardzo silnie może czuć to, że hodowla i zabijanie zwierząt na mięso to ohydny, pełen przemocy biznes. A napis na opakowaniu "z chowu ekologicznego" tylko wzmaga pewność: bo jak może wyglądać ubój „ekologiczny”? Niespełniony warunek instalacji kamer we wszystkich rzeźniach i stały nadzór to minimalne kryterium realizacji postulatu humanitarnego uboju. I w konsekwencji - bezstresowej konsumpcji przez smakosza, jak również bezstresowej pracy kelnera i kucharza.
Niekiedy, współczesne rzeźnie porównuje się do prosektoriów, z tym rozróżnieniem, że w prosektorium odczuwa się niewielki tylko dyskomfort estetyczny, będący konsekwencją spełnienia nieuniknionego - kresu życia. Natomiast rzeźnia, wedle co wrażliwszych konsumentów, to miejsce masowych mordów. Niektórzy twierdzą nawet, że nie ma specjalnej różnicy między ludzkim mięsem a zwierzęcym.
Dlatego, jeżeli odrazę może budzić praca człowieka w prosektorium, to jakie uczucia może przydawać „smakosz” pracownikowi ubojni, czy – czekając na posiłek w restauracji – kucharzowi? Preparatora zwłok?


Jak wynika z relacji zainteresowanych tym problemem, w polskich rzeźniach można zobaczyć, jak nienarodzone młode kopią w łonach właśnie zabijanych matek. Kopią, bo duszą się. Gdy po rozcięciu brzucha mimo wszystko jeszcze żyją, dobija się je: często zamiast prądem robią - zwykłym uderzeniem w głowę. Bo taniej. To nie zawsze kończy cierpienia młodych zwierząt, często jeszcze żywe trafiają do kontenera lub na taśmociąg.

Znane są przypadki uboju owiec, które są ogłuszane gdy w tym samym czasie karmią swoje młode. Czasem pozbawiane głowy „na żywca”.
Zdarzają się "wypadki przy pracy", jak przypadek świń żywcem wrzuconych do oparzalnika z wrzącą wodą. Nieszczęsne zwierzę kopie i kwiczy żałośnie: próbuje za wszelką cenę wydostać się, jakby nie chciało przebywać w miejscu mu przeznaczonym...
Zdaniem znawców, takie wydarzenia to sporadyczne następstwa nieprawidłowego ogłuszenia i wykrwawienia.

Nowoczesny konsument przetworów mięsnych powinien też mieć wiedzę o innego rodzaju wypadkach. Jak, np. tym, kiedy 58-letniemu mężczyźnie, obsługującemu maszynę do odwirowywania wody z piór, mechanizm urwał część lewej ręki. Mężczyznę odratowano, resztek ręki jednak nie odzyskano. Co się z nimi stało - nie wiadomo…. Pytania smakoszy pozostały bez odpowiedzi.

Tak, tak…. Powiedzą niektórzy: śmierć każdego zwierzaka jest straszna. Ale….. powiedzmy to wprost: oczekiwanie na śmierć bywa jeszcze straszniejsze.
Taka krowa – nazwijmy ją krówka, bo niewiele jej czasu zostało - zanim zostanie zabita, stoi, w żarliwym oczekiwaniu, czasem kilka dni. Bo linia produkcyjna musi ruszyć. Biedne zwierze muczy żałośnie żegnając swoje koleżanki, które udają się pierwsze "stąd do wieczności" Niekiedy delektuje się - bo przecież pozwolono jej obserwować kaźń nie po to, by cierpiała - jak zabija się wspomniane koleżanki.
Podczas uboju zwierze bywa głodne: nie przysługuje mu prawo do ostatniego posiłku i ostatniego życzenia. Bo zanim się je zabije powinno się wypróżnić należycie i mieć pusty przewód pokarmowy.
Mieszkańcy okolic rzeźni utrzymują, że słychać jak zwierzęta wyją z głodu.
Jak wspomniałem, przed śmiercią ogłusza się zwierze. Prądem. Raz lepiej, raz gorzej. Wiesza za nogi. Przecina tętnice. Życie wycieka z nich, niczym życie z „medialnych” delfinów (http://www.smog.pl/wideo/22051/mordercy_delfinow_drastyczne/ )

Z drobiem jest jednak inaczej!
Drób przygotowuje się do pełnienia roli "dania głównego" z większym pietyzmem. Kurczaki wiesza się za nogi na taśmie "na żywca". Głowy powinny wisieć w dół. Dzięki temu, przejeżdżając – w stronę swiatła zapewne - przez taki "tunelik" , „żółte dzióbeczki” powinny zostać porażone prądem i ogłuszone. Następnie, po tej wyrafinowanej pieszczocie powinny wjechać – prawie jak na bungie - do miejsca, gdzie się je oparza. Oparzanie polega na poddaniu zabiegom kosmetycznym - polewaniu wrzątkiem. Wszystko po to, by pióra lepiej odłaziły.
Niestety!
Problem w tym, że niektóre kurczaki nie rozumieją idei humanitarnego uboju i zdarza się, ze zadzierają zawadiacko główkę już na początkowym etapie. Dlatego, przez tą buńczuczną niesubordynację, nie zostają porażona prądem. Następstwem jest współodczuwanie w procesie polewania wrzątkiem i skubania. No któż by lubił być skubanym „na żywca”?! Gwoli ścisłości należy dodać, że i porażenie prądem nie wywołuje czasem śmierci, lecz - jedynie - niezdolność ruchową. Stąd wrażenia niemal, jak po „pigułce gwałtu”.



Świadomy konsument, klient kucharza, wie, że rocznie zabijanych jest ponad 100 miliardów zwierząt, a proces przerobienia żywej krowy w kawałek mięsa może trwać tylko 25 minut.... Że jeszcze żywym, świadomym, wykrwawiającym się zwierzętom obcina się żywcem nogi, wrzuca do wrzątku, rozcina żywcem brzuchy itp,. Świadomy konsument wie o tym, że jedzenie mięsa powoduje zawały, wylewy, nadciśnienie, cukrzyce, raka...; Świadomy konsument wie także o tym, ze oczekujące na śmierć zwierzęta widzą śmierć poprzedników, czują zapach krwi, chcą uciekać, bronią się, są więc bite (łamie się im np. nogi) i siłą zaganianie do ogłuszania (http://www.zieloni.osiedle.net.pl/rzeznia.htm).
Dlatego właśnie świadomy konsument oczekuje od kucharzy specjalnego kunsztu: oczekuje tego, ze smak serwowanej mu potrawy umożliwi mu zapomnienie o powyżej wskazanych faktach. Oczekuje tego, że ów kunszt "profesjonalnych kucharzy" wyrwie go ze szpon fast foodów.: jedynych- 360, 560, 610, 1220, 1160 kcal za kanapkę.


Dlatego właśnie praca zwyczajnego kucharza – niedocenianego i wzgardzonego – jest taka ciężka. I dlatego tak niewielu mamy w kraju smakoszy.



Serce kucharza &#8211; cz. I 2010-08-16


Gotowanie. Trochę pasji, zaangażowania i sprawia prawdziwą frajdę. Gotowanie to dzieło godne Boga, to tworzenie, to dogadzanie innym i sobie. To tylko pozornie błaha czynność. Bo w odpowiednim wykonaniu czynność ta potrafi zdziałać cuda.
Trudno, bo w sercu kucharza mieszają się, niczym w tyglu, odpowiednie składniki, proporcje, przepisy. Kucharz jest takim twórcą, który powinien wiedzieć, jak z surowców - tj. mięsa, warzyw i owoców - stworzyć nowy byt. Byt kulinarny. Tak, by konsumujący, zapomniał, że mięso poruszało się samodzielnie - jeszcze niedawno, buraki - rosły w ziemi, a sok - był ukryty w miąszu owoców.
Skromnemu kucharzowi trudno mówić samemu o sobie, że to, co robi, jest sztuką. Co najwyżej mówi o wielkiej pasji.
Niesłusznie!
Ten, kto potrafi zmusić kawałek wołowiny, czy marchewki do swoistego katharsis, wymazania pamięci smakowej poprzedniego bytu, nie powinien być taki skromny. W procesie przyrządzania posiłku surowce tracą tak swoja "genetyczną" postać, jak też tą, o którą zostały wzbogacone podczas dostarczania do kuchni. Ulegają przetworzeniu w nowy byt - przez mistrza w swoim fachu. Ten mistrz, to zapomniany, niedoceniany, wzgardzony kucharz. Kucharz, który z krwistego kawałka karkówki wymaże przeszłość i stworzy - kotlet. Albo zrazy w sosie grzybowym lub wonną i smakowitą pieczeń. Owoce morza i jaja na twardo na wielkanocnym stole.
Zaś Kuchnia to miejsce, stworzenia. Gdzie zapomina się o uczuciach naturalnych, jak obrzydzenie, wstręt, odraza. Tych mechanizmach obronnych wbudowanych w konsumentów i kucharza - by nie ponieśli uszczerbku na ciele.
Bo z jednej strony obrzydzenie i wstręt pozwalają - w naturze - przeżyć, z drugiej strony, w życiu w cywilizacji - uniemożliwiają nie dość, ze przyjemną konsumpcję, to jeszcze kreatywne przyrządzanie posiłków.
Kucharz w Kuchni, Mistrz na Salonach, zamienia to potencjalne uczucie obrzydzenia - w uczucie pożądania i łaknienia. Tak silne, że często, nawet pierwotny popęd do prokreacji zostaje przezeń stłumiony.
Idealny kucharz powinien umieć znaleźć się w każdej, potencjalnej sytuacji kulinarnej: powinien zinternalizować metody przyrządzania posiłków na całym świecie. I nic nie powinno go zdziwić, ani zniesmaczyć: wszystko winien obrócić na korzyść smakosza.
Prawdziwy kucharz-mistrz potrafi wykorzystać nawet uczucie wstrętu ku podniesieniu doznań smakowych tych, których karmi.
Bo to, co wstrętne jest pokrewne perwersji, do której ma skłonność - choć temu zaprzeczają - większość ludzi. Perwersja to rewolucja inaczej: odwraca reguły i zakazy tylko po to, by lepiej je zanegować. Zepsucie uosabia to, co wstrętne. A przepisy z ksiązki kucharskiej mają bronić ustalonych autorytetów i ich dochodów. Dlatego Kuchnia, która konfrontuje się ze wstrętem, przechodzi w kategorie tego, co Czyste i Nieczyste, Grzechu i Zbawienia, Wyuzdania i Niewinności. Wstręt staje się sferą sacrum i zostaje pozbawiony swojej największej broni: obrzydliwości. To właśnie Kuchnia Mistrza. Kucharza.
Niestety! Idealnych kucharzy jest niewielu, więcej jest kucharzy zaledwie dobrych. Wprawdzie nawet i tylko dobry kucharz powinien sobie znakomicie radzić - przynajmniej w kraju pochodzenia, o czym dalej, to fakt, iż pozostajemy - w większości - pod wpływem kucharzy zaledwie dobrych, uniemożliwia nam poznanie spektrum smaków świata, nie wspominając o rozwoju uniwersalistycznego podejścia do życia, w każdej z jego sfer.
Podobno idealny kucharz to taki, który najpierw prosi konsumenta o wskazanie najbardziej obrzydliwej i nieprawdopodobnej rzeczy. Natomiast potem, jeśli ta rzecz nie jest trująca, przyrządza z tego surowca potrawę, która ten zjada ze smakiem.
Wytrawny kucharz wie, że odczucia zmysłowe towarzyszące smakowaniu potraw są tylko w 10% wywołane rzeczywiście przez ich smak, w 90% zaś — przez zapach. Oznacza to, ze w degustacji pokarmu biorą udział wszystkie zmysły, nie wyłączając dotyku, słuchu i wzroku. Wrażliwi jesteśmy na konsystencję, kolor, a nawet dźwięk wydawany przez jedzenie. Stąd prawdziwy mistrz nie pozwoli żadnemu z tych elementów zostać pominiętym.
Do konkretów

Odkrywcy Ameryki dopełnili swego dzieła, będąc na diecie złożonej z solonego mięsa, wina i sucharów. To w Ameryce poznali smak ryb i słodkich ziemniaków. Potem pieczonych psów, które smakowały im rzekomo jak wysoko cenione przez kastylijską kuchnię młode kózki. Następnie poznali takie smakołyki jak węże, jaszczurki, pająki i „wszelakie robactwo wykopane z ziemi".
Obecnie, subiektywne odczucie obrzydliwości egzotycznych potraw, przejawiają - głównie - przedstawiciele cywilizacji "rozwiniętych". Bo potrawy egzotyczne są "niehigieniczne i, ogólnie rzecz biorąc, obrzydliwe": jakby zapomina sie o doznaniach przodków. Przy czym, w stosunku do potraw w Europie powszednich, takich jak golonka, flaki, żaby, befsztyk z żółwia czy smażona ośmiornica, uczucie to nie występuje, a przynajmniej nie jest werbalizowane. Bo jest "niepostępowe".

Zapomniane i pomijane smaki w uniwersalistycznej tradycji Europy
Dorobek kulinarny nie jest, nawet w Europie, pielęgnowany i przechowywany pieczołowicie.
Nie jest tymczasem tajemnicą, że walory odżywcze i smakowe owadów, występujących na starym kontynencie są nie do przecenienia, czego mieli świadomość nasi przodkowie.. Zwolenników takowych owadów jednak, za wyjątkiem afroimigrantów – brak obecnie.
Przykładem zapomnianej sztuki jest potrawa z pieczonego na rożnie jeża, kiedyś tak popularna wśród Cyganów. Niestety: obecnie nawet wśród polskich Cyganów z trudem znalazłem chętnego do przyrządzenia potrawy, a potem - z równie wielkim trudem - do współbiesiadowania.
Mimo wysiłków nie udało mi się znaleźć w Polsce kucharza, będącego gotowym do przygotowania - zgodnie z regułami sztuki - potrawy zwanej "buro", tak popularnej na Filipinach.
Nie znane mi są powody niechęci pomocy głodnemu, ponieważ potrawę przyrządza się bardzo prosto. Mianowicie, przegłodzonego przez kilka dni psa należy nakarmić podduszoną w solance mieszaniną peklowanych jarzyn. Potem kundlowi należy zapewnić nieco spokoju, by "sobie potrawił", a następnie specjalnym „medycznym” uderzeniem kantem dłoni pod żebra („manewr Heimlicha", który jest stosowany w wypadku zakrztuszenia się i którego) wywołuje się u zaskoczonego zwierzęcia torsje. Wywołanie torsji to kluczowy moment przygotowania potrawy, ponieważ zawartość żołądka psa należy „złapać w locie” w garnek i - po dodaniu przypraw - dogotować w sposób umiarkowany, jedynie „do smaku", na ogniu. Wychodzi bardzo dobr i bardzo pożywny „gorący kociołek smaku”.

Reguły kuchni wskazują też na potrzebę zadbania o psa, by nie nabawił się nerwicy pokarmowej i posłużył nam w przyszłości. W tym celu należy umożliwić psu godne warunki trawienia - wraz ze szczęśliwym finałem - następnego posiłku.

Kuchnia orientalna, szczęśliwie coraz bardziej popularna w kraju, dostarcza rozwinięcie szeregu smaków znanych przeciętnemu czytelnikowi - z domu. Dostępne są potrawy z pytona, polnych myszy, kaczych embrionów (nienarodzone, ale już opierzone pisklęta - gotowanych na twardo ( http://www.wykop.pl/link/335299/balut-najwieksze-swinstwo-na-planecie/), czy surowej szarańczy (przed spożyciem należy oderwać nóżki i skrzydełka, by nie utykały w zębach, względnie, gdy szarańcza niedoprawiona - by nie uciekła).

W polskich mediach powszechnie reklamowana jest potrawa zwana "gorący kubek". Czytelnik powinien wiedzieć, że ten specjał ma swój - funkcjonalny - pierwowzór, tzw. "mongolski gorący kubek": znakomita zupa z jelita grubego. Nota bene, znana także w Polsce: "w Cieszyńskim od Cieszyna po Ustron zupe po wywarzyniu jelit nazywano "pyrdelonke" . Wedle smakoszy przyprawiało sie "jom jeszcze do szmaku" "maryjónkym".

Cenionym kulinarnym specjałem, niestety w Polsce, ze względu na zamknięcie na "kuchnie świata", prawie nieznanym, jest "łeb barani". Można też trafić na wielbłąda lub konia. By przyrządzić łeb należycie, należy opalić go nad ogniskiem, w celu pozbycia się futra, a opalone futerko trzeba zeskrobać następnie nożem. Jak doświadczenie w relacjach sąsiedzkich z przybyszami zza wschodniej granicy wskazuje, rzecz do dokonania nawet nad kuchenką gazową. Oczywiście przy przezwyciężeniu pewnego dyskomfortu związanego z zapachem przypalanego włosia.


Niezrównaną potrawą, która mogłaby - z powodzeniem - zagościć na polskich stołach, obok tradycyjnych polskich jaj na twardo, w okresie wielkanocnym jest potrawa nazwana balut. Balut pochodzi z Filipin, i uważany tam jest za przysmak, a nawet - afrodyzjak. Balut jest banalnie prosty w przygotowaniu: zapłodnione kacze jajka wystawia się na słońce, do ciepła. Kaczy embrion powinien bez przeszkód rozwijać się przez dziewięć dni. Kucharz, po dziewięciu dniach bada jajo - ogląda je pod ostre światło - by się upewnić czy w środku rzeczywiście jest kaczy embrion, Jeśli embrionek jest, należy mu umożliwić rozwój jeszcze przez osiem dni i jest gotowy do sprzedaży czy do spożycia. Baluta się je z solą, sokiem z cytryny oraz pieprzem. Niektórzy - Ci, co lubią "hardcore" - ze względu na odczucia smakowe - jedzą baluty z octem.
Jajka w których embrion się nie rozwinął, nie są bezużyteczne. Nazywa się je nazywają się "penoy" i są podobne w smaku do baluta.

W Phnom Penh szczególnie cenioną potrawą jest smażona tarantula, zwana także „przysmak wszystkich dzieci”.

I inne
Godna polecenia wydaje się być zupa duchów - inaczej "tajlandzkie gotowane akwarium”. Zamiast akwariowych roślin pływają w ekosystemie warzywa i przyprawy, m.in. zielony pieprz i papryka. Rybki są żywe. Wrzuca się je do zimnej wody i powoli podgrzewa. Zajadli koneserzy potrawy wskazują, ze zanim rybki ugotują się, rozpaczliwie szukają schronienia w pokrojonych łodygach.. Smakosze, podczas obserwowania przygotowania tej zupy przekonują się, ze nieprawdą jest, iż "ryby głosu nie mają".

Zwolennicy zupy duchów gustują często w „skaczącej sałatce", zwanej pinaluksong htpon. Podstawowym składnikiem sałatki są małe żywe krewetki. Krewetki te kucharz unieruchamia, zalewając je sokiem z cytryny. Zalanie sokiem nie pozbawia jednakze krewetek życia. I, jak twierdzą smakosze - czucia. Czyżby dlatego, ze sok szczypie je w oczy? Tym, co niepokoi podczas konsumpcji sałatki, jest to, ze że krewetki nie tylko wiercą się niespokojnie, lecz wydają także cichutkie piski...
Dźwięk ten bywa np. chrupaniem przy pracy zębów. Kiedy natomiast źródłem dźwięku jest sama potrawa, wrażenia smakowe ulec mogą wzmocnieniu.

Wyśmienitym, popisowym specjałem kuchni chińskiej są tzw. "trzy piski". Nazwa potrawy pochodzi od pisków – tylko trzy zdołają wydać szczurze noworodki odbywając swą ostatnią podróż: z talerza do ust „smakosza” (pierwszy raz - nabicie na pałeczki lub widelec; drugi, - włożenie do ust; ,trzeci – przy połykaniu lub gryzieniu, kiedy szczurze niemowlę usiłuje uciec).


Wyszukaną potrawą, znaną także z europejskich stołów, jest homar. Sztuka przyrządzania homara polega na tym, by wrzucić go do wrzącej wody i gotować nie za długo. Zdarza się jednak, ze realizacja postulatu gotowanie "nie za długiego" powoduje to, że podczas konsumpcji skorupiaka przekonujemy się niekiedy, iż on... żyje. Po oderwaniu pancerza smakosz obserwuje wtedy krążącą w nim hemolimfę, powstałą z wymieszania krwi i płynu jamy ciała. Doświadczenie to zachęca do „następnego razu” z homarem.

Mam nadzieję, że przynajmniej niektóre z potraw nie były znane niektórym Czytelnikom. I że przedstawiony sposób ich przyrządzania wzmocni wrażliwość kulinarną smakoszy, zachęcając ich zarazem do udanego, dalszego eksperymentowania.
Mam także nadzieję, ze ukazałam przynajmniej zarys tego, jak bardzo ważny jest Kucharz, który przyrządzając danie musi wyważyć tak proporcje składników, jak wrażliwość konsumenta, złagodzić cierpienie konsumowanych istot, miłość do świata – jak szacunek do siebie i stonować własną wrażliwość.
Ten ostatni element jest szczególnie ważny u naszych, krajowych Kucharzy, którzy muszą zmagać się podczas pracy, nie tylko ze sztywnymi przepisami, będącymi wyrazem świadomości społecznej przeszłych epok, ale tez z brzemieniem własnego człowieczeństwa i nabytą w trakcie edukacji wiedzą nt. współistnienia światów roślin i zwierząt.

Celebryta 2010-08-12

W wieżowcu, na ósmym piętrze, na jednym z niemieckich osiedli, mieszkali sobie razem dziadek i babcia. Bardzo starzy i bardzo razem. Babcia marzyła o karierze scenicznej. Dziadek miał inną pasję: ciekawiło go, co kupują ludzie.
Do dziadków przyjeżdżał wnuczek. Aż do ukończenia czternastego roku życia.. Dręczony jaskółczym niepokojem i dający to odczuć otoczeniu, tj. każdemu kto chciał dzielić jaskółczy niepokój i każdemu – kto nie chciał. Pomimo tego jednak wszyscy wiedzieli, że Wnuczek kochał dziadków.
Wnuczek jeszcze nie wiedział, co będzie robić w życiu. Ale wiedział, ze na pewno czegoś dokona. Z upływem lat jego cele w życiu zawężały się i stawały się coraz bardziej jasne, ponieważ został wyrzucony ze szkoły. Bez szkoły nie miał zbyt dużych możliwości wyboru, stąd podejmowane wybory tak nie nastręczały mu trudności, jak dostarczały maksymalizacji zadowolenia.
Bolało go jednak to, ze niektórzy koledzy ze szkolnej ławki i osiedla nie chcą go już znać i bawić się z nim. Podobnie, jak to, że większość dziewczyn, które go mijały – w życiu i po drodze – udawało, ze go nie widzi.
Za ten stan rzeczy wnuczek winił osoby mu bliskie, które – w jego ocenie – źle go wychowały. Bo w sposób toksyczny dla otoczenia.
Drugim winowajcą był brak pieniędzy, które nie chciały się znaleźć u Wnuczka w portfelu.
Za trzecią winną – bo to była „ona” – uznał zmowę masonerii z żydostwem i grupa trzymającą władzę. Dopuszczał też udział w zmowie żeńskich szowinistek, choć te ostatnie określał nie jako „szowinistki”, lecz określał je – w tłumaczeniu - mianem „blachara”, „k…a”, „suka”, „świnka”.
W dniu, kiedy Wnuczek skończył czternaście lat, wpadł na uniwersalne rozwiązanie dręczących go problemów.
Pokrajał dziadka i zapewnił mu podróż zsypem na śmieci do kontenera śmieciowego. Babkę zmumifikował, wypchał trocinami i sprzedał jako manekin dla odpowiednika doktora Gunthera von Agensa, który organizował wystawę „Bodies” w Irkucku.
W ten sposób spełnił marzenia: babci - o karierze scenicznej; zaspokoił ciekawość dziadka, co do konsumpcyjnego stylu życia sąsiadów; swoje – bo zgromadził gotówkę, zdobył mieszkanie i poczuł się wolny od toksycznego wpływu rodziny.
Jako, że ojciec i matka od dawna już nie chcieli znać swego syna (wnuczka), cedując ten przywilej na „dziadków”, syn uznał, ze im nic nie musi robić i są kwita.
Kiedy odkryto zaginięcie babci i resztki dziadka, wnuczek został oczyszczony z podejrzeń. Bo przecież czternastolatek nie byłby zdolny do tak okropnego czynu. Przyznał to nawet prokurator w mowie kończącej, wycofując się ze złożonego przezeń wniosku w sądzie dla nieletnich.
Nie wiedzieć czemu Wnuczek poczuł się dotknięty stwierdzeniami Sądu, poniekąd korzystnymi dla Wnuczka, że ów jest „osobą opóźnioną w rozwoju o psotliwym usposobieniu”, „bez zdolności przewidywania” o „ułomnych możliwościach intelektualnych” i „skłonnościach paranoidalnych”. Z uwagi na treść rozstrzygnięcia Sądu, Wnuczek poczuł się, jakby ktoś wytrącił mu oręż z ręki. Nie wiedział też, co robić, bo pieniądze za babcię skończyły się, co zwiększało rozgoryczenie.
I kto wie, jak potoczyłyby się jego losy, gdyby nie propozycja jednego z wydawnictw opublikowania jego historii, skądinąd – medialnej, pt. ”Wnuczek – prawdziwa historia”.
Taki „psikus” dla dziadków, sąsiadów, kolegów i koleżanek, wymiaru sprawiedliwości.
No i dla rodziców, którzy podrzucili dziadkom „kukułcze jajo".
Nieporozumienie 2010-08-11
To trwało już tydzień. Tydzień ciszy. Od awantury na pogrzebie kocura, jedynego współlokatora mamy narzeczonej.
Kot zszedł tydzień po tym, jak ojciec narzeczonej zdecydował się kontynuować pożycie pozamałżeńskie w najbardziej odpowiedni do tego sposób: poza małżeństwem.
Może rzeczywiście stwierdzenie, że od czarownicy, to i kot ucieknie, było nietrafione na pogrzebie kota? W końcu nie tyle uciekł, co odszedł. Może nie chciał odejść, może trafiło go… ot tak, po prostu.
Pstryk i nie ma kota.
W każdym razie Anioł powiedział, co miał powiedzieć, i nie można było już tego zmienić. Po co się martwić zatem?
Narzeczona nie dzwoniła już do Anioła. Kiedy on dzwonił, to wpierw słyszał tylko tłumiony płacz. A potem, dźwiek odkadanej słuchawki. Bez słowa.
Ciężko było mu bez narzeczonej. Nie przywykł dawać sobie samodzielnie rady w takich sytuacjach.
W końcu dopadł ją pod klatką schodową. Nie było trudno, bo mieszkał w tej samej. Miała zapłakane oczy. Gdyby był szczery względem siebie, to przyznałby jednak, ze spotkał narzeczoną przez przypadek. I tylko, jako mistrz kamuflażu, nie dał nic po sobie poznać.
Rozpoczął nawijkę bez zwłoki:
- Oglądałem taki film, gdzie para kochających się ludzi leciała samolotem. I samolot zaczął spadać. Wiedzieli, ze się rozbiją i że zostało im już tylko kilkanaście minut życia. I w tym momencie poczuli, jak mocno kochają się. Każdą komórką ich ciał. To było cos takiego, jak u mnie. I u Ciebie, mam jeszcze nadzieję – dokończył zgrabnie.
- Dobrze, że masz – odparła narzeczona - Ja tez oglądałam podobny film
Jej oczy zalśniły blaskiem szczęścia. Odnaleźli się. Tyle czasu…. Bała się, że to koniec. Tak ją zranił.
Pomyślała jeszcze:” Każdy twój dotyk - działa jak narkotyk, kiedy jesteś blisko - płonie we mnie wszystko, gdy patrzę na Ciebie - czuję się jak w niebie. Jak moglibyśmy nie być razem? Tak samo czujemy, tak samo myślimy: jesteśmy jednością”.
A na głos powiedziała, drżącym ze wzruszenia głosem:
- Chce, żebyśmy już zawsze kochali się, jak na tych najwspanialszych filmach. Na tych które oglądaliśmy i na tych, które będziemy oglądać przez całe życie. Mój Leonardo – dodała, myśląc zapewne o „Titanicu”
Wzięła go za rękę i poprowadziła za sobą.
Kiedy tylko przekroczyli próg mieszkania i zamknęli drzwi, zaczął ją całować. Namiętniej i namiętniej. Ściągnął z niej t-shirta. Nie miała stanika.
„Jak lubię” – pomyślał.
Potem spódniczka. Na koniec, nie chcąc tracić czasu, niecierpliwym ruchem szarpnął majtki. Rozległ się odgłos dartego materiału. Sam rozebrał się, nie wiedząc nawet kiedy. Jak widział to na filmie.
Nie wypadając z przydanej mu roli bzyknął ją od razu na podłodze. Dwa razy na kanapie. Anal. Skończył na twarzy.
Zadowolony z siebie, przewrócił się na drugi bok i odpoczywał, wyrównując przyśpieszony oddech. Zastanawiał się jeszcze nad filmowym finałem - golden rain, czy może listing – kiedy do jego uszu doszedł znajomy odgłos. Na początku myślał, ze to deszcz, ale po chwili zorientował się, ze to tylko te same dźwięki, które słyszał w słuchawce, kiedy dzwonił do narzeczonej. Chlipanie i tłumiony płacz.
Zaczął się zastanawiać: czyżby oglądali inne filmy?

Zgwałcona za młodu 2010-08-04


Absolwentka. Trzech renomowanych uczelni. Nie mogło być inaczej: rodzice dużo zainwestowali w jej przyszłość. Musiała okazać się godna, by kontynuować ich dzieło: godna tak w oczach rodziców, jak w oczach społeczeństwa. No to skończyła te trzy renomowane uczelnie i popełniła doktorat, przy okazji. A wszystko – przed ukończeniem 22 lat.

Teraz czekała w nowej sukience, aż przydzielą jej pokój i telefon w Instytucji. Trochę smutna, bo zwykle, o tej porze, jeszcze była w łóżku. Nie żeby spała: nawet w łóżku pracowała. Robiła „prasówkę” i pedicure.
Teraz nie pomogło przytulenie pajacyka i ściśnięcie za zwis maskotki: bya smutna i rozbita.
- No ale zaczynam nowy etap w życiu: karierę zawodową – pomyślała na pociechę
Kiedy oddzwonili, na drugi dzień po tym, jak nadała na poczcie list z CV, powiedzieli, ze będzie zajmowała się następczą analizą skuteczności implementacji dyrektyw RUE o podatkach bezpośrednich – na poziomie rozporządzeń krajowych. Prawdę mówiąc była mniej zdziwiona, że takie dyrektywy istnieją, niż faktem, ze oddzwonili.
- Materiałów na razie nie ma – oznajmił jej rozmówca na spotkaniu w Instytucji– ale nie możemy wykluczyć, ze takie dyrektywy powstaną. Znaczy, musimy być gotowi zawsze. Jak Pani ojciec – zaznaczył.
- Jak tylko Rada Unii Europejskiej coś wyda do analizy, to Pani dostarczymy. Jakąś nową dyrektywę –precyzował dalej jej zakres obowiązków
Uśmiechnęła się z wdzięcznością.
- Komputer Pani przyniosą z drukarką. I telefonem – dodał, by wszystko było jasne
Znów uśmiechnęła się
- Codzienną prasę dostarczy woźny, żeby nie musiała Pani marnować energii twórczej na prozaiczne czynności związane z zakupem
Kiwnęła głową z aprobatą
- Korektę Pani analiz, oczywiście wyłącznie techniczną i redaktorską – wskazał z czarującym uśmiechem – będzie przeprowadzał doświadczony pracownik, które zajmuje się pisaniem tych analiz. Nie ma możliwości wpadki. Oczywiście, w podpisach pod raportami nie uwzględnia się pomocy technicznej – uśmiechną się ze zrozumieniem
Na jej twarzy odmalował się wyraz ulgi
- W miarę możliwości postaramy się, by z czasem mogła Pani wykonywać obowiązki w domu. W końcu wydajność pracy merytorycznej nie zależy od tego, ile czasu spędza ktoś w miejscu pracy. Podobnie, jak negatywna motywacja nie wpływa na wydajność pracownika– wyjaśnił pojmując sytuację nowoczesnej absolwentki kilku renomowanych uczelni.
Zadowolenie z wysiłku, który włożyła w zdobycie solidnego wykształcenia w kilku szkołach mieszało się z uznaniem dla przenikliwości rozmówcy.
- Ciastka i kanapki są dostępne, gratisowo, w restauracji dla personelu zarządzającego. Oprócz tego kawę będzie Pani sobie mogła robić w ekspresie na końcu korytarza
- Sama? – w jednej chwili całe zadowolenie rozmowy ulotniło się. Poczuła się taka …. zbrukana i nieczysta. Potraktowana jak zwykły, ordynarny sprzedajny pracownik. Dziwka, której płacą za godziny. Nie do tego nawykła w procesie kształcenia! Niczym dźwięk dzwonów kościelnych pobrzmiewał w jej głowie głos ojca: „Jak sama nie będziesz się cenić, to nikt Cię nie będzie cenić!”
Rozmówca nie zostawił jej wyboru: bez słowa odwróciła się plecami do niego i poszła.
Niech zna, pachołek, swoje miejsce!
Inny - świat jest zły 2010-08-04


Świat był zły.
Dotarło to do Anioła Miłości rano, gdy tylko otworzył oczy. Świat był tak zły, jak to mógł sobie wyobrazić markiz de Sade w najbardziej wyuzdanych projekcjach. Wczoraj Anioł wiele przeżył. Może zbyt wiele, jak na jednego człowieka. Ale to, co dziś czuł, kiedy wspomniał wczorajsze okrucieństwo, zwiększało jego cierpienie do nieopisywalnych rozmiarów. Trudno było Aniołowi zadecydować, co go bardziej męczyło: ból ciała, czy resentyment i tortury psychiczne.
I kiedy obrazy zdarzeń przeszłych rozbłyskiwały – nagle i niespodziewanie – w Anioła umyśle, szeptał tylko w grozie i panice: „- Nie! To nie mogłem być ja. Nie moi przyjaciele. Nieeee!!”
A po chwili dodawał, jakby wyjaśniając sobie, to co wydarzyło się już:
„-Cywilizacja i społeczeństwo to oszustwo. A my, ludzie, jesteśmy uwikłani w odwieczny rytuał mordu, który odbywa się na różnych płaszczyznach. I szczęśliwi Ci, co doświadczyli mordu bezpośrednio, w wyniku działań zdefiniowanego społecznie złoczyńcy. Nawet jeśli zginęli. Cóż zrobić mam ja – Anioł – kiedy złoczyńcą, co zamierza się na mnie, jest prawe społeczeństwo? Co robić, dokąd uciec przed ostracyzmem”
Niechętnie wstał z łóżka i odpalił kompa. Przejrzał serwisy informacyjne i najważniejsze wiadomości dnia:
„Matka prostytuowała się, by nakarmić córkę, „Sprzedam dziewictwo, bo nie mam na naukę”, „Kochała go, lecz wyszła za jego ojca. Bo miał pieniądze”, „Wpadł do przedszkola, zabił 3 i ranił 20 dzieci”, „Zastrzelił osiem osób, potem popełnił samobójstwo”, „Więził córkę przez 15 lat w piwnicy i miał z nią…”, „Ci, co bronią krzyża, to fanatyczna sekta”, „70-latka zabiła kochanka siekierą”, „Oblali benzyną i podpalili: kobieta spłonęła”.„Ekolodzy schodzą z drzew”.
- „I po co „ – zapytał sam siebie – „Tam lepiej”
Pokręcił głową, jakby nie mógł uwierzyć, że te zdarzenia opisane miały miejsce naprawdę. Jakby to był tylko wytwór anielskiego umysłu, po wczorajszym katharsis.
Zaraz jednak przypomniał sobie to skrzyżowanie. Motocyklista. Młody. Jechał „troszku” za szybko. Potem leżał - ze złamanym kręgosłupem, kiedy jego zakrwawioną głowę obejmowała płacząca matka. I kiedy inny mężczyzna – pijany już - opróżniał motocykliście kieszenie z portfela „w celu zabezpieczenia dowodów”.
Skąd Anioł znał tego mężczyznę?
Potem przypomniał sobie, jak ten mężczyzna stał do kasy w supermarkecie. Z dziewczynką – 14 lat, nie więcej. Śmiali się i rozmawiali. Potem mężczyzna płacił: za paczkę prezerwatyw, lakę barbie i lizaka.
Anioł już wiedział, skąd znał mężczyznę. Widywał go przecież codziennie: w lustrze, podczas golenia.

„- I po co? I po co to wszystko?” – Anioł gorączkował się, jak to zwykle, gdy znajdował się w tym stanie – „Nie lepiej byłoby od pierwszych lat życia wrzucać dzieci do dołu z dzikimi psami, by poznały czym jest życie i otaczający świat? Po co to oszustwo? Po co kościół, szkoła, rodzina? Po co? Praw życia nie da się oszukać wydumanymi wytworami socjalizmu. Tylko silni mają prawo żyć. Nie ma życia bez rozlewu krwi i poświecenia innych. Społeczeństwa nie da się zmienić, a ci co uważają inaczej to socjaliści. Skazani na niewolnictwo i zagładę”

Świat był tak zły, ze Anioła zaczęła boleć głowa jeszcze silniej. Koszmarne obrazy pojawiały się i znikały, niczym na zawrotnej karuzeli. Wyschły mu usta a język skołowaciał. Chciało mu się rzygać i spocił się na śmierdząco.
„-Tak – pomyślał – Tylko klin klinem. Póki jeszcze zasiłku dla bezrobotnych starczy”.
Bo &#8230;. dupa była za ostra. 2010-07-26


W Warszawie zaczynają się pierwsze w Polsce zajęcia dla mężczyzn - ofiar przemocy domowej.
Może za późno? Chyba za późno. Na pewno za późno!
Bo według statystyk policyjnej "Niebieskiej Karty" gdy w 2006 r. poszkodowanych (ujawnionych poszkodowanych) było ich już 10313. W 1999 r. było ich 4239. Ogólnopolskie Pogotowie dla Ofiar przemocy w Rodzinie twierdzi, że co dziesiąta ofiara przemocy w rodzinie to mężczyzna.


Jego historia była zwyczajna. Poznał kobietę. Miłą i słodką. Wróbeleczek, albo sikoreczka. Spotykali się. Ona w ciąży. Nawet cieszył się, choć zdziwiony. Bo zabezpieczała się. Też cieszył się, kiedy urodziło się dziecko. Choć bardziej podobne do matki.
Ale zaczęli kłócić się. Ona wystawiła mu walizki za drzwi. Nie miał dokąd pójść: w końcu jego mieszkanie. To kłócili się jeszcze bardziej, bo ją denerwowała jego obecność. Zdarzało jej się go uderzyć. W nerwach. Nawet pięćdziesiąt razy pod rząd, w trakcie jednych „nerwów”. Nawet tłuczkiem do mięsa. A „nerwy” były codziennie. On bał się oddać. Bo od razu policja, obdukcja i… rozstanie z dzieckiem. Orzeczenie o wyłącznej winie męża za rozpad pożycia.
Wiedział, że bicie męża przez żonę to nie jest powód do dumy dla męża. To jakoś tak nie miał serca wyjawić chłopakom na komendzie, skąd te siniaki i braki w uzębieniu. Raz zresztą nawet poszedł na komendę, ale w końcu powiedział policjantom, ze… ktoś go napadł. Też w końcu prawda. Po roku umorzyli postępowanie z powodu „niewykrycia sprawców”.
Zresztą wiedział, że trzeba znać swoje miejsce. On zarabiał 5 tys, ona 14 tys: rachunek prosty, kto jest ważniejszy dla Rodziny. Wiedział, ze dziś płeć piękna to kobieta wyzwolona, samodzielna, pracująca. Umie – i łączy - rolę matki, żony i dobrego pracownika. Bo jest zaradna i umie to udowodnić.
Potem poszedł drugi raz. Uprzedził, ze sprawa jest delikatna, więc przyjęli go w osobnym gabinecie. Dokładniej – funkcjonariuszka.

- Nie wierzę – powiedziała – Takie rzeczy nie zdarzają się w Polsce. Chyba, ze mi Pan udowodni: jak mąż-żonie- dodała rozchylając znacząco usta.
Kiedy nic nie zrobił, roześmiała mu się w twarz i nie przyjęła zgłoszenia.
Za to dowiedziała się o tym zgłoszeniu żona. Jak? Nie miał pojęcia. I teraz, jak tylko dochodziło w domu do rękoczynów, szła na policję poskarżyć się. Profilaktycznie. Bała się „rewanżu”?
To nie miało dużego znaczenia, bo, jak policjanci przyjeżdżali do domu na interwencję, to nie wierzyli jej. Bo ona nigdy nie miała żadnych śladów, a on dbał, by mieć podbite oko , czy rozbitą wargę. Nie chciał być mniej chytry niż żona: przynajmniej w tym aspekcie życia.
W końcu mundurowi powiedzieli jej, że ma „mało skomplikowana naturę połączona z wyjątkową bezczelnością”. A jemu, ze zepsuł ją „pozwalając na wszystko”. I żeby okazał się dla niej mężczyzną, by ktoś inny nie był pierwszy.
I przestali przyjeżdżać. Zostali znów sami z żoną
A ona miała kolejny powód do ataków furii. Ze dzwoni, a nikt nie przyjeżdża. Przez jakiś czas próbowała jeszcze ze strażą miejską i policją osiedlową, ale w końcu i oni przestali reagować. Tak, jak gospodarz domu, sąsiedzi i proboszcz. Bardzo ją to denerwowało, ta alienacja i wykluczenie społeczne.
Kiedy wpadała w furię, wrzeszczała:
- „Nie jestem zwolenniczką bicia mężczyzn, ale i tak nauczyłam się, że żeby coś wyegzekwować od ciebie trzeba po prostu przyłożyć!”
I mówiła jeszcze dużo o tym, że obecnie o wszystko trzeba walczyć, a mężczyźni – w tym on - nie rozumieją, że kobieta musi pracować o wiele więcej niż mężczyzna. I w dodatku – nie doceniam tego. Więc sam sobie jest winny. A słowa wzmacniała kolejnymi razami tłuczka zamiennie z wałkiem.
Kiedy zobojętniał na razy, którymi go raczyła, znalazła innych sposób: zaczęła niszczyć wszystkie cenne dla niego rzeczy.
Kolekcję „resoraków”, serię komiksów „Tytus, Tomek i A’Tomek”, filmy z Kapitanem Klossem. Nawet podarła dyplom ukończenia kursu pierwszej pomocy.
Owszem, jak uspokoiła się, to była nawet miła. Uśmiechnęła się. Na koncert można było z nią pójść, do kina. Na dyskotekę też. Choć na dyskotece, kiedyś wściekła się, ze musi wydawać z budżetu domowego więcej pieniędzy na bilet dla niego. Znaczy darmozjad jest. Nigdy niczego – co ją dotyczyło - nie mógł być pewnym.




Dobrze, że miał świadomość istnienia kogoś, kto kocha.
Córeczka.
- Kochanie powiedz mi coś miłego na dobranoc – poprosił ją, kiedy przeczytał córeczce bajkę na dobranoc
- Ty gruba, śmierdząca świnio – odparła córeczka z kochającym uśmiechem. Jej oczy jarzyły się blaskiem miłości i oddania.
Bardzo kochała tatę ta córeczka. I bardzo chciała zrobić tacie przyjemność za tą bajkę. To dlatego powiedziała do niego tak, jak zwykle mówi do taty mama.
Bo córeczka wie, ze Mama przecież jest najukochańsza. I chce dobrze.….
Wujek Zły Dotyk 2010-07-23
Dążeniem każdego człowieka jest szczęście. Swoje i osób otaczających go. Bo trudno przecież przyjąć, żeby ktoś potrafił być trwale szczęśliwy wśród otaczających go ludzi nieszczęśliwych. Żeby ktoś był takim Wujkiem Zły Dotyk i był zarazem osobą zadowolną z życia.


Jednym z warunków szczęścia jest poczucie bezpieczeństwa ekonomicznego i posiadanie wpływu na swoje losy. Czyli, w skrócie – posiadanie pieniędzy i władzy. A może nawet wystarczy dysponowanie pieniędzmi?

Tymczasem dobry stan majątkowy (czy dysponowanie władzą, pozwalającą – np. – na wolne wyrażenie swoich myśli) u danego podmiotu nieodmiennie powoduje nieszczęście innych ludzi. Przynajmniej to wynika z poczynań tych podmiotów.

Właściwie, czasem taki „dobrze sytuowany społecznie” podmiot, cokolwiek by zrobił, robi to źle. I ze szkodą dla bliźnich. Może, zamiast „dobrze sytuowany społecznie podmiot”, należałoby go nazwać Wujek Zły Dotyk? Skoro powoduje swoją obecnością poczucie dyskomfortu u innych....

Powinien nosić to miano, bo cokolwiek ten podmiot zrobi to ktoś czuje się dotknięty.

Barack Obama obraził białą tradycję Stanów Zjednoczonych Ameryki poprzez przyjęcie fotelu prezydenta, o który ubiega się – o zgrozo(!) – skutecznie. Obraża tą tradycję do tej pory, bo nie przeprowadzono - na razie - skutecznego zamnachu.

Michael Jackson został oskarżony o molestowanie Gavina Arviso, a Departament Szeryfa Santa Barbara przeszukał Neverland Ranch i wydał nakaz aresztowania Jacksona. Wprawdzie piosenkarz został oczyszczony z zarzutów, lecz proszę sobie wyobrazić jak negatywny wpływ musiał mieć na pokrzywdzonego, skoro ten dzieciak zdecydował się sięgnąć po pomoc prawną.

Podobnie, redaktor naczelny "Nie" Jerzy Urban został oskarżony o znieważenie Jana Pawła II. Prokuratura Okręgowa w W. wniosła do sądu akt oskarżenia. Bo znieważył go w artykule "Obwoźne sadomaso", co, wg niego, byłó "uprawnioną krytyką widowisk publicznych". Teraz Trybunał Praw człowieka będzie badał, czy skazanie Jerzego Urbana na 20 tys. zł grzywny za znieważenie głowy innego państwa - papieża Jana Pawła II - nie stanowi naruszenia wolności słowa, gwarantowanej przez Europejską Konwencję Praw Człowieka i Podstawowych Wolności.

Żeby nie wspomnieć o nagłaśnianych złych uczynkach polskich polityków (oczywiście na miarę ich wielkości), koncernów serwujących za gorącą kawę, czy sprzedających noże bez instrukcji obsługi, albo szefach, którzy narzekają na mało wydajnych pracowników, co siedzą przy monitorze – zamiast pracować.

Po prostu Wujek Zły Dotyk czai się wszędzie.

Dasz mu się dotknąć, jeśli obieca, że w Ciebie zainwestuje?
Bliskie spotkania trzeciego stopnia 2010-07-23


Na wszystko jest podobno miejsce i czas.
I dlatego działanie jednostki może spotkać się z aprobata lub dezaprobatą.
Albo nawet być niebezpieczne.
Ostatnio zarzuca się, że Premier Polski – Donald Tusk i Premier Putin nie podeszli do ciała Polskiego Prezydenta. W tym wypadku brak zbliżenia okazał się dla nich niebezpieczny.
Żeby podobną przenikliwość – lecz - odwrotnym kierunku – wykazali plażowicze w amerykańskim stanie New Hampshire, do tragedii by nie doszło. Niestety, w następstwie braku przewidywania, ok. 150 osób zostało poparzonych przez największą meduzę świata - Bełtwę festonową. Trafiła ona na plażę już martwa, ale nawet martwa meduza może być groźna, ponieważ fragmenty czułek wciąż mogą pływać w wodzie. W takim wypadku oparzenia nie są niebezpieczne, ale są bolesne.
Podobnie postąpił, dążąc zapewne do zbliżenia, Leszek Bukowski, były pracownik Radia Wolna Europa i działacz opozycji, który usiadł na ławce obok 21-latki. No i został oskarżony o molestowanie seksualne. Wprawdzie nie pamiętał, jak wyglądał przedmiot molestowania (pokrzywdzona) i na sali sądowej zwracał się do pełnomocniczki pokrzywdzonej zamiast do niej, ale … Była to okoliczność obciążająca i dowód na szowinistyczne usposobienie ruchliwego i jurnego 86- latka. Wskutek szowinistycznej, być może zmowy sędziów, został uniewinniony.
Przykładem niebezpiecznego zbliżenia był incydent z udziałem Prezydenta Francji. Jeden z gapiów, odpowiadając na zainteresowanie Prezydenta (http://videos.leparisien.fr/video/iLyROoaftL1D.html ), odrzekł: „Ne me touchez pas... Vous me salissez, laissez moi tranquille” zaś Prezydent Francji, jako mistrz ciętej riposty, zrewanżował się uroczym „casse-toi, pauvre con”.
Jeszcze innym przykładem niebezpiecznego zbliżenia jest porwanie niewinnego rosyjskiego pilota z Liberii do Nowego Jorku. Ów pilot Oto pilot szukał tylko w Afryce kontrahentów, którym mógłby przewieźć coś swoim antonowem 32. Kiedy odpoczywał w hotelowym pokoju, drzwi wyważyli amerykańscy wywiadowcy. Rozebrali pilota do naga, przywiązali do krzesełka na trzech nogach, po czym zapowiedzieli, że nie dadzą mu jeść, pić, ubrać się ani wstać. Pilot odzyskał przytomność na Manhattanie, skąd zadzwonił do konsulatu.
Podobnie dążył do niebezpiecznego zbliżenia poseł Palikot, ubiegając się o dopuszczenie do zespołu Macierewicza dotyczącego badań nad katastrofą smoleńską. Arkadiusz Mularczyk z Pis, niczym lekarz uzdrawiający chorą poszlaką rzeczywistość polityczną, uznał, że apelacja Palikota pozostanie bezowocna, dopóki nie przestanie urządzać sobie kpin z prac komisji.
Można mieć tylko nadzieję, że Palikot, po tym leczeniu, nie skończy jak ta kobieta, która przyszła do szpitala z ością w gardle. W następstwie wizyty jest kaleką i walczy o przeżycie. Natomiast lekarze uznają, ze „zrobili, co było można” w tej sytuacji.
I o ile opinia lekarzy może być uzasadniona posiadanym dyplomem i kondycją pacjentki, to czy tym samym argumentem może być uzasadniona opinia Pana Macierewicza, czy Mularczyka?
Pojedynek 2010-07-16

Atmosfera gęstniała. Do konfrontacji musiało dojść-to było jasne.
Wreszcie znaleźli się tam, gdzie byli sami.
Bez widzów. Bez świadków. Bez kłopotów. Z dala dochodził pogłos świata. Ale to było już nieważne. Nic nie było ważne. Tylko rywalizacja. Pojedynek.
Nie ważne było nawet to, kto wygra. Liczyło się co innego: siła charakteru, hart ducha, wola zwycięstwa
Stanęli obok siebie. Ramię w ramię. Uspokoili oddechy. Patrzyli uważnie i czujnie, jeden na drugiego. Godni siebie. Wojownicy. Gotowi zareagować na pierwszy, najmniejszy nawet ruch przeciwnika.
Kto wyciągnie. Kto się złamie. Kto będzie pierwszy….
Jasne było, ze pierwszy – przegra. Reguła znana co najmniej od czasów dzikiego zachodu.
Przegra, bo pierwszy sięgnie. Bo bardziej niecierpliwy. Bo bardziej żądny zwycięstwa. Chciwy i niegodny.
Dlatego patrzyli – jeden na drugiego. Gotowi, ale niezdecydowani do końca.
I tylko jedna wspólna myśl wypełniała ich „mózgi”: czy zdążę, czy uda się, czy wytrzymam?
I odpowiedź na to pytanie mieli też wspólną, bo w końcu obejmował ich ten sam program nauczania: zarówno w szkole średniej, jak podstawowej.
Nagle wzrok jednemu z nich złagodniał. Zacięta mina zmieniał się na minę spolegliwą. Na twarzy zagościło coś na kształt uśmiechu
- Nie no, stary. Chromolę. Tak nie można. To paranoja! Nie będę już palił z Tobą tego świństwa. Zsikam się!
Z ulgą na twarzy rozpiął spodnie i usiłował uwolnić ptaka.
Lecz było już za późno. Za mokro.
Jak to zwykle bywa, kiedy stan ogromnego, długotrwałego napięcia zostanie zastąpiony uczuciem relaksu. Nagłego i niespodziewanego.
A może zrelaksował się, bo przegrał?
W każdym razie wygrał Amman.
Simon Amman
Spojrzenie 2010-07-15
Wczoraj byłem na kolacji. W „G.” , tam gdzie Wisła ma swoje źródła. Nawet nie tak bardzo drogo, jak myślałem.
W końcu firma zacna. Mają hotele w kilku miejscach w Polsce. W tych hotelach w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku spotykała się elita biznesowa i intelektualna Polski.
Na przykład w Mikołajkach.
To tam obsługa, przygotowując dla jednego z gości jajecznicę „ze stu jaj”, uznała, ze jedno ma niewłaściwy kolor. I przyrządziła drugą. No i te słodycze od niezrównanej firmy „T.” z siedzibą koło Wołomina.
Teraz też hotele tej sieci przyciągają najwybitniejszych członków społeczeństwa.
Pięknych duchowo. Jak Ci, których obserwowałem.

On za był postawny. Bardzo postawny. Starszy, albo prowadzący bardzo intensywne życie biznesowe. Miał przekrwione oczy. A w oczach – błysk inteligencji. Był spocony i pachniał wysokogatunkowym, przetrawionym alkoholem. Miał wymiętą, nieogoloną twarz. Spod koszuli wystawał mu zarośnięty jak u małpy tors. Wyglądał na 60 lat. Ale był bardzo dobrze odżywiony i zbudowany. Jego szyję zdobił złoty łańcuch. Palce – sygnety. Płacił, na zmianę, to złota kartą, to czarna kartą. Rozmawiał ze złotej komóry. Oszczędnie i ekspresywnie. Ale dobitnie. Zwłaszcza, kiedy prosił, by nie przeszkadzać mu w kolacji z partnerką.

Z nią. Blondynką. Szczupłą. Zadbaną. Wysportowaną. Seksowną. Starannie gospodarująca odzieżą. Tak, by nie zużywać więcej materiału niż jest to absolutnie konieczne. Ekolożką znaczy.
Skończyła trzy fakultety pewnie – na tyle wyglądała. Poruszała się zmysłowo. Oszczędnie używała słów, ale każde było bardzo ważne. Pełne znaczenia. Jak jej gesty. Wspominałem, ze była seksowna? No była, była. Przy niej ikony popkultury stawały się podobne do Marii Curie Skłodowskiej. Znajdującej się w końcowej fazie pracy nad materiałami promieniotwórczymi.
Nie wiem ile mogła mieć lat ta blondynka, ale wyglądała bardzo dobrze. A może to była brunetka?
No i była seksowna w tych stringach.
Choć oboje– on i ona – byli oszczędni w słowach, rozumieli się doskonale.
I dobrze wychowani.
On, patrząc czasem na nią z niemym zachwytem, nie zadawał sobie pytania: „Jak mocno można kochać pieniądze?”
Nie pyta się o rzeczy oczywiste w tym hotelu.
Zwłaszcza, ze odpowiedź była w spojrzeniu.
W Jej oczach.
Ognisko z przyjaciółmi 2010-07-08


„Pamiętajcie, ze czynów popełnionych w imię miłości nie sposób rozsądzac ludzką miarą”

Mam 35 lat i jestem zwyczajny. Nie brzydki, nie ładny. Tylko wysoki i wysportowany. Zwyczajny. Nie tyle stary ile czasem taki… zmęczony.
Pracuję w firmie z kapitałem zagranicznym. Spółce Akcyjnej. Ciężko jest. Dobrze płacą jednak. Naprawdę dobrze.
Ona była pierwsza. Nie pierwsza w ogóle i nie ostatnia nawet. Ale pierwsza ważna.
Tak kiedyś myślałem. Dopóki nie zorientowałem się, że nie tylko pierwsza z ważnych, ale i ostatnia. Ze po niej już żadnej nie może być ważniejszej. Ze ona, ona i tylko ona.
Czy to dlatego, ze kocham?
Sam nie wiem, co nas trzymało przy sobie przez tyle lat. Może to była miłość? A może bardziej nienawiść?
Po studiach zamieszkaliśmy razem. Rodzice kupili nam mieszkanie. Moi rodzice – nasze mieszkanie. Chcieli mieć wkład w szczęście syna.
Wydawało by się, że raj.
Ale zaczęły się nieporozumienia rodzinne.
Bo za mało zarabiam.
Bo ograniczam ja i niewolę.
Bo tak się na nią patrzę.
I w ogóle: marnuje życie ze mną. A jej zegar biologiczny tyka – cokolwiek by miała na myśli.
Powiedziałem jej, myśląc o tym zegarze:
- Musisz z tym coś zrobić
Odwrzeszczała, że ja też coś musze z tym zrobić.
Nie chciałem jej robić przykrości i nie słuchać się.
Wziąłem więc dodatkową robotę, by więcej zarabiać. Jej zresztą też nie było zwykle w domu.
Bo w domu nudziła się: zaczęła wychodzić.
Na początku po zakupy tylko. Potem z psem. A na końcu na spacery. Sama. I nigdy nie wiedziałem, kiedy wróci.
Zresztą tak samo było u niej w pracy. Też nudziła się. Też wychodziła. I też nikt nigdy nie wiedział, kiedy wróci.
No to zwolnili ją, jak tylko pokazała się w robocie.
Teraz tak zastanawiam się: może za wcześnie? Może wystarczyło z nią porozmawiać? Może wtedy nie doszłoby do tego?
A tak wróciła do domu na pełen etat. I dalej wychodziła po zakupy – choć ja jadłem w pracy.
Z psem – choć pies uciekł pół roku temu. Na długie spacery – chociaż na dworze było czasem 20 stopni mrozu. I wracała coraz później i coraz rzadziej – na coraz krócej.

Bardzo chciałem, żeby była szczęśliwa. Pracowałem coraz więcej i więcej, żeby nie mogła już powiedzieć, ze „za mało zarabiam”. I żeby była zadowolona.
Tak się teraz zastanawiam: może za dużo pracowałem? Czy może za mało?

Chyba nie, bo wczoraj, kiedy wróciła ze swojego czterodniowego spaceru, stanęła z podręczną torba podróżną w progu i powiedziała, ze wróciła – to była taka jak kiedyś. Rozszerzone oczy, zaczerwienione policzki. Patrzyła się na mnie z taką miłością i oddaniem. Tak jak przed kupnem mieszkania: poczułem się, że ja, ja i tylko ja.
Potem powiedziała:
- Mam dla Ciebie, mój mężu, dwie wiadomości. Obydwie dobre.
-Tak?- zapytałem z niepewnością w głosie i z niedowierzaniem
- Jutro mamy ognisko. Wiesz z naszymi najlepszymi przyjaciółmi. Od naszego wesela nie udało się ich zebrać wszystkich razem.
- A gdzie?
- Tam, w parku. Przycinali gałęzie ze służb komunalnych, wiec o drzewo nie musimy się martwić. Jest cała kupa dodała rozpromieniona -Tylko benzyna, żeby zapalić
- A druga wiadomość?
- Wiesz – zaczęła z niepewnością – Ostatnio nie układało się między nami. Miałam depresję. Taki narastający PMS damski. Brak wiary i takie tam.
Na chwilę zamilkła
- No i poznałam kogoś. Kogoś, kto był ważny dla mnie. Dlatego tak często nie było mnie w domu. Ale to już przeszłość, kochanie. Bo on zawiódł moje zaufanie. On nie jest taki jak Ty – dorzuciła – wielkoduszny, kochający, oddany. Zaopiekujesz się dzieckiem? – dodała niby bez związku.

Nie mogłem odmówić żonie rozsądku w podjętych przez nią działaniach. Bo gdyby wszystkie odtrącone kobiety i wszyscy mężczyźni usiłowaliby dogonić swoje uciekające fascynacje, to wokół nas byłby obóz treningowy sprinterów. Nie dałoby się tam żyć. No kto by chciał wciąż biegać?
Natomiast, co do jej oczekiwań względem dziecka… cóż. Nawet się ucieszyłem. Bo urok świata dla mnie polega na tym, ze jest on tak rozkosznie popier… i niezrozumiały. Oczywiście dla racjonalnie myślącego człowieka. To właśnie źródło jego urody, a mojej fascynacji światem.
Uśmiech, który zagościł na moich ustach, nie znikł aż do rozpoczęcia ogniska z przyjaciółmi.
Żona także uśmiechała się przez cały czas, uspokojona moim szczęściem. Nawet, kiedy ją częstowałem ginem z dodanym – dla smaku - kwasem gamma-hydroksymasłowym (GHB).
Co miałem zrobić? Kochałem ją tak, jak tylko można kochać. Bardziej niż życie, bardziej niż powietrze, którym oddychałem. Serca biciem, ciepłem oddechu i krzykiem rozkoszy. Krzykiem bólu. Nie chciałem, żeby to uczucie, którego potęgi teraz doświadczałem, skończyło się sprzeniewierzeniem - ucieczką, nudą lub zdradą. No i zdałem sobie sprawę z tego, że tak jak oczekiwanie na miłość to już jest miłość, i tak jak żal za miłością to miłość - tak i nienawiść to miłość. Jak ja ją nienawidziłem!
Szukałem tylko Znaku
Spojrzałem na nią: słońce rozświetliło jej oczy. I jej policzki. Teraz wiedziałem, ze to znak od Boga.
A potem …
…. Wszedł, trzymając żonę w ramionach, na szczyt kupy uciętych gałęzi. Położył ja u swoich stóp. Ci, co stali blisko, zobaczyli, ze On uśmiecha się do zebranych przyjaciół. Bez lęku i trwogi. Pozdrowi zebranych uniesiona dłonią. I rzucił zapalona zapałkę na nasączone benzyną gałęzie. A potem rozgrzany stos zapadł się. Ci, co stali blisko mówili, ze widzieli w jego oczach błyskające ogniki szczęścia.
Inni spośród przyjaciół utrzymywali jednak, że to tylko odbijały się w źrenicach płomienie…..
Awatar 2010-06-30
 
Anioł Miłości niemal wpadł w ekran monitora. Trzydzieści dwa cale, miał w co wpadać.
Zachwiał się, lecz zaraz odzyskał panowanie nad wszystkimi członkami. Odskoczył. W prawej ręce – Glock 17 Lang. W lewej bagnet.
- Przed siebie, przed siebie, przed siebie! – tylko o tym myślał
Zza rogu wyskoczył „czarny” w kamizelce kuloodpornej. Nie na wiele mu się przydała, kiedy Anioł wbijał mu nóż w tętnicę udową.
- Giń matkojebco! – pomyślał pochlebnie o napastniku
Dwóch następnych sprzątnął strzałami w oczy.
-„9 mm poszerzy im horyzont na świat cały”
Jeszcze tylko jedno pomieszczenie i … uda mu się!
Zajrzał ukradkiem.
- Kurwa! Co najmniej dwudziestu- pomyślał.
Niby ma jeszcze amunicję, ale czy wystarczy na dwudziestu?
Wybrał granat. I jeszcze jeden. I jeszcze. Kiedy orgia wybuchów ucichła, przebiegł szybko przez śliską od krwi podłogę. Przeskoczył stos wnętrzności, który leżał na progu.
I za drzwiami zobaczył Ją. W końcu.
Miała na sobie czarną skórzaną spódniczkę, uszytą z uwzględnieniem postulatu oszczędności materiału. Koszulka podkreślała rozmiar i jędrność piersi.
- Zostaw mnie!- krzyczała – Chcę żyć, mam narzeczonego!
Jakby to cokolwiek obchodziło Anioła.
Zdarł z niej koszulę i spódnicę. Majtki zostawił. Rzucił ja na biurko.
- Będzie, jak z dziewicą – mruknął do niej obleśnie.
Widząc przerażenie w jej oczach, dodał wyjaśniająco: - Nic to. Pomyśl sobie – nic to! Odczuwał dziką, nieokiełznaną rozkosz spełniając swoje marzenia.
Już kończył: jak w takich wypadkach zwykle – zintensyfikował ruchy.:
Prawie spadli z biurka oboje.
Trzydzieści dwa cale, miał w co wpadać. Czerwony napis rozjarzył ekran. Jednocześnie ktoś wchodził do pomieszczenia. Anioł zachwiał się wstając gwałtownie od biurka.
Nie zdążył przeczytać czerwonego napisu.
- Dzień dobry Panie Prezesie – Anioł rzucił uprzejmie z rozpalonymi policzkami – Raport gotowy. Prześlę Panu mailem. Udało się uniknąć błędów z poprzedniego okresu rozliczeniowego – dodał myśląc o czerwonym napisie, którego treści nie znał.
- To dobrze, dobrze – Prezes chłonął każde słowo – A przychody, rentowność, cena do zysku?
- Co przychodów, to w połowie roku osiągnęliśmy cel całoroczny – wyjaśniał Anioł starając się zerknąć na ekran, choć kątem oka- Koszty zredukowane o 75 procent.
Wreszcie udało się Aniołowi przekrzywić tak głowę, by widzieć wszystko.
Kontynuował wyjaśnienia dla Prezesa: - Jednocześnie renegocjujemy ceny z dostawcami surowców. Były przecież „zahedżowane” – tu Anioł przerwał.
Na ekranie monitora widniał napis:
- „Yo’re too Horny. Your partner is overheated! Please try again later!”

Już nic nie było ważne: ani wyniki, ani przychód, ani ceny transakcyjne. Tylko napis czerwony. Niczym użyte niezgodnie z przeznaczeniem majtki wybranki.
Anioł, jakby nie mogąc przeczytać jarzących się liter, szybkim krokiem zbliżył się do monitora. Nachylił głowę i przytknął czoło do szkła. Niemal wpadł w ekran monitora. Miał w co wpadać. Te trzydzieści dwa cale…..
Zachwiał się, lecz zaraz odzyskał panowanie nad wszystkimi członkami. Odskoczył….
W prawej ręce – Glock 17 Lang. W lewej bagnet….
Poszedł przed siebie.
Tam, gdzie wszyscy wszyscy byli. Zawsze kochali, a czasem grzeszyli – jak on. Szeptał tylko do siebie: „and nothing else matters”.
Tylko tym razem już nie strzelał.
Czekał na jarzący, czerwony napis:
„Game over”.
Jak my wszyscy.

Moralny upadek wymiaru sprawiedliwości 2010-06-30
 

Sąd Najwyższy USA nie zagwarantował Watykanowi immunitetu w procesach dotyczących domniemanych praktyk pedofilskich księży katolickich.
To smutna i niepokojąca nowina zwłaszcza dlatego, że amerykański adwokat Watykanu prosił Sąd tylko o to, by ten uznał, że zarówno Stolica Apostolska, jak i osobiście papież są objęci w USA immunitetem sądowym.

Już teraz wierni z całego świata zadają sobie pytanie: czy, w następstwie wskazanych wydarzeń, amerykańskie seminaria już niedługo będą tak samo puste jak francuskie czy niemieckie? Dynamiczny wzrost księży zakonnych i diecezjalnych – obserwuje się tylko w Afryce.
Bez wątpienia natomiast spadła liczba powołań do żeńskiej służby zakonnej. Liczba zakonnic – w skali świata - spadła w ciągu ostatnich ośmiu lat z 801 tysięcy do 739 tysięcy. Spadek ten jest wiązany z brakiem społecznego uznania dla metod wychowawczych stosowanych przez niektóre siostry zakonne, jak też przypisywanemu im – przez niektórych – współudziałowi we wspomnianych praktykach..


Przywołane powyżej orzeczenie o immunitecie pozwoliłoby na zablokowanie procesów cywilnych, przeciwko Benedyktowi XVI oraz Watykanowi. W wytoczonych przez wiernych (często byłych) powództwach obwinia się Kościół, że tuszował skandale i przenosił podejrzanych księży do nowych parafii – wychodząc naprzeciw upodobaniom i preferencjom księży.

Obrońcy dobrego imienia księży w USA wskazują, że żaden z zarzucanych czynów nie został bezspornie udowodniony, zatem obarczanie odpowiedzialnością – nawet hipotetyczną – Watykanu, jest przedwczesne. Nadto zwracają uwagę, że w różnych częściach Stanów Zjednoczonych, ze względu na predyspozycje genetyczne i uwarunkowania klimatyczne, dzieci osiągają dojrzałość w różnym wieku. Znajduje to wyraz w ustawodawstwie stanowym. Stąd przykładowa jedenastoletnia ofiara domniemanych praktyk nie może być tak samo traktowana w stanach „północnych” i „południowych”, co miarkuje nie tylko stopień odpowiedzialności, ale także odpowiedzialność księży – w ogóle.
Powołują się przy tym na casus polskiego reżysera, z którego praktyk jego 13 letnia ofiara zdawała się być zadowolona. – oznajmiając rodzicom mu, że właśnie odbyło stosunek analny z wybitnym reżyserem.

Nawet gdyby zaakceptować zasadność zarzutów ofiar pedofilii, należy zwrócić uwagę na fakt przemian obyczajowych społeczeństwa: pedofilia uchodzi obecnie za nieuleczalną chorobę psychiczną. Jeszcze pół wieku temu traktowano tak samo homoseksualizm, a dziś nikt nie ma wątpliwość, ze praktyka ta była chybiona.

Zdaniem Philip Aries („Historia dzieciństwa”) , już siedmiolatek, na równi z siedemdziesięciolatkiem, mógł w wiekach średnich, za kradzież zawisnąć na szubienicy. Natomiast dziewczynka, po pierwszej menstruacji, nadawała się do zamążpójścia – i prokreacji. Do Oświecenia i XIX w. chłopak z zamożnego rodu mógł się ożenić (już w wieku 14 lat. Żeby nie wspomnień o Panu o nazwisku Jagiełło, co mógłby być dziś ścigany po całej Europie za pedofilię: poślubiona mu Jadwiga miała 12 lat.

Dlatego Ci, co rozpętują batalię przeciwko Kościołowi Katolickiemu i jego przedstawicielom w związku z domniemaną pedofilią księży, powinni, podczas tego procederu, mieć na uwadze historie i tradycje społeczeństwa, z którego przecież wywodzą się.


Szczęśliwie, kiedy Sąd Najwyższy odmówił zajęcia jakiegokolwiek stanowiska tej sprawie, to oddał się w istocie rozważaniom, czy Sąd ma kompetencję do badania zarzutów wobec Watykanu.

Dlatego, nad wiernymi Kościoła i jego urzędnikami, znów zaświecił promyczek słońca. Mogą teraz, ugruntowując wiarę i szerząc działalność misyjna w południowych stanach USA, jak tez w Afryce, wcielać w życie instrukcję Watykanu "Crimen sollicitationis", która ugruntowywała "kulturę milczenia ", tak ceniona wśród kapłanów.

Czysta prawda 2010-06-24


Według agencji Associated Press, Ministerstwo Spraw Zagranicznych Nigerii potępiło zbrodnicze zastrzelenie przez polską policję obywatela nigeryjskiego, któremu polska policja przydała podobno nazwisko „Winny”.

Trudno dziwić się postawie przedstawicieli Nigerii tym bardziej, że coraz częściej pojawiają się w prasie doniesienia o prześladowaniach Nigeryjczyków mieszkających w Polsce.

Nigeryjskie Ministerstwo podkreśla zwłaszcza to, że zabicie czarnoskórego obywatela Nigerii nastąpiło bez stwierdzenia jego winy, co demonstruje arbitralność polskiej policji w eliminowaniu obcokrajowców.
Bez związku z przywołanymi wydarzeniami jest to, że polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych zaleciło, by każdy turysta, planujący wyjazd do Nigerii, "wnikliwie rozważył konieczność takiej podróży". Ministerstwo wskazało zwłaszcza na części Federalnej Republiki Nigerii (stany Bayelsa, Delta, Riverso i Akwa Ibom), gdzie istnieje możliwość nasilenia działalności ugrupowań ekstremistycznych.

Jednocześnie, polska policja, usprawiedliwiając działania podjęte wobec Nigeryjczyka, wskazuje, że podczas akcji zostało rannych sześciu policjantów – w tym policjant, który broniąc się postrzelił Murzyna. Sam Nigeryjczyk był wcześniej notowany za przestępstwa gospodarcze.
Przy czym policjant, przed podjęciem interwencji, wylegitymował się tak, aby Nigeryjczyk mógł zadzwonić pod 997 i zweryfikować jego dane: przedstawił się płynnie, poprawną dźwięczną polszczyzną z rangi, imienia i nazwiska. Usiłował też zapewnić natychmiastowy kontakt z obrońcą, tłumaczem i opiekę konsularną – co, z uwagi na późniejszy brak kontaktu z Nigeryjczykiem, nie zostało zrealizowane.
Nie potwierdzone zostały doniesienia prasowe o tym, że zmarły, dokonujący napadu na policjanta wykonującego czynności służbowe, był kryminalistą, częścią gangu czarnych handlujących przemycanym towarem i przypuszczalnie narkotykami.
Nie potwierdzone zostało doniesienie, ze według policjantów dokonujących interwencji Nigeryjczyk sam wyrwał broń funkcjonariuszowi i postrzelił się, by zyskać status prześladowanego na tle rasistowskim.


Wydarzenie to zwróciło uwagę aktywistów obywatelskich na sprawy związanie z
nielegalnymi uchodźcami z zagranicy, których liczba – z roku na rok – rośnie.
Polscy obywatele coraz częściej skarżą się na nagabywania ze strony przedstawicieli obcych nacji o różnych kolorach skóry. Zwracają przy tym uwagę na „niepewne zachowania”, „łażenie po targowiskach przez cały dzień”, czy wręcz – na słowne zaczepki i niedwuznaczne propozycje. Znane są przypadki, kiedy handlarze odmawiali wydania reszty i grozili użyciem niebezpiecznego narzędzia wobec klienta, czy wręcz – odmawiali wydania towaru. Nie przechodzą zapomniane wydarzenia, kiedy czaro i żółtoskórzy obywatele innych krajów wchodzą w związki z polskimi obywatelkami, a potem rezygnują z pożycia małżeńskiego.

Przywołani aktywiści powołują się na doniesienia Agencji Associated Press, która wskazuje na sposoby działania nigeryjskiej policji, do czego zapewne ma nawiązywać wystąpienia MSZ Nigerii: "ugrupowania obrońców praw człowieka mówią, iż policja w Nigerii, najludniejszym kraju Afryki, rutynowo dokonuje egzekucji więźniów, gwałci prostytutki i wymusza (łapówki) od kierowców na posterunkach kontrolnych".
Pomimo tych – epizodycznych – zdarzeń, wyjątkowo tylko stawiane są w polskim społeczeństwie pytania: czy bandyci maja
prawo pobytu w Polsce, czy jest znana przeszłość imigrantów, gdzie mieszkają,
czym się zajmują, skąd pochodzą nosiciele
HIV, czy zapłacili juz za koszta leczenia murzyńskich ofiar, czy utworzony został specjalny fundusz alimentacyjny dla dzieci mieszanych?”

Apostoł wolności 2010-06-09

Mikołaj nawet nie przypuszczał, ze będzie taki dzielny. I że będzie potrafił walczyć: o swoją wolność i o swoje przekonania. Sam był zdziwiony, jakie „nadmikołajowskie” siły wykrzesała w nim miłość. Może nie wiedział, że wiele można zdziałać nienawiścią, ale jeszcze więcej miłością.
Mikołaj zabił. Rodziców. Miał tylko 19 lat, ale już wprawnie „robił” siekierą, co pokazał.
Był prawym chłopakiem, więc jak zabił - to wezwał. Policję.
I wyjaśnił, że jest gejem. A Rodzice nie tolerowali jego związku. Z chłopakiem. Takim, jak on.
Może nie chciał sprawiać rodzicom bólu swoją decyzją? I to dlatego zabił ich - we śnie: Matkę – anglistkę i Ojca artystę - malarza.
Żeby nie cierpieli niepotrzebnie.
Był już dorosły. Według Matki, zakochanej w synu – nadzwyczaj zdolny. I wrażliwy. Tak o nim mówiła sąsiadom.
Był też studentem: na mechatronice. Nic dziwnego, według Matki jego.
To we Wrocławiu poznał o kilka lat starszego mężczyznę. Zakochał się w nim. Jako prawy chłopak, poprosił o błogosławieństwo rodziców. By nie żyć w grzechu.

Rodzice zażądali od Mikołaja obietnicy zakończenia znajomości. Co za pomyłka i zawiedzione zaufanie!
A Ojciec zaczął go straszyć, że jeśli tego nie zrobi, to zabije jego kochanka.
Mikołaj uśmiechnął się tylko….
Może dlatego, ze znał aforyzm: „Miłość jest darem uśmiechania się nawet w cierpieniu”.
I wiedział, że Rodzice tego aforyzmu nie znają.

Zatem przyjechał Mikołaj do rodziców na weekend. Uśmiechnął się. Bo w miał prezent dla taty i mamy. Siekierkę. Jeszcze nie używaną, kupiona specjalnie na ta okazję. I naostrzoną z myślą o rodzicach, zapewne.

Już wkrótce uspokoił przyjaciela SMS-em, że "Ojciec już mu nic nie zrobi".
Dopiero potem zadzwonił na Policję: taka jest kolejność uczuć.
Naprawdę musiał zabić Rodziców, bo nie tolerowali jego homoseksualnego związku.
Teraz Mikołaj czeka w areszcie.
Spotyka się z Panem Prokuratorem, który sprawił mu prezent: akt oskarżenia.
I z Panami psychiatrami. Oni też mu coś dali: opinię o pełnej poczytalności. Żeby nikt nie powiedział o Mikołaju „świr”.
Bo wiadomo, jak w Polsce traktuje się mniejszości seksualne, etniczne i wyznaniowe.
A tak, to Mikołaj ma szansę do uczciwy wyrok w Polsce.
Jak to homoseksualista zabijający rodziców.
Młodzieńcze! Wszystko w Twoich rękach 2010-05-19
Terminem "młodociane ciężarne matki" lub "nieletnie matki" okreśa się młode dziewczęta, ktore zaszł w ciążęi (lub) urodziły w okresie do 18 roku życia.
Młodociane matki, przerywają szkołę i nie podejmują pracy zarobkowej, pozostająna utrzymaniu rodzicow i mogą być od nich zależne szczegolnie pod względem materialnym.

Z raportu GUS można wnosić, że w latach 1990 do 1999 liczba urodzeń nieletnich utrzymywała się w przedziale od 7,8% do 7,5% ogólnej liczby urodzeń.

Natomiast z danych zawartych na portalu katolik.pl wynika, że w roku szkolnym 2004/2005 w polskich szkołach było 4908 uczennic w ciąży. Rok później liczba ta wzrosła już do 6410. Najwięcej ciąż odnotowano w grupie dziewcząt w wieku między 16-18 lat (3515 ciąż w roku szkolnym 2004/2005 i 4461 ciąż w 2005/2006.

Z zestawinia tych informacji wynika, że polityka rodzinna i edukacji seksualnej, prowadzona przez państwo i organizacje pozarzadowe jest skuteczna w niewielkim zakresie. Stąd potrzeba poszukiwania nowych, a czasem wręcz nowatorskich rozwiązań przynoszacych oczekiwany skutek.

Z doniesień hiszpanskich mediów wynika, że socjalistyczny rząd autonomicznej wspólnoty Estremadura, w ramach planu edukacji seksualnej w szkołach, zorganizował warsztaty masturbacji dla dzieci, począwszy od czternastego roku życia. Warsztaty noszą nazwę "Przyjemność w Twoich rękach".

Niestety, brak dokładnych danych w mediach o sposobie zaliczania zajęć ("ocena", cz "zaliczenie"), czy warsztaty są tylko teoretyczne, czy też praktyczne, jakie będą wymagania na ocenę celującą i co - jeśli ktoś kompulsywnie będzie oblewać.

Wydaje się jednak, że w braku koncepcji tak Państwa, jak Kościołów w Polsce w prowadzeniu zajęć "przystoswania do życia w rodzinie", czy "edukacji seksualnej", warto pomysł hiszpański poddać rozwadze. Zwłaszcza, że zestawienie wymiernych danych sprzed wprowadzenia tego rodzaju zajęć w szkołach i po - poddają w wątpliwosć sens ich prowadzenia w Polsce w dotychczasowym kształcie.

Zwłaszcza, że pytanie stawiane przez nauczycieli uczniom od lat: "Jak nie idziesz ze swoim chłopakiem do łóżka, to co właściwie robicie przez cały czas?" - pozostaje wciąż bez odpowiedzi...

Pytanie tylko, czy zbiorowe samoprzygotowanie uczniów przed egzaminem wieńczącym wspomniane warszaty - z natury stresującym - nie spowoduje zagrożenia zniweczenia celu warsztatów.

Dobrze mieć babcię 2010-05-19
Mówią, że mam robaczywe sumienie. Albo, że w ogóle go nie mam. To co z tego? Mam za to babcię.


Chorą: Alzhaimer.



Jestem dobrym wnukiem i odwiedzam ją w każdy piątek. Dbam, by miała suszone w domu kabanosy. Przez tydzień. Takie, jak lubi. Twarde, że nawet kot ich nie chce jeść. Więc przynoszę wędlinkę babci.

Ona tak się cieszy. I wciąż pyta, pomimo moich 34 lat, jak się czuję w szóstej klasie. I czy mam kolegów i koleżanki. Mówi, że tak by chciała, żeby było mi w życiu dobrze. I żebym czuł się szczęśliwy.

Szanuję ją. Ciężko jej było w życiu: przeszłą dużą część drogi z generałem Andersem. Przedtem, jakby przeczuwając „Rok Afryki”, walczyła w DAK wyzwalając Afrykę spod okupacji. Wiecie kogo: tych, co pracują teraz w Goldman Sachs. Plan nie wypalił, więc babcia chciała potem pewnie zyskać aprobatę rodaków. Poprzez służbę u Andersa. Z Generałem była i pod Monte Cassino i na Monte Lupich. Potem walczyła do 47. w AK przeciwko sowieckiemu okupantowi. Chciała zmazać winę za to, że nie brała udziału w Powstaniu Warszawskim, gdzie zginęło jakieś 150 – 200 tys. ludności cywilnej. Nie wyszumiała się. Gdyby wiedziała, co generał Anders myślał o Powstaniu, może by już sobie darowała. Ale i tak w końcu sługusy sowietów ją złapały. A przy okazji – dziadka, który był zwykłym krawcem.

Babcia wyszła, dziadek – nie. Może dlatego tak dziwnie się z nią teraz rozmawia? I nie patrzy się w oczy.

W każdym razie za swoją wizytę pobieram, co piątek, trzysta złotych. Babcia i tak nic nie pamięta: czy biorę, czy nie – zawsze ją ktoś okrada. A ja mam na taksówkę do domu. Na parę piwek i kabanosa.

Kiedy tak sobie usiądę w piątek wieczorem przed telewizorem z piwkiem, to myślę o babci. Ciepło. Jestem szczęśliwy tak, jak ona, kiedy mnie widzi.

Tak, jak by chciała, bym był szczęśliwy.

Nie bądź niewdzięcznikiem! 2010-05-19



Kochana Babcia. I mama. Ona tak się o nas troszczyła przez całe życie. I teraz też troszczy się. I bedzie: do ostatniego tchu.






Wie, co dla nas jest najlepsze. Wie, bo przeżyła kilkadziesiąt lat: ma doświadczenie. I wprawę



Dla niej oczywiste jest, komu można zaufać, a komu – nie.

Jakie wartości należy wyznawać. Kogo kochać. I jak.

Do którego kościoła katolickiego chodzić. Ile dawać na tacę. Co przynosić na plebanię.

Którego Radia Józef słuchać. Którą fundację wspierać. Kiedy i jak pościć.

Babcia wie, że ostatecznym celem homoseksualizmu jest walka z Kościołem i zniszczenie Kościoła.

Wie, że trzeba pic zioła, bo to nie chemia. Ale zarazem przestrzega, że, jak się je pije na przykład o północy, stojąc na jednej nodze, to juz wtedy zaczyna się okultyzm i diabeł.

Tego wszystkiego nas uczy.

To dzięki Babci nie mamy w domu telewizora i komputera. Choć mieliśmy. Bo babcia wie, ze telewizja i gry komputerowe mogą być przyczyną masturbacji, która będzie później przeszkadzała w tworzeniu więzi rodzinnych. Babcia została poinformowana, ze badania na całym świecie wykazują, że masturbacja jest główna przyczyna rozwodów na całym świecie.



Dlatego podziękuj Babci. Teraz masz szansę! Zafunduj jej wakacje.

Babcia kocha, to zrozumie, ze nie możesz jej zapewnić Australii. W Polsce też są piękne miejsca: Bieszczady, Pustynia Błędowska, Puszcza Białowieska.

Spraw jej – wnuczku, córko – niezapomniane wakacje rozpoczynające się od 20 czerwca 2010 r.

Na wszelki wypadek niech trwają do 4 lipca 2010!

Bo my kochamy Babcię i nic nie bedziemy jej zabierać. Z życia.

Dobrze mieć babcię 2010-05-10

Mówią, że mam robaczywe sumienie. Albo, że w ogóle go nie mam.
To co z tego?
Mam za to babcię. Chorą: Alzhaimer.
Jestem dobrym wnukiem i odwiedzam ją w każdy piątek. Dbam, by miała suszone w domu kabanosy. Przez tydzień. Takie, jak lubi. Twarde, że nawet kot ich nie chce jeść. Więc przynoszę wędlinkę babci.
Ona tak się cieszy. I wciąż pyta, pomimo moich 34 lat, jak się czuję w szóstej klasie. I czy mam kolegów i koleżanki. Mówi, że tak by chciała, żeby było mi w życiu dobrze. I żebym czuł się szczęśliwy.
Szanuje ją. Ciężko jej było w życiu: przeszłą dużą część drogi z Generałem Andersem. Przedtem, jakby przeczuwając „Rok Afryki”, walczyła w DAK wyzwalając Afrykę spod okupacji. Wiecie kogo: tych, co pracują teraz w Goldman Sachs. Plan nie wypalił, więc babcia chciała potem pewnie zyskać aprobatę rodaków. Poprzez służbę u Andersa. Z Generałem była i pod Monte Cassino i na Monte Lupich. Potem walczyła do 47 w AK przeciwko sowieckiemu okupantowi. Chciała zmazać winę za to, że nie brała udziału w Powstaniu Warszawskim, gdzie zginęło jakieś 150 – 200 tys. ludności cywilnej. Nie wyszumiała się. Gdyby wiedziała, co Generał Anders myślał o Powstaniu, może by już sobie darowała… Ale i tak w końcu sługusy sowietów ją złapały. A przy okazji – dziadka, który był zwykłym krawcem.
Babcia wyszła, dziadek – nie. Może dlatego tak dziwnie się z nią teraz rozmawia? I nie patrzy się w oczy.
W każdym razie za swoją wizytę pobieram, co piątek, trzysta złotych. Babcia i tak nic nie pamięta: czy biorę, czy nie – zawsze ją ktoś okrada. A ja mam na taksówkę do domu. Na parę piwek i kabanosa.


Kiedy tak sobie usiądę w piątek wieczorem przed telewizorem z piwkiem, to myślę o babci. Ciepło. Jestem szczęśliwy tak, jak ona, kiedy mnie widzi
Tak, jak by chciała, bym był szczęśliwy.
Ważna Sprawa Rodzinna 2010-05-06
Nie bójcie się porozmawiać z najbliższymi. Nie wahajcie się zwrócić do nich o pomoc lub poradę, kiedy dopadnie Was "Ważna Sprawa Rodzinna". Albo inne problemy. Pomogą Wam: to naturalny odruch altruizmu.

Mój przyjaciel chciał ze mną porozmawiać.

Powiedział, że musi wyjechać na parę dni. Dwa tygodnie najwyżej. W ważnej sprawie rodzinnej.

Prosił, żebym zaopiekował się, podczas jego nieobecności, jego mieszkaniem. Wyprowadził psa na spacer. Wyniósł śmieci. Podobno tylko na mnie może liczyć.
Dał mi klucze.

Powiedział, że mogę nawet z Nią zamieszkać. Byle bym tylko Go nie zawiódł. Nie zmarnował kwiatków. Nie zagłodził psa. Nie zalał mieszkania.

Teraz wiem, że to nie on jest moim dłużnikiem, lecz ja jestem jego dłużnikiem. Na zawsze już chyba.

Wszystko robiliśmy razem. Chodziłem z nią na spacery po Promenadzie. Zapraszałem na kolacje wieczorem. Do najróżniejszych miejsc. Byliśmy w i Kazimierzu i w Nalęczowie. Pojechaliśmy do SPA Ireny Eris na Wzgórzach Dylewskich. Bo miała wykupiony pobyt weekendowy. Jeszcze w Walentynki i jeszcze przez Niego. Nakarmiliśmy też psa.

Dzięki tym paru dniom razem zrozumiałem, co to znaczy odpowiedzialność. Jak być prawdziwym mężczyzną. Jak dbać o innych. O nią.
Co ona czuje. I jak czuje. Co jest dla Niej ważne. A co dla Niego. I czego Ona oczekuje od meżczyzny.
Kiedy mój Przyjaciel wróci, bedę musiał z nim porozmawiać.
O Ważnej Sprawie Rodzinnej.
Ale, dopóki co, dziś idę z Nią na koncert.
Siedem sekund wczorajszego dnia 2010-05-06
Pierwsza sekunda

Leżę na łóżku. W jakimś pomieszczeniu. Pościel jest mokra od potu. Chce mi się rzygać. W ustach mam metaliczny posmak Nie mogę się ruszyć. Ten potworny ból!


I wszechogarniający smród. Nie potrafię określić swojej sytuacji.



Druga sekunda.

Słyszę strzępy rozmów. Niezrozumiałych: nie potrafię wyodrębnić słów. To chyba gdzieś na podwórku. Wokół śmierdzi papierosami. I nieświeżym ubraniem.

Przypomina mi się jakaś dziewczyna. Nie wiem ile ma lat. Jest przeraźliwie gruba i ma ciemny meszek nad górna wargą. Nad ustami?

Zdrętwiała mi ręka. Czuję tysiące mrówek, ale nie jestem w stanie się ruszyć. Ręke przygniata mi jakaś pierś o jasnopigmentowym sutku.

Trzecia sekunda.

Widzę twarz jakiegoś mężczyzny. W jego oczach – przerażenie. Nie wiem, kto…. A nie, wiem! To jestem ja. To moje odbicie w lustrze na suficie.

Ta dziewczyna… Poznałem ją w Harendzie. Chyba studentka. Miała strasznie duże cycki. Już wiem, co tak pachnie.

Lucy Strike.

Ona jest palaczką.



Czwarta sekunda



Czy to ważne jak? Sam nie wiem. Nie chciałem z nią rozmawiać. Brzydziłem się. Długo.

Ale potem, ujęła mnie. Tak, to na pewno jakaś zdolna studentka o szerokich…. Perspektywach..

Czy naprawdę muszą oszukiwać nawet na piwie? Z biegiem czasu coraz mniej nalewają!



Piąta sekunda.

Obraz dziewczyny znika. To nie jest ważne. Ogarnia mnie nieprzeparta senność. I jestem pobrudzony jakimiś wydzielinami. Cały się kleję.

Jesoo, chyba się nie zatrułem wczoraj? Dużo nie wypiłem.

Ale czemu tak strasznie mąci mi się w głowie? To ze smrodu. Przetrawionych papierosów i wódy.



Szósta sekunda.

Może naprawdę coś ze mną nie tak. Spróbowałem podnieść powieki... Nic z tego!

Bzdura, nie tyle potrafię wypić. I nikt niczego nie podejrzewa. To na pewno nie to. Po prostu jestem śpiący. I zmęczony.

Dlaczego ona jest taka ciężka? Tak mi duszno. Tak tu smierdzi. Umieram?





Siódma sekunda.

Ta dziewczyna… Czemu ciągnęła mnie za krawat do jakiegoś mieszkania? Mówiła coś, że teraz się odegra za wszystkie niepowodzenia w miłości. Tylko najpierw da mi cukiereczka. Że nie tak łatwo jej uciec.. Jak się nazywały te cukierki? . Już wiem... wiem... Mówiła o nich viagra., viagra? Czy inaczej?





Opis zdarzeń jest czysto hipotetyczny i nie dotyczy przeżyć autora. Ma charakter uniwersalistyczny.
Nie dotyczy, przynajmniej w takim zakresie, w którym autor pamięta.

Miłośc francuska 2010-05-02
Szedł przez miasto i było mu smutno. Tak było od czasu, kiedy spróbował bielunia.Tak... miał Siłę, Moc i Władzę. Widział to, czego inni nigdy nie zobaczą. Poruszał się w wymiarach i płaszczyznach rzeczywistości niedostępnych nie tylko dla przeciętnego człowieka, ale i dla Maga


Nawet dla Odmieńca.
Odmieńcy go nie rozumieli, bo bali się go. Kto by się nie bał Inkwizytora i Protektora w jednym, który nie dość, że pilnuje, by ludziom nie stała się krzywda to wymierza odmiencom na miejscu karę. Nieodwołalną. Tak samo - i z tego samego powodu - bali się go magowie.
Ludzie natomiast nie rozumieli Protektora: bo nie widzieli tego, co Protektor widział. I nie czuli, tego, co on. Co z tego, że ich chronił? No, a jak im powiedzieć, że wśród nich zyją "inni", odmieńcy? Ze każdy krok, każde działanie człowieka jest kontrolowane? Że są wykorzystywani jako źródło energii magicznej jedynie. Zresztą z niewielką dla nich szkodą, bo sami z tej energii nie korzystają. Za wyjatkiem może wampirów zwykłych i wilkołaków, bo oni używają ludzi tylko jako pożywienia. Że słowa mają moc sprawczą. I mogą tworzyć gęstą sieć aury wokół miejsc lub ludzi: jesli sie jej nie zneutralizuje choćby najprostszym "znakiem" - może wpływać na losy i bieg zdarzeń.

Dzień przed pełnią. Wiedział, że teraz należy być szczególnie czujnym.
W autobusie nie było tłoku. Parę ubytków aury, jakiś wampir energetyczny dobrał się do niektórych pasazerów. Inkwizytor machnął tylko ręką, wampiry energetycznie nie interesowały go dzisiaj. Zreszta to nic podniecajacego, wręcz odwrotnie. A w tym wypadku na dodatek zastosowały technikę substytucji:z mężczyzn wyssał tylko chęć zarabiania na legalne partnerki. Z kobiet - chęć na wykonywanie powinności mażeńskich kierunkując ich pasje na powinności pozamałżenskie.
Pełnia blisko. To dawało się czuć!
Do autobusu wszedł pan z wilczurem na smyczy. Zwyczajny pan, zwyczajny pies. Skasował bilet za siebie i psa. Potem dziewczyna z chłopakiem. Ładna. Protektor niepozornym ruchem zdjął znad głowy siwą aurę, która nad nią tworzyła gęstą sieć . Na drugim poziomie wymiaru magii aura była banalnie łatwa do odczytania. Tworzyły ją słowa ukochanego chłopaka: "trzy miesiące umawiam się z nią i nie dała", "za to, co na tą sukę wydałem, mógłbym sobie rower kupić", "prezerwatywy, które zakupiłem na wspólny wyjazd, sparciały już: pewnie chce dziecka!".

Chłopak miał pewne - nieuświadamiane - zdolności magiczne. To stąd ta zniekształcona aura. Inkwizytor spojrzał na niego uważniej:
- "Bezużyteczny" - mruknął - "Nie dość, że zdolności magiczne na poziomie szeptuchy z Podlasia, to jeszcze uaktywniają się tylko wtedy, kiedy chłopak jest podjarany"
Tu zamyślił się jeszcze głębiej
-"A moze by go na akcję wysyłać z sztuczną pochwą? Albo jakimś świerszczykiem? Albo postymulować oralnie przed akcją"



Kiedy Inkwizytor stał się kiedyś Magiem POnad POdziałami zyskał niezmierzoną moc magiczną, kosztem mocy witalnej, czyli zdolności do chędożenia: skądś się magia musiała brać.
I choć Inkwizytor już nie mógł, to nie znaczy, ze nie chciał. Przynajmniej sobie o tym pomyśleć. Albo poogladać. Snułby może rozważania dalej, bo temat wciaż go interesował, gdyby nie....

Protektor nagle poczuł gwałtowne zaburzenia jaźni wszystkich ludzi w autobusie. Wiedział instyktownie, co to znaczy: prymitywna magia nakierunkowana na uzyskanie trwałej iluzji zgromadzonych w jednym miejscu ludzi.
Już wiedział, czemu wziął go za zwyczajnego owczarka niemieckiego: zbyt małe zdolności magiczne, prawie nie odróżniające się od tła. Hipnoza, silna sugestia, tworzenie złudzeń - to wszstko, co potrafił. No i antropomorfizacja. Protektor schował się dyskretnie za zasłoną magiczną. Czekał. Wiedział od czego zaczyna się często. I chocież już nie mógł, to jedank popatrzyć lubił.
Zawsze zdąży uratować, a gwałt przezcież, to nic wielkiego:
- "Nie wymydli się" - mruknął do siebie
I właśnie teraz Protektor ujrzał go w pełnej krasie:
Owczarek przybrał ludzką postać błyskawicznie. I w prawie perfekcyjny sposób, zważywszy na tempo przemian.
-"Musiał długo trenować "na sucho", przed lustrem"- pomyślał Inkwizytor z pewnym żalem. Z żalem, bo bardzo cenił sobie pracowitość u odmieńców, a wiedział, że trud tego tu, pójdzie na marne.
Że to nie człowiek, zdradzał owczarka w tym momencie tylko brak ubrania. No, i oczywiście - sierść na plecach, czerwone oczy, spiczaste paury oraz monstrualne siedmiocentymetrowe kły wystające z całuśnych ust. Po tych kłach właśnie można było rozpoznać dokłądny gatunek.
"Wilkołak Rosyjski". Wychudzony, dawno nie żarłaczył - zakonotował Protektor.
Bardzo rzadki. Właściwie, gdyby nie Putin, to możnaby uznać, że gatunek ten to wymysł paleontologów.

Oczywiście ludzie w autobusie nie widzieli żadnego wilkołaka: iluzja już trwała. Ludzie widzieli, co najwyżej, uroczego młodzieńca migdalącego się z kobietą. Dopiero jutro może sobie przypomna niektórzy, że pokiereszowane, może w wypadku samochodowym, zwłoki kobiety, to ta sama była osoba, która teraz tak bezwstydnie ocierała się o udo młodzieńca.
Kobieta nie była świadoma tego, o co ją się podejrzewa- nie wspominajac o istnieniu iluzji.
Tymczasem wychudzony odmieniec namiętnie lizał jej szyję. Z podnieceniem na twarzy schwycił subtelnie kłami ją za gardło.
Nie poczuła nawet kiedy przegryzł jej niespodziewnie szyję i zabrał się za konsumpcję.
-"Cholera" - Protektor był wściekły - "Napalony jakiś? Zbok? Od razu ją pożera? Bez gry wstępnej?
Protektor był wsciekły na siebie: znów spóźnił się z interwencją. Czternasty raz z rzędu! I znowu dla niskiej reminescencji zdarzeń przeszłych.
Na czym mu tak zależało? To, że mu już nie staje, nie oznacza, że jest jakiś gorszy. W końcu nabył moc maga.
Teraz musiał szybko zainterweniować, żeby nie wyglądało przed Komisją ds Badania Wypadków Przy Pracy na zaniedbanie z jego strony, lecz - co najwyzej - na zdeterminowane i szybkie działanie wilkołaka.
- Ręce na kark i wciągnąć kły - ryknął na cały głos, zdejmując zasłonę magiczną - Puść kobietę, bo użyję czosnku- dodał
Trochę bez potrzeby, bo Wilkołak bez zwłoki odskoczył od zwłok. A najbliżsi mu pasażerowie spojrzeli się ze zdiwiwiniem, bo krzyku o takim natęzeniu, nie maskowała nawet iluzja. Ale Inkwizytor kontynuował niezrażony:
- Co my tu mamy? Pijemy sobie krew?
- Ta..aak. Ciężka krew, ale krew. Ona ma witaminki.
- Bez licencji wywłoko?- Inkwizytor zarczał powtórnie - Na sępa?
- Czy ty zawsze, ale to zawsze musisz nam przeszkadzać w posiłku?- wilkołak nie wydawał się skruszony
- To nie jest twój posiłek. To była pełnowartościowa kobieta o rozbudzonym ego.
- Nikt nie jest doskonały - wilkołak nawet się nie usprawiedliwiał
Na takie dictum Protektor mial tylko jedną odpowiedź:
- Nigdy nie jest też za późno na kopanie grobów - rzekł wyjmując zza pazuchy osikowy kołek specjalnie naostrzony na taką okazję właśnie srebrnym sztyletem odlanym ze srebrników ukradzionych Judaszowi.
Wilkołak spojrzał bystro na inkwizytora. Poczuł tak żal za swoje gadulstwo, jak ogromną ochotę, by podjąć próbę ugryzienia się ze złości w tyłek. Spróbował raz jeszcze zagaić do Inkwizytora, by ocalić tenże:
-Czy Ci nie zal Inkwizytorze? - zapytał -Wampirów, wiedźm, wilkołaków i cyganek wkrótce nie będzie już na świecie, jak tak będziesz pracował. Jak Pawka Korczagin. A skurwysyny będą zawsze. Zobacz! Tylu ludzi jest wokół. Wszyscy chodza razem, razem robią. W grupie. A ja walczę o swoje życie samotnie - dokonczył- Mam prawo sobie coś skubnąc czasem na boku?
- Masz. W ramach licencji miesięcznej: trzy dziewice miesięcznie na terenie miasta. Nie wiedziałeś, że jedyną czynnością, która dobrze wychodzi samotnym, jest samogwałt?- Inkwizytor zapytał retorycznie - Na tym polega odwieczna przewaga tyranii demokracji nad monarchią oswieconą: na kupie!
-Inkwizycjo! Znaczy ja limitu nie wyczerpałem! To kurewskie miasto: w tym mieście od pokolen nie ma dziewic z wyboru. Co najwyżej parę by się znalazlo z niewiedzy. Ale nie z niewiedzy dziewic - raczej z niewiedzy przyszczatych młodzieńców, których wybrały na partnerów!
- Mam zapisane w rejestrze, że w tym miesiącu trzy dziewki szarpnałeś kłem. Dwie na Pradze, a jedną na Motowskiej - skrupulatne wyliczył Inkwizytor konsultując się mentalnie z Koordynatorem.
- Aaa, nie! - zaprzeczył wilkołak - To na Mokotowskiej to nie była dzieczyna. To byl.... tranwestyta- wilkolak się zaczerwienił - Tu jest jego przyrodzenie. Odgryzlem dla celów dowodowych - wyjaśnił nieco zmieszany, podając zasuszony kawałek tkanki
-Tranwestyta? Istotnie fallus - inkwizytor popatrzył na zasuszeńca z ciekawością. A potem na wilkołaka ze zrozumieniem. Bo każdy może mieć tego rodzaju wspomnienia. Zwłaszcza, ze, jak powiadają, nie ma nieatrakcyjnych partnerów, jest tylko za mało alkoholu. Albo krwi.
I rzekł w zadumie:
- Istotnie. Błądzić jest rzeczą ludzką. Lulaj w trumience w pokoju.
- Lulaj, Inkwizytorze.
Znowu został męczennikiem 2010-04-27
Nie jest łatwo być świętym. Jeszcze trudniej być Synem Bożym. nikt nie wie tego lepiej, niż Ci, którzy musieli piastowac tą godność w życiu.
Zewszą tylko obowiązki i wyrzeczenia. Modlitwa i porządne życie. A wdzięczności i zrozumienia wśród ludzi - zadnego.
- Mój Ojcze!
-Tak, Synu?
- Nie pozwól im więcej cierpieć!
- Komu, Joshua?
-Polakom...
Ojciec zamknął tylko oczy. Wszystko zobaczył: aksamitna rewolucję i obsadzenie prawymi ludźmi najwżniejszych stanowisk w Państwie, wejście Polski do Unii Europejskiej, rozwój kontaktw międzynarodowych i trzymanie w ryzach niepokornej Rosji przez prawdziwych polityków. Jednak jeszcze silniej zacisnął powieki. Zobaczył wtedy jak "prawi ludzie", których wyniosła do włądzy aksamitna rewolucja stali się ludźmi nieprawymi. Jak Polska stała się zaborcą niewinnych narodów. No i ostatni lot kaczki. Tak prawej, że ludzie lewicy widzieli w niej kaczą ekstremistkę. Zamyśli się na ciężkim losem Narodu Wybranego i rzekł:
- Polakom... A znam, znam sprawę. To trudna rzecz..
- Dla Ciebie Ojcze? Dla Ciebie nie ma nic trudnego.
- Zatem idź Joshua. Idź do Polski i czyń wolę Ojca....

Zstąpił zatem Syn na Ziemie Polski, czyniąc wolę Ojca.
A Syn nie mógłby niczego czynić sam od siebie, gdyby nie widział Ojca czyniącego.
Wyposażył Go Ojciec w nowe życie i w nową tożsamość, by nie budził zdziwinienia otaczajacego go, a nieznanego świata.
I zobaczył Joshua swe dzieciństwo i młodość. Przedszkole i szkołę. Więzienie i nawrócenie. Biologicznych rodziców i biologiczne życie.
I gdy zdał sobie sprawę z tego, natychmiast udał się do Domu Ojca, by podziekować mu za Szansę, którą Ojciec dał Polakom. I za swoje życie na tej ziemi.
Klęczał i mówił:
"Dziś, Ojcze otrzymałem piątkę w szkole. Twoimi odpowiedziami byli zdumieni uczeni faryzjusze w świątyni, gdy miałeś dwanaście lat. Pani postawiła mi piątkę.
Ojcze, jaką mam radość w sercu. Radością tą chcę podzielić się z Tobą. Ty też cieszyłeś się, gdy Mama własnymi rękoma zrobiła Ci nową suknię.
Dziękuję Ci za to, że pozwalasz nam cieszyć się i bawić z tymi, z którymi nam jest dobrze. Mówiłeś przecież, że gdzie jest dwóch albo trzech zgromadzonych w imię Twoje, tam Ty jesteś. Lubiłeś być w domu Twojego przyjaciela, Łazarza. Nie odmówiłeś zaproszeniu na wesele do Kany. Boże, daj mi cierpliwość, bym pogodził się z tym, czego zmienić nie jestem w stanie. Daj mi siłę, bym zmieniał to co zmienić mogę. I daj mi mądrość, bym odróżnił jedno od drugiego."
- Oto ona odrzekł Ojciec do Joshua.
A siła Ojca spłyneła na Syna
Zobaczył Syn przed soba dwójke ludzi. Z sześcioletnim dzieckiem. I wiedział już co ma robić.
Modląc się i powtarzając słowa - "Och Boże, udziel mi Łaski na ten dzień,
kieruj moimi myślami i błogosław im" - podbiegł do nich.
Spojrzał na mężczyznę, na kobietę. I na dziecko.
Bez słowa kopnął mężczyznę w jądra. Potem wyrwał płytę chodnikową i ogłuszył mężczyznę. Nie chciał klopotów.
Krzyk zamarł na ustach kobiety. Była przerażona. Nie wiedziała, co się dzieje. Dziecko też stało nieruchomo. Jak zamrożone. Nie płakało. Wiedziało tylko jedno: ukochany tata lezy na ziemi. Nie rusza się. A z głowy leci mu krew.
Joshua popatrzył na dziecko. I smutno się uśmiechając schwycił je za gardło.
Joshua nie spodziewał się takiego temperamentu po matce. Przez moment, kiedy zaczęła go walić po głowie upuszczona płytą betonową, myślał, że nie utrzyma dzieciaka. Szczęśliwie udało mu się ją przewrócić i przygnieść ciaem dziecka. Leżac na nich obojgu dokończył dzieła. Kiedy skończył, żadne nie ruszało się.
Joshua podniósł się z ziemi i powiedział cicho. Do siebie:
- "Ukochany Ojcze! Użycz mi pogody ducha, spraw abym rozpoznał swoje potrzeby. Potrafił kochać bezinteresownie, dawać ludziom dobro, miłość, radość. By moje serce przyjęło to wszystko i dało siebie w pełni. Błogosławię ten dzień i pozwalam by Twoja Wola stała się moją."

To był temat dla gazet. Przez dwa tygodnie wszyscy fascynowali się postacią Joshua. Tym mocniej, że matka jednak przeżyła. I dokładnie opowiedziała, co Joshua mówił, kiedy zabijał jej męża. A potem dziecko.
Joshua został ujęty. I zanim opuścił cielesną powłokę, by spotkać się z Ojcem, za którym tęsknił - odwiedziła go w więzieniu matka. Ta, co przeżyła.
Zapytała się tylko o jedno:
- Dlaczego, Jezu?
On ją też zapytał:
- Czy wierzysz?
- Tak wierzę. Jestem z Polski.
- To dobrze. Bo ja z Nieba. Jestem Jezusem. Na Ziemi tylko, żeby przynieść ulgę Narodowi Wybranemu.
- Dlaczego, Jezu? Dlaczego zabiłeś mi męża i dziecko?
- Siedzieliśmy sobie z Ojcem przy kominku i badliśmy linie losu ludzi z Narodu Wybranego. Wyszło nam..... Twój syn dostał najlepszą notę w przedszkolu?
-Tak
- No właśnie. Kupilibyście mu za to hulajnogę. Dwa miesiące później mógłby spaść z tej hulajnogi i złamać nogę. Już by tak nie hulał...Bo miałby ją... trochę krótszą
- Tak?
- W szkole śrerdniej nie mógłby należeć do drużyny warcabistów. Bo oni dbali o prezencję ekipy.A jego dziewczyna, którą tak bardzo kochał i której oddał nawet nerkę, zdradziłaby go z jego najlepszym przyjaciem. Ale też - kapitanem drużyny. Tej, no... warcabistów.
- Tak?
- Wasz syn poszedłby się upićdo Puszczy Kampinoskiej, gdzie za dwa dni odbyłoby się polowanie z udzialem Prezydenta RP . Wypiłby dwie butelki taniego wina. Bedac w upojeniu alkoholowym, jedną z nich by rzucił na ziemię. Dwa dni później Prezydent, bedący ekologiem, chciałby ją podnieść. Niestety! - Nie zauważyłby wnyków na gruba zwierzynę. Wpadłby w nie i zawisł głową do dołu. Uczestnicy polowania, widząc ruch w krzakach oddaliby kilka strzałów w kierunku - domniemanego - jelenia. Zabiliby Prezydenta. Po raz kolejny tajka strata dla Narodu Wybranego... Trzeba było usunąc źródło zła: Twojego Syna. Czy rozumiesz mnie?
- Rozumiem.
- To ukleknijmy teraz i pomódlmy się.. Powtarzaj za mną, niewiasto:
" Dziękuję Ci Panie za łaskę płynacą z rąk Syna Twego. Za jego mądrość i dobroć. Za to, ze jest i będzie. Bo mądrośc jego niezmierzona jest".
- Jakoś tak mi dziwnie Joshua....


Kobieta wybaczyła dla Joshua. Nie wybaczyli mu jednak strażnicy więzienni.
Tego wieczora Joshua zahłysnął się herbata i udusił podczas drogi na kolację.
Został męczennikiem.
Jak to kilka razy w roku w Polsce...

Społeczeństwo obywatelskie 2010-04-22

Dzień zaczynam od trzech czynności: lektury porannej papierowej gazety i konsumpcji dużego kubka kawy. Obydwie czynności mają ścisły związek z trzecią czynnością: gazeta ze względu na papier, na którym została wydrukowana i zawartość merytoryczną artykułów. Kawa – bo przyspiesza przemianę materii.
Dziś jednak było inaczej. Kawa wprawdzie zadziała po staremu, lecz gazeta mnie zainteresowała. Nie chciałem się jej pozbywać- zwłaszcza w tak przyziemny sposób.
W moim bloku mieszka harcerz. Chodzi w mundurku. Dwa tygodnie temu go spotkałem.
– Czołem harcerzu! Jak leci, druhu? –zapytałem
– Czołem. Kiepsko – odparł bez ogródek
- Czemu kiepsko?- nie zrozumiałem
Spojrzał na mnie wilkiem i splunął kiepem przed nogi.
. – Bo społeczeństwo jest nieobywatelskie – wyjaśnił
- ?? – nie rozumiałem
Wyjaśnił:
- Pomagaliśmy w sklepie, supermarkecie, pakować przy kasie. To awantura zrobiła się, że wymuszamy przy okazji składki na nasz obóz harcerski. Bo nie pytamy, tylko pakujemy. I ludzie czują się zobowiązani coś nam dawać, a się wstydzą.
-To przykre – nadmieniłem ostrożnie
– Potem wysłali nas z puszką. Na zbiórkę datków na pomnik powstańców getta.
Tu przerwał i zastanowił się:
- I znowu chryja. Że wymuszenie rozbójnicze było. Od młodzieży wszechpolskiej, czy jakoś tak. Skończyło się na osiedlowym komisariacie, gdzie sam harcmistrz ręczył za nas o trzeciej w nocy.
– To może coś niezwiązanego z pieniędzmi – podsunąłem. – Wiesz… ludzie teraz biedni, to drażliwi na punkcie pieniędzy – wyjaśniłem
Harcerz popatrzył na mnie smutno.
- Pomagaliśmy uczniom podstawówki przechodzić przez jezdnię. Żeby na pasach to robić, bo bezpiecznie. A tak, to były wypadki. Teraz trzech z nas oczekuje na wyroki – zakończył z zafrasowaniem w głosie. – Za molestowanie nieletnich.
Sam nie wiedziałem, co mu poradzić. Głupio tak znajomego chłopaka zostawić bez pomocy. Nawet harcerza, którzy – jak wiadomo – wszystko robią sobie sami.
– To może – pomysł pojawił się tak nagle, że nie wiedziałem kiedy – spróbujcie tak pracować dla społeczeństwa, żeby nikt nie wiedział, ze to wy. No wiesz, jak ta „Niewidzialna Ręka” kiedyś – dodałem. – Węgla przyniesiecie z piwnicy komuś „incognito”. Albo ziemniaki. Trawnik przystrzyżecie w nocy. Drzewka pomalujecie…. No, takie tam – zakończyłem
Harcerz popatrzył z zainteresowaniem:
-A wiesz… to jest myśl. Dzięki. Lecę powiedzieć druhom – zakończył szybko wyraźnie uradowany.

Ja też ucieszyłem się. Miło komuś przywrócić wiarę w społeczeństwo obywatelskie.

W nocy z wtorku na środę chuligani połamali 26 kilkuletnich klonów i lip nasadzonych na wiosnę wzdłuż Szosy L., a przy jednej ze szkół podeptano ozdobne krzewy. Policjanci poinformowali, że ci sami sprawcy włamali się do piwnicy i rozsypali składowany tam przez małżeństwo rencistów, węgiel.
Dzięki czujności pokrzywdzonych, którzy sporządzili dokładny portret pamięciowy osób zsypujących im węgiel pod drzwi, jeszcze tej samej nocy policjanci zatrzymali 21-letniego Piotra P. - mieszkańca woj. łódzkiego i 23-letniego Rafała K. z Warszawy, którzy niszczyli drzewka i rozsypywali węgiel. Sprawcom przypisali połamanie trzech lip i ukarali ich mandatami po 500 zł. Trwa ustalanie, czy obaj wandale mają na sumieniu resztę drzew.
Uczestnicy zajścia zachowywali się tak, jakby byli kompletnie wyjęci spod prawa i obowiązujących norm zachowania - mówi Zbigniew F., Komendant Powiatowy Policji w M. – Dlatego nie daliśmy im wiary, że działali w ramach organizacji Niewidzialna Ręka, a celem ich działania była pomoc osobom niezaradnym.


Naprawde miło komus przywrócic wiarę w ludzi. W społeczeństwo obywatelskie.
Porada 2010-04-19
Oddałem do myjni samochód. Czarną limuzynę. Miałem odebrać po dwóch godzinach.
- Zrobiliście?
Pan spojrzał na mnie z niechęcią. Przestał na chwilę rozmawiać przez komórkę.
- A kiedy zostawił Pan auto? – zapytał – Myjemy dokładnie, to i czasem dłużej trwa - wyjaśnił
- Tydzień temu - odparłem
- To chyba zdążyli – odetchnął z ulgą Pan
Podniósł słuchawkę i wbił parę cyfr. Pogdakał trochę to mikrofonu. Za chwilę pod biuro podjechało auto.
- To to? – zapytał dla formalności
Zerknąłem na gablotę
- Możliwe – odparłem enigmatycznie.
- Chociaż mój nie miał pękniętej przedniej szyby.
- Naturalne zużycie - wyjaśnił cieć. - Mamy automatyczne myjki, które wyrzucają wodę pod dużym ciśnieniem. Jak szyba słaba, źle wykonana, to może pęknąć – wyjaśnił – To częste w tanich samochodach, poniżej 120,- tys. zł. Jednemu klientowi, to umyliśmy pod takim ciśnieniem, ze oddaliśmy mu samochód bez szyb – poinformował.
- No i lakier nie odłaził na drzwiach - wskazałem
- Pewnie nie było widać pod brudem – uprzejmie poinformował serwisant
- Ani nie było rys na masce – kontynuowałem – I tego wgięcia.
Cieć wydawał się być zniecierpliwiony moja upierdliwością.
- Panie kochany! Tępy Pan jesteś, czy co? – zagaił – Ile razy mam Panu powtarzać, ze mamy najnowocześniejszy sprzęt. Fachowe bębny czyszczące i myjki wysokociśnieniowe. Musiał Pan mieć bardzo zabrudzoną karoserie w tym miejscu. Albo wadę fabryczną. To podczas mycia, w wyniku tarcia pasty szlifierskiej, mógł lakier odpaść. Jak był kiepskiego gatunku – zastrzegł serwisant
Zrobiło mi się niewyraźnie. Cieciu wiedział, co gada.
- I co teraz mam robić- zapytałem bezradnie
- No jak to co?- zdziwił się serwisant – Teraz nieźle wygląda. Wtedy był taki – tu szukał właściwego słowa – wymuskany. Niemęski. A teraz to co innego. Prawdziwy „pussywagon” – dodał uśmiechając się czule.
- Czy ja wiem – nie byłem pewny swojej wartości, jako mężczyzna
Serwisant zamyślił się
. I dodał.
- A jak Panu to przeszkadza. To niech Pan zgłosi na gwarancji. Do ASO. Choć oni mogą robić problemy….Wie Pan, jak to z ASO jest. Albo jeszcze lepiej – do ubezpieczyciela można zgłosić. On zapłaci.
-Wtedy stracę zniżkę – zaniepokoiłem się
- To niech Pan odda do lakierni na własny koszt – poradził – To niezbyt dużo będzie. Drzwi i maska z przodu. No i bagażnik – dodał uczciwie – Dachu nie trzeba. Mam znajomą lakiernie, nie wezmą dużo.
Skorzystałem.
Samochód prezentuje się doskonale.
Nie mieli wprawdzie czarnego lakieru, to drzwi zrobili na różowo. A maskę na żółto
Gablota jest teraz taka …wiosenna.
Nie ma to, jak dobra porada.
siedm sekund 2010-04-13
Pierwsza sekunda
Siedzę, przypięty pasami, na niewygodnym fotelu. Już niewygodnym. Boli mnie szyja i nie czuję nóg. Ani rąk. Ani ciała. Tylko szyję
Patrzę przed siebie, w górę i w dół. Wszędzie drzewa i ściółka. Zapach podmokłej ziemi. Nie potrafię określić swojej sytuacji: jak co dzień, przez ostatnie cztery, czy pięć lat.

Druga sekunda.
Dochodzą mnie jakieś głosy. Nic nie rozumiem. Jakby mnie nie dotyczyły. Ale wiem, że Ci, co mówią, czegoś szukają. A na co im to? Po co im to? Do czego tak gnają?. Wdycham bagienne powietrze, zimnego wiosennego poranka.
W myślach widzę kobietę Sześćdziesiątka. Wąskie usta, wydatny nos. Brzydka. Ale ją kocham. Widzę też drugą kobietę. Młodszą. Ma dwójkę dzieci. Jest smutna, ale zadowolona: o nic nie musi się martwić.

Trzecia sekunda.
Głosy słabną. Oddalają się. Nie wiem, co mówią. Wiem natomiast, że czują się tacy…. Niepotrzebni. I bezradni.. Próbuję o nich nie myśleć, całą uwagę skupiłem na kobiecie. Może nawet nie jest tak brzydka. Ona jest po prostu… straszna.
Bo zwęglona

Czwarta sekunda
Odkryłem coś: To nie głosy oddalają się! To ja przestaję słyszeć. Przestają docierać do mnie jakiekolwiek bodźce. Zmysły stają się niepotrzebne.
Ale umysł mam jasny – jak nigdy dotąd!
Jak nazywała się ta osoba, która nakłaniała mnie do tej podróży? Kaczorowski? Komorowski?
Tak trudno mi się teraz skupić!

Piąta sekunda.
Tak mi słabo. Tak bardzo chce mi się spać. Nawet twarz tej kobiety ulatuje gdzieś w niebyt.
Pozostałych konkurentów do urzędu usunął mój brat. Tak, jak zawsze to robiono w polityce: pomówieniem i zdradą. A wyborcy przyklepali, żeby wszystko było w zgodzie z prawem.
A może zostałem otruty i leżę w….. trumnie?

Szósta sekunda.
Nie żyję? Zabili mnie? Niemożliwe. Przecież tak bardzo się boje. Wiem: wstanę i otworzę oczy!
Nic z tego….
Komu by na tym zależało? Wszyscy mnie szanują. Nawet brat mnie wspiera. Miał lecieć ze mną. A może to ta maszynka? Jak ona się nazywa? Zaraz, zaraz… Przypomnę sobie

Siódma sekunda.
Tyle razy ją widziałem przez ostatnie lata. Co tydzień prawie. Jest niezawodna. A niedawno miała przegląd. Może ją strącić chyba obrona przeciwlotnicza tylko. Albo silny impuls elektromagnetyczny z ziemi: zakłóca sterowność maszyny. I urządzenia nadawczo – odbiorcze.
Już wiem, już wiem…
To TU-154, TU-154…….

Empatia 2010-04-09


Anioł jechał autobusem do pracy. W ten sposób rozwiązywał poranny dylemat: jechać autobusem i patrzeć na to czego nie może mieć, czy
własnym samochodem i mieć to, na co się nie może patrzeć. Lubił też autobusem, bo za benzynę nie płacił, a w pracy zawsze mógł powiedzieć, że …. Autobus dziś nie przyjechał na czas.
Lubił też dlatego, bo lato się zbliżało i dziewczyn – rozebranych - coraz więcej było z dnia na dzień. A w tłoku mógł się poprzytulać za frajer i nie musiał ponosić kosztów alkoholu, czy innych „ułatwiaczy” przytulania.
Zresztą te „ułatwiacie” nie zawsze pomagały: niektóre dziewczyny mają dziś wyjątkowo „mocny łeb” i nawet po szóstym piwie dostrzegały jego metr pięćdziesiąt wzrostu, przetłuszczające się resztki włosów na ciemieniu, szylkretowe, czarne oprawki. No i pozostałości po młodzieńczym niegdyś trądziku na twarzy. Choć trądzik był – według opinii specjalisty od chorób wenerycznych – zabliźniony i zaleczony. Ten trądzik był też główną przyczyną, że kocha swoją obecną dziewczyne. Choć żona jej nienawidziła. A może wkurzyła się na Anioła, jak się dowiedziała, że jest gwiazdą porno w sieci? No, ale, jak się nie ma, co się lubi, to się …póki ciepła. Jak nowoczesny Romeo. Julię.
A jak było zimno i dziewczyn było mniej, to przygotowywał grunt pod tłok. Znaczy był grzeczny i usłużny. Przy jego warunkach psychofizycznych – musiał być.
Tego dnia już o siódmej był na pętli, żeby zająć miejsce w autobusie. Siedzące. Zajął i z mrowieniem we wszystkich członkach czekał na tłok. W myślach powtarzał sobie słowa piosenki i czuł narastającą w nim empatię ze wszystkimi ciemiężonymi członkami społeczeństwa:
„Moja matka i tatka i dziadek i babka tak zawsze mówili mi, że bardzo doceniają mój nowy życia styl bo każdy małolat kombinuje jak tu na topie być, wozić dupę volvo, hondą ogólnie ponad stan żyć,”.

Na tłok, jak zwykle doczeka się Anioł. Już przy Reducie był tłok.
- „Taki, że gdyby nie żeńska część pasażerów – i ich empatia – nie byłoby gdzie palca wetknąć” – pomyślał czule i pełen empatii. Chciał się dzielić swoim sercem ze wszystkimi. Jak to Anioł: w swoim ciasnym umyśle kochał świat, wszystkich ludzi, zwierzęta domowe i zagrodowe.
Dziś było tak zimno, że nie czuł się ani trochę ogierem. Lecz prawdziwym dżentelmenem. Może to przez tą wszechogarniającą miłość do świata i zwierząt? Też zagrodowych.
Widok przesłaniała mu babcia, która napierała na niego znacząco wypchaną siatą, więc nie od razu zauważył laseczkę która stała niedaleko niego. Ale jak tylko zauważył, to powziął decyzję: ona. Z nią będzie się dzielić. Z ognista bruneteczką. W stringach, jak przypuszczał, nieśmiele.
Wstał, odepchnął babcię i stłamsił samczo jej nadzieję kładąc na zajmowanym miejscu neseserek. Przytrzymując ręką wyrywającą się do biegu o miejsce babcię, zagaił gardłowym szeptem Stachurskiego:
- „Może zamienimy się miejscami?”
Na twarzy brunetki widać było wyraźne wahanie. Walkę intelektualną i woli. Oceniała go Anioł bardzo był ciekawy, czy ja wola okaże się silniejsza: jego, czy brunetki, do której pragnął się przytulić.
W końcu powiedziała, nerwowo przebierając po poręczy tipsami:
- „Jesoo. Nie mogę pozbawiać Cię miejsca. Ale godność i wielkość człowieka polega na tym, że ma się świadomość absurdu życia. I potrafi się przeciw niemu zbuntować, angażując się w świat i żyjąc w najpełniejszy z możliwych sposobów”
- „Taaak?” – zainteresował się Anioł, mocniej odpychając babcię – „To może usiądziesz mi na kolanach? W ten sposób – dodał – będziemy mogli poczynić krok do uwiecznienia nas. Bo człowiek jest czymś więcej niż ożywioną nicością. Nasz byt nie ogranicza się do jego obecnego życia. Jeśli damy wyraz swojej wolnej woli.”
Anioł lubił gadki filozoficzne, o sens życia. Wtedy dziewczyny nie zważały na pozostałe ułomności danielego życia. Na przykład na to, czemu jeździł autobusem. Albo czemu miał tylko jedną żonę.
- „Jesoo mój ukochany! Z rozkoszą! Ale – dodała filuternie, niby bez związku, truizm – wiesz, że „Kubuś Puchatek, jak to prawdziwy niedźwiedź, zapadał na zimę w sen zimowy ssąc łapę. Prosiaczek, jak to prawdziwa świnia, bezwstydnie to wykorzystywał”.
- „Wiem, wiem – Anioł uspokoił dziewczynę myśląc o tej łapie do ssania – ja taki nie będę – dodał nie wiadomo czemu”. – tu przerwał, bo musiał zabezpieczyć miejsce przed nacierającą babcią
- „A wiesz, że mój szef jeździ BMW, na które ja zarobiłam?” – brunetka zapytała sadowiąc się wygodnie – „Może Ty byś został moim szefem”
- „No pewnie, złoto – zakrztusił się Anioł – „A jak Ty masz właściwie na imię”
- „Tomek. Agent Tomek. Ale ty możesz mówić do mnie, po prostu, Jagna”. O między nami niczego nie zmienia” wyjaśniła. I dodała: - Miłość jest jak polny kwiat - często znajduje się ją w zupełnie nieoczekiwanym miejscu.”


Pan Zemsta 2010-03-30

Był przerażony. Szukali go wszędzie. Już od tygodnia nie mógł się pokazać na osiedlu. Był ścigany.
To było na imprezie.. Impreza była u koleżanki, więc wbił się jak w masło. „Piję na krzywy ryj” – zadeklarował. A ona znała to hasło. Pił, palił. Gadał i opowiadał. Od koleżanek telefony brał. Na chwilę został sam.
I wtedy to stało się.
Otworzył lodówkę i… prawie puściły mu zwieracze. Dziesięć butelek wódki. Samotnych. Idealnych na jego smutki. Skalkulował. Wyszło mu, że jak sam będzie pił, to bardziej się uwali. Zwalczy deprechę i beznadzieję.
Zatem opuścił niepostrzeżenie imprezę, zabierając lekarstwo z sobą. I koleżankę, bo nie chciała zostać bez wódki.
Szybko wyszło, czyjej nieobecności towarzyszy nieobecność alkoholu. Nie darowali mu tego.
Pościg ruszył bez zwłoki. Kara mogła być tylko jedna.
Ratując swą nietykalność i dziewictwo Anioł musiał, by uniknąć przeznaczenia i uczynić swe ciało zdolne do szybszego przemieszczania, zostawić łup: wódkę wraz z elementem składowym, tj koleżanką.
To powstrzymało doraźnie pogoń, na rzecz obchodów dnia zwycięstwa nad grabieżcą. Czyli Aniołem. Nie powstrzymało jednak żądzy sprawiedliwości i pamięci osiedlowej o niecnym uczynku.
Pogrążony w sromocie Anioł coraz bardziej czuł się niechciany. Nieakceptowany. Czuł się obcy, wśród norm i kryteriów oceny, których nie pojmował.
„Już niedługo go dorwiemy”, „W końcu wyjdzie z domu”, „Nie ujdzie mu to na sucho”, „Rozerżniemy mu brzuch i na…ramy do środka”, „Wyrwiemy mu serce!”, „Jądrami będziemy grac w tenisa stołowego, a z moszny zrobimy worek na wodę, który sprzedamy Talibom” – Anioł zdawał się słyszeć myśli liderów osiedla.

Bał się. Bał się, jak nigdy w życiu. Nie chciał umierać. W taki „nieosiedlowy” sposób. Żeby jeszcze jakiś wypadek po pijanemu, albo zatrucie alkoholem metylowym. Przedawkowanie heroiny, albo śmierć z wycieńczenia podczas masturbacji po wiagrze. Ale żeby zginąć w wyniku kręcenia wora przez byłych kumpli?
Nie wiedział, co zrobić.
Nie stać go było na to, by pogadać z „liderami”.
-„To szaleństwo”- kalkulował– „mogą mi oko podbić”
Nie miał kasy na to, by odkupić wódkę, którą spożył. Zresztą to było, według Anioła, „niecharakterne”. Tak ugiąć się pod groźbą?
Rozważał poinformowanie rodziców „liderów” o planowanym zamachu na niego. Ale tu spotykał trudności natury obiektywnej: żaden z rodziców nie chciał z nim – Aniołem – gadać jako ze źródłem zła na osiedlu i moralnej zgnilizny. Prosić swoich rodziców o pośrednictwo w donosie Anioł nie widział sensu, bo oni nie wykazywali, względem niego, instynktów rodzicielskich.
-”Wpier…ol należy Ci się. Naprawdę trzeba zapłacić, żeby ktoś to zrobił” – dopytywali się – „Jak to się dzieje, ze ty jeszcze chodzisz na wolności” – dziwili się. Co, do tego momentu, Anioł brał za komplement.

Anioł miał jednak plan. Jak zawsze. Żeby odegrać się za tydzień niepowodzenia na osiedlu i za utraconą wódkę. Żeby nastała sprawiedliwość i rachunki za Anielą sromotę zostały wyrównane.
- No zaje…ie gnoja!
- No wiem, tylko go dorwać musimy. Yeah bunny who I’ !! Złodziej gołdy!
-Kolo, ale to nie wódę chodzi
-?
- Stary. Dwunasta w południe. Śpię sobie, żeby odpocząć przed wieczornym spotkaniem na klatce. Dzwonek. Jeden, drugi, trzeci. Wqwiony na Maksa otwieram. A tam, qwa, prawie, jak na tym filmie „Śmigłowiec w ogniu”, wycieraczka się pali. Ale jak! Znaczy jakieś papiery. I zapach benzyny. Jak w tym filmie.
- No?
- W kapciach byłem, to zacząłem gasić!
-No?
- Stary, co za hoooj! Nasrał na wycieraczkę, przykrył papierami, polazł benzyną i zadzwonił. No zajebię hoooja!
- ...!


Anioła plan był genialny w swojej prostocie. Wiedział, że w otwartej konfrontacji nie miał szans. Wiedział, ze nikt go nie poprze. Ze rozmiar szkód, które wyrządził społeczności osiedlowej był zbyt duży.
Otwarta wojna go przerastała.
Zwrot wódki go przerastał.
Donos go przerastał, bo „na osiedlu się nie kapuje”. I nikt z nim nie chciał gadać
Ale nasrać na wycieraczkę - potrafił
A potem jeszcze zadzwonił…








Serce psa 2010-03-24


Wymierzył nagana w twarz szczyla i wycedził szeptem:
- „I know what you're thinking. «Did he fire six shots or only five?» Well, to tell you the truth, in all this excitement I kind of lost track myself. But being as this is a.44 Magnum, the most powerful handgun in the world, and would blow your head clean off, you've got to ask yourself a question: Do I feel lucky? Well, do ya, punk?” - lubił tak czasem zaszpanować znajomością języków obcych. Tym razem przesadził, bo oczy szczyla stały się jeszcze bardziej zdziwione niż w momencie, kiedy nakrył go na snifowaniu białego proszku.
Partner przerwał Aniołowi:
-Stary, tak nie można. Nie chcę powtórki z tego co urządziłeś przed rokiem w Zielonej Gęsi. Jasne? Ja pracuję w zgodzie z art. 3 i 4 Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.
- Stary, nie p..dol – Anioł wykazał się refleksem, jaki przejawiał tylko na kacu - Kiedy zamawiasz podwójny browar i przynoszą Ci jeden, to nie zakładam, że nie rozlewacz dosłyszał. Tak ja pracuję!
- Kolo, ale on nie skumał, o co Ci chodzi. On nie zna tego filmu – partner upierał się głupio - On nie zna angielskiego!
Anioł zastanowił się. Po raz kolejny zaczął żałować, ze wziął partnera na akcję. Potem jeszcze raz pomyślał. I postanowił wyjaśnić szczylowi, żeby nie było, ze narusza jego prawa:
-To znaczyło: Wiem o czym myślisz śmieciu: „Strzelił sześć razy czy tylko pięć?” Szczerze mówiąc, w tej całej zabawie straciłem rachubę. Ale zakładając że to Magnum.44, najpotężniejszy pistolet na świecie, może elegancko odstrzelić ci głowę... musisz sobie zadać pytanie: „Czy mam dziś szczęście?
Szczyl otworzył paszczę z niedowierzania. Jeszcze nikt tak do niego nie mówił. Jak do dorosłego. Jak do pełnoprawnego członka społeczeństwa.
- Serio? Naprawdę? – chciał pokazać Aniołowi, że zasługuje na takie męskie traktowanie. Jak prawdziwy mężczyzna.
-Qwa, Anioł, nie gadaj z nim – Partner nie wiadomo czemu zirytował się – Szkoda czasu. Ja go bronię, a chwost sobie jaja robi z nas. Zastrzel go!
Widząc zdziwione spojrzenie Anioła, który znał Partnera jako obrońcę demokracji, praw człowieka i swobód obywatelskich, dodał z rozbrajającym uśmiechem: - Strzelanie to nic złego, jeśli trafia się właściwych ludzi….
Aniołowi zaświeciły się oczy.
- Mój Ci on?- upewnił się
-Twój, Twój – oblizał się lubieżnie Partner – Ale dopiero po akcji. Na razie go zastrzel, a potem będziesz mógł robić, co Ci się podoba z truchłem.
- Zatem sprawa jasna – Anioł uniósł pistolet w kierunku szczyla – Masz dziś pecha.
I choć ciężko mu dziś szło zgranie muszki ze szczerbinką, wydawał się być zdecydowany na „ostateczne rozwiązanie”.
Odczuł to też chyba szczyl, bo na podłodze wokół niego pojawiła się plama o żółtym zabarwieniu. Szczyl aspirował do miana maksymalisty, bo na szarych spodniach, w okolicy kroku, zaczęła się odznaczać zielonkawa plama, a w powietrzu rozszedł się charakterystyczny zapach przetrawionego befsztyka z przysmażaną cebulą i ziemniakami.
Anioł zaniuchał powietrze i popatrzył na szczeniaka z niesmakiem.
- Nieeee… Za taką grę wstępną to ja dziękuję! Sam go sobie bierz – zwróci się do Partnera. Spojrzenie Partnera, którym raczył szczeniaka, nie wskazywało, ze zamierzał odstąpić od wykonania kary.
Na ten moment zdawała się czekać babina skulona do tej pory w kącie. Teraz poderwała się rączo i uderzyła do Anioła:
-Panie Władzo, Panie Władzo! To dobry chłopak. Trochę pobłądził w życiu. Zabawiał się nieodpowiedzialnie. Pojawia się i znika, w dupie ma komornika. Ale on chciał dobrze. No zrobi bachora jednej, czy drugiej, to uczyć się nie mógł w szkole podstawowej. Bo mu płacz dziecka na nerwy działał, a te matki, to… Złe kobiety były, dzieciaków nie potrafiły utulić. No i pracować musiał na dzieciaki. A kto do roboty weźmie czternastolatka? No nikt, bo PIP się boją. A on nie chciał dzieciom dać umrzeć z głodu. To pracował, jak umiał. Tu kupił taniej, tam sprzedał drożej. A że kokainę, czy heroinę? A czym miał handlować, jeśli tylko to schodzi? Darujcie mu Panie Władzo, on odpali Wam, co miesiąc parę gramów koki. Białej jak śniegi Kilimandżaro – babina wykazała się znajomością geografii.
- Opinie są jak tyłki: podzielone – Anioł postanowił ustosunkować się do poglądu Partnera nt nieuchronności i surowości kary w tym wypadku – Ja uważam, ze każdy człowiek zasługuje na szanse powrotu na łono sprawiedliwości. Tym bardziej, kiedy działania jednostki były, jak w tym wypadku, sprawiedliwe z założenia. To nie szczyl, mój Partnerze, jest winny. To system. System zmusił szczyla do przestępnego życia. Właściwie nie system tylko. Także kobiety i ich zła a przewrotna natura. To one przecież, znając podatność mężczyzn na uroki niewieście, sprowokowały go do spółkowania. Nawet wykorzystały. A potem zmusiły, nawet nie mężczyznę, lecz chłopaka, niespełna czternastoletniego, do niewolniczej pracy w celu zaspokojenia efektu swoich wynaturzonych żądz. Czyż można go karać za to jeno, ze chciał dobrze?
Tu przerwał Anioł i zamyślił się.
Zamyślił się też Partner, przypominając sobie wyroki sądów orzekających niskie kary – lub wręcz uniewinniające osoby oskarżone o popełnienie straszliwych zbrodni.
Pogłębiając poziom refleksji, jeszcze jedną myśl. Tak od siebie:
-Mądry ten Anioł jest. Perspektywiczny.


Serce ptaka 2010-03-22
 
Znów udawałem, ze jestem taki, jak ona. Nie, nie udawałem. Byłem. Bo ja kocham. Co najwyżej czasem udaję, że jestem sobą. Może nie zawsze jestem taki, jak Ty, ale…. Powiedz mi: jak to się stało, że mnie rozumiesz? Że znamy się? Gdzie razem lataliśmy? W niebie? Poprzez powietrze? Może to ja byłem powietrzem, a Ty byłaś sobą. Ptakiem. Kochasz mnie? Przyfruń do mnie. Daj mi znak, że będziesz moja. Chcesz ziarno konopi. Prosto z dzioba. Biały ser? Sałata? „Czy ty mnie widzisz, czujesz, jak cię pragnę? Czy też znużyła cię już moja pieśń?”


Żył.
Leżał na podłodze stacji benzynowej, przywalony batonikami „Prince polo”, które wysypały się z przewróconej szafy. Wciąż ściskał kurczowo glocka. Ziemia, "słodko-gorzka",  kręciła się.  Był w pułapce. Szamotał się w klatce pulsujących kiloton. I nie mógł się poruszyć. Szczęśliwie kanarzyca w klatce przy ladzie nie ucierpiała zanadto. Trochę wystraszył ją huk wystrzałów, ale już rozglądała się ciekawie po pomieszczeniu. Spojrzała też na niego.
- Poznała mnie – zaczął się zastanawiać.
Może i poznała, w końcu przychodził do niej we śnie, co noc. W końcu ją kochał. A miłości nie można oszukać. Ona też to musiała wiedzieć, bo patrzyła na niego, coraz bardziej intensywnie. Rozdziawiała dzióbek i zadzierała ogon w charakterystyczny sposób. Eeeeh!
- Cholerny kevlar – mruknął. Niby żył, ale po sześciu kulkach po żebrach, nawet przez kevlar, czuł pewien dyskomfort.
Odkrył dlaczego nie mógł się poruszyć.
To nie przez te sześć pestek, które zaliczył. Zresztą nawet ran nie miał – dzięki kamizelce kuloodpornej. Siniaki tylko. No i połamane żebra.
Ani przez przewrócony regał. Ani nawet przez batoniki Prince polo, co go przygniotły.
Po prostu bał się, jak nigdy w życiu. Prawie srał pod siebie. Prawie, bo leżał na brzuchu i z przyczyn obiektywnych – nie mógł pod siebie. Nawet świadomość porażki i kompromitacji nie była w stanie wykrzesać z niego, choćby resztek odwagi.
Kompromitacji na służbie. Podczas akcji. Co za wstyd! Gdyby go koledzy widzieli!
Z pewną satysfakcją pomyślał, ze raczej nie zobaczą, bo zmasowanego ognia kałasznikowów, pod który się dostali, żadna kamizelka nie wytrzyma.
A więc miał farta. Znowu!
Jak to będzie w CV? „Samotnie, pomimo śmierci kolegów, przetrzymał przeważających liczebnie napastników, do czasu nadejścia wsparcia”.
Ciekawe, jak długo mieć będzie: czy wyjdzie z tego? Czy mu starczy szczęścia?
A jak wyjdzie, to… te tłumaczenia żonom, że poległ wykonując obowiązki na służbie.

Nieogolony typ w waciaku rozmawiał przez telefon:
- Tak. Chcemy 50 tys. zł
W tym momencie przerwał mu drugi. Ten w gumofilcach, uzbrojony w pepeszę:
- Powiedz 100 tys. Będzie z czego zejść.
- Znaczy 100 tys., samochód marki mercedes „beczka” i dwie panienki z agencji – poprawił się ten w waciaku - Jak nie, to za piętnaście minut zaczynamy likwidację operacji. Co dziesięć minut będziemy zabijać następnego zakładnika. Aż do wyczerpania zapasów – zastosował hasło posłyszane w reklamie Media Markt – Potem zaczniemy likwidować siebie, też co 10 minut. Jak nie podejmiecie zdecydowanych działań, to Rada Europy i Europejski Trybunał Praw Człowieka da wam popalić – zagroził imperatywnie. – Aha – dodał waciakowy – samice, zanim odstrzelimy, to zgwałcimy. Na kolejarza!

Już wiedział kto to był. Wzmianka o gwałcie „wszystkich samic” utwierdziła go w przekonaniu
Od dwóch miesięcy obrabiali stacje benzynowe w regionie. Czasem agencje bankowe. A zawsze agencje towarzyskie. Może dlatego, że personel o tożsamych kwalifikacjach? Budząca grozę wśród okolicznych stróżów prawa banda Aniola.Milosci. Aniol żadnej samicy nie odpuszczał. A kiedy Aniol obdarzał jakąś swoim uczuciem, jedynie śmierć była dla niej wybawieniem. Tak za nim wszystkie tęskniły i nie mogły znieść odrzucenia, które zawsze nieuchronnie następowało. Taki „podwórkowy rasputin”.
Świadkom zwykle nic nie robili. Chyba, że mieli zły „chumor”.
Lub któryś ze świadków był zbyt aktywny. Jak ten szczeniak ochroniarz, który nacisnął sygnał alarmowy. A mógł 30 sekund później. Wtedy by odjechali. Ale nie, matkojebca chciał się popisać przed dziewczynami sprzedającymi hot-dogi.
Pewnie zrobiło na nich wrażenie to, co miał w głowie. Pół ściany zostało pokryte krwią, fragmentami mózgu, strzępami skóry i odłamkami kości. A wszystko przystrojone, niczym stół wielkanocny, sklejonymi krwią kłakami blond włosków.
No to podjechali drużyną AT, zrobić remanent w firmie. Nawet udało im się wysiąść z samochodu. I wejść. Ale wyjść już nie, taka była jatka.

Nie mógł pozwolić, by kanarzycę spotkał niecny los w ramionach Aniola Miłości. By cierpiała, wpierw jego awanse, a potem odrzucenie. Już teraz czuł to, co ptak mógł czuć za minut parę. I wiedział już, ze zrobi wszystko, by temu zapobiec. Żadnego rwania pierza z głowy później!.

Przywołał siłą woli ostatnie rezerwy odwagi. Starając się nie poruszyć – tak, by nie zwrócić uwagi Anioła i jego żołnierzy - wycelował w niego. Kiedy zaczął naciskać spust, kanarzyca zeskoczyła ze szczebelka w klatce i znalazła się na linii strzału. Zawahał się. Ale tylko przez chwilę. „Your hart expects that etery man will do his duty” – to brzmiało mu w głowie, niczym dźwięk zatopionego dzwonu.
Nacisnął spust do końca, rozległ się strzał.
Skrwawione strzępki pierza znaczyły tor lotu pocisku. Aż do oka Anioła, który mrugał pustym oczodołem jeszcze parę minut później, nic nie rozumiejąc.
Policjant tylko szepnął – Przepraszam maleńka. To dla Twojego dobra.
Odwrócił się twarzą do zbrodzienia repetującego pepeszę, patrząc gdzieś tam, ponad jego głową.
-„Nothing else matters…” – zanucił koślawie do chmur
Tam, gdzie czekała na niego Kanarzyca.
I pomyślał jeszcze, ze czasem niełatwo jest zapłakać, nawet jak się chce.
 
Córcia 2010-03-18
Mam 33 lata. I mieszkam z rodzicami. To znaczy z mamą. Nie chciałam, żeby cierpiała, ze odchodzę. Tak, jak cierpiała, jak odszedł ojciec.
Mama mnie kocha. Tak mówi. Czasem. Musi mnie kochać, bo inaczej nie mieszkałybyśmy razem. Chociaż….. Nieeeee.
Na pewno kocha. I chce dla mnie wszystkiego najlepszego.
Ojciec też myślał, że go nie kocha. Bo odszedł. I co? I pomylił się. Znowu! Jak w Lotto, co miał wygrać dwa razy w tygodniu i zabrać nas na Kanary.
Bo ona potem tak cierpiała. Kochana mama.
Zatem kocha, ale ja już nie mogę. To niech przynajmniej inni poznają moje życie. I ocenią je. Ocenią mnie.
Nie mam nic. Pasji, życia wewnętrznego. Zainteresowań. Rzuciłam harcerstwo. Nawet przynależność do skautów piwnych zawiesiłam. Nic nie stworzyłam. Nic, czym mogłabym się pochwalić. Nie mam nic, czego Wy nie macie. Nawet łupież wydaje się być pospolity. I okres mam nieregularny.
Czasem myślę, że ona jest despotką. Podporządkowała sobie cały świat. Wszystko obraca się wokół niej.
Ojciec też, dopóki by z nami, zachowywał się, jak … troki od kalesony. A nie ujajony chłop.
Nawet ja nie wytrzymywałam, jak go wyzywała.
Kretyn, głupek, nieudacznik. Kiedy udawała, że jest miła, mówiła mu, że ma „największego spośród jego kolegów”. Ubezwłasnowolniła go tymi pochlebstwami. Że powinien nazywać się, zamiast Jarosław, „niewrażliwa podstawa penisa”. Albo, ze względu na okoliczności poczęcia, „pęknięta guma”. Po jakimś czasie, nawet alimenty na jego dziecko wypłacała ze swojego konta. Nawet seks uprawiała sama.
Nic jej nie podoba się. I nie podobało. Każda moja koleżanka to dziwka, palaczka, narkomanka. Kiedy wychodzę z domu, to na pewno po to, żeby…. Sami wiecie, co mówiła. Gdzie chodzę.
Byłam po pomoc u wszystkich. W szkole – kiedy chodziłam do szkoły. U księdza – kiedy bywałam w kościele. Na policji. W straży miejskiej. W ratuszu. W ZHP. W Kole Gospodyń Wiejskich. Zahaczyłam nawet o Pomarańczową Alternatywę. Nawet u egzorcysty byłam.
I nic!
Teraz, kiedy napada mnie czarna otchłań, biorę butelkę wódki po prostu. Stawiam na stole. Patrzę. I nucę, jak Reni Jusis: „Zakręcona, zakręcona
Zakręcona, zakręcona”. A kiedy napiję się, mam pewność, ze przyjdzie także po mnie zegarmistrz światła purpurowy. I uwolni mnie, choć na chwilę.
Zabełta mi błękit w głowie. Wszystko będzie jasne i gotowe.
Naprawdę pomaga.

Kiedyś chciałam mieszkać sama. Nawet spakowałam torbę. I co usłyszałam? Że dobrze. Ona to przeżyje. Że rozumie, że wśród ludzi króluje niewdzięczność. Że jest chora i może umrzeć.. Ale o nic nie prosi. Niech zadzwonię co jakiś czas, żeby długo nie leżała sama. Po śmierci. Bo sąsiedzi będą się irytować i narzekać na zapach. A ona nawet po śmierci chce być z ludźmi w zgodzie.. Ale niech nie ważę jej pokazać na oczy więcej, jeśli wyjdę z mieszkania. Nie dlatego, ze mnie nienawidzi. Tylko dlatego, żeby nie rozdrapywać ran. Bo ona mnie wciąż kocha.
Nie wyszłam z tą torbą.
Choć torba cały czas jest spakowana. Czeka.
I kiedy już nie mogę wytrzymać wyciągam ja spod łóżka. Stawiam na widoku. Niech mama wie, co może ją spotkać, jak nie da mi trochę spokoju…







Odkąd pamiętam, zawsze krzyczała.
Ona komunikuje się krzykiem. Nie potrafię jej się odgryźć, mam mniejszą skalę głosu. Ona jest jak Fredek Mercury. Z zespołu Quinn w najlepszych latach powodzenia u mężczyzn. Więc przytakuję tylko. Jestem jak ta przysłowiowa prawdziwa dama, co zawsze mówi tak. A jak mówi nie, to albo jest nieszczera, albo nie jest damą.
Kiedyś, jak miałam, 19 lat powiedziałam ojcu, że nasza mama jest głupia - do dziś mnie to boli. Nikt, jak ona, nie potrafi tak wzbudzać poczucia winy.

Zawsze starałam się. Ze wszystkich sił. Żeby ziemniaki nie były za słone. Tak jak zupa zresztą. Żeby podać do obiadu ukochaną przez nią marchewkę. I nie podawać srebrnych sztućców, bo tego metalu nie lubi. Żeby dobrze i szybko pozmywać po obiedzie.
Jak dziś zresztą.
Wyjść z psem, nakarmić chomika, wyiskać kanarka.
Czasem nawet nie mam czasu, by napić się drinka, kawy, czy zapalić.
Jak dziś zresztą.
I właśnie przed chwilą znowu wrzasnęła, by nalać psu wody. Bo tylko smrodzę tą fają.
Popłakałam się. Jestem czasem taka wrażliwa, a to nie było miłe.
Żeby pokazać jej, jak bardzo się staram, sprzątnęłam od razu cały dom.
I co usłyszałam?
Ze jestem idiotką, leniem. Nic nie potrafię. Też sprzątnąć.


Znowu zastanawiam się czy mama nie ma do mnie żalu, że moje życie nie potoczyło się inaczej.
Wiem, wiem. Powinnam uczyć się. Zrobić maturę. Mieć dzieci. I dużo zarabiać W międzynarodowej firmie. Pracować Ale ona też tego nie zrobiła. I też utrzymuje się z renty. Jak ja z alimentów.

Chyba znowu będę musiała wystawić torbę.
Wtedy się uspokoi.


Mały parch 2010-03-01

Powinni mieć już dość. A nie mieli.Ciagle krtążyli po osiedlu w poszukiwaniu alkoholu. Anioł już nie mia siły. Powiedział:
- Chlopaki, tak nie może być. Zaje...iemy się. Bierzemy się za rezerwę.
Wpełznął pod Żuka Zenka, zaparkowanego na parkingu, uniósł głowę. Ostatkiem sił zaczał żuć gumowy przewód prowadzący do chłodnicy. Po dwóch minutach udało sie: w gardlo Anioła chlusnął ożywczy strumień. Przez chwilę słychać było tylko radosny gulgot i rozkoszne mruczenie ukontentowania. Ugasiwszy pierwsze pragnienie Anioł zabezpieczył przewód i zagdakał rozkosznie:
- Po Borygo sie nie rzygo!. Teraz Ty, Wiesiek!
I tyle tylko zapamiętał Anioł z tej imprezy.

Łeb mu pękał!
Tak sobie myślał Anioł, ze smutno musiało byc na dzielnicy, kiedy wzięli go na dołek. O lata świetlne od najblizszego sklepu. O lata, bo za kratami. Był tak osamotniony, tak rozbity wewnętrznie. Jak rozbitek na tratwie pośrodku oceanu.Było to, jak mu sie wydawało, miesiąc temu. Coś się chyba zepsuło w łepetynie Anioła, bo nie wszystko pamietał. Ponieważ nie towarzyszył mu dostawca alkoholu musiał sam zabrać się działania. Była to kwestia życia lub śmierci. Był wciąż, wskutek wieloletniego przedawkowywania alkoholu, pijany, lecz wiedział, że ten stan będzie się zmieniał. To go przerażało.
Wycieńczony myśleniem znów zasnął,

Stąd był zdziwiony, gdy o świcie obudził go czyjś głosik:

- Proszę Cię, mam rację, czy nie?

- Co takiego?

- Noooo... Czy jestem winny, czy nie?



Anioł zerwał się. Przetarł oczy i charchnął w kąt celi. Pierdnął i natężył wzrok. I wtedy zobaczył niezwykłego małego człowieka, który bacznie mu się przyglądał. Pokurcz przypominał skrzyżowania trola z reniferami Sw Mikołaja. Miał duże, brązowe oczy, zmarszczki na całej twarzy i był pokryty szczeciną tak gęstą, ze wyglądała na sierść.

Pokurcz był tak dziwnym stworzeniem, że Anioł nie mógł uwierzyć, ze go widzi naprawdę. Przecież znajdował się „na dołku“, daleko od najblizszego ZOO. Tymczasem włochaty karzeł nie wygladał nawet na takiego, który był zdziwiony tym, ze siedzi w areszcie, a nie w klatce. Nie był nawet przestraszony. Miejsce, w którym się znajdował uznawał za jak najbardziej nadające się dla gatunku, który reprezentował. Przynajmniej raz na jakiś czas.

Kiedy Anioł odzyska w końcu głos, zapytał, jak to Anioł, miło:

- Ale o co, qwa, chodzi? Coś Ci nie leży, pokurczu?

A troll powtórzył bardzo powoli, jak gdyby chodziło o niezwykle ważną sprawę:

- Proszę cię, powiedz, winny, czy nie?



Pomimo niedorzeczności sytuacji, w jakiej Anioł znalazł się, to chciał pomóc trolowi.
W tym momencie przypomniałem sobie, że przecież nie wie tego. Bo i skąd. Ale parch wydawał się niezrażony.

- To nic nie szkodzi. Powiedz mi, winny, czy nie?

Ponieważ nigdy w życiu Anioł nie snuł takich rozważań - niezależnie, czy w stosunku do siebie, czy w stosunku do innych osób, dla świętego spokoju powiedział:

- Nie, nie jesteś - Bo wydawało mu się, ze tym zrobi przyjemność – oralnie - trolowi.


- Nie, nie. Nie chcę tak, bez dochodzenia i badania. To byłoby niesolidne i niebezpieczne dla społeczeństwa. Bo zbyt ogólnikowe. Więc najpierw zbadaj, a potem powiedz: jestem winyy, czy nie!



Anioł spojrzał się głęboko w oczy trolowi. Potem spojrzał drugi raz. I jeszcze raz. I w końcu słodko powiedział:
- Nie, qwa! Nie jesteś winny!
- Tak nie może być - zaprotestował bastard - To nie jest tak, jak mówi Sąd. Powiedz jeszcze raz.
Anioł pomyślał. Rzeczywiście nie było tak, jak w sądzie. Poddał się:
-W imieniu Rzeczpospolitej Polskiej stwierdzam, żeś trolu niewinny jest!

Mały przyjaciel uśmiechnął się grzecznie z pobłażaniem:

- Pomyśl. To nie cała formułka....


Anioł wyrecytował formułe jeszcze raz, ale dzieło znów zostało odrzucone.

- Nieee. To było nie tak. Bez mocy i powagi Sądu. Bez togi! Do dupy z takim wyrokiem

Tracąc już cierpliwość - bo Anioł chciał pokombinować, jak skołować trochę alkoholu - powiedział:

- Dobra, qwa. Tam są qwa drzwi. Wypi...dalaj po godę. Jesteś woolny. Ale, qwa, już!

Anioł zdziwił się widząc radość na twarzy pokurcza.
- I o to, qwa, chodzi! O to mi chodziło! Ale...Czy myślisz, ze mogę wyjść poza komendę?
- Dlaczego pytasz?

- Bo nie wiem, czy psy wiedzą, ze jestem wolny

- Na pewno możesz - powiedział Anioł - Dałem ci bardzo mało wolności. Na pewno psy nie bedą Ci przeszkadzać

Troll podszedł do drzwi celi. Popchnął je, a - ku zdziwieniu Anioła - otworzyły sie szeroko. Za drzwiami widać było spokojna tafle jeziora i fragment brzegu.

- Nie tak znowu mało - uznał bastard szacując krajobraz - zobacz, drugiego brzegu nie widać.

Tak wyglądał początek przyjaźni Anioa z trolem. Początek, bo trol wcale nie chciał wyjść z celi. Wręcz, kiedy Anioł, będąc typowym przykładem syndromu odstawienia, ganiał go po celi i kazał mu wy....dalać, opierał się.



Dużo czasu upłynęło, zanim Anioł zrozumiał, skąd pokurcz przybył. Bastard, choć sam zadawał mi wiele pytań udawał, że Anielich nie słyszy. Dopiero z wypowiedzianych przypadkowo słów, Anioł poznał jego historię.


Kiedy po raz pierwszy ujrzał tatuaże na przedramionach Anioła,zapytał:

- Oooo! Butelka?

- To nie jest zwykła butelka. To symbol. To fetysz. To mój fetysz wolności i niezleżności jednostki wyjaśni Anioł z dumną miną



- Jak to?

- No... Tak - Anioł odparł skromnie.

- Ach, to takie zabawne...

I pokurcz wybuchnął śmiechem, który rozgniewał Anioła. Anioł wolałby, aby poważniej traktowano jego fetysze. Przypomniał mu się moment, kiedy pierwszy raz obnażył się w parku przed dziewczyną. Znienacka.
Po chwili Pokurcz jednak powiedział:

- A więc ty też masz tatuaże? A w jakim studio sobie robieś?

W tym momencie Aniołowi rozjaśniło się nieco w głowie i spytał natychmiast:

- Więc ty nie robiłeś swoich tatuaży sam?

Bastard nie odpowiadał. Schylił głowę i uważnie przyglądał się na wytatuowana na ręku Anioła butelkę.

- To prawda. Tą butelke musiałeś sam sobie tatuowac.

Naprężył się i pogrążył w rozmyślaniach.


Anioł bardzo był zaintrygowany wyznaniami trola o mozliwych sposobach tatuaży.

- Trolu! A Ty gdzie sobie tatuujesz? Nie robisz tego sam? Sa jakieś specjalne urzędy tatuażu?

Jednak trol nie dał się podpuścić. I powiedział:

- Dobrą stroną uniewinnienia przez Ciebie jest to, ze nikt nie zakwestionuje tego aktu łaski

- Naturalnie. Jeżeli będziesz grzeczny, to nawet pozwolę Ci się napić na wolności - .

Ta propozycja uraziła Trola

- Napić? W życiu!

- Jeżeli sie nie napijesz, to wytrzeźwiejesz w końcu - powiedział Anioł łamiąc żelazną logiką wywodu zastane okoliczności

Trol znowu się roześmiał.

- A co miałbym pić?

- Cokoliwiek - rzucił Anioł - byle sponiewierało

Wtedy trol powiedział z powagą:

- To nie ma znaczenia. Ja i tak nigdy się nie upijam. Pić alkohol dla mnie, to strata czasu

Następnie dorzucił z odrobiną - jak mi się wydawało - smutku:

- A pijąc byle co, nie osiągnie się trwałego stanu nirwany... Co innego bejca – rozmarzył się.


W ten sposób Anioł dowiedziałsię drugiej ważnej rzeczy: że dla parcha tatuaże nie byly najważniejsze. Ta wiadomość nie zdziwiła Anioła. Wiedziałem dobrze, że oprócz prawdziwych ludzi, takich jak Ci dwaj zabójcy policjanta na Woli, dla których ważne są tatuaże, są setki innych ludzi, tak małych, że z wielkim trudem dociera do nich świadomośc istnienia. Kiedy prawdziwy człowiek poznaje taką jednostkę, daje jej nowe imię. Albo numer. Na przykład „kwakwarakwa“. Albo „07“.


Anioł miał pewne podstawy, aby sądzić, że spotkał już kiedyś tego trola. I że słowa Anioa miały taką samą moc sprawczą, jak teraz. Nikt jednak nie chciał mu uwierzyć, ponieważ Anioł był wtedy chory i pijany. Tacy bowiem są ludzie w społeczeństwie, ze nie wierzą pijanym i chorym. Znaczy nie wierzą aspołecznym.



Teraz, kiedy Anioł był bliski wytrzeźwnieniu, mogło być inaczej. Cały świat mógł mu uwierzyć. Bo komu ma wierzyć, jak nie zdrowemu, trzeźwemu, heteroseksualnemu członowii społeczeństwa, płci męskiej?


A tak, skrywając istnienie trola przed swiatem, a przed policjantami w szczególności, Anioł codziennie dowiadywał się czegoś nowego o swoim trolu, jego nawykach, upodobaniach i o jego życiu
Wiadomości te gromadziły się z wolna i przypadkowo. I tak trzeciego dnia Anioł poznał dramat seksu u trola.

- Czy to prawda, że jak się dużo wypije, to potem nie ma się ochoty na wolność?
- Tak, to prawda. Na nic nie ma się ochoty.
- O, to bardzo się z tego cieszę.

Anioł nie zrozumiał jakie znaczenie może mieć wiadomość, że po wódce nie ma się ochoty na wolność.
- Wobec tego, jak się kogoś solidnie upodli, to nie będzie się wyrywał?

Anioł wytłumaczył mu, że wódka to nie jest lekarstwo na wolną wolę jednostki. I że u niektórych to jest tak, że nawet, jak wypije wiadro wódki, t i tak nic nie pomoże: jedno będzie mu tylko w głowie. Wolność. U takich Polaków na przykład. Nie potrafią być wolnym narodem, a zmierzają do wolności
Na myśl o wiadrze wódki trol roześmał się:
- Trzeba ze czterdzieści butelek tam wlać.

Później dodał z namysłem:

- Ale nim ktoś będzie mógł wypić wiadro wódki, to najpierw upije się od znaczniej mniejszej ilości

- To prawda. Ale dlaczego chcesz, żeby kogoś upijać, żeby nie miał ochoty na wolnośc?


Troll zbył Anioła: : - Dobrze, dobrze... - jakby chodziło o rzecz najzupełniej oczywistą. Anioł musiał zrobić duży wysiłek, aby zrozumieć to bez niczyjej pomocy. Okazało się, że trol uważa, iż tak naprawdę to niewola nie jest zła.
Bo w kamienicy u trola mieszkają różni domownicy. I źli i dobrzy. I każdy z nich jest w chwili obecnej wolny. Panuje szczęście, bo na początku kazda z jednostek - niezależnie, czy dobra, czy zła - jest wolna. Dopiero potem społeczeństwo zauważa, ze dopóki dobra jesdnostka jest wolna, to dobrze. A kiedy zły element dysponuje wolnością wyborów swoich czynów, to zaczyna źle dziać się w kamienicy u trola: awantury, dźwięk tłuczonego szkła, bijatyki, rzucanie butelkami. A kto jest zły? No, według trola ten, co zrozumie to, że jest wolny.

Wtedy takiego samoświadomego lokatora, co spogląda w kierunku pełenej realizacji wolnosci, należy zdławic i stłamsić. Tak, jak na warszawskiej Woli. Bo inaczej złe jednostki rozniosłyby kamienice trola na strzępy czci i wiary. Mało tego, że kamienice: cały ustrój społeczny rozniłsyby „nowe mesjasze“.


- Jest to kwestia dyscypliny – wywiódł po jakims czasie trolll. - Każdego ranka, trzeba robić obchód kamienicy. No i tłamsząc człowieczeństwo w sobie, trzeba zmusić się do wrywania chwastów. Lokatorów, co za bardzo się wychylają. Nim narobią szkód.
- A tak - kontynuował troll - co wieczór wystawię z pięć litrów bimbru na klatkę. Profilaktycznie. Niech sami zapiją w sobie ten pęd do wolności. Ja będę mieć mniej roboty, a i oni będą zadowoleni. Tak się zresztą robiło w naszym kraju od wieków. Z takim samym, gwararntowanym skutkiem.

Powoli zaczynał Anioł rozumieć parcha. Dlaczego nie chce na wolność. Bardzo smutne ma życie na wolności. Co to za życie: ciągłe gnojenie sąsiadów. Teraz bedzie mu łatwiej - codzienny obchód po kamienicyz pięcioma litrami bimbru . I co najwyżej gnojenie tych, co nie zechcą się napić.
Tym samym dla mnie też towarzystwo parcha stawało się coraz bardziej problematyczne. Zaczynałem się bać. Mnie też bedzie gnoił? Spojrzałem w lustro. Odnalazłem przyjazne spojrzenie. Odbicie mrugnęło do mnie i powiedziało mądrze:
- Nie martw się stary, bo będziesz taki obowiązkowy, jak ten troll i będziesz - tak jako on - miał kłopoty z erekcją.
-- To on ma kłopoty z erekcją? – zapytał Anioł rozmówcę
-No tak
- A czemu ma te problemy – usiował wydobyć od odbicia wszystko
- Bo nie lubi tego robić z żoną
-A czemu nie lubi tego robić z zoną
-Bo jego żona pije
-- Pije? Niemożliwe? Czemu pije?
- Bo troll, choć się nie przyznał, znał numer z bimbrem. Stawia jej co rano dwie butelki bimbru na stole
-Tak, a czemu jej stawia ten bimber?
- No bo postanowił testować nową metodę walki z samoświadomoscia wolności w kamienicy. No i jest obowiązkowy.To żona pije.. A obowiązek małżenski trzeba wykonać, jak w kontrakcie: czy na trzeźwo, czy nieInaczej to na trola ktoś mógłby rzucić podejrzenie uzyskania samoświadomości wolności. I go zgnoić. Albo nawet - przecwelić

Rozmowa z odbiciem przytłoczyla Anioła. Tak bardzo, ze mało brakowało, a wybrałby wolność. Nie mogl jednak zostawić trola, nie poznawszy go dokładniej.


Piątego dnia, znowu dzięki barankowi, odkrył nową tajemnicę trola. Ten gwałtownie, bez żadnego wstępu, zapytał Anioła, jak gdyby po długim zastanawianiu się w samotności:
- Jeżeli ktoś pije bimber, to pije też inny alkohol?

- Pije wszystko, co znajdzie.

- Nawet whisky, gin i zyto?

- Tak, nawet nalewkę babuni - dodał Anioł nie wiedząc czemu

- Nalewkę babuni - troll wydawal się przytłoczony - Przecież ona była w barku. Zamknieta. A zamkniecie do czegoś służy

Nie wiedział Anioł w czym rzecz. Zresztą nie dbal o to. Był w tym momencie zajęty przygotowywanem sobie mowy obrończej. Sprawa nie wyglądała najlepiej, bo Anioł nie wiedział nawet o co jest oskarżony.No film mu se ordynarnie urwał. I oprócz brudnych spodni w kroku, nie było żadnych śladów, ktore świadczyłyby o tym, co robiil. Ale przecież za publiczne defekwanie nie zamkneliby go.
- Do czego służy zamknięcie? - dociekał troll
Wk...wiony Anioł odpowiedział w końcu

- Do niczego. Żeby podnieść wartosc trunku i pożadanie go przez innych członków rodziny.


Troll westchnął, a po chwili milczenia powiedział:

- Nie wierzę ci, Anioł. Babcia jest mądra i bez powodu nie zamykałaby nalewki w barku. Ona zabezpiecxzała tą nalewkę przed innymi. Obcymi. A nie swoimi. Jak mogła. Myślałą, ze w barku nalewka bedzie bezpieczna.

Nic Anioł nie powiedział na początku. Dopiero po pewnym czasie wykrztusił:
- Zejdź ze mnie parchu. Zajmij się poważnymi sprawami.


- Poważnymi sprawami? Mówisz jak dzielnicowy. Albo kurator.

Zawstydził Anioła . A potem dodał jeszcze:

- Nie rozumiesz nic. Mieszasz wszystko.

Był naprawdę bardzo rozgniewany. Kuśtykał gniewnie kikutami po celi, wymachiwał witkami i wyraźnie szukał zwady.

- Znam pewne miejsce, w ktorym sa sami poważni ludzie. I każdy z nich, śmiejąc się do siebie, powtarza: "Jestem człowiekiem poważnym, jestem człowiekiem poważnym". Nadyma się dumą. Ale to nie jest miejsce dla normalnych ludzi. To jest Sejm
- Co?
- No Sejm. Pralament, qwa.

Troll byl naprawdę wqwiony

- Od zawsze zamyka się wódę w bezpiecznych miejscach. Mimo to od cały czas pije się ją. A czy nie wydaje ci się godne wyjaśnienia, dlaczego ludzie chowają alkohol, mimo tego, ze go potem piją? Czy wojna o zachowanie prywatnego alkoholu nie jest rzeczą poważną? Czy to nie jest ważniejsze niż afera Orlenu? Jeżeli ja znam nalewkę babuni, jedyną, która pije moja babcia, i jeżeli moja żona może tą nalewkę wypić, czyż nie ma to żadnego znaczenia?

Poczerwieniał.

Anioł nie wiedział , co powiedzieć. Czuł się nieswojo. Nie wiedziałem, jak do niego przemówić, czym go pocieszyć. Świat łez jest taki tajemniczy. Zreszta słowa parcha, niby łagodne, ubodły Anioła do żywego. Bo nie lubił ciot.


Parch wyciągnła z kieszeni paczkę. Zagaił pojednawczo:
-Chcesz? Na nerwyr. Kilka trzeba wziąć.
Anioł wział

W momencie zażywania lekarstwa, z nie ukrywanym zdziwieniem stwierdził, że zamiast paczki tabletek trzyma w garści puszkę landrynek. W dodatku o podejrzanym wyglądzie.
Sabotaż parcha nie wchodzi w grę. Za głupi. Najprawdopodobniej odpowiedzialna za sprzedaż leków farmaceutka przez niedopatrzenie włożyła do torebki łakocie, które zabezpieczyła w celu zwalczania depresji.
- Tak depresyjnie podziałał na nią widok parcha – pomyślał Anioł.
Zmotywowany tą wizją Anioł nie poddał się od razu i – licząc na efekt placebo - wziął od razu garść cukierków.
Smakowało nieźle. Połknął drugą garść. I….

Jak wielkie było zdumienie Anioła, kiedy nieoczekiwanie, z drzwi celi wyszedł, chybocząc się na płetwie ogonowej delfin. Zwinnym a wprawnym ruchem prześlizgnął się między kratami okna i wskoczył do studzienki kanalizacyjnej po drugiej stronie.
Wrażenie było tak duże, ze Anioł zapomniał o parchu i wyjrzał przez okno.. Na podwórku było całe stado tych ssaków. Wszystkie coś ssały, a przechodzący obok nich ludzie nie zwracali uwagi na stado.
Tylko Anioł
Znów zamknął oczy, choć nawet to nie przynosiło mu ulgi.
Anioł czuł przejmujący ból wewnątrz serca, ktory rozchodził się po całym ciele. Zwłaszcza żołądek bolal Anioła,: miał wrzody i tak reagował na stres. Ból był tak silny, ze przed oczami zaczął widzieć czerwone plamy.
Z oddali doszedł go głos:
- Anioł! Anioł, qwa! Nic Ci nie jest? Ta menda znowu dolała glikolu do chłodnicy. No nie da się, qwa, żyć!
Znow odpłynął.


Zobacz serwisy INTERIA.PL